25 y/o
For good luck!
182 cm
grafik w Toronto Sun
Awatar użytkownika
We wanted to be adults so bad. Now look at us. Just fucking look.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

jeden.
Dzień zaczął z ciemnymi okularami na nosie – poranek był tak słoneczny i jasny, że intensywność otaczającego świata bardzo szybko stała się dla niego przytłaczająca, więc musiał ją stłumić. Gdyby nie to, że na urodziny znajomi sprezentowali mu wejście na teren rezerwatu przyrody Boyd Conservation Park to pewnie siedziałby w domu. Ciepłe dni były znośne tylko z samego rana, gdy temperaturę dało się jeszcze znieść i wieczorem, kiedy słońce przestawało uderzać pełnią swej siły. Resztę gorącego dnia najchętniej przesiedziałby w mieszkaniu jedząc lody, chłodząc się przed wentylatorem i biorąc co chwilę zimne prysznice.
Przygotowania do podróży zaczął bardzo wcześnie, żeby mieć jak najwięcej czasu do przegotowania potrzebnych rzeczy – nie mógł przecież zapomnieć o kremie z filtrem, zimnej wodzie, którą magazynował w termicznym bidonie, który miał utrzymywać przyjemnie chłodną ciecz jak najdłużej i kilku innych rzeczach, bez których nie wyobrażał sobie wyjścia z domu.
Sam na pewno nie zdecydowałby się na taką wycieczkę, ale skoro wszystko było już z góry opłacone i ustawione to... musiał wykorzystać sytuację. Znajomi doskonale wiedzieli, że sam voucher nie byłby dobrym rozwiązaniem, bo Ayaan z jego realizacją zwlekałby w nieskończoność, więc postawienie go przed faktem dokonanym było najlepszym co mogli wykminić. Ten dzień był dla niego zaplanowany od samego początku, wliczając w to również busa, którym miał dostać się w wyznaczone miejsce. Całe szczęście, że to była tylko nieco ponad godzina podróży, bo jeśli dystans byłby większy to pewnie zdecydowałby się pojechać własnym samochodem. Tym jednak razem pozwolił sobie na zachowanie klimatu podróży osamotnionego poszukiwacza przygód. Specjalnie nie proponował nikomu wspólnego wypadu, jakby chciał ten czas wykorzystać tylko dla samego siebie. Chciał w spokoju napawać się pięknem natury i stale pogrążać w swoich własnych myślach. Niekiedy bardzo chętnie otulał się samotnością, nawet jeśli miał być samotny pośród ludzi.

Na miejscu przyjazdu busa był nieco wcześniej, na wszelki wypadek. Na prowizorycznym przystanku stało już kilka osób, które również oczekiwały na przyjazd pojazdu. Nie przyglądał się zbyt dokładnie zgromadzonym, choć ciemny filtr przysłaniający oczy pozwalałby mu niemal na bezwstydne wpatrywanie w innych podróżników. Tym razem był jednak skupiony na muzyce lecącej ze słuchawek i wszechogarniającym uczuciu gorąca, które sprawiało, że włosy powoli przyklejały mu się do skroni i czoła, a jasny podkoszulek zbyt ciasno przywierał do pleców. Pewnie dlatego poczuł potrzebę zdjęcia z siebie plecaka i postawienia go na ziemi tak, aby opierał się o nogę.
Dwie piosenki później mógł już odetchnąć z ulgą, gdy zza zakrętu wyłonił się sporych rozmiarów autobus opisany tabliczką z nazwą miejsca, do którego zmierzał. Od razu ustawił się w miejscu, które pozwoliłoby mu w miarę szybko zająć odpowiednie siedzisko w środku. Najpierw jednak przepuścił dwie kobiety z dziećmi i kilka starszych osób, jak na prawdziwego dżentelmena przystało. Nie zauważył jednak, że podróżnicy są też wpuszczani drugimi drzwiami, więc ustąpienie tym kilku osobom znacznie zmniejszyło jego szanse na zajęcie lepszego miejsca. Bo gdy w końcu wszedł do środka to większość siedzeń była już zajęta, nie było żadnej wolnej jedynki czy dwójki, więc i tak musiał usiąść obok kogoś nieznajomego.
Szybko przeskanował otoczenie, dostrzegając nieco dalej jasną grzywę młodego mężczyzny i od razu uznał, że to właśnie obok niego usiądzie. Reszta miejsc była zajmowana przez rodziny i osoby starsze, nic dziwnego, że zdecydował, że to obok kogoś młodszego spędzi następną godzinę podróży.
Bez problemu przecisnął się dalej, wymijając kilka osób, które próbowały poradzić sobie ze swoim bagażem, aż w końcu stanął przed nim. Obrzucił go spojrzeniem, widząc go najpierw z profilu – już wtedy miał wrażenie, że rysy twarzy wydają mu się dziwnie znajome, ale zignorował to uczucie.
Wolne? — zapytał o oczywistość, choć bardziej chodziło mu o uzyskanie pozwolenia na zajęcie miejsca. Z drugiej strony... miał opłacony transport jak wszyscy, musiał gdzieś usiąść, więc blondyn nie powinien mieć z tym żadnego problemu. Chyba lepiej żeby obok usiadł Ayaan, a nie jakiś stary, zbyt głośno oddychający dziadek.
Nie czekając na odpowiedź po prostu opadł na siedzenie. Zrzucił plecak na podłogę, układając go między swoimi nogami, a następnie przeczesał palcami niesforne włosy. W busie oczywiście było duszno, ale przynajmniej słońce aż tak nie dawało w twarz. Dlatego zdecydował się zdjąć okulary, które zaczepił o podkoszulek. Wtedy mógł uważniej przyjrzeć się chłopakowi. I pewnym momencie w jego głowie coś zaskoczyło. W oczach zapewne pojawił się jakiś nieodgadniony błysk.
Bremers? Kurde, to naprawdę Ty? — zaryzykował, choć był prawie pewny, że to on. Wszędzie rozpoznałby te usta i oczy. — Pasuje ci blond — rzucił tym komplementem tak lekko, jakby zupełnie zapomniał już o tym, że ostatni raz widzieli się w nieco... mniej sprzyjających warunkach. Jakby zapomniał, że zrobił mu tak wielką krzywdę. No co, przecież czas leczy rany.

Apollo Bremers
Ostatnio zmieniony pt sie 07, 2026 7:23 pm przez Ayaan Malviya, łącznie zmieniany 1 raz.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
something wicked
don't be a fcking dick to people
24 y/o
For good luck!
176 cm
doktorant i badacz Klinika Leczenia Niepłodności
Awatar użytkownika
Miły blondyn, który bada ludzi w klinice leczenia niepłodności.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

002.
outficik

   Czekał na tę wycieczkę od dłuższego czasu. Nie był typem podróżnika, jeśli chodziło o wyjazdy poza Toronto, bo chociaż lubił naturę i przebywanie na jej łonie, to z wyjazdami poza miasto wiązało się więcej planowania i rozwiązywania różnych problemów, że najzwyczajniej w świecie nie miał do tego głowy. Jego czas był mocno ograniczony, bo musiał w jakiś sposób łączyć pracę w Klinice, jak również prowadzenie swoich badań. Stypendium, które dostał nie tylko umożliwiło mu dalszy rozwój swojej kariery naukowej, ale też narzuciło na niego presję, która nakazywała mu wykazywać się i poświęcać. Albo to tylko on nakładał na siebie te wymagania i stypendium było tylko dobrą wymówką do tego, by w jakiś sposób mógł tłumaczyć się z tego, że poza laboratorium nie miał żadnego życia prywatnego? No ale lubił to robić. Lubił zamykać się w swoim laboratorium, siadać przy swoim stanowisku i odpalać mikroskop, przy którym spędzał wyjątkowo dużo czasu licząc plemniki i sprawdzając ich morfologię.
   Decyzja o wycieczce była spontaniczna co nie przytrafiało mu się zbyt często. Był raczej człowiekiem, który preferował mieć wszystko zaplanowane i ułożone tak, by stracić jak najmniej czasu. Czas był dla niego rzeczą najważniejszą, gdyż zawsze miał go dla siebie zbyt mało, dlatego też umiejętność planowania była na wagę złota. Zbliżał się jednak okres wakacyjny, a jego praca laboratoryjna nieco się uspokoiła. Póki co był zadowolony ze swoich postępów, więc zarówno on, jak i jego przełożony zgodzili się na krótki, bo zaledwie tygodniowy, urlop. Apollo uznał jednak, że więcej mu nie potrzeba i właśnie to skłoniło go do podjęcia decyzji o wycieczce. Oczywiście sama wycieczka, jak i to, co będzie podczas niej robić było już starannie zaplanowane.
   W dniu wycieczki spakował do plecaka wszystkie rzeczy, które uznał za najpotrzebniejsze. Plecak nie był zbyt pojemny, więc nie pakował zbyt wielu przedmiotów, a to co mógł pochował do kieszeni. Spakował oczywiście wodę, jakieś przekąski, którym nie mogło zaszkodzić ciepło, krem z filtrem oraz książkę i swój szkicownik. Postanowił również zaryzykować i wziął ze sobą swoje nowe akwarele, gdyż uznał, że będzie to jego kolejne hobby. Uwielbiał rysować. Poza czytaniem była to czynność, której najczęściej się oddawał w swoim wolnym czasie. Odprężało go to i pobudzało jego myślenie kreatywne, którego nie miał okazji używać w pracy.
   Na przyjazd busa czekał w samochodzie brata, który zgodził się go podwieźć. Nie chciało mu się czekać i grzać na Słońcu, więc korzystał z przyjemnej klimatyzacji, której chłodne podmuchy mierzwiły mu włosy. Próbował je jakoś poskromić, jednak odżywki i szampony, na które ostatnio się przerzucił okazały się całkowitym niewypałem. Nie przeszkadzało mu to w żadnym stopniu, bo z suchymi czy odżywionymi włosami wiedział, że wyglądał dobrze. Cóż, zdawał sobie sprawę z tego, że w jego przypadku wygląd nie jest problemem i nigdy nim nie był. Uśmiechnął się półgębkiem, przeglądając się w lusterku wstecznym. W tym samym momencie zauważył zbliżający się pojazd. Zsunął na nos swoje okulary i wysiadł z samochodu, by na szybko przewiązać swoją dżinsową kurtkę w biodrach i przerzucić plecak przez ramię. Pospiesznie pożegnał się z bratem i podbiegł do busa. Nie chciał wsiadać na samym końcu, bo chciał zając sobie odpowiednie miejsce – najlepiej przy oknie.
   Jego plan się udał. Wchodząc środkowymi drzwiami udało mu się ominąć największe kolejki, bo większość wycieczkowiczów pchała się do drzwi od kierowcy, jakby myśleli, że trzeba było kupić lub okazać bilet. Dzięki temu udało mu się zająć miejsce idealne i zdążył nawet ustawić sobie klimatyzację tak, by owiewała go a jednocześnie nie dmuchała prosto w twarz. Położył sobie plecak na udach i wyciągnął z niego książkę i słuchawki. Podróż nie miała trwać zbyt długo, jednak wydawało mu się, że był to odpowiedni moment na czytanie. Zwłaszcza że był to również idealny sposób na zniechęcenie towarzysza podróży do jakichkolwiek rozmów. Blondyn nie był osobą towarzyską, a już na pewno nie interesowały go small talki z ludźmi, których nie znał i których miał już nigdy nie zobaczyć. Na wycieczkę nie jechał też po to, by spędzić czas z innymi ludźmi, lecz by odpocząć i zrelaksować się oglądając ładne widoki. Jego plan nie mógł się więc nie udać.
   Otworzył książkę na stronie, na której ostatnio skończył. Akcja zaczynała się powoli rozkręcać i Apollo nie mógł się już doczekać konsekwencji, jakie spadną na główną bohaterkę, której z jakiegoś powodu nie współczuł. Uwielbiał jednak czytać właśnie o takich postaciach, o osobach, które popełniały błędy i prowadziły dyskusyjny tryb życia, by później spotkała je za to jakaś nauczka. Zaczął czytać i nie oderwał się od tego nawet w momencie, gdy usłyszał męski głos pytający o miejsce. Zanurzony w lekturze, kiwnął jedynie głową i przewrócił stronę na kolejną. Ruchy współpasażera nieco go irytowały, ale uspokajał się tym, że mężczyzna prędzej czy później się uspokoi. Bo przecież ludzie nie wiercili się podczas jazdy. I byłoby idealnie, gdyby nie kolejne słowa, które od niego usłyszał.
   Gdy z ust mężczyzny padło jego nazwisko, Apollo odwrócił się jak posłuszny pies odwracający łeb do właściciela i gdy tylko jego oczy spotkały się ze spojrzeniem mężczyzny, blondyn poczuł w żołądku ucisk frustracji i złości.
   – A co ty tu do cholery robisz? – zapytał, jednak nie oczekując od niego żadnej odpowiedzi. Widok Ayaana nie był czymś, co było na jego karcie do bingo. Ogólnie nie chciał go widzieć. Było to niezwykle dziwne, że spotkali się właśnie tutaj. Apollo nie przypominał sobie zresztą, żeby kiedykolwiek dotarła do niego informacja o tym, że jego były rywal zawitał do Toronto. Jego życie było zdecydowanie weselsze, gdy chłopaka tutaj nie było, a on mógł wymazać jego istnienie z głowy. – Muszę się przesiąść – oznajmił, chociaż było to bardziej postanowienie, które kierował do siebie samego, niż oznajmianie swoich zamiarów chłopakowi siedzącemu obok niego. Wstał nawet, jakby chciał dodać swoim słowom większego znaczenia i pokazać, że nie zniesie jego obecności w swojej przestrzeni prywatnej, jednak, gdy tylko się odwrócił, by zgarnąć swój plecak, kierowca ruszył, a on ponownie opadł biodrem na siedzenia. O tyle dobrze, że teraz jego twarz wpatrywała się w szybę, więc nie musiał oglądać Malviya i w sumie, gdyby tak zamknął swoje oczy, to mógłby zapomnieć, że ten w ogóle istnieje i że znów pojawił się w jego życiu.


moje nemezis
Ja.
Niczego się nie boję poza nudą i zbędną gadaniną.
25 y/o
For good luck!
182 cm
grafik w Toronto Sun
Awatar użytkownika
We wanted to be adults so bad. Now look at us. Just fucking look.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jednym, szybkim stuknięciem wyłączył muzykę, a słuchawki wsunął do kieszeni spodni. Kiedy rytmiczne dźwięki nie dosięgały już jego uszu, mógł swoją uwagę w pełni poświęcić dawnemu koledze. Myśląc o nim nazywał go wieloma różnymi określeniami, choć teraz żadne nie oddawało charakteru ich relacji. Właściwie to... trudno było jakkolwiek dobrze go nazwać. W powietrzu dało się wyczuć każde, nawet najmniejsze niedopowiedzenie, każdą nieprzychylną emocję, a wkrótce nawet głęboko skrywany żal.
Ayaan początkowo na pewno nie był świadomy tego jak wiele do zarzucenia ma mu dawny rywal. Na pewno nie zapomniał o tym co się wtedy wydarzyło, ale teraz, te kilka dobrych lat później był zupełnie innym człowiekiem. Jego myśli nie krążyły wokół tamtych wydarzeń, bo udało mu się dumnie wypiąć pierś i ruszyć przed siebie, zostawiając całą przeszłość daleko w tyle. Inna sprawa, że był do tego zmuszony, a nie było to jego dobrowolnym wyborem, bo gdy na jaw wyszła cała afera dopingowa to nawet nie miał co myśleć o kontynuowaniu swojej kariery. A pociągnięcie na dno ze sobą kogoś innego było skutkiem ubocznym chorym ambicji, które zawładnęły wtedy jego umysłem. Dlatego stracił wszystko – sporty i jego. O ile kiedykolwiek go miał.
Nie spodziewał się niczego konkretnego, chociaż może wyobrażał sobie, że Apollo będzie miał nieco więcej luzu. Totalnie nie próbował empatycznie próbować zrozumieć jak mógł się czuć, gdy tak nieoczekiwanie doszło do spotkania po latach. Nie musiał, bo pierwsze reakcje okazały się bardzo jednoznaczne. Wtedy też dobitnie zrozumiał, że Bremers wciąż żywi do niego urazę. I gdyby zdecydował się pochylić nad tym bardziej to nie miałby problemu ze zrozumieniem dlaczego tak jest. Ale zamiast tego chciał po prostu zrobić wszystko żeby jakoś to odkręcić. Powinien zacząć od szczerych przeprosin?
Jadę na wycieczkę... — odpowiedział zgodnie z prawdą, jakby prawdziwy sens tego pytania do niego nie dotarł, choć pewnie celowo obrał taktykę... nieświadomego. W międzyczasie postanowił nieco lepiej przyjrzeć się swojemu koledze. Chyba nie zmienił się aż tak bardzo... poza tym, że jego rysy przestały być chłopięce i stały się wyraźniej zarysowane. Ale nie ma co się dziwić, czasami wystarczyło kilka lat by człowiek zmienił się nie do poznania. Apollo jednak przypominał dawną wersję siebie, ale był dojrzalszy i bardziej wyrośnięty.
Spoglądał na niego, nie mogąc uwierzyć, że znajomy chce uciec od bezpośredniej konwersacji. Na jego nieszczęście główną przeszkodą do pokonania był sam Ayaan, który planował być nieugięty. Nie przepuściłby go tak łatwo, nie pozwoliłby mu odejść. Kiedyś mogli być tchórzami, ale teraz należało po prostu to wszystko sobie wyjaśnić. Mieli dużo czasu żeby to wszystko przemyśleć.
Już nie wymyślaj, tylko siadaj — powiedział twardo, już samym tonem sugerując, że nawet gdyby chciał zmienić miejsce to na pewno postara mu się to uniemożliwić. Malviya mógł wierzyć, że to spotkanie zaplanował wszechświat. Gwiazdy im sprzyjały, dlatego na siebie wpadli. Kiedy gdzieś pojawiały się jakieś niedopowiedzenia wszystko wokół zdawało się dążyć do wyjaśnienia.
Nie uważasz, że to zabawne, że wpadamy na siebie tak niespodziewanie? Jakby jakaś boska siła zechciała znów skrzyżować ze sobą nasze ścieżki. Nie spierdolmy tego, bóstwa nie bez powodu sprawiły, że to się dzieje.
Gadał tak, choć w żadne siły boskie nie wierzył. Raczej uważał to za niezwykły przypadek, ale nadanie ich spotkaniu niebywałych cech mogło mieć znaczenie. Wydawało mu się, że Apollo kiedyś wierzył w takie rzeczy – w przeznaczenie, odpowiednie ułożenie się gwiazd i inne takie. Mógł się starać go pozytywniej nastawić, skoro nieprzyjemny początek mieli już za sobą.

Apollo Bremers
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
something wicked
don't be a fcking dick to people
24 y/o
For good luck!
176 cm
doktorant i badacz Klinika Leczenia Niepłodności
Awatar użytkownika
Miły blondyn, który bada ludzi w klinice leczenia niepłodności.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Poczuł się okropnie. Było to dokładnie to samo uczucie, gdy robiło się coś, lecz tuż przed zakończeniem tej konkretnej czynności, wszystko się psuło. To tak, jakby próbować zbudować najwyższą piramidę z kart tylko po to, by wraz z postawieniem ostatnich dwóch kart, szturchnąć ją lekko kolanem i obserwować, jak wszystko rozsypuje się po ziemi. Czuł się dokładnie tak samo. Z tym, że w tym momencie w jego przypadku runął nie domek z kart, ale lata terapii, na które uczęszczał i które miały pomóc mu w przetrawieniu tego, co stało się w liceum. I myślał, że był już bardzo blisko tego, by uwolnić się od tego paskudnego uczucia, ale okazało się, że wystarczyło tylko usłyszeć głos Ayaana na żywo, by wszystko poszło w pizdu.
   Terapeutka mówiła mu, że w trudnych i stresujących chwilach powinien liczyć do dziesięciu. Nie dlatego, że miał jakieś problemy z agresją i musiał się uspokajać, ale dlatego, że bywał impulsywny i mówił, lub robił coś zanim zdążył pomyśleć. Owszem, wiele osób uznałoby to za zupełnie do niego niepodobne, bo od liceum zdążył się zmienić i stać bardziej opanowany. Ale w życiu człowieka przychodzą momenty, gdy się wybucha i traci panowanie nad sobą. Na całe szczęście nigdy nie był agresywny, więc nie było okazji do tego, by użył przemocy albo żeby miało dojść do rękoczynów. W tej sytuacji również uważał, że tak nie będzie. Zamknął jednak oczy.

   Raz.
   Wziął głęboki wdech, z twarzą skierowaną do szyby. Wciąż z zamkniętymi oczyma próbował wymacać swój telefon z zamiarem włączenia audiobooka tak głośno, że lektora usłyszeliby pasażerowie siedzący przed nim i za nim. Nie obchodziłoby go, czy komuś by to przeszkadzało. Chciał się znaleźć w swojej bańce, jak najdalej stąd.

   Dwa.
   Słysząc odpowiedź dawnego przyjaciela, crusha rywala, w jego głowie na nowo rozegrały się wydarzenia z tamtego wieczoru, który spędzali wspólnie po raz ostatni. Wieczoru, który zajęło mu długo, by zakopać w swojej głowie tak głęboko, żeby nie mógł go wydostać. Nie było to łatwe, bo na początku swoimi myślami często powracał do tych wydarzeń. W końcu zmieniły one bieg całego jego życia. No i był zły. Paskudnie zły.

   Pięć.
   Otworzył oczy, wpatrując się w to, co działo się za szybą. Obserwował mijane budynki, drzewa i ludzi, zmieniający się krajobraz… wszystko zostawało w tyle i jedyną stałą rzeczą, którą widział, było odbicie białego podkoszulka chłopaka, który siedział obok niego. Podkoszulek ten lśnił w odbiciu niczym latarnia morska i przyciągał jego spojrzenie.

   Siedem.
   Chciało mu się krzyczeć. Chciało mu się płakać. Chciał uderzać pięściami w szybę, fotel i Ayaana… chciał wyjść na histeryka, bo był przekonany, że dla osób postronnych całe zajście i to, co wydarzyło się te kilka lat temu było rzeczą błahą, nieistotną… bo przecież miał niezłą karierę naukową, miał swoje stypendium, miał swoje badania i grant badawczy i to na pierwszym roku doktoratu. Mógł być z siebie dumny. Cóż więcej mógłby chcieć? Bo jakie były szanse, że faktycznie zostanie zawodowym sportowcem? Powinien się cieszyć z tego, co miał. Tak mu kiedyś powiedział ojciec. Wiedział, że chciał dobrze, ale wkurwiło go to wtedy, tak samo jak przypomnienie sobie o tym w tej chwili.

   Dziesi… i chuj.
   – Nie spierdolmy? Tak jak ty spierdoliłeś moje życie, moją karierę? – odwrócił się i pochylił w jego stronę tak, aby słowa, które wyszeptywał, niemal syczał przez zęby, dotarły tylko do Ayaana. – I jeszcze miałeś czelność spierdolić swoją własną – dodał, szturchając go w mostek palcem tak mocno, że aż mu strzyknęło w paliczku.

Ayaan Malviya
Ja.
Niczego się nie boję poza nudą i zbędną gadaniną.
25 y/o
For good luck!
182 cm
grafik w Toronto Sun
Awatar użytkownika
We wanted to be adults so bad. Now look at us. Just fucking look.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nawet przez myśl mu nie przeszło, że zdarzenia, które miały miejsce kiedyś tak bardzo mogły wpłynąć na blondyna. Podejrzewał raczej, że tamte czasy pogrzebał już dawno. Albo chciał żeby tam było, bo on sam właśnie w taki sposób poradził sobie z zaakceptowaniem rychle zakończonej kariery. To nie był ślad, który pozostał na jego psychice na dłużej. Porzucił dawnego siebie, koncentrując się na tym by... po prostu dalej żyć, nie rozpamiętując przeszłości, która mogłaby go w każdej chwili zaboleć, jednak trzymał od niej bezpieczny dystans. W głowie pozostawił jedynie najprzyjemniejsze wspomnienia tamtych lat. Wszystko to, co nie było warte zapamiętania wymazywał kawałek po kawałku. Apollo pozostał w jego umyśle, ale nie wspominał go zbyt często – pewnie dlatego, że nie spodziewał się, że kiedykolwiek ich drogi ponownie się złączą.
Nigdy nie był dobry w odgadywaniu emocji innych. Mógł się wpatrywać w Apollo całymi godzinami, a jego mimika wciąż pozostawałaby dla niego nieodgadniona. Zwykle większość zachowań rozumiał na swój własny, pokręcony sposób – często taki, taki znacznie odbiegał od rzeczywistości rysującej się w zupełnie innych barwach. Nawet moment, w którym Bremers zamknął oczy prawdopodobnie odebrał nieprawidłowo. Próbował to wszystko sobie przypomnieć? Wrócić do dnia, gdy to wszystko się skończyło? Pewnie obaj zapamiętali to co się wtedy stało zupełnie inaczej. Dwie, kompletnie inne perspektywy.
Nie spodziewał się, że Apollo będzie próbował się odwrócić i choćby częściowo uciec od bezpośredniej konfrontacji. Dla Ayaana ta sytuacja była... możliwością pojednania się, rozpoczęcia wszystkiego na świeżo, zapominając o dawnych urazach. Noszenie w sobie złości nigdy nie prowadziło do niczego dobrego. Ale gdyby tylko był świadomy, że przeszłość wciąż tak bardzo go boli. I że przeszłość go ukształtowała, wpłynęła na niego w znacznym stopniu.
I nagle wybuchł, coś w nim pękło. Był naocznym świadkiem pojawiania się kolejnych pęknięć. Możliwe, że tuż przed tym jak się odezwał znowu udało mu się odczytać to co czuje prawidłowo. I to go zabolało – jakby część tego jego wewnętrznego cierpienia przejął na siebie. Poczuł jakiś dziwny, ciężki do odgadnięcia ciężar na sercu. To mógł być wymierzony w klatkę piersiową palec, którego wcześniej nie zarejestrował. Chyba był zbyt zajęty próbami nawiązania z nim kontaktu.
Westchnął ciężko, jakby niechętnie miał wrócić do dawnej wersji siebie. Do tamtego czasu, którego nie lubił. Tak naprawdę jedynym jasnym punktem tamtego okresu był blondyn, którego zranił wtedy w najgorszy możliwy sposób.
Spierdoliłem, przepraszam — powiedział od razu, nie próbując nawet odwracać kota ogonem. Wiedział co wtedy zrobił, ale nie wiedział, że to wciąż w nim siedziało. Łatwiej by było gdyby tego nie wspominał, zapomniał. — Łatwiej spierdolić niż naprawić — dodał, jakby ta nieodkrywcza prawda musiała zostać wypowiedziana na głos. Od razu przeniósł też spojrzenie na jego palec. Nie uśmiechnął się, jakby zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Bo w pierwszej chwili na pewno w jego głowie pojawił się jakiś niestosowny żart, ale zrozumienie powagi rozmowy nie pozwoliło mu wypowiedzenie dowcipu na głos. Nie był już gówniarzem, czasami wiedział kiedy trzeba wyhamować.
Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. Nie mam zamiaru się usprawiedliwiać, zachowałem się paskudnie. Czułem wtedy na sobie ogromną presję, miałem chore ambicje, chciałem wejść na szczyt po trupach. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że to będzie tak tragiczne w skutkach... — wytłumaczył najprościej jak potrafił, podobnie jak on szeptając. Spojrzał na niego – ciemne oczy zabłyszczały spod kręconych kędziorków. Również nachylił się w jego stronę. Byli naprawdę blisko siebie, siedzieli niemal ramię w ramię.
Masz niepowtarzalną okazję wyrzygać mi wszystko w twarz. Przyjmę wszystko, może lepiej zrozumiem dlaczego nie potrafiłeś o tym zapomnieć. Bo ja zapomniałem. Też nie zostałem sportowcem. Chyba nawet nigdy nie chciałem nim faktycznie być.

Apollo Bremers
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
something wicked
don't be a fcking dick to people
24 y/o
For good luck!
176 cm
doktorant i badacz Klinika Leczenia Niepłodności
Awatar użytkownika
Miły blondyn, który bada ludzi w klinice leczenia niepłodności.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Chociaż jego życie nie było złe, to nie był w stanie zapomnieć tego, co stało się w przeszłości. Siedziało to w nim zdecydowanie zbyt głęboko. Tamte wydarzenia, które tak długo rozpamiętywał, zagłębiły się w nim do tego stopnia, że niemal każda komórka jego ciała była nimi przesączona. Tamto wydarzenie ukształtowało wszystko kim był i jak wyglądało jego życie teraz, jak również to, jak miało wyglądać w przyszłości. I wiedział, był cholernym realistą, że osiągnięcie kariery sportowej graniczyło z cudem, bez względu na to, jak dobry by nie był. Wielu sportowców było dobrych, jednak nie każdemu z nich dane było osiągnięcie sukcesu. Nie chodziło jednak o to. W głębi ducha miał żal o to, że została mu odebrana szansa, możliwość… coś, czego nie mógł już teraz wykorzystać, a co mogło się wydarzyć. I że szansę tę odebrał mu ktoś inny, a nie było to wynikiem jego własnego błędu. Chociaż jasne, mógł nie zgadzać się na to, by wsiadać na ten rower i popisywać się. Mógł odmówić i po prostu iść przed siebie… wiele rzeczy mógł. Łatwiej było jednak znaleźć ujście w swojej złości i rozgoryczeniu w twarzy swojego byłego przyjaciela.
   W tym momencie nie liczyło się to, co czuł i myślał Ayaan. Apollo, przez swój wybuch, znalazł bowiem dokładnie to, czego potrzebował. Wyrzucił z siebie frustrację i złość, chociaż był zaskoczony, że nie pozwolił sobie na więcej. W sumie to mocno zdziwiło go to, że jego wybuch skończył się tak szybko, bo spodziewał się czegoś znacznie gorszego i potężniejszego. Wydawało mu się, że gdy już dojdzie do konfrontacji z chłopakiem, to wszystkie te emocje i uczucia, które w sobie ściskał i pielęgnował wystrzelą z niego niczym pył i lawa z wulkanu. Czuł się przecież tak jak zapewne musiał czuć się Wezuwiusz na moment przed wybuchem i zniszczeniem Pompei.
   A jednak, jakby nie było, szybko się to skończyło. Jego złość i zdenerwowanie minęły z chwilą, gdy przestał mówić, a jego palec po raz ostatni stuknął o mostek chłopaka. Czy naprawdę, przez te wszystkie lata tylko to w nim siedziało? Nie mógł wydusić z siebie nic więcej? Było to doprawdy żałosne i niemal natychmiast zrobił się zły na samego siebie, ale nie potrafił powiedzieć, dlaczego…
   – Co? – zapytał, patrząc na niego z niedowierzaniem. Nie, nie, nie… to nie tak miało wyglądać. Nie tak przebiegały wszystkie scenariusze tego wydarzenia, które odtwarzał sobie w głowie. W jego wyobraźni, gdy już dochodziło między nimi do konfrontacji, to pojawiały się kłótnie, wyzwiska i czasami rękoczyny. Chociaż nie był fanem przemocy fizycznej i pewnie nigdy w rzeczywistości nie dałby się ponieść emocjom w takim stopniu, to skłamałby mówiąc, że widok Ayaana z zakrwawionym nosem nie sprawiała mu przyjemności. Albo z rozciętą wargą. Ściskało go więc z żołądku na samą świadomość tego, że zamiast podjąć się konfrontacji, chłopak po prostu go przeprosił. Jakby to miało wystarczyć….
   Cóż… terapeutka, z którą pracował mówiła mu, że przeprosiny są czymś, czego powinien oczekiwać. On doszedł z nią do wniosku, że miała rację. Jednak chciał krwi, krzyków i słów, których pewnie później by żałował, a zamiast tego dostał coś innego. Czyżby terapia się udała?
   – A co ty się zrobiłeś nagle taki… ogarnięty? – zapytał, zabierając palec z jego mostka i zaciskając go wraz z pozostałymi w pięść. Nie po to, aby strzelić my w nos, lecz by zaciśnięta dłoń go uziemiła, dała punkt, na którym mógłby się skupić.
   – Teraz to już nie chcę nic mówić – powiedział, odwracając się od niego. Słyszał jego słowa, ale nie chciał na niego patrzeć. To było dla niego zdecydowanie za dużo. Nie był gotowy na tę rozmowę, a już z pewnością nie był przygotowany na to, że brunet zachowa się tak dojrzale i lepiej niż on. Jego terapeutka uznałaby, że cała ich konfrontacja przebiega lepiej niż mogła się tego spodziewać i Apollo niemal słyszał odgłos jej oklasków i dumy, z jaką by na nich patrzyła.
   – Już daj mi spokój – powiedział, odwracając się całym ciałem w stronę szyby. Założył na uszy swoje słuchawki i odpalił audiobooka. Nie chciał patrzeć na niego i go słuchać. Jego serce wciąż biło mocno, a adrenalina krążyła w żyłach. Był zły, ale jednoczenie, o dziwo, spokojny.
   W takim stanie spędził pół godziny jazdy. Odwrócony w stronę okna oglądał zmieniający się krajobraz. Kątem oka widział jednak odbicie Ayaana. Chłopak siedział w tym swoim białym podkoszulku i w sumie egzystował. Nie chciał się mu zbyt mocno przyglądać, ale jego spojrzenie przesuwało się na jego odbicie częściej niż by tego chciał. W końcu jednak uspokoił się na tyle, by usiąść przodem do kierunku jazdy. W tej pozycji spędził kolejne kilka minut. Zsunął swoje słuchawki.
   – Nie powinienem się tak unosić – powiedział w końcu. Nie patrzył jednak na swojego towarzysza, więc nie wiedział, czy ten nie ma słuchawek na uszach i czy faktycznie słyszał, co do niego mówił. Sam był nieco zdziwiony, że w ogóle się odezwał. Nie chciał, chyba, ale odwrócił się do niego. – Przepraszam – powiedział w końcu.

Ayaan Malviya
Ja.
Niczego się nie boję poza nudą i zbędną gadaniną.
25 y/o
For good luck!
182 cm
grafik w Toronto Sun
Awatar użytkownika
We wanted to be adults so bad. Now look at us. Just fucking look.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaskoczenie Bremersa początkowo było dla niego niezrozumiałe – głównie dlatego, że tak naprawdę nie wiedział czego się spodziewać po nim i tym nagłym, nieoczekiwanym spotkaniu. Starał się nie zakładać żadnego scenariusza z góry, bo by się tylko niepotrzebnie źle nastawił. Jednocześnie od pierwszych chwil miał ogromną nadzieję, że po prostu się jakoś dogadają, że czas zaleczył rany i powrót myślami do przyszłości nie rozerwie ledwo co zasklepionej skóry.
Przez lata w relacjach międzyludzkich bywał ostrożny, bo choć od zawsze uchodził za tego, który w każdym towarzystwie się odnajdzie, to tak naprawdę nigdy nie przychodziło mu to aż tak bezproblemowo. Robił dobrą minę do złej gry, bo rozumienie złożoności charakterów innych osób nie było łatwe. Każdy człowiek jest niepowtarzalną jednostką, każdy rozumie i czuje na swój własny sposób – przeżywa inaczej, cierpi inaczej, cieszy się z czegoś innego. I to wszystko trzeba akceptować, próbować zrozumieć te wszystkie zawiłości. Bo przecież nie było jednego, zawsze sprawdzonego przepisu, który pozwalałby rozpracować to, jak czuje się druga strona. A on stale starał się zrozumieć. I często doprowadzało go to do bólu głowy. Jak niby miał teraz domyślić się co siedziało w głowie Apollo? Przez te kilka lat byli dla siebie kompletnie obcy – znał go kiedyś, ale teraz mógł być zupełnie innym człowiekiem.
Słowo ogarnięty odbijało się w jego głowie echem, bo prawdopodobnie nie spodziewał się takiego określenia z ust blondyna. Ale miło, że zauważył. Po dawnym ryzykancie, nieprzemyślanych i szczeniackich zachowaniach albo nawet głupkowatej paplaninie niewiele już zostało. Typowe dla młodego, jeszcze niedoświadczonego życiem człowieka cechy rozmyły się z czasem. Może dojrzał i zrozumiał więcej, niż mogłoby się wydawać. Zmienił się i ogarnął, jak to trafnie określił Apollo. Co prawda wciąż czuł, że jego życie to jeden wielki bałagan, ale przynamniej teraz miał potwierdzenie, że ktoś, kto widział go pierwszy raz od dawna nie widzi w nim już tego samego, wiecznie sprawiającego problemy gówniarza.
Jego słowa skomentował jedynie wzruszeniem ramion. Tak naprawdę to nie wiedział co powiedzieć, zwłaszcza, że jego rozmówca nie był chętny do dalszego prowadzenia tej rozmowy. Wycofał się, a Ayaan próbował to zrozumieć, więc bez jakiegokolwiek zająknięcia dał mu przestrzeń, której potrzebował. Nie śmiał zaprotestować nawet słowem, więc pozwolił mu założyć słuchawki i odwrócić się w stronę szyby. Nie chciał go do niczego zmuszać.

Następne półgodziny spędził przyglądając się otoczeniu – trochę spoglądał na innych podróżnych, którzy rozsiedli się w całym busie, pewnie kilkukrotnie spoglądał przez wielką szybę, robiąc to jednak w taki sposób, by nie obracać się całym ciałem, a jedynie poruszając szyją, żeby Apollo nie czuł się obserwowany. Kątem oka oczywiście zerkał na jego sylwetkę, pilnując jednak tego, żeby nawet w odbiciu nie wyglądał jakby intensywnie na niego patrzył. Bo wcale tak nie było.
Na chwilę wyjął telefon, żeby zająć czymś ręce i wzrok. Palcem powolnie przesuwał po ekranie tak, jakby Bremersa wcale obok nie było, jakby właśnie nie siedział obok chłopaka, którego uwagi kiedyś tak bardzo łaknął. Podskórnie mogło zrobić mu się nawet trochę przykro, że właśnie w taki sposób się to wszystko rozwinęło, ale takie odczucia nauczył się hamować, gdy uświadamiał sobie, że na wszystko ma wpływ.
Ale spojrzał w jego stronę jeszcze raz, gdy tylko usłyszał, że ten zdejmuje słuchawki.
Usta mu zadrżały, gdy zdecydował się skierować ciałem w jego stronę. Uniósł nawet odrobinę nogę, przyciskając część uda i łydki do siedzenia. Kolano wtedy przycisnął do oparcia fotela. Nie była to komfortowa pozycja, bo w busie nie było wcale tak dużo miejsca, więc decydował się na różne, nawet nieco dziwne rozwiązania.
Może właśnie powinieneś — powiedział najpierw, bo to właśnie te pierwsze, najszczersze reakcje mogły pomóc Ayaanowi zrozumieć. — Nie przepraszaj, to ja powinienem przepraszać. Ale miło, że sobie pomyślałeś i postanowiłeś się odezwać, bo cholernie trudno jest udawać, że się nie znamy.
Zrobił krótką pauzę, żeby wziąć głębszy wdech. Chciał się częściowo wytłumaczyć, ale w taki sposób, żeby to nie brzmiało jak tłumaczenie się. Nienawidził szukać wymówek, ale uznał, że przynajmniej powie dlaczego wtedy zrobił to wszystko.
Mógłbym powiedzieć, że byłem młody i głupi. Mógłbym powiedzieć, że to presja otoczenia i rodziny mnie takim uczyniła. Mógłbym powiedzieć, że wtedy jeszcze nie do końca wiedziałem kim jestem i czego chcę. Nie cofnę czasu, muszę żyć w konsekwencjami własnych wyborów. Ale wciąż mogę i chcę przeprosić. Przepraszam — mówiąc to wszystko nawet na chwilę nie oderwał od niego wzroku. Stale wpatrywał się w jego oczy, może czasami zahaczając również o inne elementy twarzy. Wizualnie nie zmienił się aż tak bardzo – oczywiście był dojrzalszy, ale te rysy były dla niego dobrze znane. Niegdyś przyglądał mu się z ukrycia – bardzo często i intensywnie, bojąc się przekroczyć jasno wyznaczoną granicę, która odmieniłaby wszystko.

Apollo Bremers
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
something wicked
don't be a fcking dick to people
24 y/o
For good luck!
176 cm
doktorant i badacz Klinika Leczenia Niepłodności
Awatar użytkownika
Miły blondyn, który bada ludzi w klinice leczenia niepłodności.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Ludzie reagowali w najróżniejsze sposoby, które nie zawsze wydawały się logiczne, a w późniejszym czasie stawały się niewłaściwe. Apollo od dłuższego czasu pracował nad sobą i swoimi emocjami. Nie chodziło o to, by uczył się je kontrolować, ale by we właściwy sposób wyrażać. Zawsze był bowiem osobą, która raczej charakteryzowała się spokojnym, opanowanym podejściem do różnych spraw. Nigdy nie unosił się przesadnym gniewem i stronił od agresji. Sport był dla niego jedyną logiczną drogą, która pozwalała mu się wyładować i ochłonąć, jeśli się w nim zbierało. Emocje oczywiście się kumulowały, a chłopak potrafił je w sobie przetrzymywać bardzo długo. Nie było to zdrowe.
   Sport był dla niego ważny i nawet gdy wypadek pokrzyżował jego plany i uniemożliwił mu bieganie, to nie mógł sobie odmówić porannych joggingów, które potrafiły oczyścić go ze wszystkich negatywnych myśli, z którymi chodził spać i wstawał. Lubił czuć poranną wilgoć, która oblepiała mu twarz i skręcała włosy tak mocno i gwałtownie, że był w stanie to poczuć. Nie mówiąc już o przyjemnym chłodzie, który pobudzał lepiej niż najlepsza kawa. Każdy poranek, gdy tylko udało mu się wrócić do sprawności, zaczynał właśnie w taki sam sposób – wstawał, ubierał swoje dresy, parzył kawę i szedł biegać przez kilkanaście minut po czym wracał i zabierał się za śniadanie. Bieganie więc było wciąż integralną częścią jego życia, chociaż musiał pamiętać o tym, że nie powinien się przeforsowywać.
   Łudził się, że Ayaan go zrozumie. Może było to głupie, bo on sam nigdy nie poświęcił chwili na to, by spróbować chociaż zrozumieć tego, jak chłopak mógł się czuć. Nie obchodziło go to. Jedyne co się dla niego liczyło, to świadomość tego, co się między nimi stało. Bolało go, że jedna noc i jedna chwila mogły przekreślić nie tylko kariery, ale i relację, która jakby nie było, była dla niego ważna. Nie potrafił odpowiedzieć na to, co dokładnie ich łączyło. Nie wiedział, czy było to zafascynowanie rywalem czy samym chłopakiem.
   Bo kiedyś mu się podobał. O ile początki ich relacji nie były wtedy najlepsze, bo konkurowali ze sobą niemal na każdym kroku, tak jakby nie było ich wzajemna rywalizacja sprawiała, że stawali się lepsi. Kłócili się i dyskutowali czasami obierając strony, z którymi się nie zgadzali tylko po to, by móc ze sobą dyskutować.
   Przyjrzał się mu zanim coś odpowiedział. Jego twarz pozbyła się już tych młodzieńczych rysów, które pamiętał, a sylwetka wyciągnęła się i powiększyła, to wciąż przypominał tego kilkunastoletniego chłopaka, z którym prześcigał się na torze i pluł pestkami zjedzonych czereśni po zakończonym treningu. O dziwo wspomnienie to stało się nagle tak wyraźne, że był niemal w stanie poczuć słodko-kwaśny smak owoców i ich szorstkie pestki na swoim języku. I chociaż poprzednia złość i zirytowanie minęły, to dalej czuł to nieprzyjemne uczucie ściskające go gdzieś za mostkiem, które nie dało o sobie tak łatwo zapomnieć.
   – Znaliśmy – powiedział, chociaż słowo to zabrzmiało wrogo i znacznie ostrzej niżby tego chciał. Ale prawda była taka, że nie znali się. Sporo się zmieniło od czasu, gdy widzieli się po raz ostatni, więc można było śmiało powiedzieć, że stali się innymi ludźmi i nic o sobie nie wiedzieli. To co kiedyś ich łączyło, chociaż wciąż obecne i żywe, tliło się zakopane gdzieś głęboko.
   – Och… okej – powiedział, bo słowa Ayaana go zaskoczyły. Dlaczego on musiał być taki? Zachowywał się, jakby przez te ostatnie kilka lat nie robił nic tylko rozmyślał i pracował nad sobą, by stać się lepszym człowiekiem. No i na usta Apollo cisnęły się pewne komentarze, jednak gryzł się w język. Z jakiegoś powodu nie chciał dolewać oliwy do ognia. Nie wiedział, jak inaczej miał się zachować w tej sytuacji, bo nie takiego scenariusza się spodziewał. Wytrzymał jednak jego spojrzenie, nie odwrócił się tak szybko, jak nakazywałaby mu jego intuicja.
   – Dzięki – powiedział po chwili i oblizał wargi. Usiadł normalnie, kierując wzrok na oparcie siedzenia będącego przed nim. Co miał zrobić… nie wiedział, co miał teraz zrobić. Znacznie łatwiej byłoby mu, gdyby się pokłócili i teraz nie musieli odzywać. Zostało przed nimi jeszcze jakieś dwadzieścia minut drogi.
   – To czemu wróciłeś? – zapytał, żeby jazda nie przebiegała w niekomfortowej atmosferze.

Ayaanek
Ja.
Niczego się nie boję poza nudą i zbędną gadaniną.
25 y/o
For good luck!
182 cm
grafik w Toronto Sun
Awatar użytkownika
We wanted to be adults so bad. Now look at us. Just fucking look.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mógł sobie być już dawno pogodzony z przeszłością, mógł też nie rozpamiętywać dawnych lat, ale widok dobrze znanej twarzy (z dojrzalszymi, ale wciąż tak wyrazistymi jakby to było wtedy) sprawiał, że obrazy z tamtego czasu mimowolnie zaczęły go zalewać. Ten – jak sądził – zamknięty rozdział wciąż można było otworzyć. Albo przynajmniej uchylić drzwi na tyle, by odcięte od reszty myśli wspomnienia mogły swobodnie się wydostawać. Całe szczęście, że prawdziwy Apollo siedział tuż obok, bo gdyby tylko zamknął oczy to bez problemu mógłby sobie przypomnieć co się wtedy stało, a jego umysł zadbałby o każdy, nawet najbardziej bolesny szczegół. A to nie na przeszłości powinien się skupiać, zmian mógł dokonać tylko w teraźniejszości.
Kwestia rozumienia samego problemu była nieco skomplikowana. Ayaan chyba nigdy nie potrafił w pełni empatycznie postawić się na miejscu innej osoby. Zdarzało mu się snuć różnorakie domysły i po prostu starać się zrozumieć co potencjalnie mógł zrobić źle, ale zawsze wychodził z założenia, że podejmuje najlepsze decyzje, jakie mógł w danej chwili podjąć. Nawet jeśli faktycznie nie poświęcał zbyt dużo czasu na przemyślenie swoich wyborów. Może wtedy też postąpił impulsywnie – gdy poczuł, że zaczyna tonąć, postanowił pociągnąć ze sobą jedynego człowieka, na którym tak bardzo mu zależało. Żeby nie skończyć jako samotny, porzucony topielec.
Nie sądził, że kiedykolwiek przyjdzie mu w ogóle jeszcze stanąć naprzeciw niego. Że spojrzy mu kolejny raz w oczy lub zobaczy któryś z jego uśmiechów. Teraz, gdy na niego spoglądał... wszystko wydawało się tak nierealne, jakby było snem. Ale wszystko było prawdziwe. Ich nogi niemal się stykały, prawie czuł jego zapach, a chwilę wcześniej został trącony palcem. To działo się naprawdę.
„Znaliśmy.”
Skinął jedynie łbem, akceptując przeszłą formę użytego czasownika. Faktycznie, kiedyś mógłby powiedzieć, że dobrze go znał, ale przez te wszystkie lata na pewno oboje się zmienili. Byli zupełnie innymi ludźmi, można by nawet zaryzykować stwierdzeniem, że nie pozostało im nic innego jak podać sobie ręce i przedstawić jeszcze raz. Gdyby tylko chcieli.
Nie do końca rozumiał czy przez dawnego rywala przemawia niezrozumienie, zakłopotanie, złość, smutek czy trudna do nazwania fuzja tych wszystkich emocji. Nie próbował sobie wyobrażać jakie myśli krążą po głowie blondyna, nie sądził, że w ogóle jest w stanie je odgadnąć. I nie chciał też ich zinterpretować źle. W takich sytuacjach najlepszym rozwiązaniem było... wypowiedzenie wszystkiego na głos. Tylko w taki sposób mógłby uznać, że doskonale wie o co chodzi. Wszystko inne, co nie miałoby swojego potwierdzenia byłoby jedynie domysłem.
Nie wiem czy pamiętasz, ale wyjechałem wtedy do Indii — zaczął niepewnie, szybko dając mu chwilę do uporządkowania myśli i przypomnienia sobie momentu rozstania. — Mama od zawsze opowiadała mi, że Indie są jej prawdziwym domem i powinny być też moim. Wychwalała strony rodzime naszych przodków, mówiła, że rodzina od zawsze chciała mnie poznać i że tam będę mógł zacząć od nowa, może nawet uda się kontynuować treningi. Ale z mojego punktu widzenia nic nie było taki same jak w jej opowieściach. Nie minęło nawet kilka lat, a ja zdałem sobie sprawę, że zostawiłem wszystko tutaj. Szkołę, ludzi, wspomnienia. Zatęskniłem za tym, chciałem żyć w miejscu, które dobrze znam, które od zawsze było moim jedynym, prawdziwym domem.
Trochę się otworzył, choć mówienie o tym nigdy nie sprawiało mu problemów. Nigdy jednak nie podejrzewał, że będzie opowiadać o swoim powrocie właśnie jemu. Ayaan przez cały ten czas wpatrywał się w sylwetkę Bremersa, bo mówił do niego. Chciał kontaktu wzrokowego nawet wtedy, gdy znajomy zdecydował się wpatrywać w oparcie krzesła.
Myślałem, że ty też gdzieś wyjechałeś. Czemu zostałeś? Nigdy nie miałeś w głowie myśli, że przyjemnie byłoby zostawić to wszystko? Nie chciałeś zmienić otoczenia? Czy wystarczyło ci, że największy problem zniknął? — ciskał w niego pytaniami, bo był szczerze zainteresowany. Miał tylko nadzieję, że będzie chciał na nie odpowiedzieć. Chyba byli na dobrej drodze, bo obyło się bez większych wyładować złości.

przewodnik charyt i muz
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
something wicked
don't be a fcking dick to people
24 y/o
For good luck!
176 cm
doktorant i badacz Klinika Leczenia Niepłodności
Awatar użytkownika
Miły blondyn, który bada ludzi w klinice leczenia niepłodności.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Godzenie się z przeszłością było trudnym zadaniem, szczególnie dla ludzi, którzy mieli na siebie inny plan. Nie chciał generalizować, więc nie miał zamiaru twierdzić, że była to reguła, ale nie miał zamiaru udawać, że nie było tak w jego przypadku. Plany i cele się zmieniały, to była prawda, jednak najczęściej ludzie mieli swój wybór dotyczący tego, co tak rzeczywiście chcą robić. I owszem… wiele osób mogłoby być zniechęconych faktem, że Apollo ciągle do tego powraca i mówi o tym, co mogło, lecz co się nie stało. I sam Apollo zdawał sobie sprawę z tego, że przesadzał, niemniej jednak ciągle wypełniało go wiele żalu i złości, której nie pozwalał ulecieć. Niektórzy mogliby pokusić się o stwierdzenie, że taki stan rzeczy mu pasował. Zupełnie jakby lubił robić z siebie ofiarę i męczennika okoliczności, które go spotkały.
   Gdy dowiedział się o tym, w jakim stanie była jego noga po wypadku i o czym to świadczyło, zrozumiał, że jego plany skończyły się. Świadomość ta sprawiła, że jego nastoletni umysł zapadł się w sobie. Nie wiedział dokładnie, jak miałby to wytłumaczyć, żeby inni ludzie mogli to zrozumieć, niemniej jednak dla niego samego przybierało to skalę tak niewyobrażalnie dużą, jak w przypadku ludzi, którzy zdawali sobie sprawę, że rzeczy, w które wierzyli i którym się poświęcali nagle przestają mieć znaczenie. No i ciężko jest się z czymś takim pogodzić. Zaakceptowanie takiej sytuacji było trudne, nie mówiąc o tym, że wymagało to również próby znalezienia nowych alternatyw dla swojej dalszej egzystencji. Znacznie prościej było więc znienawidzić osobę, która odpowiedzialna była za to wszystko. Zwłaszcza jeśli osobą tą był ktoś wyjątkowo bliski.
   Ayaan był dla niego ważny. Chłopak był jedyną osobą, poza rodzeństwem, z którą Apollo nawiązał jakąś bliższą więź. Był za młody, by jeszcze wtedy być w stanie odpowiednio ją nazwać i określić, jednak wiedział doskonale, że nie było to nic błahego i powierzchownego i śmiało mógłby przyznać, że dzięki niemu sam stawał się lepszy. Ich początkowa rywalizacja z biegiem czasu przekształciła się w motywację i każdego dnia wyczekiwał wspólnych treningów, a później rozmów i czasu, który spędzali. Zbyt mało wiedział wtedy jednak o sobie, by określić i przyznać to, co czuł. Wtedy wydawało mu się, że go znał na tyle dobrze, by wiedzieć, do czego był zdolny i jaki był. Obecnie, pomimo tego, że Ayaan wciąż wyglądał tak samo, poza zmianami, które wynikały z tego, że wydoroślał, to tak naprawdę był mu zupełnie obcy. I zrozumienie tego stawało się również bolesne. Jakby wspólnie spędzone chwile, które były dobre i przyjemne, nagle przestały mieć znaczenie.
   – Pamiętam – powiedział, bo rzeczywiście wiedział doskonale wszystko, co działo się z Ayaanem zanim wjechał do Indii. Nie wiedział oczywiście, co działo się z chłopakiem w Indiach. Był oczywiście ciekawy i czasami w jego głowie pojawiały się wizje tego, jakie życie wiódł Ayaan i miał nadzieję, że nie było ono lepsze od tego, które wiódł samemu. Czy był złośliwy i mściwy? Pewnie tak, jednak wtedy wcale się tym nie przejmował. Wysłuchał go jednak, uważnie. Na znak tego, że poświęcał mu pełnię swojej uwagi, zdjął swoje słuchawki i przewiesił je przez swoją szyję.
   – Nie da się żyć czyimiś wyobrażeniami – stwierdził lekko. Nie wiedział, co mógłby chłopakowi odpowiedzieć. Rozumiał go jednak. Jego matka żyła bowiem wspomnieniami swojej własnej ojczyzny i wydawało jej się, że jej syn poczuje się w Indiach tak, jak ona. Myślenie takie było zrozumiałe, aczkolwiek błędne, bo nie można było wymagać od dziecka, by poczuło się dobrze w miejscu, którego się nie znało i wszystko, co było bliskie zostawiło się gdzieś indziej. Apollo mógł zrozumieć chęć wyjechania i zostawienia za sobą swojego życia. W sumie to myślał o tym dość intensywnie, jednak pojął dość szybko, że jego rodzina była dla niego największym wsparciem i że pewnie jego życie wyglądałoby dużo gorzej, gdyby faktycznie postanowił opuścić Toronto, a więc nie… nie planował wyjeżdżać i zakładał, że nieprędko się to u niego zmieni.
   – Oczywiście, że kiedyś chciałem… – zaczął, opierając się wygodnie o siedzenie. Nie wiedział, czy faktycznie chciał mówić Ayaanowi o tym, z czym się mierzył w przeszłości, niemniej jednak wydało mu się, że nic nie stanie, jeśli odpowie na pytanie. – Chciałem wyjechać, jeszcze przed studiami, ale udało mi się dostać na studia tutaj i miałem tu rodzinę… perspektywa zaczynania wszystkiego od nowa wydała mi się nagle zbyt przerażająca – przyznał. Wydawało mu się, że to właśnie w swoim ojcu i rodzeństwie miał największe oparcie. Nie mógł nawet wyobrazić sobie tego, że mógłby ich zostawiać i wyjechać i nie dlatego, że oni mogliby to źle znosić. Był przekonany, że izolacja od własnej rodziny stałaby się gwoździem do trumny. – Nie byłeś największym problemem – odpowiedział, przyglądając mu się bokiem. – Byłeś wygodnym, tak myślę – przyznał w końcu, bo po części właśnie taka była prawda.
   – I jakie masz plany w Toronto? – zapytał, chcąc wiedzieć co tak właściwie Ayaan planował. Z jego wypowiedzi wywnioskował, że miał on zamiar zostać w mieście, skoro było ono dla niego takie ważne. Chciał również dowiedzieć się, czy będzie na niego wpadać. Nie wiedział bowiem, jak miałaby wyglądać ich dalsza znajomość i czy to spotkanie nie okaże się ostatnim, niemniej jednak, skoro spotkali się już przypadkowo w takim miejscu jak to, to nie należało myśleć, że to nie powtórzy się. A Apollo wolał być przygotowany na takie sytuacje.

Ayaan Malviya mea culpa, kajam się
Ja.
Niczego się nie boję poza nudą i zbędną gadaniną.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”