ODPOWIEDZ
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Poprawianie sobie humoru szło Peach całkiem nieźle. Wyszykowała się w cekinową sukienkę, zrobiła włos, zrobiła oko, i trafiła na imprezę w modnym klubie. Miała swoje dziewczyny - oczywiście tylko takie dziewczyny, którym nie musiała dogłębnie tłumaczyć dlaczego szuka poprawy humoru (na poważne rozmowy jeszcze przyjdzie czas, ale na pewno nie chciała póki co z nikim poruszać tematu kolejnego niefortunnego związku). Trafiła na wieczór, kiedy w klubie była dobra muzyka, przystojni chłopcy i dużo dobrych drinków. Zych ostatnich akurat nie korzystała za dużo, bo już kolejnego dnia miała przecież z rana umówioną siłownię, chociaż ciężko zdecydować, czy będzie miała siłę po tym jak tańczyła tyle godzin. Z pozostałych atrakcji korzystała i pewnie gdyby nie to, że nie miała ochoty teraz na żadne nowe związki, to wróciłaby z klubu z jednym z przystojniaków. Ale ponieważ nie była na tyle pijana, to zakończyła ten wieczór sama. Z klubu wyszła przed drugą w nocy i zapatrzona w swój telefon, zachowywała się bardzo nieodpowiedzialnie nie patrząc zupełnie na to kto jest na ulicy. Przeglądała sobie zdjęcia z wieczoru i wrzucała storiski, nagrała swojemu współlokatorowi głosówkę, że już wraca do domu i w tym wszystkim niestety nie zauważyła, że od pewnego momentu idzie za nią jakiś typ. Mężczyzna był od niej niższy, ale to akurat nie było niczym dziwnym, bo ona ma figurę modelki, co oznacza, że większość facetów była od niej niższa. Ulica która przy klubie jeszcze była wypełniona ludźmi, ale wystarczyło wejść w kolejną i za zakrętem było już prawie całkowicie pusto. I wtedy się zorinetowała. Odsuneła telefon od twarzy, bo nagle mimo spokoju na ulicy, dochodzi do niej, że słyszy czyjeś kroki. Obejrzała się odruchowo, a serce na chwilę jej stanęło i poczuła, że oblewa ją zimny pot. Jakiś facet w kapturze szedł za nią i wyraźnie się wzdrygnął, widząc, że go zauważyła. Cholera. Przyśpieszyła kroku, licząc już tylko na znajdujący sie za skrzyżowaniem punkt z kebabem, gdzie nawet o tej porze znajdą się na pewno jakieś osoby. Cholera, że dziś akurat oddelegowała goryli, którzy włóczą się za nią od dwóch miesiecy by ją chronić przed takimi sytuacjami. Dlaczego jej posłuchali, powinni siedzieć i ją obserwować nawet jak im rozkaże ją zostawić! Przecież po to zatrudnił ich jej ojciec - do ochrony córci. Jej sandałki na obcasie wybijały szybki rytm, ale kiedy tylko doszła do zakrętu to zaraz puściła się biegiem, dobrze przewidując że pod kebabem będzie mały ruch i na pewno ktoś jej pomoże pozbyć się natręta. Przeczesuje spojrzeniem facetów pod kebsem (bo niestety nie było tam żadnej grupki dziewczyn) i serce zabiło jej mocniej na widok Petera Bylthe, czyli brata jej koleżanki Queenie. To jakieś zrządzenie losu, że akurat Peter - ex hokeista tu jest. Peach bierze głębszy wdech i przyśpiesza, chce do niego dobiec, ale wtedy chłopak niespodziewanie pokazuje komuś ręką znak pożegnania i nim Peach go dopadnie, zdąży wejść do taksówki. Jej jedyna szansa na wyratowanie się z opresji właśnie odjeżdżała czarnym mercedesem. Zdyszana stoi na środku drogi patrząc za odjeżdząjącym Peterem, odwraca się i widzi, jak mężczyzna w kapturze już odciera w okolice światła bijące od budki z kebabem. I wtedy jej spojrzenie padło na tego, z którym żegnał się Peter. Z daleka oceniła, że wygląda mniej podejrzanie niż zakapturzona postać, a poza tym Peter mu... ufa, więc ona chyba też może? Bardzo szybko podjęła kolejną decyzję, ale tym razem bardziej irracjonalną i przebiegła na drugą stronę ulicy w jego kierunku. Zatrzymała się przy nim i niewiele myśląc zarzuca mu ramiona na szyję. Jej oczy błyszczą, ale nie tak, jak chcieliby, żeby błyszczały oczy dziewczyny na ich widok, jej oczy błyszczą błagalnnie. Wpatruje się intensywnie w oczy zaskoczonego chłopaka, jakby chciała mieć pewność, że dostanie odpowiedź twierdzącą, kiedy mówi:
- Pomóż mi proszę - i pocałowała go, żeby ktoś kto obserwuje ich z boku mógł pomyśleć, że właśnie dziewczyna wita się ze swoim chłopakiem. Pocałunek był o tyle chaotyczny, że Peach stresowała się, że nie wyjdzie naturalnie, jakby się całowali jak zawsze i zakapturzona postać nie kupi tej akcji, zatrzyma to i na miejscu ją udusi/porwie/poćwiartuje. Była też kwestia tego, że całowała zupełnie randomowego człowieka na ulicy. Niby z oczu patrzyło mu dobrze, ale... no jednak nie wiedziała czy ten zaraz jej nie odepchnie i nie wyzwie od głupich zdzir, jednocześnie skazując ją na bardzo niebezpieczną sytuację z prześladowcą, którego oddech już czuła na kartku. Nic to jednak, bo pocałunek nie trwa bardzo długo. Kiedy się skończył, Peach przytula się i mówi mu na ucho - Ten facet w kapturze, czy on wciąż się patrzy? Śledził mnie, przepraszam, nie wiedziałam co zrobić - i w końcu się odsuwa od niego i zabiera ramiona z jego szyji, ale że boi się spojrzeć za siebie, to nie patrzy, patrzy za to uważnie na Francisa, chcąc z jego twarzy wyczytać, czy ON TAM JEST?

Francis Gardner
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#3

Ostatnimi czasy wyjścia z Blythem robiły się tak częste, że powoli należało je zaliczać do kategorii regularnych. I nie byłoby w tym absolutnie nic dziwnego ani złego, gdyby nie to, że Gardner czuł przy tym wszystkim, jak z każdym kolejnym spotkaniem stopniowo ulatnia się z niego lojalność wobec zasad nigdy nie spisanego Kodeksu Starszego Brata, skutecznie ustępując miejsca byciu zdrajcą własnych reguł. To nie było w jego stylu. To naprawdę nie było w jego stylu.
A wszystko przez tę feralną noc jakiś czas temu.
Jeden lokal, dwóch typów, trzecia nad ranem, cztery powody do narzekań i o pięć kolejek za dużo.
Francis obwiniał siebie z tamtej nocy niemożebnie: że dał się podejść, że dał się zrobić, że dał się poznać. Od tamtej pory coś się zmieniło, jakaś niewidzialna ściana przesunęła się odrobinę, jakaś cegiełka z muru odpadła, a jakieś drzwi zostały otwarte i Peter Blythe — ten gnojek Peter Blythe — znalazł się u Gardnera na liście osób, które ten potrafił względnie tolerować. Nie potrafił już na niego patrzeć tak, jak wcześniej. Nie kazał mu już sprawdzać drzwi od drugiej strony i pilnować powietrza za nimi. Nie łapał się też więcej na tym, że z tyłu głowy odczuwa tę irytującą potrzebę testowania granic Blythe’a i przesuwania ich, żeby sprawdzić, jak wiele jest on w stanie znieść, zanim pęknie. Wcześniej tłumaczył sobie takie potrzeby dbaniem o dobro siostry, ale gdzieś podświadomie wiedział, że za jego pierwotną niechęcią do Petera od początku kryło się coś więcej. Jakaś część Gardnera gardziła bogactwem, w którym chłopak się wychowywał i bańką, w której żył. Inna żerowała w najlepsze na paranoi i grała na sceptyzmie starego detektywa. Ta najmniejsza — do której nigdy na głos by się nie przyznał — zwyczajnie nie wierzyła, że ktokolwiek jest w ogóle warty Wendy i jej wielkiego serca.
Ale teraz Gardner siedział tu, w zachodniej części śródmieścia i żarł kebaba z tym samym Peterem Blythem, który uczepił się jego siostry, jak rzep psiego ogona i wcale nie sprawdzał na nim sztuczek, których uczono w Quantico. Francis sam nie do końca wierzył, że potrafił przy nim wrzucić na luz; że ściągnął łańcuch, opuścił swoją budę i zrzucił tożsamość psa obronnego, pozwalając sobie na wolne. Skutecznie — i gorliwie — uciszał sumienie argumentem, że to przecież tylko na chwilę.
Bo faktycznie, takie wyjścia zwykle nie trwały ciągiem kilkunastu godzin, nie powtarzały się co dobę i chociaż były to niewątpliwie interakcje prawdziwie społeczne, to też nie zawsze wyglądały, jak tradycyjnie szablonowe kontakty międzyludzkie. Może dlatego było mu łatwiej, bo mogli nie zamienić ze sobą ani słowa i siedzieć w ciszy przez całe spotkanie, ewentualnie wymieniając się wrażeniami dotyczącymi żarcia, a potem pożegnać się, wrócić do własnego życia i tempa dnia powszedniego, jak gdyby nigdy nic? A może dlatego, że to już był swoisty rytuał i jakiś czas później któryś z nich rzucał w smsie kolejny adres i godzinę.
Jakby nie było, na szczęście dla introwertycznego ja Gardnera, wszystkie spotkania w końcu się kończyły. I tak było tym razem. Kiedy Blythe wstał ze swojego miejsca i pomachał mu na pożegnanie, oddalając się w kierunku taksówki, Francis skinął mu łbem i sam zaczął powoli się zbierać. Właśnie wtedy jego oczy zatrzymały się na drugiej stronie ulicy, na lśniącym obiekcie i aż się zatrzymał w pół ruchu, z kluczykami do motocykla w łapie. No nie. Nie mógł tak odejść. Nie, kiedy te kilka kroków od niego kawałek tiramisu stał na ekspozycji i łapał światło jarzeniówek z półki nad nim.
Przełknął głośno ślinę. Cukier po podwójnym mieszanym mięsie wjechałby, jak złoto. Nagle całe zmęczenie z niego uszło i już chował kluczyki z powrotem do kieszeni, już robił pierwszy krok, kiedy... coś na niego wpadło. Też było lśniące, też pachniało słodko, ale niewątpliwie nie było to tiramisu. Tiramisu by go nie przytuliło. Tiramisu by tak na niego nie patrzyło. Nim się zorientował, wertował kobietę niebieskim spojrzeniem, rzucając milion pytań bez wypowiadania ani jednego. I zupełnie tak samo nagle, jak ona się zmaterializowała, tak samo nagle jasne stało się, czemu się zmaterializowała.
Pomóż mi, proszę.
Nie dała mu odpowiedzieć. Gardner zdusił w sobie zaskoczenie i jego łapska wreszcie opadły na jej talię, by jedna z nich ostatecznie przesunęła się po jej sukience. Czuł pod skórą cekiny na materiale, czuł jak napięta stała i miał jedynie nadzieję, że sam nie wyglądał jak android o mechanicznych ruchach, gdy objął ją w pasie i przyciągnął bliżej do siebie. Był detektywem, potrafił działać pod presją i w niecodziennych warunkach, ale był też sobą — bliski kontakt fizyczny z zaskoczenia zawsze przepalał mu jakieś styki, wyciągając na wierzch braki z przeszłości. Nim jednak zdążył sobie o tym na dobre przypomnieć, Panna Cekinek przerwała pocałunek, a on gotów był ją puścić, okazując wszelkie gentlemańskie nawyki, o które nie posądziłby go prawdopodobnie nikt bliski.
Tyle, że ona się wcale nie odsunęła.
Gardner przesunął spojrzenie za nią, na drugą stronę ulicy, na ten wymarzony i teraz tak bardzo nieosiągalny kawałek tiramisu, a potem na faceta w kapturze, który zastygł w półcieniu, trochę pod latarnią, trochę za. Nie widział jego twarzy i nie mógłby jej zobaczyć nawet, gdyby chciał, co wywołało mimowolne ściągnięcie brwi — może dla tego typa wyglądało to bardziej jak niezadowolenia gościa, który właśnie odkrywa, że inny łaził za jego dziewczyną.
Mhm — odpowiedział jej, jedną kwestią załatwiając odpowiedź na jej pytanie i komentując wymówkę wymieszaną z przeprosinami. Skoro się tym razem odsuwała, zsunął dłoń z jej łopatek; druga wciąż tkwiła tuż nad jej biodrem, we wcięciu talii. Zerknął za to na nią i dopiero teraz zorientował się, jak wysoka była i jak wygodne było to, że nie musiał nadwyrężać karku, żeby na kogoś spojrzeć. Jeszcze raz, na ułamek sekundy, wrócił ślepiami do zakapturzonego, który dalej stał tam, jak stał wcześniej. — I chyba nigdzie się nie wybiera.
Nie był typem romantyka. Nie był wybawcą dam w opałach, przynajmniej nie w czasie prywatnym. Nie był też typem, który znał się na społecznych konwenansach i na tym, co wypada a co nie. Ale była noc, środek tej rozrywkowej części miasta i coś mu podpowiadało, że obściskująca się para to mogłoby być za mało, żeby kogoś przegonić.
Natrętny były? — rzucił w końcu, wolną ręką sięgając do jej twarzy. Najdelikatniej jak potrafił — a chyba potrafił nieźle — odgarnął kosmyki jej włosów z czoła i skroni, wyobrażając sobie, że właśnie takimi gestami wymieniają się zakochani. Patrzył jej przy tym w oczy, próbując wyczytać to, czego za to nie chciała powiedzieć. To, że ją śledził, to już wiedział. Ale kim był? Czy go znała? Kojarzyła? Czy był typem z klubu, który wypił za dużo i ubzdurał sobie, że ją poderwie, a potem nie zrozumiał nie? Czy było za tym coś więcej, niż urażona odmową duma? Miał broń? Jaką? W międzyczasie jego łapsko zatrzymało się gdzieś przy jej żuchwie, a kciuk zgarnął z jej kości policzkowej okruszek brokatu.

Peach J. Pepper
vasco da gama
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Zimny dreszcz przebiegł jej po nogach, kiedy kolega Petera potwierdził najgorszą z możliwości. Stał tam. Stał i patrzył na nich. Bardzo starała się nie pokazywać po sobie zdenerwowania. Ale jeżeli tylko Francis chciał to jego dłoń, nawet ta oparta na sukience mogła wyczuć, że dziewczyna jest zestresowana, bo całe jej ciało było napięte. Uświadomiwszy sobie o tym, że wciąż jest obserwowana, stara się tak stać, żeby nikt poza Francisem nie widział jej przerażonych oczu. Bo pojawiły się w nich łezki.
Nawet nie wiedziała co się właściwie z nią dzieje, kiedy stała na środku chodnika w ramionach mężczyzny, ale skupiała się na tym, żeby przekonać go do tego, by jej teraz nie zostawił. Za wszelką cenę musiała się go trzymać, bo jeżeli on ją zostawi - to znów będzie skazana na siebie. I tak gdyby był to może dzień, albo gdyby była w dresach, albo miała przynajmniej świadomość, że dwadzieścia metrów za nią chodzą jej ochroniarze, to byłaby w stanie naskoczyć na stalkera. Ale była sama w nocnym Toronto. Jej telefon miał już resztkę baterii, jej stopy były obolałe od całonocnego tańca. Jej ochroniarzy nie było, nawet nie dała im znać, że coś się dzieje.
I w tym całym stresie i chaosie był kolega Petera Bylthe. Gdyby poznali się w innych okolicznościach, wziełaby go pewnie za jego kolegę z pracy, może też ex hokeistę. Podejrzewała, że mógłby jej powiedzieć coś o bitcoinach albo narzędziach AI z których korzysta przy wyliczaniu biliardów w swojej tabelce. Zupełnie źle by go przeczytała. Ale na szczęście z ich dwójki to nie ona jest detektywem.
Natomiast to, że nie odtrącił jej, zamiast tego stał tu na miejscu i wyraźnie starał się odnaleźć w sytuacji, sprawiło, że Peach mu zaufała. Spoglądała za jego ręką, lekko, prawie niezauważalnie reagując na nią głową. Czy zakochani tak się zachowują? Oby tak, bo starala się ogromnie, nie pozwolić, aby ich gra została zdemaskowana.
- Nie wiem kim on jest - zaprzeczyła gdzieś w połowie drogi jego ręki po jej policzku. Co więcej, niestety nie wiedziała nawet tego kim jest tak na prawdę jej wybawiciel. I czy ma dobre zamiary. A co gdyby okazało się, że zamiast znaleźć wybawienie, właśnie wpadła w ramiona swojego prześladowcy? Peach wpatrzona jest w oczy faceta, bardzo chciała się upewnić czy czai się w nich jakiś cień. Musiała mu zaufać, teraz nie miała już wyboru. - Ale od jakiegoś czasu dostaje takie dziwne wiadomości... bardzo dużo dziwnych wiadomości - przełknęła ślinę, czując jak jej dłonie zaczynają drżeć, więc położyła je na widoku - na klacie swojego wybawiciela, tu gdzie zaczynało się jego ramię. Nacisneła je lekko, starając się uspokoić. Gonitwa myśli jednak już ruszyła. Peach wertuje w głowie wszystkie sytuacje, które mają miejsce od kilku miesięcy. To jak w zeszłym tygodniu dostała mailem zdjęcie zrobione z kamienicy położonej naprzeciwko w której widać rzeczy, które ma poustawiane na oknie. Ktoś obserwował jej mieszkanie i chciał, żeby o tym wiedziała. Przypomina sobie pogróżki, które w prywatnych wiadomościach ktoś zostawiał na jej profilu, a nawet złośliwe komentarze pod zdjęciem jej z jej byłym chłopakiem na kanadyjskim odpowiedniku Pudelka. Ale najgorsze było to, że dziś, kiedy tańczyła w klubie, ciągle miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. I kiedy poszła do łazienki widziała kogoś w czarnym kapturze, kto stał w kolejce. Pamięta, bo zdziwiła się, bo przecież do męskiego nie było kolejki. Co, jeżeli to była ta sama postac? Wzięła głęboki wdech, nagle orientując się, że przed chwilą praktycznie nie oddychała. - Wydaje mi się, że widziałam go wcześniej w klubie i mnie obserwował. On ma kaptur... kto w klubie nosi kaptur? Przpraszam cię ale czy możemy... możemy stąd iść? - głos jej się urwał, bo zacisnęła usta, przerażona tym, że prześladowca mógł usłyszeć w jej głosie nie tyle radość ze spotkania swojego chłopaka, co obawę o to, kto inny dziś się na nią patrzył.

Francis Gardner
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie spodziewał się łez w jej oczach. Nie dlatego, że nie przewidział, że w sytuacji niewątpliwie stresowej organizm może zareagować płaczem, ale chyba głównie dlatego, że patrząc na nią, widział silniejszą, pewną siebie osobę, która wie czego chce i wie, jak to osiągnąć — tak, jak używała jego, żeby pozbyć się natręta w kapturze. Jasne, czuł jak napięta była. Widział w jej oczach niepewność i niemą prośbę o pomoc. Mógł przysiąc, że jest przerażona.
Tymczasem styki i tak mu się z lekka przepaliły, kiedy jej spojrzenie błysnęło łzami. Widział wiele płaczących twarzy — zastygłych w agonii ofiar, świadków, którzy odnaleźli ciało, bliskich, kiedy informował ich o tragicznym końcu kogoś, kogo kochali; tych — w każdym wieku — którzy płakali z bezsilności, rozpaczy, bólu czy porażki.
Dawno jednak nie widział kobiety, która rozpłakała się ze stresu. Rozumiał mechanizm za tym, rozumiał biologię kryjącą się w tym wszystkim... A jednak nie potrafił zareagować. Nie tak, jak być może oczekiwała. Na pewno nie tak, jak potrzebowała.
No już — mruknął, może trochę zbyt ostro, może trochę bardziej jak reprymenda, niż troska. Intencje mimo wszystko miał w gruncie rzeczy dobre. Wysłuchał jej odpowiedzi, starając się nie wychodzić przed szereg z układaniem puzzli, jakie mu podrzucała, nie analizując przesadnie i nie wybiegając do przodu z potencjalnymi możliwościami tego, co się działo. Ale umysł starego psa działał sam, dodając dwa do dwóch, łącząc kropki, zrzucając woal słodko-pierdzącego kochanka na rzecz technicznego podejścia do sytuacji. Zanim jednak zaadresował problem i zaczął ją przepytywać — choć stalking wcale nie był jego obszarem zawodowym — dał jej chwilę na przetrawienie własnych myśli i emocji, a potem powoli zsunął dłoń z jej żuchwy niżej, sunąc nią po boku jej szyi w momencie, w którym zorientowała się, że przestała oddychać. Nie widział wielu komedii romantycznych, nie przeżył wielu stricte filmowych chwil, ale wiedział, że to był czas na jego ruch. Kolejny. Palcami na szyi przytrzymał ją w miejscu, jeśli miała się ruszyć i nachylił się do niej, składając delikatny pocałunek na czole, ignorując łaskoczące niesforne kosmyki, które załaskotały go po nosie.
W tym samym momencie spojrzał ponad koroną jej włosów jeszcze raz. Przeklinał miejsce, w jakim zatrzymał się ten gość, prawdopodobnie zupełnie przypadkowo — nie zdając sobie sprawy, że właśnie wybrał idealny spot, dzięki czemu światło latarni padało dokładnie na tylną część czubka jego głowy i oblewało cieniem ten fragment twarzy, który nie krył się pod kapturem. A może facet był mądrzejszy, niż po opisie kobiety się wydawało. Może doskonale wiedział, gdzie stanąć, by być jednocześnie na widoku, ale wciąż pozostać niewidocznym. Namacalnym, podsycającym jej strach i paranoję, ale jednocześnie jak duch, nieosiągalny, nieuchwytny.
Gardner złapał się na tym, że prawie wyrwał w jego stronę. Był typem konfrontującym problem w znacznej większości przypadków. Skoro Cekinek i tak zrobiła z niego świadka wbrew jego woli, zamierzał przyjrzeć się fagasowi i zapamiętać każdy drobny szczegół jego twarzy, tak jak zaszufladkował już każdy detal, jaki zdążył wychwycić z jego sylwetki. Szacunkowy wzrost, muskulaturę, dominującą rękę, którą zdradziła jedna stopa wysunięta do przodu, gdy stanął w połowie kroku i tak zamarł, obserwując jej poczynania. Jeśli miał zgrywać kochanka, to wierzył, że podejście do gościa i wyperswadowanie mu — choćby siłą — śledzenia jego dziewczyny byłoby pierwszą rzeczą do zrobienia.
Tylko, że głos kobiety zadrżał. Prośba, jaką rzuciła, odbiła mu się po głowie i ostudziła chęć dopierdolenia komuś, kto uważa, że jest sprytniejszy od reszty świata i może sobie pogrywać ze słabszymi. Boże, jak on nienawidził takich typów. Nienawidził takich zabaw w kotka i myszkę, które potrafiły przybrać naprawdę popieprzone tory obsesji. Za dużo widział finałów takich zabaw, które kończyły się w prosektorium.
Na pewno? — rzucił mimo wszystko, na powrót skupiony tylko na niej. Chwilę gapił się prosto w jej oczy, a potem pozwolił, żeby łapsko z jej szyi zsunęło się na jej bark i w dół po jej ramieniu, prosto na nadgarstek; nim się cofnął, złapał ją za rękę, splatając ich palce. Matka mogłaby być z niego dumna, że taki świetny z niego aktor. — Chodź.
Pociągnął ją lekko. Nie w stronę tego typa, nie w stronę tiramisu, którego zjedzenie już przekreślił, nie w stronę najbliższego postoju taksówek. Obok, ale dalej, postępując krok za krokiem, zmuszając ją, by szła razem z nim wzdłuż głównej ulicy.
Nie patrz na niego i nie dawaj mu tej satysfakcji, że wiesz o nim i się go boisz — mruknął jeszcze. Sam też się już nie odwrócił, prowadząc ją prosto do zaparkowanego przecznicę dalej motocykla spokojnym, niemal spacerowym tempem po ulicy skąpanej w świetle latarni. Instynkt gliny działał nieproszony, szukając przewagi, gdyby tamten ruszył za nimi albo co gorsza, planował coś więcej. — Zgłosiłaś to już?
Oby.
Peach J. Pepper
vasco da gama
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Może właśnie takiego stanowczego słowa potrzebowała, bo kiedy kazał jej się ogarnąć, to poczuła, jak całe jej ciało postanawia pójść za tym... rozkazem albo radą? Czymkolwiek były, zadziałały, a Peach powoli skinęła głową jeszcze spuszczając na chwilę wzrok, jakby nieśmiało. Jakby było jej trochę wstyd za tą okazaną słabość. Bo przecież była odważną kobietą. Całe swoje życie uparcie dążyła do wytyczonego celu, przekonana o tym, że jest stworzona do tego, by osiągnąć sukces. Obecnie największy sukces osiągala w dziedzinie kreowania swojej persony internetowej, ale przecież miała doświadczenie w prowadzeniu biznesu. A tam nie mogła pozwolić sobie na słabość. Nie były straszne jej opinie znajomych, czy nawet wątpliwości, które podnosili jej rodzice. A teraz, tu, w ciemności letniej nocy, tak pochopnie pokazała swoją delikatną stronę, tą której nie pokazywała od tak. A gdyby tego nie było zbyt wiele to zrobiła to przed zupełnie obcym człowiekiem. Człowiekiem z którym przez tą jedną chwilę połączyło ją więcej niż z niektórymi w ciągu kilkutygodniowych związków. Więc kiedy zaraz uniesie spojrzenie, będzie ono nieco mniej płaczliwe, będzie wciąż przerażone, ale już nie będzie spojrzeniem ofiary.
Ale nim to, to jeszcze stała z głową lekko przechyloną do przodu i nalge poczuła na swoim czole ciepło jego ust. Ten lekki pocałunek, sprawił że jakieś ciepło rozpłynęło się po całym jej ciele, jakby budząc ją z lodowatych dreszczy naniesionych przez przerażającą sytuację. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyciszają się myśli i wątpliwości co do słuszności zaufania mu.
Uniosła na niego spojrzenie, łapiąc jeszcze to, które utkwił nad jej głową w prześladowcy. Jego spojrzenie było uważne i stalowe. Świetnie odgrywał swoją rolę, bądź był stworzony do tego, by można było się przy nim czuć zaopiekowaną. Widziała wyraźnie, że się przejął, że mimo tego, jak absudalnie przypadkow został częścią jej historii. Powoli zaczynała kształtować sobie opinię na jego temat. Skineła znów głową, kiedy szukał potwierdzenia, czując jak niepewność i stres są już nieco niższe niż jeszcze chwilę temu.
Kiedy zamknął ich dłonie w uścisku, nawet na chwilę się nie wahała i ruszyła razem z nim. Stawiając wolno kroki, czuje jak drastyczna jest zmiana tempa. Jej wcześniejszy bieg - próba ucieczki, nadał przyśpieszony rytm serca, ale teraz powoli się uspokaja. A ten stoicyzm bijący od mężczyzny - przecież nie wiedziała, że chciał wyrwać się do prześladowcy - sprawia, że z chaosu myśli jest w stanie powoli zbierać swoje myśli. Dlatego chociaż na samym początku odpowiada trochę niezrozumiale: -Nie mam dobrych wspomnień ze współpracy z policją - i bardzo szybko rozwijając, chociaż zabrzmiało to co najmniej tak, jakby pochodziła z podejrzanych kręgów - Kiedy byłam w liceum zgłaszałam z przyjaciółką nauczyciela za to, że miał z nią romans... nikt nic z tym nie zrobił - jej oddech powoli uspokaja się. I wtedy zorientowała się, że to side story, których uraczyła swojego wybawiciela, nie odpowiada na jego pytanie - Przepraszam... ja chyba z tego stresu... nie, nie zgłosiłam. Miałam iść w tym tygodniu, bo mam wrażenie, że ktoś mnie prześladuje. Zaczęło się od wiadomości na Instagramie. Je można zablokować, ale pisał do mnie ciągle z nowych kont, nie byłam pewna czy to jedna osoba... czy jakaś grupa osób. Ale kiedy w zeszły weekend dostałam zdjęcie mojego okna, przestraszyłam sie. Wiedzieli - albo wiedział - gdzie mieszkam. Przyznam się, że ten tydzień minął tak szybko i jeszcze wypadł mi ten wyjazd... - znów się zgubiła w swoich słowach, więc spogląda na niego z boku. Czy skoro jest przyjacielem Petera Bylthe, to nie powinna go kojarzyć? Czy przewinął się przez jedną z imprez Bylthów? Może nawet widzieli się dwa tygodnie temu na ich ostatniej fecie "White party". Czy by go nie zapamiętała? Niemożliwe. Ale co jeżeli możliwe i tylko teraz w nikłym świetle latarni, ma takie wrażenie. A czy on kojarzy ją? Czy widział program Love is blind Canada? Czy obserwuje jej życie na Instagramie jak pozostałe dwa miliony obserwujacych? Nie mogła tego rozszyfrować, bo jednocześnie zachowywał się tak, jakby ją znał, a jednak miała wrażenie, że nie. - Mój ojciec wie. I załatwił mi ochroniarzy. Tylko ich tutaj nie ma bo... akurat dziś dałam im wolne - wyjawiła, może trochę pochopnie, ale tylko dlatego, że to powiedziała, to powstrzymało ją to przed obejrzeniem się za siebie. Nie ogląda się.
Wyszli za kolejny zakręt i stają przed motocyklem, na którego widok Peach oniemiała. Spogląda niepewnie to na motor, to na ewidentnego kierowcę. Nie chciała księżniczkować, ale jej twarz mówiła wszystko: gdzie jest samochód? Czy to bezpieczne?
- Nie umiem prowadzić czegoś.. takiego - powiedziała tylko lekko przerażona, że on chce ją samą wysłać tym czymś... no chyba na druga stronę Styksu.
Francis Gardner
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wyłapał ten moment, tę milisekundę, w ciągu której jej spojrzenie zmieniło się o sto osiemdziesiąt kilka stopni. Strach wciąż był dominującą emocją grającą w jej tęczówkach, ale błysnęło coś tam jeszcze, a coś innego zgasło. Ofiara przeszła w tryb przetrwania. Dobrze. Był niemal dumny.
Na tyle, na ile dumny może być zupełnie przypadkowy typ na ulicy względem zupełnie przypadkowej osoby na ulicy. Najwyraźniej złożona kiedyś przysięga o chronieniu niewinnych i strzeżeniu sprawiedliwości miała się w nim dobrze i zakorzeniła się na tyle, by w sytuacjach takich jak ta wyjść na wierzch. Wątpił, by ktokolwiek bliski uznał go za kogoś, kto potrafi otoczyć innych opieką, ale nie zamierzał nad tym rozprawiać. Skoro i tak już postanowił jej pomóc, to w planie było tylko parcie naprzód, a nie trzy kroki do tyłu wywołane wewnętrznymi rozterkami. Niemniej, było to nawet zabawne. Kuriozalne. Tragikomiczne. Gorszego bohatera Cekinka Migotka nie mogła sobie wybrać.
Nie masz dobrych wspomnień z policją — powtórzył za nią, ciszej, niepewny czy jest bardziej zaskoczony czy wręcz przeciwnie. Sprawy o stalking były paskudne nie tylko dlatego, że trzeba było udowodnić uporczywe śledzenie i utratę poczucia bezpieczeństwa, ale też przez zwykłą opieszałość służb i zakute łby co starszych funkcjonariuszy, dla których taka forma atencji była najwyższą formą komplementu, jaki druga strona mogła otrzymać. Na szczęście zmieniało się to powoli wraz z młodszym pokoleniem.
Gardner dał jej już mówić i się nie wtrącał, spokojnie kierując ich w stronę motocyklu. Zerknął za to z góry na nią, pozwalając sobie kątem oka łypnąć na reakcję mężczyzny w kapturze. Nie stał już w półcieniu snopa światła latarni. Postąpił krok do przodu. Jeden, potem drugi. Miarowo, zupełnie jakby od niechcenia, leniwie, z telefonem w ręku, niby udając, że jest nim tak zaaferowany, że własny chód nie ma takiego znaczenia. Albo że nie potrafi w multitasking i śledzenie ekranu smartfona nie idzie w parze z przemieszczaniem się. Cokolwiek to nie było, Francis widział tylko jedno — typ połknął haczyk i chociaż udawał, że nie, to liczyło się, że się ruszył. Był niemal pewien, że patrzył na nich spod kaptura, grając to tak, jakby obserwował otoczenie. Palce Gardnera zacisnęły się mocniej na dłoni Migotki, a on, wciąż zwrócony twarzą do niej uśmiechnął się szeroko, zupełnie jak gdyby powiedziała coś zabawnego. Poniekąd powiedziała. Wątek odwołania ochroniarzy w momencie, kiedy czujesz, że ktoś cię śledzi i kiedy ktoś fotografuje twoje własne okna był przezabawny. Musiał jej oddać to, że była kompletnie pozbawiona abstrakcyjnego myślenia i chyba nigdy nie spotkało jej coś złego, skoro naiwnie dała wolne tym, którzy mieli pilnować jej bezpieczeństwa.
Gratulacje — mruknął, jednocześnie unosząc ich splecione dłonie ku górze. Skoro już grał, to pociągnął szopkę dalej, składając kolejny delikatny pocałunek na jej skórze — tym razem na jej kłykciach i sekundę później drugi, na wierzchu jej dłoni. Potem opuścił ich dłonie wzdłuż ich ciał. — Z ochroną też masz kiepskie wspomnienia? Czy zwyczajnie lubisz życie na krawędzi?
Nie był na nią zły. Może trochę. Bardziej rozczarowany głupotą, ale nie był to pierwszy raz, kiedy spotykał się z absurdalnym zachowaniem ofiary. W poczuciu bezradności i ucisku ludzie robią rzeczy przeczące logice i zdrowemu rozsądkowi, chcąc na chwilę odzyskać kontrolę i wolność. Nie chciał uprawiać victim blamingu, naprawdę. Westchnął, zostawiając to na później.
Kiedy za to stanęli przed motocyklem i jej wzrok wyrażał więcej wątpliwości, niż przekonania, Gardner obrócił ją przodem do siebie. Kolejny niby czuły gest, kciuk przesuwający się po jej dłoni.
To dobrze, bo nie Ty prowadzisz — odpowiedział i dał jej jeszcze trzy sekundy bliskości, nim wypuścił jej rękę. Sięgnął po zapasowy kask do schowka i powstrzymał odruch rzucenia go jej, jakby była kolejną kupą mięcha do przewiezienia dupska. No nie. Wybranki serca się tak nie traktuje, kretynie, musiał sobie przypomnieć. — Nie ruszaj się.
Wcisnął jej w ręce kask tylko na chwilę, bo tym razem obie jego dłonie znalazły się na jej policzkach. Ignorował miękką skórę, ignorował bijące od niej ciepło. Ignorował te wielkie oczyska, kiedy znowu zgarniał kosmyki włosów za jej uszy. Kolejne trzy sekundy pozornej bliskości, nim zabrał kask i nałożył jej go na głowę. Był ciężki, ale wierzył, że nie złamie jej karku, gdy zapinał go pod jej brodą, wielce uważając by nic jej nie przytrzasnąć.
Podaj mi adres — dodał, samemu wskakując na maszynę; złożył metalową nóżkę szybkim kopnięciem, jednocześnie przekręcając kluczyk. Silnik warknął i ożył, dudniąc między nimi, a światła reflektorów oświetliły ścianę budynku naprzeciwko. I to dokładnie w tym momencie Gardner kątem oka zarejestrował ruch w cieniu. Postać w kapturze zastygła na ułamek sekundy, jakby warkot maszyny go zaskoczył, wybił z rytmu, który narzucił sobie wcześniej. Jakby bał się, że światło bijące do przodu go zdradzi. Cóż, obawy miał słuszne. Ale wbrew życzeniowemu myśleniu Francisa, typ wcale nie kontynuował swojej szopki z byciem przechodniem zajętym telefonem i nie przeszedł przed nimi, dając im ułamek sekundy na zobaczenie jego twarzy.
Cwaniak.
No, chodź tutaj — rzucił, siląc się na bardziej miękki, miły ton. Gość był ledwo kilka kroków od nich i mógł ich usłyszeć, więc same gesty już nie wystarczyły. A Gardner mógł to pieprznąć w pizdu. Mógł przecież teraz do niego podejść i załatwić z nim sprawę tu i teraz. Ja jebię. Zachciało mu się być bohaterem. Odwrócił się na motocyklu i złapał ją za nadgarstek, zmuszając do ruchu. Czas im się trochę kończył. — Kochanie?
Nie czekał już. Pociągnął ją, przyciągając do siebie. Był gotów posadzić ją za sobą, choćby kosztem nadwyrężenia własnych mięśni czworobocznych i grzbietu, byleby tylko mieć to wszystko już za sobą.
Przełóż nogę i usiądź za mną, a potem złap się mocno i nie puszczaj— poinstruował ciszej, w głowie odliczając od dziesięciu w dół. Właśnie tyle miała czasu, żeby wykonać zadanie, jeśli nie chciała zostać podniesiona jak dziecko i władowana siłą na odpalony, drżący motocykl. — Chyba, że jednak chcesz sobie z nim uciąć pogawędkę, to powiedz. Mi obojętne.
W sumie dawno nie prowadził jakże kulturalnej konwersacji pięścią z czyjąś szczęką.

Peach J. Pepper
vasco da gama
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Przypadkowy mężczyzna na ulicy, a jednocześnie jakże ważny okazał się dzisiejszego wieczora. W głowie Peach już rysowała się laurka, którą chciałaby mu wręczyć za to, jak jej pomógł. Bo przecież, czy równie przypadkowy nie byłby facet poznany w klubie z którym zamieniłaby może z trzy zdania, zanim nie zdecydowała, że mogliby spędzić cały wieczór razem? A tu pojawił się on, przypadkowo znaleziony na ulicy dobry człowiek. Taki, który odpowiedział pozytywnie na jej pośbę i w przeciągu kwadransa stał jej się bliższy niż niejedna osoba z którą prowadzi instagramowe przyjaźnie. W te kilka minut mężczyzna został włączony w grono bliskich jej ludzi, nawet jeżeli dostał to miejsce zupełnym awansem. Ale tak było, bo kiedy dowiedział się o jej prześladowcy, nagle stał się trzecią osobą w jej życiu, która miała taką świadomość. Poza ojcem i ochroniarzami, dotąd powiedziała o tym tylko Williamowi, czyli współlokatorowi. A temu powiedziała tylko dlatego, że dostała zdjęcie pokazujące ich mieszkanie. To samo pod które zawiezie ją jej Hero. Nie wiedziała, że jej wybawiciel to Gardner, brat Wendy, która przyjaźni się z jej współlokatorem, ale może on odkryje to jakimś cudem. Skoro jest detektywem.
- Distillery District - odpowiada automatycznie, będąc pod wrażeniem jak czułe gesty otrzymuje od tego przypadkowego przechodnia. Musiał być bardzo dobry w podryw, albo przynajmniej mieć doświadczenie, bo zrobiło to na niej ogromne wrażenie. Wszedł w tę rolę z taką lekkością i w tak miły sposób, że automatycznie czuła się jak bohaterka jakiejś komedii romantycznej. Posłusznie wyciągała dłonie po kask, oddawała mu kask, a później dała sobie zapiąć go pod brodą. Wszystko dzieje się tak szybko, ale ten moment, kiedy sprawdzał, czy nie przytnie jej włosów, albo podbródka był jak krótkie zatrzymanie akcji. Obserwowała jak mruży lekko oczy, a pomiędzy brwiami rysuje się zmarszczka, kiedy skupiał się, by nie zrobić jej niepotrzebnej krzywdy. Peach miała okazję przyjrzeć się swojemu wybawicielowi. Zauważyła mały kawałek sosu od kebaba w kąciku ust, co uświadomiło jej tylko jak absurdalny to musiał być koniec wieczora dla niego. Pewnie sądził, że skończy go popijając ayran , a zamiast tego właśnie zbierał się do eskortowania zagubionej owieczki do domu. Skupiła się na jednym kosmyku blond włosów, który spadł mu na czoło i odruchowo mu go zaczesała, dopiero kiedy to zrobiła, uświadomiła sobie, że jej gest nie był tyle wyćwiczoną prezentacją uczucia, co jakąś szczerą troską o to, żeby widział wygodnie.
Zastygła w miejscu, właściwie nie wie dlaczego. Może dlatego, że obawia się o sukienkę, która podwinie jej się niebezpiecznie, a może po prostu biła się z myślami, czy nie powinna jednak wybrać numeru Pinkiego i Mózga, czyli swoich bodyguards, zamiast wsiadać na obcą maszynę i oddać swój los obcej osobie.
Ale znów - jak tak na prawdę byli sobie obcy po tej sytuacji?
Dlatego w końcu jakby odczarowana po jego kolejnej instrukcji, robi to, jej powiedział. Wsiada na motor, poprawia sobie jeszcze spódnicę, starając się ją obciągnąć nieco niżej, ale ponieważ średnio jej to idzie, to po prostu się do niego przysunęła i obejmuje go w pasie. Jej policzek wylądował na jego barku. Jednocześnie sprawiło to, że nie widziała już swojego stalkera, bo miała głowę ułożoną z drugiej strony niż stał on. Jakby nie chciała dać mu nawet poznać, że wie, że przyszedł tu za nimi.
I wtedy pojechali.
Distellery District nie było w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca w którym się znajdowali, ale chłopak jechał wyjątkowo sprawnie poruszając się po mieście tak, jakby znał wszystkie najszybsze połączenia. Może to zbieg okoliczności, ale przez głowę jej przemknęło, że w taki sposób jeździł po mieście tylko Madox, czyli jej przyjaciel z przeszłości. I chociaż Peach nie wiedziała o tym, że Madox jest również z policji, tak samo nie wiedziała tego o Francisie. Ba, nie wiedziała nawet o tym, kim jest jej dzisiejszy wybawiciel. Odrzuciła przykre wspomnienie o wygasłych przyjaźniach, wysnuwając wniosek, że mężczyzna musiał być po prostu kimś, kto wychował się w Toronto. W trakcie ich drogi stali na światłach tylko dwa razy, ale nie mówiła do niego nic. Siedziała obejmując go mocno w pasie, jakby bała się, że przez prędkość spadnie, a on pojedzie dalej.
Jazda motorem po wyludniałym nocnym Toronto była dla niej zresztą czymś nowym. Czuła zimny powiew nocnego powietrza na kolanach, ale nie przeszkadzało jej to zupełnie. Zza pleców chłopaka oglądała budynki zupełnie inaczej niż ogląda je się siedząc na fotelu pasażera w aucie. Dźwięk silnika działał na nią uspokajająco i kiedy podjeżdżali już na zakręt prowadzący do jej kamienicy, nie była już roztrzęsiona. Raczej lekko zaaferowana jazdą, jak i pomysłem ucieczki zakończonym sukcesem.
Chłopak zatrzymał motor w miejscu w którym potwierdziła, że znajdują się drzwi do jej mieszkania. Stali przed kamienicą w lepszej dzielnicy Toronto słynącej z historycznej architektury i przestronnych loftów. Peach pomyślała, że skoro był z Toronto, to mógł w tym momencie zmienić zdanie o niej na... gorsze? Zależało jakie miał podejście do kwestii finansowych.
Taka myśl przedziwnie wpadła i wypadła jej z głowy, bo na szczęście nie chciała się zagłębiać w takie rozważania. Równie dobrze mógł okazać się Rockefellerem.
- Dobrze, że jest noc, bo mam wrażenie, że pół miasta widziałoby moje majtki - powiedziała, przerywajac tę dziwną ciszę, która nastała po wyłączeniu silnika. Była to jakby szydercza uwaga, może trochę zaczepna, ale na pewno chodziło jej głównie o to, żeby wyjaśnić to, dlaczego na każdych światłach wierciła się okrutnie. Lekko zaróżowione od wiatru policzki, nieco mocniej pokryły się rumieńcem, jakby Peach wcale nie wstawiała na Instagrama zdjęć na których na prawdę ludzie widzą ją tylko w majtkach. Bezpieczna pod wejściem do budynku przy którym mieszkała, czuje się nagle znów sobą. Oparła się na jego plecach, alby zeskoczyć z gracją z motoru, stawiając buciki na obcasach tam gdzie tylko mogła złapać chwilę równowagi. Wyszło jej to jako tako, ale nawet jeżeli nie udało jej się zejść z motoru równie prędko co na niego się wspiąć, to rzuciła komplement: - I jeździsz zadziwiająco dobrze - chwaląc go i oddając mu przewagę w tej kwestii motoryzacyjnej. Co prawda tak nie do końca miała porównanie, bo na motorze jechała po raz pierwszy, ale nie było to tak straszne przeżycie jak to co miała w głowie zanim na nim usiadła. Kiedy już stoi na chodniku, siegnęła dłonią do zapinki, starając się pozbyć kasku. Bardzo prawopodobne było to, że i z tym musiał jej pomóc. Kiedy wydostała się z kasku, trzyma go jeszcze w dłoniach, jakby obawiała sie, że jeżeli teraz mu go odda, to on odjedzie w ciemność, ulatniając się zanim mu podziękuje.
Więc trzyma zakładnika.
- Nie wiem jak mam ci podziękować. Zrobiłeś dziś coś bardzo dobrego, a nawet nie wiem jak się nazywasz - spogląda na niego z nadzieją, że powie jakieś znane jej imię albo nazwisko, niestety zupełnie nie miała pojęcia z kim spędziła tak owocną resztę wieczoru. Czasami przypadki zdarzają się w najmniej oczekiwanych momentach. Ale czy to był ten moment? Palce jednej dłoni przebierają po kasku.
- Dziwny był ten wieczór - przyznała uśmiechając sie pod nosem wstydliwie, jakby wiedziała, że sama na siebie zesłała to nieszczęście - Nie chciałam w to nikogo wplątywać, ale spadłeś mi z nieba. Nie wiem co mogłoby się wydarzyć, gdybyś tam nie stał.. i gdybym nie kojarzyła chłopaka, który z tobą rozmawiał. Nie podeszłabym do Ciebie tak szybko...- wyciągnęła rękę, by dotknąć nią jego dłoni i chociaż wcześniej z taką łatwością okazywali sobie uczucie, teraz to wydawało się nieco odważne. - Dziękuję Ci

Francis Gardner
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wydawało mu się, że potrafił oceniać sytuację. Że wystarczy mu pobieżna obserwacja i odnotowanie paru szczegółów, żeby trafnie zrozumieć następny krok przeciwnika. A jednak nie przewidział kolejnego. Distilerry District. Z całego pieprzonego Toronto panna Migotka była jego sąsiadką. Cień uśmiechu, większy niż poprzednio, przemknął przez jego parszywą gębę. Dobrze jednak, że nie wiedział, jakie mniemanie właśnie wyrabiała sobie na jego temat, bo wtedy na pewno przestałby się uśmiechać i wrócił do ekspresji nieboszczyka. Oto bowiem Francis Gardner, gość bliżej 40-stki niż 30-stki, wcale nie był taki doświadczony w relacje romantyczne, a już tym bardziej nie potrafił w podrywy. Chociaż może Miller byłaby z niego dumna, gdyby widziała, jak w ciągu kilku minut zaserwował Migotce pokaz czułego kochanka rodem z rom-comu. Może nawet by go pochwaliła. A może zjebała, że za mało.
Na pewno wypomniałaby, że jest uwalony sosem, ale hej, nie można było być idealnym, a Francis był zawsze bardzo daleki od ideałów.
Dlatego kiedy i ona wyszła z inicjatywą w tym małym teatrzyku miłości — inną niż pocałowanie go i przytulanie znienacka na środku chodnika — i zgarnęła jego kosmyk włosów z czoła, Gardner miał małą zawiechę. I w ciągu tej małej zawiechy jego łeb poleciał w kierunku dotyku, zupełnie jak łeb psa, który stęsknił się za ciepłem ludzkiej dłoni.
Parszywe instynkty.
Droga nie była długa, ale za to całkiem widowiskowa, jak tylko otworzyło się oczy i zdołało skupić wzrok na tyle, by obraz nie rozmywał się w podłużne, horyzontalne, kolorowe ślady. Peach mogła o tym nie wiedzieć, ale miała rację — znał wszystkie drogi, dróżki, skróty, objazdy. Za dużo kilometrów miał za sobą po Toronto, by nie wybrać najszybszej trasy, omijając większość świateł. Sprawę trochę ułatwiała późna, nocna godzina, bo ruch nie był znowu taki wielki. To dobrze. Bardzo dobrze. Był nawet na tyle nieostrożny, że przeciął któreś z czerwone, widząc, że może sobie na to pozwolić. Glina jak po fachu, ale skoro przymykał oczy na wybryki swojej siostry za kółkiem, to dlaczego nie miał swoich własnych?
Zatrzymał się pod wskazanym adresem i podprowadził motocykl, wciąż z nimi, na pobocze, by ewentualnie innym spragnionym nocnych pojazdowych wrażeń nie utrudniać zabawy. Zgasił silnik i w końcu spojrzał na nią przez ramię, nie wspominając, że przecież mieszkał zupełnie niedaleko. Nie, kiedy w kontrze stał argument ze stalkerem.
Tylko pół — zawtórował i zanim się ogarnął, zerknął w dół, na to jedno odsłonięte udo, które miał akurat z tej strony siebie. Przekręcił się nieznacznie, skręcając tors bardziej w jej stronę i kiwnął głową w ramach podziękowania za pochwałę. Mało kto komplementował jego jazdę, ale znowu — mało komu pozwalał siedzieć na swoim motocyklu. Jeśli już, to raczej słyszał, że jest szalony i ma zwolnić, więc słowa Migotki były nie tylko nowością, ale też miłą odmianą.
Zacisnął mocniej uda na maszynie, kiedy z niej wstawała, stabilizując pojazd i jednocześnie ściągając z głowy kask. Duszno już się mu robiło i niewygodnie, dlatego odłożył go na kierownicę przed sobą; zmierzwione włosy zaś całkowicie zignorował i pozwolił im tak sterczeć na wszystkie strony. A potem widział, jak się męczyła ze ściągnięciem swojego kasku i zlitował się, pomagając jej, wychylając się na motocyklu i odsuwając jej dłonie swoim jednym łapskiem.
Daj — rzucił tylko, zanim przystąpił do całego tego aktu uwalniania jej głowy. Kiedy już się uporał z zapięciem, resztę zabawy zostawił jej, patrząc, jak ściągała go i później trzymała w dłoniach. I trzymała.
I trzymała.
Uniósł brew.
To był chyba ten moment, w którym powinien dostać swoją własność z powrotem, ale nie dostawał.
Ulica o tej porze była pusta, latarnie rzucały ciepłe, żółte, choć nieco mdłe światło na kamienicę za jej plecami i na nią samą. Na jej cekinową sukienkę, na zaróżowione policzki, na resztki wieczorowego makijażu, który mimo wszystko przetrwał i całą drogę motocyklem i całe to szaleństwo. Gardner był trochę na siebie zły, że odnotował dokładnie, jak wysokie były te jej kości policzkowe, kiedy krew wróciła do jej twarzy. I jak błyszczały jej oczy.
Jesteś detektywem, powtarzał sobie. Oczywiście, że zauważał i zapamiętywał szczegóły. Nawet te dotyczące zupełnie nieznajomych kobiet, które rzucają mu się na szyję, całują go, trzymają się go mocno podczas jazdy i nie chcą potem oddać kasku.
Gardner zamrugał. No tak, nie wiedziała, jak się nazywa. On zaś prowizorycznie nazwał ją Migotką — wcześniej Cekinkiem — i tak mu już we łbie zostało, że zapomniał, że w rzeczywistości pewnie nosiła zupełnie inne miano.
Gardner — mruknął, idąc stylem trochę na “Bond. James Bond”. — Francis Gardner.
I już miał dodawać, że nie musi mu dziękować, kiedy po skomentowaniu dziwności tego wieczoru, powiedziała co powiedziała, a potem dotknęła jego ręki. Zamrugał jeszcze raz. Trzykrotnie tym razem, spoglądając w dół, na jej palce. Oczywiście, że miała dłoń mniejszą niż jego, czuł to już wcześniej, jak splótł ich dłonie razem, ale co innego było czuć, a co innego widzieć w pełnej krasie. Odchrząknął.
Drobiazg — odpowiedział, kłamiąc jak z nut, ale taki był jego talent. Albo dewaluował znaczenie sytuacji albo jego szczerość była na pograniczu bezczelności. Dzisiaj wybrał to pierwsze. I przypomniał sobie coś jeszcze. Uniósł wzrok, jeszcze raz wiodąc nim po cekinach jej sukienki, zatrzymując dopiero na jej oczach. — Znasz Petera?

Peach J. Pepper
vasco da gama
27 y/o
PEACHY PEACH
178 cm
Influencerka Internet
Awatar użytkownika
It was the summer of love
A delicate daydream
And for a couple of months
It felt like we were 18
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie powiedziałaby, że są przeciwnikami i pewnie gdyby usłyszała to porównanie, to mogłoby ją to poruszyć. Tym bardziej w obliczu dzisiejszego wieczoru, który obfitował w wydarzenia, które wybiły ją z rytmu i wprowadziły chaos w jej pozytywnym podejściu do życia. Bo przecież Peach z uśmiechem wita każdy dzień i jest przekonana, że jeżeli będzie wystarczająco dobra to spotkają ją tylko dobre rzeczy. Bo dobro trzeba afirmować i dobro wraca. A on też nie był przeciwnikiem. Bo jej oczach chłopak był raczej Wybawicielem, który pomógł jej przeżyć tę noc, zabierając ją z rąk oprawcy w ostatnim momencie.
Niczego się nie domyśliła, kiedy Francis tak się uśmiecha lekko w odpowiedzi na adres. Byli sąsiadami? Och, to ciekawe, bo nigdy go wcześniej nie spotkała na ulicy. Chociaż, gdyby się tak zastanowić, pewnie nie mają zbyt podobnych trybów życia. Ona budzi się bardzo rano i idzie na siłownię jeszcze zanim wstanie słońce, a wracając z siłowni zahacza o lokalną kawiarnię serwującą matche. On pewnie w tym momencie dopiero na wpół obudzony ładuje się do auta z kubkiem czarnej kawy, którą ugotował sobie w domu, a na słuchawce już ma podawane informacje od policjantów, którzy prowadzą z nim śledztwo. Pewnie wszyscy ludzie na ulicy go denerwują, bo przecież przez nich światła na drogach, którymi jedzie muszą zmieniać się na czerwone. I siedzi w aucie spięty, czekając na kolejnych światłach, obserwując ludzi żyjących beztroskim życiem. Słucha o porąbanych zwłokach, oglądając jak nianie przeprowadzają dzieciaki przez pasy. I mógł też widzieć Peach, która szła przez pasy z matą z pilatesu, zapatrzona w telefon. Może nawet ją obtrąbił - a może wcale nie, może się zawahał, uznając, że mogłaby się przestraszyć bardziej takiego głośnego klaksonu? Zresztą, nie rozpoznała by go z takiego wspomnienia , kiedy siedział za kółkiem, a odbijające się poranne światło odbija się w przedniej szybie. Prędzej zobaczyłaby w tej szybie swoje odbicie, niż jego twarz. Po południu, kiedy on wraca z ciężkiej roboty, albo wpada do domu przespać się na kilka godzin zanim wróci siedzieć po nocy nad papierzyskami, Peach szykuje się w swoim domu na event na którym będą pokazywali jej nowe szminki od Lancome. Kiedy on wraca wieczorem, ona już śpi albo coś nagrywa albo montuje. Nawet podczas zakupów w pobliskim sklepie wybierali inne alejki. Ona siedziała na warzywach, a on sprawdzał który makraron gotuje się najłatwiej.. Nie, nie mieli tak dużo możliwości, by spotkać się wcześniej. Nawet jeżeli byli sąsiadami. Gdyby się zastanowić wieczorne spotkanie w okolicy klubów było jedynym momentem, kiedy ich drogi mogły się przeciąć w naturalny sposób.
- Na prawdę nigdy nie jechałam na motorze.. motocyklu? Ale od dziś jestem fanką - dotknęła dłonią rozgrzaną maszynę. Wcale jej nie przeszkadzało to, że jej Hero jechał szybko i wściekle, bo akurat taką jazdę lubiła. Do tej pory raczej zdarzało jej się tylko jechać w ten sposób samochodami, a ponieważ od dawna bujała się z facetami, którzy lubili życie na krawędzi (pozdro William i Madox), to akurat szybka jazda dobrze jej się kojarzyła. Gdyby wiedziała, że na jednośladzie będzie to jeszcze bardziej odczuwalne, to pewnie spróbowałaby tego dużo wcześniej, ale nie narzeka, że pierwszy raz był właśnie w takich okolicznościach. Bo przecież taka szybka jazda pomogła jej skupić się na innym rodzaju strachu, niż ten który przeszywał jej ciało od momentu, kiedy wyszła z klubu. Adrenalina była zresztą oczyszczająca i działała trochę podobnie do katharsis, które zapewniała dobra sesja płaczu. I może dlatego trzyma ten kask trochę przydługo, żeby jeszcze chwilkę być w tym stanie.
Albo właśnie go jeszcze chwilkę przetrzymać.
A więc jednak Francis Gardner. Przygląda się uważnie jego twarzy, i przechyla głowę, jakby teraz patrzyła na niego jeszcze raz po raz pierwszy. Kim jest Francis Gardner. Nie kojarzyła, aby jakakolwiek z rodzin typu Bylthe czy Wyatt, albo Patel - czyli tych bogatych wspominała to nazwisko, ale coś jej świtało właśnie w kontekście Petera Bylthe. Gdyby może słuchała go lepiej, to od razu by skojarzyła, że Gardner było nazwiskiem tej dziewczyny, która się kręci wokół Petera od lat. Zresztą tej samej, której jej koleżanka Kristin Wyatt tak nie znosi. Albo gdyby jej współlokator William nie nazywał swojej psiapsi Wendy po prostu "Wendy", tylko kiedykowliek użył jej nazwiska. Peach może się głowić teraz, ale nie przypomi sobie kim są Gardnerzy, aż kolejnego ranka kiedy spyta Williama, czy nie kojarzy żadnego Gardnera i szczęka jej opadnie, kiedy okaże się że tak.
- Miło mi Cię poznać Francis - uśmiecha się do niego szeroko i odruchowo dotyka łańcuszka, który ma zawieszony na szyji ze złotym "P" - Peach Pepper - przedstawiła się, obserwując, czy to imię cokolwiek mu mówi. Może Peter wspominał mu coś o jakiejś influencerce? A może widział ją w internecie? A może zupełnie nie ma pojęcia kim jest ta Pieprzna Brzoskwinka. Mimo tego, że mimika twarzy Francisa nieco się uspokoiła po przyjeździe pod jej kamienicę, wciąż miała nadzieję, że jednak go rozczyta.
- Przyznasz, że zadziwiająco dobrze wychodził nam ten udawany związek. Myślisz, że facet mógł nam uwierzyć? - zagaduje go i uniosła lekko brew, słysząc jak skromnie reaguje na jej podziękowania. Ciężko powiedzieć czy to skromność, czy to taka jego codzienność - ratowanie kobiet na ulicach Toronto, że już nie chce się nawet za bardzo nad tym skupiać.
- Uratowanie mnie to nie jest drobiazg, gdybym... - nabrała powietrza, ale ostatecznie nie powiedziała tego co chciała powiedzieć. A mianowicie to, że gdyby powiedziała o tym ojcu, to ten by go złotem obsypał. Po dzisiejszym wieczorze była chociaż odrobinkę bardziej ostrożna. I już rozumiała, że wspominanie o tym, że byłaby całkiem dobrym obiektem do porwania, bo ojciec by zapłacił za nią każdy okup, nie było zbyt mądre. Szczególnie po północy facetowi poznanemu przed chwilą. Ale z drugiej strony, kask ciążył jej w ręku, bo ocuciwszy się nieco z początkowego szoku po szalonej jeździe i wcześniejszej sytuacji, wie, że powinna się zająć teraz tym, by wynagrodzić swojego Hero. W bajkach za takie coś dostaje się ręke, ale ona ręki jeszcze oddawać nie chciała. Mogła za to dać na przykład swój numer, który jest już prawie taką samą propozycją. - Gdybym mogła ci się jakoś odwdzięczyć.. Możesz się zastanowić jak i może chciałbyś wziąć mój numer? - zgryzła część dolnej wagi, czując że zabrzmiało to trochę jakby mu się narzucała, czy już nie narzuciła mu się wystarczająco? Czy gdyby nie chciał tego numeru, to nie poprosiłby o niego sam? Nie wiedziała, że ma do czynienia z kimś, kto w bardzo nieporadny sposób radzi sobie (albo i nie) z kwestią randkowania, ale nie raz słyszała, że gdyby tylko chciał to by to zrobił. Ale wcale nie chciała przecież kończyć znajomości z Francisem "Hero" Gardnerem tu pod wejściem do swojego bloku.
- Znam.... To młodszy brat mojej koleżanki Queenie. Nie wiem czy ją kojarzysz, niedawno wyszła za mąż, to była dość duża impreza - tak duża, że zamkneli pół miasta z tego powodu, bo goście zjeżdżali z całego świata. Nikt nie chciał opuścić wesela roku, ale akurat Peach mimo że z Queenie się przyjaźniła, to nie była na jej weselu. Głównie dlatego, że była wtedy na Bali, ale również dlatego, że jej przyszły mąż pisał jej trochę dziwne dm-y i średnio jej się uśmiechało jechać na jego ślub- Teraz nazywa się Wyatt.. - dodaje, jakby nieco przepraszająco, ale jeżeli Francis był znajomym Petera to podejrzewała, że na pewno był na bieżąco z kwestią małżeństw w rodzinie Bylthe. Była może w tym naiwna, ale ją zawsze interesowały wszystkie takie koneksje i przykładała wagę do tego, by zawsze wiedzieć: kto, z kim i gdzie. - Więc można powiedzieć, że go znam... znam na tyle, że wiem, że to porządny chłopak i że mógłby mi pomóc
Natomiast o tym, że ona z zupełnie innym Wyattem była dopiero co na portalu plotkarskim sfotografowana i podpisana jako jego dziewczyna - milczy. I robi to specjalnie, chociaż uznała, że mógł już to wiedzieć - może z jakiegoś przedziwnego powodu jest na bieżąco z kroniką towarzyską Toronto. I zakładając, że wie, nie chciała mu dawać jasnego sygnału, że jest faktycznie czyjąś dziewczyną. A jeżeli na przykład nie wiedział, to tym bardziej nie chciała wspominać o tym, że się spotyka(ła) z drugim Wyattem. Poniekąd dlatego, że cały ten wieczór i jej wieczorne wyjście było związane z tym - bo musiała odreagować wyjazd z piekieł, który z Galenem przeżyła, a po drugie dlatego, że właściwie nie wiadomo było czy oni jeszcze są parą czy nie.
I pomyślała sobie: po co robić sobie takie ograniczenia? Skoro nie wiedziała na czym stoi z Galenem, który raz miał jedno zdanie na jej temat, a za chwilę znów podrywał jakieś swoje ex w internecie, to czy powinna utrzymywać, że ma jakiegoś chłopaka? Nie wie jeszcze dlaczego tak niechętnie podeszła do myśli, by podzielić się tym z Garnderem, ale chyba to kwestia tego, o czym wcześniej mu powiedziała. Że z nim tak łatwo udawało się związek. I Peach chyba miała jakieś zaczątki zjawiska przeniesienia, które upatrywało we Francisie zbawcę dzisiejszego dnia, a skoro i dnia, to przecież czemu nie od razu zbawce jej serca, bo zamiast chłopaka zostawić i wysłać mu jakieś pudełko czekoladek w podzięce, to Peach się w niego wpatruje uważnie, czekając aż ten powie, że już ma pomysł jak chciałby, żeby mu odpłaciła i że to jest zaproszenie na romantyczną randkę.
Oczywiście te uczucia były głównie spowodowane nawarstwieniem wszystkich emocji z dzisiejszego wieczoru, trzeźwo będzie myślała jutro rano.
Ale póki co Francis był tu, był przystojny i otoczył ją opieką, co od razu dawało mu jakieś milion punktów. A poza tym Peach powoli się rozpływa jak patrzy na Francisa od którego bije taka tajemnica. Przedziwny był koktail emocji dzisiejszego wieczoru, czegoś takiego już dawno nie doświadczyła. I dlatego dziewczyna aż przeciąga te chwilę i uśmiecha się, a jej oczy znów błysnęły, bo jej spojrzenie robi się niebezpiecznie pewne siebie.
- Ale na szczęście Peter ma też porządnych kolegów

Francis Gardner
peach
Rozpadania się na miliony kawałeczków
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Fifth Social Club”