Stanowczy głos wyższego z gości i jego równie stanowcze zapewnienie sprawiły, że Val uniósł brwi, co przy wciąż obecnym na ustach zaczepnym uśmiechu, potęgowało jedynie arogancki look.
O nie, to na pewno nie był
ich domek. Zapłacił za niego sporo hajsu właśnie po to, żeby nie użerać się z ludźmi i nie ma opcji, że ktoś popsuje mu plany.
Nawet dwóch przystojnych ktosiów.
Niestety nie speszył ich śmiałym komentarzem, co było zarówno rozczarowujące, jak zabawne. Obcy różnie reagowali na jego bezczelność. Niektórzy ignorowali ją, inni wywracali oczami, a jeszcze inni gotowi byli zamknąć mu usta pięścią. Prawdziwa zabawa zaczynała się wtedy, gdy ktoś podnosił rękawicę, tak, jak wyższy z tej ślicznej dwójki.
Val uśmiechnął się wilczo.
–
Mogę być rózgą, mogę i prezentem, zależy na co zasłużyliście.
Drugi z mężczyzn wyglądał na większego nudziarza, a jednak sposób w jaki rzucił swój komentarz, sprawił że Val oblizał dolną wargę i pokręcił z rozbawieniem głową. Założył ramiona na piersi, przenosząc ciężar ciała na jedną nogę.
No proszę, jacy zabawni. Może mógłby ich polubić, gdyby nie to, że to był
jego domek i najbliższe dwa tygodnie zamierzał spędzić w samotności, robiąc detoks od procentów i ludzi.
Gdy gość wyciągnął do niego dłoń, uścisnął ją bez wahania i zdecydowanie.
–
Val - rzucił, a wolną dłoń uniósł w geście przywitania do Theodore’a.
Jakie poważne imię. Pewnie urwał się z jakiejś nowobogackiej rodzinki. Obaj zresztą tak wyglądali - jak kolesie z wieloma zerami na koncie i rozpoznawalnym nazwiskiem. Jeśli tak, to było ich w tym domku trzech, minus to, że Val prócz imienia i nazwiska, miał w sobie niewiele z bogatego dzieciaka.
–
Jasne. Ale z moją rezerwacją wszystko gra - mruknął, wyciągając telefon z kieszeni dżinsów żeby odnaleźć maila od właściciela, bo bez porównania rezerwacji się nie obejdzie.
Zerknął krótko za Quentinem, którego buty nietypowo stukały na wypolerowanej podłodze. Co on, stepuje? Pomyślał w roztargnieniu, scrollując wiadomości. Szybko odnalazł odpowiednie informacje i podsunął Theo pod nos swój telefon, wskazując palcem na datę. Było jak wół - od dzisiaj do za dwa tygodnie. Potwierdzone, opłacone. Zaklepane!
–
Pokaż waszą - zwrócił się do niego chwilę przed tym, jak Quentin wrócił, obwieszczając że nie mógł się dodzwonić.
Val zaczynał czuć powoli narastającą irytację. Nie miał ochoty na szarpanie się z cudzymi pomyłkami.
Sapnął cicho przez nos i z nieco skwaszoną miną spojrzał na wyświetlacz telefonu niższego z facetów. Wczytał się, żeby nic nie przeoczyć, ale wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak u niego. Wspaniale.
Ktoś tu beknie za to gówno.
–
Świetnie - mruknął z przekąsem. Nic nie było świetnie ani wspaniale. Na domiar złego sypało, jakby aniołki na chmurkach dostały zajebistego łupieżu, także mógł sobie pomarzyć jeśli chciał na szybko znaleźć jakiś hotel. Zresztą do najbliższego było pewnie z pół godziny drogi i to bez śnieżycy. Także powodzenia. Poza tym, dlaczego niby to on miał zrezygnować, skoro był tu pierwszy? Oni jako drudzy powinni się poczuć i zabrać swoje seksowne tyłki z jego domku. Tylko urocza parka raczej nie podzielała tego przekonania, a to znaczyło, że Quentin miał rację. Musieli poczekać na kontakt od właściciela, który rozwiąże ich problem. Więc jak na razie, naprawdę byli na siebie skazani.
Ostatecznie Vega nie był złamanym fiutem i nie zamierzał się pluć. W końcu żaden z nich nie był winny tego żenującego zamieszania.
–
Na to wygląda - westchnął, chowając telefon. Drugą ręką przetarł oczy, a potem uśmiechnął się krzywo i gospodarskimi gestem wskazał salon.
–
Mi casa es tu casa, gołąbeczki. Zaproponowałbym piwo, ale mam tylko sok i colę. Ewentualnie gorącą czekoladę. Ale wyglądacie na takich, co to piją tylko sojowe latte, więc nie wiem czy trafi w gusta. – Posłał obu przekorny uśmiech. W sumie to im współczuł bardziej niż sobie. Biedni przystojniacy przyjechali tu pewnie tarzać się nago przed kominkiem i celebrować wspólne święta z kieliszkiem drogiego szampana w dłoni, a dostali pod choinkę kłopot w postaci odjechanego życiem menela z gitarą. Cóż, świat nie jest sprawiedliwy. Val coś o tym wiedział. Bo nie ma to jak po rozstaniu zostać zamkniętym w domu na odludziu z zakochaną parą. Na myśl, że przyjdzie mu patrzeć jak się do siebie kleją i sobie słodzą, robiło mu się słabo z zazdrości. Bo te święta miały być inne niż wszystkie.
Te, miały być równie szczęśliwe, jak ich.
Ale skoro życie dało mu kolejną cytrynę, to postanowił zrobić z niej lemoniadę. Może dlatego, że był trzeźwy, a dwójka nieznajomych, mimo swojego ulizania, wydawała się sympatyczna? Jakoś nie miał ochoty być dla nich dupkiem.
Zabawił się w gospodarza, oprowadzając ich po wnętrzu. Było przestronne i luksusowe, a jednak w klimacie domku z bali. Dużo drewna, wielki kominek, skóry na podłodze i skórzane meble. Domek miał też dwie sypialnie, obie na piętrze, ale z małej nie było tak ładnego widoku. Val wspaniałomyślnie zrezygnował z głównej, uznając że nie będzie psuł im wyjazdu jeszcze bardziej i zabierał najlepszych atrakcji. Już się zresztą napatrzył na góry przez te kilka godzin. Zgarnął tylko nieotwartą jeszcze walizkę i gitarę, która do tej pory stała oparta o fotel.
Zaniósł swoje graty do mniejszej sypialni, porzucając je na jej środku.
–
Tylko nie celebrujcie za głośno początku wakacji, bo się łatwo rumienie - rzucił, kiedy schodzili po schodach na parter. -
I nie wziąłem zatyczek do uszu - odwrócił się przez ramię, posyłając im szelmowski uśmiech. Wygłupiał się, ale naprawdę nie miał ochoty wysłuchiwać ich uniesień mając za towarzystwo pusty pokój i zimne łóżko.
Theodore Tellier Quentin Emerson