Czasem zastanawiał się, czego chciał od życia.
Niewiele osób o tym wiedziało, bo skutecznie kreował swoją Internetową osobowość, ale wychował się w domu dziecka. Wszystko co pamięta ze swojego dzieciństwa, to twarze innych dzieci i nastolatków, którzy mieszkali w tym samym przybytku, co on. Dzieci tak samo pokrzywdzone, wybrakowane,
niechciane lub odrzucone. Trafił tam w wieku czterech lat. Nigdy nie dowiedział się, co było powodem tego, że został oddany, chociaż zawsze chciał wierzyć, że jego biologiczni rodzice po prostu nie byli gotowi na posiadanie dziecka. Innego wyjaśnienia jego psychika pewnie nie chciałaby przyjąć. Oczywiście pojawiały się chwilę, w których myślał, że cztery lata to wyjątkowo długi czas na to, by stwierdzić, czy chce się mieć dziecko, czy nie. Gdzieś tam jednak, głęboko z tyłu jego głowy świtała mu myśl, że był trudnym dzieckiem.
W domu dziecka był rozrabiaką.
Dobrze, że jesteś ładnym dzieckiem powtarzały mu opiekunki, jeśli coś przeskrobał. No i nie myliły się, bo nie brakowało mu uroku. Jego kręcone włosy, niebieskie oczy i pulchna buźka sprawiały, że bez względu na to, co akurat robił, ciężko było się nad nim nie rozczulać. A pozwalał sobie na dużo. Lubił testować granice. Określał się nawet mianem odkrywcy-podróżnika, jednak nie odkrywał nieznanych i dzikich lądów, lecz coś bardziej prymitywnego i znacznie bardziej niebezpiecznego – ludzką cierpliwość. Być może właśnie dlatego tak trudno było mu znaleźć rodzinę, która rzeczywiście odważyłaby się go adoptować.
Chętni się pojawiali, bo niewielu mogło oprzeć się jego dużym, niebieskim oczom i szerokiemu i niezwykle szczeremu uśmiechowi. Ludzie jednak pojawiali się i znikali. A on dorastał, tracąc swój dziecięcy urok, nabywając jednak tego niebezpiecznego, młodzieńczego wdzięku, od którego również ciężko było się uwolnić. Nauczył się wtedy najważniejszej lekcji w swoim życiu – sztuki adaptacji. Poznawał kolejne rodziny i uczył się dopasowywać do nich niczym woda wypełniająca naczynie. Jego zabiegi się opłaciły i dostał swoją rodzinę.
Whallbergowie okazali się wspaniałymi i wyrozumiałymi ludźmi. Szybko owinął ich sobie wokół palca, tak samo, jak oni jego. Ich wspólne życie okazało się przyjemną symbiozą, bo obie strony tej relacji potrzebowały się nawzajem. Whallbergowie długo starali się o dziecko, więc gdy Alfie pojawił się w ich życiu pozwalali mu na wiele… a on brał to wszystko garściami.
Bo właśnie taki był. Jeśli już pojawiała się jakaś okazja do tego, by zmienić w swoim życiu cokolwiek, wyszarpać do siebie coś więcej, to nie chciał przepuścić jej koło nosa.
Chciał od życia wszystkiego.
Wiódł przyjemne życie i nie chciał niczego zmieniać. Nie było idealnie, ale do ideału nie brakowało daleko. Nigdy nie miał po drodze z nauką, więc szybko pojął, że jego wygląd był tym, na czym powinien się skupiać. I to nie tak, że był głupi. Po prostu nie lubił tracić czasu na naukę. Było to ryzyko, którego się podjął i które się opłaciło. Rozumiał, że mógł to wszystko stracić, więc ponownie wyszarpywał, to co inni mu rzucali. Nigdy o nic nie prosił. Wystarczyło tylko, że odpowiednio zarzucał sidła na osoby, które nie mogły się im oprzeć.
Podobnie było dzisiejszego dnia, gdy wszedł do klubu. Od razu znalazł mężczyznę, z którym się tutaj umówił. Było to jeszcze niezobowiązujące spotkanie.
Czysto towarzyskie, jak on to określił. Bar pachniał drogim alkoholem i cygarami, których nie wolno było tu palić, ale nikt nie śmiał tego zabronić nikomu, więc odpowiednia klientela nie kryła się ze swoimi upodobaniami. Był to ten rodzaj baru, w którym bogaci i wpływowi zachowywali się jak zwierzęta, by pozwolić klasie średniej zaznać odrobiny luksusu, na jaki nigdy nie będzie jej stać. Dostał swojego drinka – aperol spritz, najzwyklejszy, najbardziej rozwodniony, jednak w jego dłoniach wyglądał jak coś, co pije każda osoba, która liczy się w tym miejscu. Nawet jeśli pasował tu najmniej, to nie można było odmówić mu tego, że zachowuje się, jakby miejsce to należało do niego. Bo taki już był – czuł się pewnie tam, gdzie się znajdował i gdzie ktoś mu nie powiedział, że powinien skończyć swój teatrzyk.
Uśmiechał się z nudnych żartów swojego towarzysza. Słuchał typowych historii, które mu opowiadał, jakby opisywał właśnie fabułę najwspanialszego filmu akcji. Było przyjemnie, spokojnie i prowadziło do czegoś, co Alfiemu w tym momencie odpowiadało.
Wystarczyła tylko chwila, by wszystko się posypało.
Nie zarejestrował pojawienia się mężczyzny przy ich stoliku. W końcu kręciło się tutaj wiele osób. Dopiero jego słowa sprawiły, że zwrócił na niego uwagę. Spojrzał na niego, następnie na wyraźnie zdziwionego towarzysza. Nie przestał się uśmiechać, chociaż cała ta sytuacja mu nie pasowała. W sumie to wszystko wydawało się, jak scena z filmu, tak nierealna, że nawet nie przejął się tym, że rozgrywa się na żywo. Zapadła jednak cisza – ta z rodzaju niekomfortowych i cała trójka oczekiwała na to, żeby ktoś się odezwał.
–
A kim ty w ogóle jesteś? – zapytał mężczyznę, który się koło nich pojawił. Początkowo bowiem nie był w stanie dostrzec wyraźnie szczegółów jego sylwetki i twarzy – twarzy, którą jak się okazało doskonale znał, jednak nie pod postacią, pod którą się prezentowała w tej chwili. Skrzywił się. Lazare był mężczyzną, który gdzieś przemykał w polu jego widzenia, nigdy jednak nie na tyle, by naleźć się w jego centrum. Nie znał go w ogóle. Nie mieli nawet okazji do tego, by porozmawiać dłużej niż wymiana kilku grzecznych zdań.
–
Jak widać, jestem zajęty – odpowiedział na jego pytanie.
lazare moreau