Adeline, odkąd ojciec zaczął faworyzować brata, starała się trzymać wobec Ree pewien dystans. Nie zawsze jej się to udawało, bo jak nikt w jednej chwili potrafił wytrącić ją z równowagi i… mimo rozwodu ich rodziców, nie potrafiła być względem niego obojętna. Poza tym wychowując się przez kilka lat razem pod jednym dachem, znali siebie lepiej, niż potrafili to przed sobą przyznać, dzięki czemu byli względem siebie bardziej wyrozumiali.
—
Tak, uznałam, że najwyższy czas o siebie zadbać — przytaknęła z postanowieniem w głosie, ale pod wpływem ostatnich wydarzeń, do których wróciła na moment wspomnieniami, w jej głos wkradło się coś głębszego. Przez kilka sekund wahała się, czy wyjawić mu konkretne powody tej decyzji, ale słysząc jego złośliwą uwagę, w odpowiedzi na jej twarzy pojawił się podobny grymas. —
To było dopiero pierwsze spotkanie, nie zdążyłam się w to zaopatrzyć — przewróciła teatralnie oczami, po czym uśmiechnęła się do niego kącikiem ust w pobłażliwym geście.
Rudowłosa zawsze wykazywała się dużą pewnością siebie i brnęła do celu za wszelką cenę, mimo, że zdarzało jej się nie wymierzyć swoich sił na zamiary. I niestety tak drobna dziewczyna nie miała szans w starciu ze starszym bratem, pewnie nawet po tej jednej godzinie kursu samoobrony. Co nie zmieniało faktu, że jeśli zaszłaby taka potrzeba, torebka czy but poszłyby w ruch.
—
Nie Ade’uj mi tutaj — złożyła usta w dziubek z udawaną urazą. —
Tak naprawdę wystarczyło odezwać się od czasu do czasu. Albo wysyłać te pocztówki, zamiast tachać je ze sobą. Pewnie nadpłacałeś za nadbagaż — wydęła wargę, próbując dać wyraz swojemu zdegustowaniu. Jednocześnie w jej oczach mimowolnie pojawił się błysk, który sugerował, że nie należało jej słów brać na poważnie.
Tak, posiadanie rodzeństwa miało to do siebie, że mimo zgrzytów potrafili okazać sobie wyrozumiałość. I w pewnym sensie właśnie to zrozumienie skłoniło rudowłosą do zaprzestania drążenia tematu porzucenia jej na pastwę losu. To
odszkodowanie w formie pamiątek dopełniło całości.
—
A jednak czasem zdarzy Ci się powiedzieć coś mądrego — uśmiechnęła się szeroko, niejako z dumą za pomysł, na który wpadł, bo ten jako jeden z nielicznych, był naprawdę godny rozważenia.
Szczerze mówiąc, nigdy nie miała okazji przekonać się, czym był wyjazd z Toronto na dłużej niż dwa tygodnie. Wiedziała, że zawsze wróci, bo tu miała rodzinę, przyjaciół i firmę, która mimo wszystko wiele dla niej znaczyła. Odcięcie się od wszystkiego było dla niej abstrakcją, choć z drugiej strony w pewnym towarzystwie znacznie łatwiej było jej nie myśleć o swoich obowiązkach i ambitnych planach, a po prostu
być. Chyba potrzebowała takiej zmiany perspektywy, by nie zwariować.
—
Hmm, wytłumacz to jeszcze tacie — zauważyła lekkim tonem, jakby nigdy nic sięgając po winogrono znajdujące się na tacce nieopodal, które po chwili zniknęło w jej ustach. Ten temat zawsze był dla niej trudny, ale jątrzenie dziś sprawy było ponad jej siły. Ta uwaga po prostu wymsknęła jej się na głos szybciej, niż zdążyła to przemyśleć.
Na uwagę o pieniądzach po raz kolejny przewróciła oczami, ale jego następne wyznanie wprawiło ją mimowolnie w zakłopotanie.
—
Och, naprawdę? — zapytała, nie potrafiąc ukryć zaskoczenia w głosie. Co prawda, Ade była na miejscu, ale dawno nie odzywała się do swojej macochy. Nigdy nie miała z nią złych stosunków, ale po rozwodzie jej wybór był prosty — wybrała więzy krwi. A później jej dorosłe życie nie ułatwiło jej zachować kontaktów z Marią. A przynajmniej tak właśnie wmawiała sobie i wszystkim wokół, zwłaszcza po wypadku. —
Pozdrów ją ode mnie. I Voltę — powiedziała odruchowo, na koniec nieco zniżając głos, gdy wspomniała o
swoim koniu. To na niej miała ten niefortunny wypadek i od tamtej pory nie zajrzała do niej ani razu. Nie chciała jednak w tej chwili dać po sobie poznać, że wspomnienie farmy wywołało w niej wspomnienia, do których wolała nie wracać.
Dlatego zmianę tematu przyjęła z ulgą. A właściwie temat jej awansu, który po raz pierwszy od dawna sprawił, że czuła nad swoją karierą jakąś kontrolę. Dał jej cień nadziei, że
coś w tej firmie znaczyła.
—
Na to wygląda. Może w końcu kiedyś przejrzy na oczy, że kobiety też się do tej pracy nadają — pozwoliła sobie na tę nadzieję, którą widać było w kącikach jej ust, kiedy na chwilę spojrzała na brata i dostrzegła jego entuzjazm. Szczery, pozbawiony zjadliwości, który dał jej przyjemne poczucie wsparcia. —
Mam tylko nadzieję, że nie osiwieję, zanim do tego dojdzie — dorzuciła zaraz żartobliwie. Znała Thomasa i jego zasady, ciężko było mu się ugiąć przed nimi.
Musiała pracować nawet kilka razy ciężej, żeby zostać dostrzeżoną, nie tylko przez pryzmat świetnej kandydatki na żonę wysoce szanowanego obywatela miasta, ale przede wszystkim dzięki własnym umiejętnościom i osobowości. Nigdy przy tym nie życzyła Ree źle, wiedziała przecież, jaki ma stosunek do Ironcrest Development. Chciała jedynie zdobyć to, co należało do niej.
braciszek marnotrawny