Nie powiedziałaby, że są przeciwnikami i pewnie gdyby usłyszała to porównanie, to mogłoby ją to poruszyć. Tym bardziej w obliczu dzisiejszego wieczoru, który obfitował w wydarzenia, które wybiły ją z rytmu i wprowadziły chaos w jej pozytywnym podejściu do życia. Bo przecież Peach z uśmiechem wita każdy dzień i jest przekonana, że jeżeli będzie wystarczająco dobra to spotkają ją tylko dobre rzeczy. Bo dobro trzeba afirmować i dobro wraca. A on też nie był przeciwnikiem. Bo jej oczach chłopak był raczej Wybawicielem, który pomógł jej przeżyć tę noc, zabierając ją z rąk oprawcy w ostatnim momencie.
Niczego się nie domyśliła, kiedy Francis tak się uśmiecha lekko w odpowiedzi na adres. Byli sąsiadami? Och, to ciekawe, bo nigdy go wcześniej nie spotkała na ulicy. Chociaż, gdyby się tak zastanowić, pewnie nie mają zbyt podobnych trybów życia. Ona budzi się bardzo rano i idzie na siłownię jeszcze zanim wstanie słońce, a wracając z siłowni zahacza o lokalną kawiarnię serwującą matche. On pewnie w tym momencie dopiero na wpół obudzony ładuje się do auta z kubkiem czarnej kawy, którą ugotował sobie w domu, a na słuchawce już ma podawane informacje od policjantów, którzy prowadzą z nim śledztwo. Pewnie wszyscy ludzie na ulicy go denerwują, bo przecież przez nich światła na drogach, którymi jedzie muszą zmieniać się na czerwone. I siedzi w aucie spięty, czekając na kolejnych światłach, obserwując ludzi żyjących beztroskim życiem. Słucha o porąbanych zwłokach, oglądając jak nianie przeprowadzają dzieciaki przez pasy. I mógł też widzieć Peach, która szła przez pasy z matą z pilatesu, zapatrzona w telefon. Może nawet ją obtrąbił - a może wcale nie, może się zawahał, uznając, że mogłaby się przestraszyć bardziej takiego głośnego klaksonu? Zresztą, nie rozpoznała by go z takiego wspomnienia , kiedy siedział za kółkiem, a odbijające się poranne światło odbija się w przedniej szybie. Prędzej zobaczyłaby w tej szybie swoje odbicie, niż jego twarz. Po południu, kiedy on wraca z ciężkiej roboty, albo wpada do domu przespać się na kilka godzin zanim wróci siedzieć po nocy nad papierzyskami, Peach szykuje się w swoim domu na event na którym będą pokazywali jej nowe szminki od Lancome. Kiedy on wraca wieczorem, ona już śpi albo coś nagrywa albo montuje. Nawet podczas zakupów w pobliskim sklepie wybierali inne alejki. Ona siedziała na warzywach, a on sprawdzał który makraron gotuje się najłatwiej.. Nie, nie mieli tak dużo możliwości, by spotkać się wcześniej. Nawet jeżeli byli sąsiadami. Gdyby się zastanowić wieczorne spotkanie w okolicy klubów było jedynym momentem, kiedy ich drogi mogły się przeciąć w naturalny sposób.
-
Na prawdę nigdy nie jechałam na motorze.. motocyklu? Ale od dziś jestem fanką - dotknęła dłonią rozgrzaną maszynę. Wcale jej nie przeszkadzało to, że jej Hero jechał szybko i wściekle, bo akurat taką jazdę lubiła. Do tej pory raczej zdarzało jej się tylko jechać w ten sposób samochodami, a ponieważ od dawna bujała się z facetami, którzy lubili życie na krawędzi (pozdro William i Madox), to akurat szybka jazda dobrze jej się kojarzyła. Gdyby wiedziała, że na jednośladzie będzie to jeszcze bardziej odczuwalne, to pewnie spróbowałaby tego dużo wcześniej, ale nie narzeka, że pierwszy raz był właśnie w takich okolicznościach. Bo przecież taka szybka jazda pomogła jej skupić się na innym rodzaju
strachu, niż ten który przeszywał jej ciało od momentu, kiedy wyszła z klubu. Adrenalina była zresztą oczyszczająca i działała trochę podobnie do katharsis, które zapewniała dobra sesja płaczu. I może dlatego trzyma ten kask trochę przydługo, żeby jeszcze chwilkę być w tym stanie.
Albo właśnie go jeszcze chwilkę przetrzymać.
A więc jednak Francis Gardner. Przygląda się uważnie jego twarzy, i przechyla głowę, jakby teraz patrzyła na niego jeszcze raz po raz pierwszy. Kim jest Francis Gardner. Nie kojarzyła, aby jakakolwiek z rodzin typu Bylthe czy Wyatt, albo Patel - czyli tych bogatych wspominała to nazwisko, ale coś jej świtało właśnie w kontekście Petera Bylthe. Gdyby może słuchała go lepiej, to od razu by skojarzyła, że Gardner było nazwiskiem tej dziewczyny, która się kręci wokół Petera od lat. Zresztą tej samej, której jej koleżanka Kristin Wyatt tak nie znosi. Albo gdyby jej współlokator William nie nazywał swojej psiapsi Wendy po prostu "Wendy", tylko kiedykowliek użył jej nazwiska. Peach może się głowić teraz, ale nie przypomi sobie kim są Gardnerzy, aż kolejnego ranka kiedy spyta Williama, czy nie kojarzy żadnego Gardnera i szczęka jej opadnie, kiedy okaże się że tak.
-
Miło mi Cię poznać Francis - uśmiecha się do niego szeroko i odruchowo dotyka łańcuszka, który ma zawieszony na szyji ze złotym "P" -
Peach Pepper - przedstawiła się, obserwując, czy to imię cokolwiek mu mówi. Może Peter wspominał mu coś o jakiejś influencerce? A może widział ją w internecie? A może zupełnie nie ma pojęcia kim jest ta Pieprzna Brzoskwinka. Mimo tego, że mimika twarzy Francisa nieco się uspokoiła po przyjeździe pod jej kamienicę, wciąż miała nadzieję, że jednak go rozczyta.
-
Przyznasz, że zadziwiająco dobrze wychodził nam ten udawany związek. Myślisz, że facet mógł nam uwierzyć? - zagaduje go i uniosła lekko brew, słysząc jak skromnie reaguje na jej podziękowania. Ciężko powiedzieć czy to skromność, czy to taka jego codzienność - ratowanie kobiet na ulicach Toronto, że już nie chce się nawet za bardzo nad tym skupiać.
-
Uratowanie mnie to nie jest drobiazg, gdybym... - nabrała powietrza, ale ostatecznie nie powiedziała tego co chciała powiedzieć. A mianowicie to, że gdyby powiedziała o tym ojcu, to ten by go złotem obsypał. Po dzisiejszym wieczorze była chociaż odrobinkę bardziej ostrożna. I już rozumiała, że wspominanie o tym, że byłaby całkiem dobrym obiektem do porwania, bo ojciec by zapłacił za nią każdy okup, nie było zbyt mądre. Szczególnie po północy facetowi poznanemu przed chwilą. Ale z drugiej strony, kask ciążył jej w ręku, bo ocuciwszy się nieco z początkowego szoku po szalonej jeździe i wcześniejszej sytuacji, wie, że powinna się zająć teraz tym, by wynagrodzić swojego Hero. W bajkach za takie coś dostaje się ręke, ale ona ręki jeszcze oddawać nie chciała. Mogła za to dać na przykład swój numer, który jest już prawie taką samą propozycją. -
Gdybym mogła ci się jakoś odwdzięczyć.. Możesz się zastanowić jak i może chciałbyś wziąć mój numer? - zgryzła część dolnej wagi, czując że zabrzmiało to trochę jakby mu się narzucała, czy już nie narzuciła mu się wystarczająco? Czy gdyby nie chciał tego numeru, to nie poprosiłby o niego sam? Nie wiedziała, że ma do czynienia z kimś, kto w bardzo nieporadny sposób radzi sobie (albo i nie) z kwestią randkowania, ale nie raz słyszała, że
gdyby tylko chciał to by to zrobił. Ale wcale nie chciała przecież kończyć znajomości z Francisem "Hero" Gardnerem tu pod wejściem do swojego bloku.
-
Znam.... To młodszy brat mojej koleżanki Queenie. Nie wiem czy ją kojarzysz, niedawno wyszła za mąż, to była dość duża impreza - tak duża, że zamkneli pół miasta z tego powodu, bo goście zjeżdżali z całego świata. Nikt nie chciał opuścić wesela roku, ale akurat Peach mimo że z Queenie się przyjaźniła, to nie była na jej weselu. Głównie dlatego, że była wtedy na Bali, ale również dlatego, że jej przyszły mąż pisał jej trochę dziwne dm-y i średnio jej się uśmiechało jechać na jego ślub-
Teraz nazywa się Wyatt.. - dodaje, jakby nieco przepraszająco, ale jeżeli Francis był znajomym Petera to podejrzewała, że
na pewno był na bieżąco z kwestią małżeństw w rodzinie Bylthe. Była może w tym naiwna, ale ją zawsze interesowały wszystkie takie koneksje i przykładała wagę do tego, by zawsze wiedzieć:
kto, z kim i gdzie. -
Więc można powiedzieć, że go znam... znam na tyle, że wiem, że to porządny chłopak i że mógłby mi pomóc
Natomiast o tym, że ona z zupełnie innym Wyattem była dopiero co na portalu plotkarskim sfotografowana i podpisana jako jego dziewczyna - milczy. I robi to specjalnie, chociaż uznała, że mógł już to wiedzieć - może z jakiegoś przedziwnego powodu jest na bieżąco z kroniką towarzyską Toronto. I zakładając, że wie, nie chciała mu dawać jasnego sygnału, że jest faktycznie czyjąś dziewczyną. A jeżeli na przykład nie wiedział, to tym bardziej nie chciała wspominać o tym, że się spotyka(ła) z drugim Wyattem. Poniekąd dlatego, że cały ten wieczór i jej wieczorne wyjście było związane z tym - bo musiała odreagować wyjazd z piekieł, który z Galenem przeżyła, a po drugie dlatego, że właściwie nie wiadomo było czy oni jeszcze są parą czy nie.
I pomyślała sobie: po co robić sobie takie ograniczenia? Skoro nie wiedziała na czym stoi z Galenem, który raz miał jedno zdanie na jej temat, a za chwilę znów podrywał jakieś swoje ex w internecie, to czy powinna utrzymywać, że ma jakiegoś chłopaka? Nie wie jeszcze dlaczego tak niechętnie podeszła do myśli, by podzielić się tym z Garnderem, ale chyba to kwestia tego, o czym wcześniej mu powiedziała. Że z nim tak łatwo udawało się związek. I Peach chyba miała jakieś zaczątki zjawiska przeniesienia, które upatrywało we Francisie zbawcę dzisiejszego dnia, a skoro i dnia, to przecież czemu nie od razu zbawce jej serca, bo zamiast chłopaka zostawić i wysłać mu jakieś pudełko czekoladek w podzięce, to Peach się w niego wpatruje uważnie, czekając aż ten powie, że już ma pomysł jak chciałby, żeby mu odpłaciła i że to jest zaproszenie na romantyczną randkę.
Oczywiście te uczucia były głównie spowodowane nawarstwieniem wszystkich emocji z dzisiejszego wieczoru, trzeźwo będzie myślała jutro rano.
Ale póki co Francis był tu, był przystojny i otoczył ją opieką, co od razu dawało mu jakieś milion punktów. A poza tym Peach powoli się rozpływa jak patrzy na Francisa od którego bije taka tajemnica. Przedziwny był koktail emocji dzisiejszego wieczoru, czegoś takiego już dawno nie doświadczyła. I dlatego dziewczyna aż przeciąga te chwilę i uśmiecha się, a jej oczy znów błysnęły, bo jej spojrzenie robi się niebezpiecznie pewne siebie.
-
Ale na szczęście Peter ma też porządnych kolegów
Francis Gardner