
Lato w pełni! Słońce prażyło bezlitośnie tego dnia, ale od tygodnia dawało się już we znaki, więc Wendy zaplanowała sobie, że ten dzień spędzi nad jeziorem. Miała rozłożyć sobie kocyk w cieniu wielkiego drzewa, pod którym zasiadła nie tak dawno z przyjaciółką i co najmniej raz na godzinę planowała zamoczyć dupkę w wodzie, by nie ulec samozapłonowi. Przy tych temperaturach to nigdy nie wiadomo co się wydarzy! Zaopatrzona w koc, sporą ilość wody, żelki, krem z filtrem i kapelutek wskoczyła w strój kąpielowy, zarzuciła na siebie białą sukienkę i podjechała na parking w pobliżu jeziora, gdzie resztę drogi pokonała spacerem.
Ach!
Było tak jak to sobie wymarzyła. Żadnych skomplikowanych myśli, żadnych dorosłych spraw, tylko ona, jezioro i święty spokój. Żadnych Krabików nad którymi sprawowała opiekę każdego dnia w przedszkolu i żadnych innych dzieci rozwszeszczanyvh w pobliżu.
Idealnie!
Przynajmniej do momentu, kiedy czytanie przewodnika po Florencji zostało przerwane cichym miau. Najpierw nieśmiałym, piskliwym, a potem coraz częstszym i coraz bardziej przeciągliwym. Dało się w tym wyczuć nutę dramaturgii, a Wendy zaraz serduszko drgnęło i odłożyła książkę przyglądając się drzewu. Wstała i podeszła bliżej pnia słysząc, że zmierza w dobrym kierunku, bo miauczenie było coraz głośniejsze. Jak na kogoś kto miał koordynację ruchowa na poziomie zerowym (o ile już nie minusowym!) nie powinna nawet myśleć o tym, że jest zdolna do jakiejkolwiek pomocy biednemu kociakowi. Jednak jej serduszko, miękkie niczym glina przed wypaleniem, rwało się do tego miauczenia instynktownie. Nim pomyślała zaczęła się wspinać w górę. Wdrapała się jakimś cudem na konar, na którym jej sukienka zahaczyła się o korę, a okulary przeciwsłoneczne zjechały na czubek nosa. kot widząc to stwierdził chyba, że takiej pomocy nie potrzebuje, bo nagle przestał miauczeć i potruchtał sobie na grubą gałąź wiszącą nad taflą jeziora.
— No dobra, ryzykowne posunięcie kolego, ale damy radę — mruknęła pod nosem zmierzając w jego ślady, ale grawitacja właśnie w tej konkretnej chwili postanowiła o sobie przypomnieć. Zachwiała się gałąź, a w efekcie i Wendy. Zamiast ratunku kota zaserwowała sobie zwis w postaci leniwca, a z sukienką owiniętą wokół bioder prezentowała teraz światu swój nowy strój kąpielowy — bikini, które nie nadawało się na takie okazje.
Może ktoś doceniłby jej poświecenie, jakiego dokonała ratując kotka, ale miauczek w opałach postanowił przemknąć obok niej z niebywałą gracją i przysiąść na innej gałązce, gdzie z gracją wylizywał sobie łapkę i wyglądał tak, jakby wcale go nie potrzebował.
— Okej, nie panikujmy… — zaczęła mówić do siebie próbując zorientować się w jakim położeniu się znalazła. No kiepskim, to na pewno. Czuła jak ręce zaczynają jej drętwieć, a pot spływa po plecach. — Jak się puszczę to wpadnę do wody, co nie? — zerknęła na kota jakby liczyła, że jej odpowie. — Ale czy tu jest głęboko? A co jeśli na dnie są jakieś głazy… — nagle noga zadrżała jej i była pewna, że runie w dół, więc wydała z siebie głośny pisk, a potem krzyk, gdy próbowała pewniej złapać gałąź.
I wtedy ich zobaczyła.
Grupa męskich bóstw. Wyglądali jakby wyszli spod dłuta samego Michała Anioła. Bez koszulek, z wyrzeźbionymi klatkami piersiowymi, cuda na które Wendy reagowała w ściśle określony sposób: maślane oczy i wyłączenie myślenia.
Tylko, że ona teraz musiała myśleć.
Myślenie potrzebne na cito!
— O boże, o boże, o boże patrzą na mnie! Co robić, co robić?! — ten kot mógłby się zlitować i jej choć raz odpowiedzieć.
Miau!!!.
— Teraz miauczysz? No wielkie dzięki… — widocznie też jak zobaczył te cuda skąpane w blasku słońca chciał jednak być uratowany.
To na pewno była kotka.