002.
outficik
Czekał na tę wycieczkę od dłuższego czasu. Nie był typem podróżnika, jeśli chodziło o wyjazdy poza Toronto, bo chociaż lubił naturę i przebywanie na jej łonie, to z wyjazdami poza miasto wiązało się więcej planowania i rozwiązywania różnych problemów, że najzwyczajniej w świecie nie miał do tego głowy. Jego czas był mocno ograniczony, bo musiał w jakiś sposób łączyć pracę w Klinice, jak również prowadzenie swoich badań. Stypendium, które dostał nie tylko umożliwiło mu dalszy rozwój swojej kariery naukowej, ale też narzuciło na niego presję, która nakazywała mu wykazywać się i poświęcać. Albo to tylko on nakładał na siebie te wymagania i stypendium było tylko dobrą wymówką do tego, by w jakiś sposób mógł tłumaczyć się z tego, że poza laboratorium nie miał żadnego życia prywatnego? No ale lubił to robić. Lubił zamykać się w swoim laboratorium, siadać przy swoim stanowisku i odpalać mikroskop, przy którym spędzał wyjątkowo dużo czasu licząc plemniki i sprawdzając ich morfologię.
Decyzja o wycieczce była spontaniczna co nie przytrafiało mu się zbyt często. Był raczej człowiekiem, który preferował mieć wszystko zaplanowane i ułożone tak, by stracić jak najmniej czasu. Czas był dla niego rzeczą najważniejszą, gdyż zawsze miał go dla siebie zbyt mało, dlatego też umiejętność planowania była na wagę złota. Zbliżał się jednak okres wakacyjny, a jego praca laboratoryjna nieco się uspokoiła. Póki co był zadowolony ze swoich postępów, więc zarówno on, jak i jego przełożony zgodzili się na krótki, bo zaledwie tygodniowy, urlop. Apollo uznał jednak, że więcej mu nie potrzeba i właśnie to skłoniło go do podjęcia decyzji o wycieczce. Oczywiście sama wycieczka, jak i to, co będzie podczas niej robić było już starannie zaplanowane.
W dniu wycieczki spakował do plecaka wszystkie rzeczy, które uznał za najpotrzebniejsze. Plecak nie był zbyt pojemny, więc nie pakował zbyt wielu przedmiotów, a to co mógł pochował do kieszeni. Spakował oczywiście wodę, jakieś przekąski, którym nie mogło zaszkodzić ciepło, krem z filtrem oraz książkę i swój szkicownik. Postanowił również zaryzykować i wziął ze sobą swoje nowe akwarele, gdyż uznał, że będzie to jego kolejne hobby. Uwielbiał rysować. Poza czytaniem była to czynność, której najczęściej się oddawał w swoim wolnym czasie. Odprężało go to i pobudzało jego myślenie kreatywne, którego nie miał okazji używać w pracy.
Na przyjazd busa czekał w samochodzie brata, który zgodził się go podwieźć. Nie chciało mu się czekać i grzać na Słońcu, więc korzystał z przyjemnej klimatyzacji, której chłodne podmuchy mierzwiły mu włosy. Próbował je jakoś poskromić, jednak odżywki i szampony, na które ostatnio się przerzucił okazały się całkowitym niewypałem. Nie przeszkadzało mu to w żadnym stopniu, bo z suchymi czy odżywionymi włosami wiedział, że wyglądał dobrze. Cóż, zdawał sobie sprawę z tego, że w jego przypadku wygląd nie jest problemem i nigdy nim nie był. Uśmiechnął się półgębkiem, przeglądając się w lusterku wstecznym. W tym samym momencie zauważył zbliżający się pojazd. Zsunął na nos swoje okulary i wysiadł z samochodu, by na szybko przewiązać swoją dżinsową kurtkę w biodrach i przerzucić plecak przez ramię. Pospiesznie pożegnał się z bratem i podbiegł do busa. Nie chciał wsiadać na samym końcu, bo chciał zając sobie odpowiednie miejsce – najlepiej przy oknie.
Jego plan się udał. Wchodząc środkowymi drzwiami udało mu się ominąć największe kolejki, bo większość wycieczkowiczów pchała się do drzwi od kierowcy, jakby myśleli, że trzeba było kupić lub okazać bilet. Dzięki temu udało mu się zająć miejsce idealne i zdążył nawet ustawić sobie klimatyzację tak, by owiewała go a jednocześnie nie dmuchała prosto w twarz. Położył sobie plecak na udach i wyciągnął z niego książkę i słuchawki. Podróż nie miała trwać zbyt długo, jednak wydawało mu się, że był to odpowiedni moment na czytanie. Zwłaszcza że był to również idealny sposób na zniechęcenie towarzysza podróży do jakichkolwiek rozmów. Blondyn nie był osobą towarzyską, a już na pewno nie interesowały go
small talki z ludźmi, których nie znał i których miał już nigdy nie zobaczyć. Na wycieczkę nie jechał też po to, by spędzić czas z innymi ludźmi, lecz by odpocząć i zrelaksować się oglądając ładne widoki. Jego plan nie mógł się więc nie udać.
Otworzył książkę na stronie, na której ostatnio skończył. Akcja zaczynała się powoli rozkręcać i Apollo nie mógł się już doczekać konsekwencji, jakie spadną na główną bohaterkę, której z jakiegoś powodu nie współczuł. Uwielbiał jednak czytać właśnie o takich postaciach, o osobach, które popełniały błędy i prowadziły dyskusyjny tryb życia, by później spotkała je za to jakaś nauczka. Zaczął czytać i nie oderwał się od tego nawet w momencie, gdy usłyszał męski głos pytający o miejsce. Zanurzony w lekturze, kiwnął jedynie głową i przewrócił stronę na kolejną. Ruchy współpasażera nieco go irytowały, ale uspokajał się tym, że mężczyzna prędzej czy później się uspokoi. Bo przecież ludzie nie wiercili się podczas jazdy. I byłoby idealnie, gdyby nie kolejne słowa, które od niego usłyszał.
Gdy z ust mężczyzny padło jego nazwisko, Apollo odwrócił się jak posłuszny pies odwracający łeb do właściciela i gdy tylko jego oczy spotkały się ze spojrzeniem mężczyzny, blondyn poczuł w żołądku ucisk frustracji i złości.
–
A co ty tu do cholery robisz? – zapytał, jednak nie oczekując od niego żadnej odpowiedzi. Widok Ayaana nie był czymś, co było na jego karcie do bingo. Ogólnie nie chciał go widzieć. Było to niezwykle dziwne, że spotkali się właśnie tutaj. Apollo nie przypominał sobie zresztą, żeby kiedykolwiek dotarła do niego informacja o tym, że jego
były rywal zawitał do Toronto. Jego życie było zdecydowanie weselsze, gdy chłopaka tutaj nie było, a on mógł wymazać jego istnienie z głowy. –
Muszę się przesiąść – oznajmił, chociaż było to bardziej postanowienie, które kierował do siebie samego, niż oznajmianie swoich zamiarów chłopakowi siedzącemu obok niego. Wstał nawet, jakby chciał dodać swoim słowom większego znaczenia i pokazać, że nie zniesie jego obecności w swojej przestrzeni prywatnej, jednak, gdy tylko się odwrócił, by zgarnąć swój plecak, kierowca ruszył, a on ponownie opadł biodrem na siedzenia. O tyle dobrze, że teraz jego twarz wpatrywała się w szybę, więc nie musiał oglądać Malviya i w sumie, gdyby tak zamknął swoje oczy, to mógłby zapomnieć, że ten w ogóle istnieje i że znów pojawił się w jego życiu.
moje nemezis