ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
182 cm
psychoterapeuta prywatny gabinet
Awatar użytkownika
Your limits are my starting point.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z zewnątrz przysadzisty dom letniskowy wyglądał, jakby był naturalnym elementem lasu. Zbudowany został z ręcznie ciosanych bali sosnowych ze spadzistym dachem, spod którego zwisały grube sople lodu. Dookoła rosły strzeliste drzewa, a spomiędzy ich ciemnych pni połyskiwała zamarznięta tafla jeziora. W odludnej okolicy nie było innych budynków, co czyniło to miejsce naprawdę wyjątkowym. Pozornie wyglądało na stare i przytulne, ale posiadało wiele nowoczesnych udogodnień w połączeniu z sauną opalaną drewnem czy gorącą balią, której pokrywa uginała się teraz od kopuły śniegu.
Quentin wybrał to miejsce, by z daleka od cywilizacji mogli świętować kolejną rocznicę razem. Jego położenie gwarantowało kiepski zasięg, który czynił telefony i laptopy bezużytecznymi. Zadbał o to, by nie było żadnych rozpraszaczy. Potrzebowali czasu tylko dla siebie, ponieważ w Toronto pochłaniała ich w całości praca. Miał za sobą tournée związane z promocją pierwszej książki, co wiązało się z licznymi wyjazdami i fizycznym zmęczeniem. Od kilkunastu tygodni byli tak zaprzątnięci obowiązkami zawodowymi, że mijali się niemal bez słowa.
Oddalili się od siebie, a Quentinowi brakowało wieczorów spędzonych na kanapie przy Netflixie i porannego seksu, przez który czasem spóźniał się na wykłady. Wyjazd miał im pomóc zbliżyć się do siebie na nowo i na razie wyglądało na to, że był dobrym pomysłem, bo kiedy siedzieli sami w samochodzie, nie mogli się nagadać. Wróciło to przyjemne uczucie ekscytacji, chęć przekomarzanek przy wyborze muzyki, która miała lecieć w radio czy subtelnego, ale nieustannego dotyku, gdy Quentin swobodnie rozparty na miejscu pasażera przerzucił ramię przez siedzenie partnera i pieszczotliwie drapał go po karku. W drodze zatrzymali się nawet w restauracji, w której się poznali i wzięli na wynos kawę. W przypadku Emersona była to latte z podwójnym espresso, słodkim syropem karmelowym, absurdalną ilością bitej śmietany i jakąś dziecinną posypką, co kompletnie nie pasowało do perfekcyjnego wizerunku poważnego mężczyzny.
Podobnie zresztą jak jego słabość do Britney Spears i dozgonna miłość do Madonny, z której lubił żartować, że tylko o królową popu Theo może być zazdrosny.
Zdziwił się, gdy po dojechaniu na miejsce odkryli jeszcze jeden samochód na podjeździe. Uznał jednak, że to zapewne właściciel nie zdążył jeszcze przygotować domku na ich przyjazd. Wysiadł z auta, poprawiając poły ciemnego płaszcza z wełny. Śnieg zaskrzypiał pod jego eleganckimi butami. Quentin rzadko ubierał się mniej formalnie. I jakimś cudem nawet w tym otoczeniu wcale nie wyglądał głupio. Otworzył drzwi od strony kierowcy, informując, że później zabierze torby z bagażnika, a następnie razem mogli wejść do domu, w którym unosił się przyjemny zapach rozgrzanego drewna i żywicy.
Przystanął, by zdjąć kurtkę z ramion Theo, a następnie niedbale odrzucić ją na szafkę obok. Zatrzymał go w miejscu, układając dłonie na jego biodrach i dociskając ciepłe wargi do miejsca na szyi, gdzie kończył się materiał koszulki. Uniósł wzrok, by złapać spojrzenie partnera w lustrze i posłać mu jeden z tych oszczędnych, wilczych uśmiechów.
W końcu będę mógł się tobą nacieszyć — wyszeptał w jego skórę, wędrując pocałunkami w górę, a dłonie wyczuwalnie mocniej zacisnął na jego biodrach. Gotów był odwrócić go, oprzeć o chłodną taflę lustra i głęboko pocałować, pokazując, że nie ma zamiaru stracić ani chwili. Pamiętał o drugim samochodzie na podjeździe, ale właściciel domku musiał być w innej jego części, a sama jego obecność czyniła każdego całusa zakazanym, dlatego Quentin składał je z takim namaszczeniem, aż jego gorący oddech nie załaskotał ucha Theo, a jeszcze chłodna dłoń nie wsunęła pod koszulkę, by się o niego ogrzać. Docisnął go w ten sposób do siebie, ale zamarł, gdy usłyszał kroki za plecami.

Valentin Vega & Theodore Tellier
Beza
whatever you want, bby
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
Bad habits look good on me.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

To taka cholerna klisza odcinać się od świata po paskudnym rozstaniu. Ale potrzebował tego - ciszy, spokoju. I przede wszystkim braku łatwego dostępu do alkoholu.
Od kilku tygodni chodził na permanentnym rauszu i wszyscy mieli go już dosyć - chłopaki z zespołu, menedżer, kumple i każdy, kto wszedł mu w drogę. Przede wszystkim jednak, on miał już dosyć samego siebie. Brzydził się tym, co robiła z niego samotność. Zamieniała go w pieprzone, agresywne zwierzę, które gryzło każdą wyciągniętą dłoń. Jakby pozbawiony bliskości, zapominał o człowieczeństwie.
Zawsze brakowało jej w jego życiu. Starzy od początku patrzyli na niego jak na inwestycję, a jeśli chodzi o związki, nigdy nie miał do nich szczęścia. Być może właśnie przez swoją brawurową naturę. Ostatni rozpadł się jednak z bardziej prozaicznego powodu. Usłyszał klasyczne, to nie twoja wina.
Pierdolenie.
Wyjazd z Toronto i zmiana otoczenia, to najlepsze co mógł zrobić. Dla wszystkich. Zresztą zbliżały się święta, ten obrzydliwy czas, kiedy ludzie mówili o prezentach, rodzinnych spotkaniach i dobrym jedzeniu. Lepili się do siebie i uśmiechali. Tym bardziej nie chciał być wtedy w mieście.
Odkąd całe lata temu wyprowadził się z rodzinnego domu i zerwał kontakt ze starymi Vegami, każde święta spędzał sam. Nawet przestał postrzegać to jako coś dziwnego czy smutnego. Tak było po prostu lepiej.
Dlatego tu dzisiaj był. W drewnianej chatce na totalnym zadupiu, odcięty od świata, za towarzyszkę mając jedynie akustyczną gitarę.
Zdążył się już rozpakować, zajmując główną sypialnię z przeszkloną ścianą wychodzącą na zapierający dech w piersi widok - ośnieżony las i górskie szczyty w oddali.
Za oknami, wielkimi płatkami zaczął padać śnieg. Na dzisiaj zapowiadali śnieżycę, ale Valowi było to obojętne. Miał zapas żarcia na tydzień, a i tak nie zamierzał nigdzie się stąd ruszać. Miał tu wszystko, czego potrzebował, łącznie z kilkoma zabytkami jak sauna i balia.
Było już południe i za parę godzin zrobi się zupełnie ciemno. Siedząc w fotelu przy wielkim oknie rozmyślał jak zajebiście będzie wybrać się na nocny spacer w tej ciszy. O ile wreszcie przestanie sypać.
Rozkoszował się spokojem, starając się o niczym nie myśleć. Tylko on, biel za oknem i cisza.
I szum podjeżdżającego samochodu.
W pierwszej chwili pomyślał, że to właściciel z informacjami na temat burzy śnieżnej. Może chciał go ostrzec?
Wstał i ruszył do schodów, ale słysząc, że ktoś tak po prostu otwiera drzwi, nawet nie pukając, zatrzymał się na kilku stopniach i zaczął nasłuchiwać. W zupełnej ciszy łatwo było wychwycić nawet szept, a goście wcale nie starali się być cicho. Słyszał więc dwa męskie głosy, a potem ciche westchnienia i pomruki.
No proszę. Ktoś zrobił sobie schadzkę w jego holu.
Bardziej rozbawiony niż wkurzony, zszedł po cichu na półpiętro skąd miał doskonały widok na dwóch obściskujących się gości, wyglądających jakby urwali się z jakiegoś billboardu. Rzadko widzi się tak przystojnych facetów w tandemie. Chyba, że w porno.
Przy nich Val prezentował się jak zbuntowany nastolatek, który właśnie wylazł z próby garażowego zespołu. Miał na sobie czarną bluzę z kapturem i przetarte na kolanach dżinsy, a wokół twarzy fryzurę, która przypominała lwią grzywę. Wyglądał młodo, młodziej niż wskazywała na to jego metryczka, pokazująca dwadzieścia siedem lat.
Nie zamawiałem dodatkowych atrakcji, ale nie krępujcie się – rzucił z uśmiechem tak aroganckim, że wrażenie zahukanego nerda prysnęło w jednej chwili. Dysonansu dopełnił głos, przypominający w brzmieniu starego rockmana, a nie szczeniaka ledwie po mutacji. Był niski, głęboki i szorstki.
Nie pomyliliście domków? Bo ten jest mój na całe dwa tygodnie. – Zszedł na dół, do przestronnego, pachnącego drewnem holu. Obcy przynieśli ze sobą do wnętrza zapach chłodu. Płatki śniegu powoli topniały na ich włosach.
Chyba, że właściciel zrobił mi prezent pod choinkę – zamruczał sugestywnie, bezczelnie obcinając ich wzrokiem, nie kryjąc się ze swoim uznaniem, bo po pierwsze musieli być świadomi tego, jak się prezentowali, a po drugie, skoro byli homo, to nie oberwie za ten komentarz.
W duchu miał jednak nadzieję, że to naprawdę nie było jakieś żenujące nieporozumienie. Nie miał ani siły ani ochoty na szarpanie się z pomyłkami.

Quentin Emerson Theodore Tellier
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
34 y/o
For good luck!
192 cm
Senior Product Developer pepsico
Awatar użytkownika
It's forever, right?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez cztery godziny podróży uśmiech ani razu nie opuścił jego twarzy. Nawet gdy usta nie rozciągały się szeroko, jak wtedy, kiedy kłócili się o wybór piosenki, usiłując odepchnąć nawzajem swoje dłonie od radia lub gdy łapał Quentina na tym, że pośpiewywał pod nosem piosenkę, którą chwile wcześniej uparcie chciał przełączyć, w kącikach czaiło się czułe rozbawienie. Zupełnie różne od poważnej, chłodnej miny, którą przybierał na co dzień w pracy, siedząc na niemiłosiernie długich spotkaniach projektowych z marketingiem i działem handlowym, podczas których z kamienną twarzą wysłuchiwał o kolejnych wyzwaniach w projektach, przekroczonych terminach realizacji zadań i coraz to nowych rewolucyjnych pomysłach. Tam, w dusznych salkach konferencyjnych, uśmiech mógłby zostać odebrany jako przyzwolenie na kontynuowanie tych bredni po raz dziesiąty, a on nie miał na tyle cierpliwości, by bez końca rozprawiać o jednym i tym samym.
Obecność jego chłopaka (Theodore wciąż nie mógł uwierzyć, że ten inteligentny i piękny mężczyzna siedzący obok należał tylko do niego) skutecznie uciszyła wszystkie natarczywe myśli związane z pracą. Dotyk palców muskających raz po raz jego wrażliwy kark – czuły punkt Theo, który Emerson odkrył już podczas ich pierwszego spotkania – wydawał się rozprowadzać ciepło po całym jego ciele.
Widok za oknem stawał się coraz bardziej dziki, otaczające drogę świerki uginały się pod ciężkimi czapai śniegu, a pobocza tonęły w wysokich zaspach. Im dalej zagłębiali się w las, przecinany tylko wąską, czarną wstęgą asfaltu, tym silniejsze odnosił wrażenie, że zostawiają za sobą cały świat. I całe, kurwa, szczęście.
Domek z zewnątrz okazał się równie malowniczy, co na zdjęciach w internecie i Tellier odetchnął z ulgą. Nie cierpiał, gdy coś nie szło po jego myśli, a w głowie zdołał już zbudować wizję kolejnych dwóch tygodni w tym miejscu – ich dwojga zamkniętych w przytulnym domku pośród zaśnieżonego lasu, bez telefonów, spotkań i obcych ludzi. Wizję powolnych poranków z kawą wypijaną w łóżku i wieczorów spędzanych w jacuzzi pod gołym niebem lub przed rozpalonym kominkiem. Samochód zaparkowany na podjeździe nie zasiał w nim grama wątpliwości; był pewny, że należał do właściciela dopieszczającego ich lokum.
W środku pachniało drewnem i żywicą, a pierwszy rzut oka na wnętrze tylko utwierdziło go w przekonaniu, że to miejsce było dokładnie tym, czego potrzebowali. Nie zdołał jednak rozejrzeć się dokładniej, bo dotyk Quentina skierował jego uwagę na chłopaka. Poczuł zalążek dreszczu formujący się miejscu, w którym jego usta musnęły skórę.
– Taaaak? – szepnął miękko łapiąc w lustrze spojrzenie blondyna. Przymknął oczy z przyjemności czując więcej pocałunków wzdłuż karku. To było tak bardzo niepodobne do nich – bo zwykle zachowywali się bardzo oszczędnie względem siebie, gdy nie mieli pewności, że znajdują się sami – lecz jednocześnie tak bardzo dobre. – To dobrze się składa, bo mógłby pokazać ci kilka miejsc, które zasługują na twoją szczególną uwagę – wygiął głowę, by jego usta mogły dosięgnąć jego ucha. Przykrył dłonią zimną rękę znajdującą się na jego brzuchu i skierował ją nieco w dół, by jej palce mogły zahaczyć o klamrę czarnego paska. – Nie mogę doczekać się tego, aż wej… - hałas za ich plecami sprawił, że Theo mimowolnie stężał i przerwał zdanie w połowie.
Jego oczy powędrowały do lustra, w którym wyłapał odbicie młodego mężczyzny znajdującego się na schodach. Gdy przemówił, brwi Telliera mimowolnie uniosły się w górę. Jego głos, zdarty z wyraźną chrypką zdawał się nie pasować do aparycji. Kolejne zdanie wywołało jednak poziome zmarszczki na czole i sprawiły, że oderwał się od swojego chłopaka, by odwrócić się w stronę przybysza.
– To jest nasz domek na całe dwa tygodnie, zapewniam – odparł pewnym głosem, bo choć to nie on dokonywał rezerwacji, nie przypuszczał, by Quentin mógł się pomylić.
Przez chwilę obracał w głowie jego ostatni komentarz, przyglądając się uważnie młodej twarzy muskanej przez dłuższe, sięgające brody włosy. W oczach nieznajomego migotały psotne iskierki, a usta rozciągały się w bezczelnym uśmiechu, gdy lustrował ich wzrokiem. Jego postawa zarówno bawiła, jak i delikatnie fascynowała, rozładowując tym samym nieco napięcie w ramionach Theo.
– Taaak? A nam podarował rózgę w postaci twojej osoby? – W głosie nie było słychać wyrzutów, lecz głównie rozbawienie.

Valentin Vega & Quentin Emerson
gall anonim
36 y/o
For good luck!
182 cm
psychoterapeuta prywatny gabinet
Awatar użytkownika
Your limits are my starting point.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Choć publicznie zachowywali się bardzo powściągliwie, to jednak w domowym zaciszu dawali dojść do głosu tłumionym w ciągu dnia pragnieniom. Pod świętoszkowatymi pozorami skrywali wyuzdaną i bezwstydną żądzę. Stanowili najlepszy dowód na to, że pod perfekcyjnym obrazem nie raz skrywa się najbardziej oburzająca i obsceniczna rzeczywistość. W ostatnich tygodniach z powodu braku czasu nie mieli okazji, by dać ujście pożądaniu, dlatego w dotyku Quentina odzwierciedlała się surowa tęsknota za bliskością. Zacisnął palce na pasku, dla którego zdążył znaleźć kilka rozkosznych zastosowań w swojej fantazji i zahaczył niecierpliwie zębami o jego skórę na karku, jakby zamierzał się w nią wgryźć. Dźwięk kroków sprawił jednak, że niechętnie i bez pośpiechu oderwał się od partnera.
W końcu i tak zostali już przyłapani, a nadmierna panika uczyniłaby ten moment tylko bardziej żenującym. Zsunął dłoń, zatrzymując ją jeszcze na moment na biodrze Theo, a następnie przeniósł bystre spojrzenie na intruza. Przechylił lekko głowę w bok, przyglądając mu się z uwagą, jakby oceniał niechlujny look.
Z jego twarzy trudno było jednoznacznie wyczytać wynik tych oględzin. Zastanawiał się, czy niedbała fryzura i wygodny strój były deklaracją swobodnego stylu bycia, który już na pierwszy rzut oka perfekcyjnie pasował do mężczyzny, czy wynikały z czegoś więcej.
Jak spędzanie samotnie świąt w domku na odludziu, co brzmiało jak scenariusz horroru albo próby samobójczej rodem z Hollywood.
Na jego ocenę wpływały jednak własne preferencje i przemożna chęć ułożenia długich włosów.
Bezczelna uwaga nie wywołała na jego twarzy żadnej reakcji, a pozory poważnego nudziarza stanowiły bezpieczny kamuflaż. Choć musiał przyznać, że schrypnięty głos przyjemnie łaskotał jego duszę. Miał wrażenie, że słyszał go już wcześniej. Kącik ust subtelnie drgnął mu ku górze, gdy Theo podjął się słownej utarczki ze słyszalną przyjemnością.
Z naszej trójki to nie my wyglądamy, jakbyśmy zasługiwali na rózgę — stwierdził mrukliwie, jakby kierował te słowa tylko do Theo, choć były swobodnie słyszalne również dla Valentina, do którego podszedł, wyciągając dłoń, którą kilka sekund temu grzał o skórę partnera i gotów był mu ją wcisnąć pod ciasny materiał spodni. — Quentin — przedstawił się, wymieniając z Valentinem krótki, zdecydowany uścisk dłoni. — A to mój partner. Theodore — dodał, wskazując na kochanka, bo było już zdecydowanie za późno na udawanie, że nie są razem. — Zadzwonię i wyjaśnię to nieporozumienie z właścicielem — zaproponował, odwieszając ciemny płaszcz i sięgając do kieszeni spodni po telefon. Zostawił ich na moment samych, oddalając się kilka kroków w głąb domu, by móc swobodnie porozmawiać i złapać lepszy zasięg. Obcasy eleganckich butów cicho i rytmicznie stukały o drewnianą podłogę, kiedy spacerował po niej w oczekiwaniu na rozmowę, ale nikt nie odebrał.
Cierpliwie wykręcił numer ponownie, ale z podobnym rezultatem.
Nie odbiera — poinformował bez śladu irytacji w głosie, wracając na korytarz. Nie tak wyobrażał sobie te dwa tygodnie, ale potrafił adaptować się do sytuacji i w naturalny sposób przejmował stery. — Może po prostu porównamy nasze rezerwacje i w ten sposób uda nam się dojść do porozumienia?
Ponownie spojrzał na wyświetlacz, gdzie szybko znalazł wiadomość z potwierdzeniem rezerwacji na odpowiedni termin, która wyglądała dokładnie tak samo, jak Valentina. Wszystko się zgadzało. Przysunął się do niego i pokazał mu swój telefon, a na jego nadgarstku błysnął drogi zegarek na srebrnej bransolecie. Quentinowi nie towarzyszył ciężki zapach perfum, a raczej zazwyczaj była to woń świeżego prania i prasowania albo żelu pod prysznic, jakby dopiero co wyszedł z kąpieli, choć miał za sobą długą jazdę samochodem. Neutralna, przyjemna i nieinwazyjna. Wyczuwalna dopiero z naprawdę niewielkiej odległości.
Wygląda na to, że wszystko się zgadza. Chyba chwilowo jesteśmy na siebie skazani — uśmiechnął się przepraszająco, łapiąc kontakt wzrokowy najpierw z Valentinem, a następnie swoim partnerem. — Poczekajmy aż pan Johnson oddzwoni, a do tego czasu chyba się tu pomieścimy? Jest już późno, a na wieczór zapowiedzieli opady śniegu. Nie sądzę, by było bezpiecznie wracać kilka godzin do Toronto w taką pogodę.

Valentin Vega & Theodore Tellier
Beza
whatever you want, bby
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
Bad habits look good on me.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Stanowczy głos wyższego z gości i jego równie stanowcze zapewnienie sprawiły, że Val uniósł brwi, co przy wciąż obecnym na ustach zaczepnym uśmiechu, potęgowało jedynie arogancki look.
O nie, to na pewno nie był ich domek. Zapłacił za niego sporo hajsu właśnie po to, żeby nie użerać się z ludźmi i nie ma opcji, że ktoś popsuje mu plany.
Nawet dwóch przystojnych ktosiów.
Niestety nie speszył ich śmiałym komentarzem, co było zarówno rozczarowujące, jak zabawne. Obcy różnie reagowali na jego bezczelność. Niektórzy ignorowali ją, inni wywracali oczami, a jeszcze inni gotowi byli zamknąć mu usta pięścią. Prawdziwa zabawa zaczynała się wtedy, gdy ktoś podnosił rękawicę, tak, jak wyższy z tej ślicznej dwójki.
Val uśmiechnął się wilczo.
Mogę być rózgą, mogę i prezentem, zależy na co zasłużyliście.
Drugi z mężczyzn wyglądał na większego nudziarza, a jednak sposób w jaki rzucił swój komentarz, sprawił że Val oblizał dolną wargę i pokręcił z rozbawieniem głową. Założył ramiona na piersi, przenosząc ciężar ciała na jedną nogę.
No proszę, jacy zabawni. Może mógłby ich polubić, gdyby nie to, że to był jego domek i najbliższe dwa tygodnie zamierzał spędzić w samotności, robiąc detoks od procentów i ludzi.
Gdy gość wyciągnął do niego dłoń, uścisnął ją bez wahania i zdecydowanie.
Val - rzucił, a wolną dłoń uniósł w geście przywitania do Theodore’a.
Jakie poważne imię. Pewnie urwał się z jakiejś nowobogackiej rodzinki. Obaj zresztą tak wyglądali - jak kolesie z wieloma zerami na koncie i rozpoznawalnym nazwiskiem. Jeśli tak, to było ich w tym domku trzech, minus to, że Val prócz imienia i nazwiska, miał w sobie niewiele z bogatego dzieciaka.
Jasne. Ale z moją rezerwacją wszystko gra - mruknął, wyciągając telefon z kieszeni dżinsów żeby odnaleźć maila od właściciela, bo bez porównania rezerwacji się nie obejdzie.
Zerknął krótko za Quentinem, którego buty nietypowo stukały na wypolerowanej podłodze. Co on, stepuje? Pomyślał w roztargnieniu, scrollując wiadomości. Szybko odnalazł odpowiednie informacje i podsunął Theo pod nos swój telefon, wskazując palcem na datę. Było jak wół - od dzisiaj do za dwa tygodnie. Potwierdzone, opłacone. Zaklepane!
Pokaż waszą - zwrócił się do niego chwilę przed tym, jak Quentin wrócił, obwieszczając że nie mógł się dodzwonić.
Val zaczynał czuć powoli narastającą irytację. Nie miał ochoty na szarpanie się z cudzymi pomyłkami.
Sapnął cicho przez nos i z nieco skwaszoną miną spojrzał na wyświetlacz telefonu niższego z facetów. Wczytał się, żeby nic nie przeoczyć, ale wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak u niego. Wspaniale.
Ktoś tu beknie za to gówno.
Świetnie - mruknął z przekąsem. Nic nie było świetnie ani wspaniale. Na domiar złego sypało, jakby aniołki na chmurkach dostały zajebistego łupieżu, także mógł sobie pomarzyć jeśli chciał na szybko znaleźć jakiś hotel. Zresztą do najbliższego było pewnie z pół godziny drogi i to bez śnieżycy. Także powodzenia. Poza tym, dlaczego niby to on miał zrezygnować, skoro był tu pierwszy? Oni jako drudzy powinni się poczuć i zabrać swoje seksowne tyłki z jego domku. Tylko urocza parka raczej nie podzielała tego przekonania, a to znaczyło, że Quentin miał rację. Musieli poczekać na kontakt od właściciela, który rozwiąże ich problem. Więc jak na razie, naprawdę byli na siebie skazani.
Ostatecznie Vega nie był złamanym fiutem i nie zamierzał się pluć. W końcu żaden z nich nie był winny tego żenującego zamieszania.
Na to wygląda - westchnął, chowając telefon. Drugą ręką przetarł oczy, a potem uśmiechnął się krzywo i gospodarskimi gestem wskazał salon.
Mi casa es tu casa, gołąbeczki. Zaproponowałbym piwo, ale mam tylko sok i colę. Ewentualnie gorącą czekoladę. Ale wyglądacie na takich, co to piją tylko sojowe latte, więc nie wiem czy trafi w gusta. – Posłał obu przekorny uśmiech. W sumie to im współczuł bardziej niż sobie. Biedni przystojniacy przyjechali tu pewnie tarzać się nago przed kominkiem i celebrować wspólne święta z kieliszkiem drogiego szampana w dłoni, a dostali pod choinkę kłopot w postaci odjechanego życiem menela z gitarą. Cóż, świat nie jest sprawiedliwy. Val coś o tym wiedział. Bo nie ma to jak po rozstaniu zostać zamkniętym w domu na odludziu z zakochaną parą. Na myśl, że przyjdzie mu patrzeć jak się do siebie kleją i sobie słodzą, robiło mu się słabo z zazdrości. Bo te święta miały być inne niż wszystkie.
Te, miały być równie szczęśliwe, jak ich.
Ale skoro życie dało mu kolejną cytrynę, to postanowił zrobić z niej lemoniadę. Może dlatego, że był trzeźwy, a dwójka nieznajomych, mimo swojego ulizania, wydawała się sympatyczna? Jakoś nie miał ochoty być dla nich dupkiem.
Zabawił się w gospodarza, oprowadzając ich po wnętrzu. Było przestronne i luksusowe, a jednak w klimacie domku z bali. Dużo drewna, wielki kominek, skóry na podłodze i skórzane meble. Domek miał też dwie sypialnie, obie na piętrze, ale z małej nie było tak ładnego widoku. Val wspaniałomyślnie zrezygnował z głównej, uznając że nie będzie psuł im wyjazdu jeszcze bardziej i zabierał najlepszych atrakcji. Już się zresztą napatrzył na góry przez te kilka godzin. Zgarnął tylko nieotwartą jeszcze walizkę i gitarę, która do tej pory stała oparta o fotel.
Zaniósł swoje graty do mniejszej sypialni, porzucając je na jej środku.
Tylko nie celebrujcie za głośno początku wakacji, bo się łatwo rumienie - rzucił, kiedy schodzili po schodach na parter. - I nie wziąłem zatyczek do uszu - odwrócił się przez ramię, posyłając im szelmowski uśmiech. Wygłupiał się, ale naprawdę nie miał ochoty wysłuchiwać ich uniesień mając za towarzystwo pusty pokój i zimne łóżko.

Theodore Tellier Quentin Emerson
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
34 y/o
For good luck!
192 cm
Senior Product Developer pepsico
Awatar użytkownika
It's forever, right?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczy Theodore’a błysnęły rozbawieniem, a głowa uniosła się nieco w górę zupełnie jakby chciał lepiej przyjrzeć się sylwetce stojącej przed nimi. Pozwolił sobie dokładnie otaksować wzrokiem bruneta, który z bezpośredniością zakrawającą o bezczelność raczył ich długim, uważnym spojrzeniem oraz ciętym językiem. Nie był przy tym onieśmielający lub zawstydzający. Wręcz przeciwnie – jego pewność siebie wydawała się pobudzająca. Wydawał się mówić dokładnie to, co przychodziło mu do głowy, bez zbędnego oglądania się na reakcję świata i widowni. To było świeże i zupełnie inne od tego, co Tellier znał; w jego świecie, wśród ludzi, którymi się otaczał, szczerość nie była mile widziana. Gdy zdarzało się jej wybrzmieć, to zawsze w towarzystwie pompatycznych gestów, starannie dobranych słów i wyrachowanej uprzejmości lub złośliwości, co skutecznie odbierało jej autentyczność. Jednak szczerość mężczyzny z naprzeciwka była surowa. I Theodore miał ochotę sprowokować go do tego, by okazał jej więcej. Choć on i Quentin nie wychylali się za bardzo ze swoim związkiem, nie afiszując się z nim w miejscach publicznych i zgodnie traktując informację o swoim statusie jako sferę prywatną, tak teraz Theo nabrał niezmierzonej ochoty, by znów znaleźć się przed Emersonem, ułożyć na powrót jego ręce na biodrze i podbrzuszu, oprzeć głowę o jego ramię, by łatwiej wyszeptać mu do ucha te wszystkie gorące myśli, które wciąż kołatały się po głowie.
Odwrócił wzrok od nieznajomego kierując go na Quentina, by oderwać swoje myśli od tego niedorzecznego tematu i zwalić ich obecność w umyśle na ostatnie rozmijanie się z partnerem. Był w y p o s z c z o n y. Zdecydowanie potrzebował swojego chłopaka i dwóch spokojnych tygodni, by móc w pełni nacieszyć się jego obecnością. Niezbitym dowodem na to był również fakt, że nazwanie go przez Quentina partnerem wywołało w nim dawno niespotykaną falę czułości, przypominając mu, jak bardzo lubił to proste poczucie przynależności do kogoś.
Val. Nieznajomy wraz z imieniem zyskał namiastkę tożsamości. Val. Coś krótko, za krótko,przynajmniej w mniemaniu Theodore’a, który preferował pełniejsze imiona, lecz nie skomentował i jedynie kiwnął głową w ramach przywitania. Odprowadzając wciąż Quentina wzrokiem, poświęcając należytą uwagę szerokim ramionom i wąskiej talii, zbliżył się do mężczyzny przeglądającego wiadomości w telefonie. Gdy znalazł się zaledwie na wyciągnięcie ręki zerknął na podstawiony mu pod nos telefon.
– O, Valentin – rzucił niekontrolowanie, gdy jego spojrzenie jako pierwsze znalazło dane rezerwującego na ekranie. – Jak ładnie – dodał równie szybko i nieprzemyślanie, zanim jego mózg zdołał zarejestrować, że właśnie wypowiedział na głos komentarz, który wolałby zostawić dla siebie. – Ale tak, wydaje się, że z Twoją rezerwacją jest wszystko w porządku – dodał, gdy w końcu natrafił na informacje odnośnie terminu. Obejrzał się przez ramię w miejsce, w którym zniknął jego chłopak, by sprawdzić jak sprawy się mają. Ich rezerwacja była wykonana z jego konta, więc Theo nie miał możliwości, by okazać dowód panu Vedze.
Bez zbędnego zaskoczenia przyjął informację o tym, że właściciel okazał się nieuchwytny. Podejrzewał jednak, że to nie czyhająca za rogiem burza śnieżna była powodem jego niedostępności, lecz ciężar uzmysłowionej sobie poniewczasie pomyłki i być może licząc na to, że trójka niespodziewanych lokatorów zdoła załatwić sprawy między sobą? Spojrzenie Theo przeskakiwało między mężczyznami, którzy wydawali się prezentować zarówno dwa odmienne światy, jak i dwie różne postawy. Wyważony, spokojny Quentin w swoim eleganckim ubraniu stanowił całkiem niezły kontrast dla nieco wzburzonego i przybitego Vegi odzianego w poszarpane czarne spodnie i bluzę. Sam Tellier wydawał się plasować gdzieś na środku tej skali, czując delikatne poirytowanie pomyłką, jak i żal wobec Valentina, który ewidentnie nie palił się do tego, by dzielić z nimi przestrzeń.
– Zbyt pochopnie wyciągasz wnioski, Valentin, przez to trafiasz częściej obok niż w sedno – odparł Theo, gdy mężczyzna pogodził się z rzeczywistością na tyle, by wcielić się w rolę gospodarza. – Ja lubię czarną kawę, a Quentin… – zawiesił głos spoglądając z teatralnym rozczarowaniem na swojego partnera. – Quentin popija jakieś słodkie gówno z masą cukru, syropów, bitej śmietany i innego cholerstwa – zdradził partnera bez mrugnięcia okiem, uśmiechając się tylko psotnie w jego stronę.
Domek okazał się cudowny. Klimatyczny, zadbany, czysty, z detalami, które dodawały mu charakteru i duszy. Unoszący się w powietrzu zapach drewna i skór wydawał mieszać się z perfumami Valentina, który zdołał rozsiać po pomieszczeniach zapach piżma i cedru. W milczeniu obserwował, jak niepytany zabiera swoje rzeczy do mniejszej sypialni, aby oddać im większy pokój. Choć gest był naprawdę miły, to wywołał w nim wyrzuty sumienia, które nie pozwoliły mu na zbytnie cieszenie się lepszym widokiem z okna.
Schodząc ponownie po schodach na dół pozwolił, by jego dłoń spoczęła na pośladku Emersona idącego tuż przed nim. Bardziej w ramach zaczepki i przypomnienia, że pomimo okoliczności, jego plany względem ich wspólnego czasu nie uległy zmianie. Wtem głos Vala i jego nieświadomy komentarz zaskoczył go na tyle, że zapragnął odszczekać swój wcześniejszy przytyk o zbyt pochopnie wyciąganych wnioskach. Oderwał czym prędzej palce od tyłka swojego chłopaka, niczym dziecko przyłapane na wyjadaniu słodyczy z szafki, z której tylko rodzic miał prawo wydzielać przysmaki.
– Nie wyglądasz na kogoś, kto łatwo się rumieni, Valentin – rzucił swobodnym tonem. – I nie bój się, pożyczę ci airpodsy. –

– No dobra, dwa ważne pytania, Val. – Oznajmił klaskając w dłonie, gdy znaleźli się z powrotem na parterze. – Po pierwsze, to czy masz na coś uczulenie? Zamierzam przygotować nam coś na kolację, a skoro znalazłeś się tu z nami, to czuj się zaproszony, by do nas dołączyć – wyciągnął przed siebie dłonie, by powstrzymać go przed ewentualną odmową. – Wiem, że początek nie był zbyt lekki, lecz skoro jesteśmy już w tak skromnym gronie, to przekonajmy się, czy jest ono choć odrobinę znośne. – Jeżeli nie, to może butelka wina pomoże w przełamaniu niezręczności. – A po drugie, czy będąc tutaj natrafiłeś gdzieś na tę balię wspomnianą w ogłoszeniu? Podobno ma znajdować się na tyłach domku i o niczym innym nie marzę, jak tylko wyłożeniu się w niej w trakcie tej śnieżycy. –

Quentin Emerson & Valentin Vega
Ostatnio zmieniony śr sie 05, 2026 10:14 pm przez Theodore Tellier, łącznie zmieniany 1 raz.
gall anonim
36 y/o
For good luck!
182 cm
psychoterapeuta prywatny gabinet
Awatar użytkownika
Your limits are my starting point.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sytuacja była daleka od idealnej, ale Quentin zachował spokój. Irytował go brak profesjonalizmu u właściciela domku, ale nie okazywał tego, nie chcąc niepotrzebnie zaogniać sytuacji. Próbował natomiast znaleźć jakieś wyjście, bo miał świadomość, że wraz z Theo potrzebowali wyrwać z rzeczywistości kilka dni dla siebie.
W tym momencie niewiele mogli zrobić z kłopotliwą sytuacją. Valentin również nie wyglądał na zachwyconego obrotem spraw. Zapewne planował lizać rany w samotności. Mogli ustalić jakieś zasady korzystania ze wspólnych przestrzeni, ale nie po to wybiera się spędzanie świąt na odludziu, żeby męczyć się z niechcianymi współlokatorami.
Quentin cierpliwie poczekał, aż Valentine przystanie na jego propozycję albo zaproponuje inne rozwiązanie.
Winny — stwierdził bez skruchy, gdy partner zarzucił mu kompletny brak gustu w przypadku kawy.
Był dużo bardziej oszczędny w gestach, mimice i słowach niż dwójka jego towarzyszy. W myślach próbował jeszcze znaleźć dogodne wyjście z sytuacji dla nich wszystkich. Może powinni podzielić się domkiem na tydzień, a następnie zażądać od właściciela zwrotu kosztów? Kwestie praktyczne zajmowały myśli Quentina, gdy zwiedzał domek w milczeniu, pozwalając, by Valentine pełnił rolę gospodarza. Okazał się dokładnie taki, jak na urokliwych zdjęciach ze strony internetowej, a unoszący się wokół zapach drewna i igliwia, a także gęsto sypiący za oknem śnieg dodawały mu uroczej autentyczności.
Brakowało tylko płonącego w kominku ognia.
Przysłuchiwał się wymianie zdań z lekkim, pobłażliwym uśmiechem, bo wyglądało na to, że Valentine budził w Theo chęć do przekomarzanek. Obydwoje sprawiali wrażenie ożywionych swoich towarzystwem. Chemia jak zawsze była oczywista dla wszystkich, poza dwójką zainteresowanych. Quentin nie czuł się przez nią zagrożony. Właściwie słuchanie ich drobnych utarczek było zdumiewająco przyjemne.
Przesunął dłoń przez plecy Theo, w odpowiedzi na pieszczotę ściskając jego pośladek i w odróżnieniu od swojego partnera nie cofnął dłoni spłoszony, gdy został na tym przyłapany. Przytrzymał go zdecydowanym, ale nie gwałtownym gestem przy sobie. Paradowanie ze swoim facetem przed kimś innym było zdumiewająco przyjemnym przeżyciem, którego jednak na co dzień w imię zdrowego rozsądku sobie odmawiali.
Co grasz? — zapytał, widząc, jak Valentine wynosi gitarę z ich nowej sypialni. Może to jednak nie był przypadek, że głos mężczyzny wydawał mu się zaskakująco znajomy?
Gdy zeszli na dół jeszcze raz spojrzał za okno, ale nie wyglądało na to, by śnieg w najbliższym czasie miał przestać padać.
Theo gotuje naprawdę wspaniale. Nie chcesz stracić okazji spróbowania tego, co potrafi — powtórzył zaproszenie, a uznanie dla umiejętności kochanka w jego głosie było całkiem szczere. Podobnie jak chęć, by Valentine dołączył do nich przy posiłku. — Wy zajmijcie się kolacją, a ja w tym czasie przyniosę nasze bagaże i rozpalę w kominku — zaproponował. — W kuchni na wiele wam się nie przydam — dodał, zerkając znacząco na swojego partnera i posyłając mu czarująco przepraszający uśmiech, bo rzeczywiście jego umiejętności na tym polu mimo usilnych starań nadal pozostawiały wiele do życzenia.
Tym razem przy wyjściu zrezygnował z ubierania wełnianego płaszcza, ponieważ zaparkowali niemal pod samym tarasem. Wrócił najpierw z dwoma materiałowymi torbami z produktami spożywczymi i kilkoma butelkami wina, które postawił na kuchennym blacie. Wyszedł jeszcze raz i zaniósł walizki do ich sypialni. Za każdym razem najpierw przy drzwiach starannie wycierał buty o wycieraczkę, by nie roznieść po wnętrzu błota. Otrzepał perfekcyjnie ułożone włosy z grubych płatków śniegu. W salonie potrzebował zaledwie chwili, by rozpalić ogień w kominku, a po wykonaniu tych wszystkich czynności wrócił do kuchni.
Oparł się ramieniem o futrynę, krzyżując nogi w kostkach i obrzucił dwójkę kucharzy uważnym spojrzeniem.
I jak wam idzie?

Valentin Vega & Theodore Tellier
Beza
whatever you want, bby
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
Bad habits look good on me.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Pokiwał głową, bo rezerwację miał w porządku, dokładnie tak, jak oni.
Nie skomentował komplementu, ale w odpowiedzi na niego posłał Theo krzywy uśmiech. Wolał Val albo, jak zwracali się do niego kumple z zespołu - Vivi, ale nie miało znaczenia jak nowi koledzy będą go wołać. I tak za kilka godzin, a najdalej jutro, znikną z jego życia.
Do tego czasu mógł trochę ich pozaczepiać, choćby dla zabicia nudy.
Theo okazał się bardziej podatny na zaczepkę niż mrukliwy Quentin, więc siłą rzeczy to na nim Val skupił swoją uwagę. Jego opinia na temat wyciągania przez niego wniosków była zabawna. Gość mówił, jakby urwał się z kółka różańcowego. Z jakąś śmieszną pompą. Wszystko potęgowało jeszcze to, że zwracał się do niego pełnym imieniem. Przypominał mu trochę czasy prywatnych szkół i zmanierowanych paniczyków, którzy wtedy jeszcze myśleli, że etykieta i ładne wysławianie się, ma prawdziwe znaczenie. Tylko to “gówno", nie pasowało do całości, sprawiając że Val uniósł brwi w geście uprzejmego, rozbawionego zdumienia.
Bawił go ten kontrast.
W ogóle na takiego nie wygląda - stwierdził, obcinając Quentina wzrokiem. – Ale każdy z nas ma jakiś słodki, wstydliwy sekret, prawda? - dodał leniwym tonem, przenosząc wzrok na Theo. Mrugnął do niego przekornie, a potem zaprosił ich do zwiedzania dzielonych (niestety) włości.
W ogóle nie zareagował na ich bliskość, chociaż zarejestrował ją kątem oka. Byli parą, to normalne, że się dotykali. A swoje ostrzeże rzucił tylko dla draki. Przecież nie mógł zabronić dwóm dorosłym gościom się bzykać, jeśli mieli na to ochotę. Zresztą, miał nadzieję, że niedługo będą mogli pieprzyć się w każdym pomieszczeniu tego, albo innego, równie urokliwego domku, gdy już właściciel przestanie być takim złamanym fiutem.
Pozory mogą mylić, tak? - połapał zaczepkę Theo, nawiązując do Quentina i jego zamiłowania do słodyczy, chociaż faktycznie i w tym wypadku się droczył. Nie rumienił się łatwo. Właściwe nie pamiętał, kiedy zarumienił się ostatnim razem, chyba jeszcze jako dzieciak.
Pytanie o muzykę sprawiło, że Val skupił spojrzenie na Quentinie. Nie było opcji, że tacy goście jak oni kojarzyli jego zespół. Jeśli już, to z kilku niechlubnych plotek, krążących wśród elit o szczeniaku Vegów, który zamiast rodowego dziedzictwa wybrał robienie z siebie idioty ku uciesze długowłosej, niedomytej młodzieży. Więc przystojniak pytał pewnie z grzeczności.
Głównie rock i metal - odparł zgodnie z prawdą, a potem dodał tonem, od którego dziewczynom robiło się mokro w majtkach:
Ale mogę zagrać, co tylko zechcesz.
Zupełnie jakby muzyka była dla niego jedynie zabawą, a nie sensem istnienia i jedyną rzeczą, która w ostatnich tygodniach trzymała go przy życiu. Bo alkoholu chyba nie można było do tego zaliczyć.
Propozycja wspólnej kolacji trochę go zaskoczyła, ale uznał, że czemu nie? Miło będzie zjeść coś, czego samemu się nie przygotowało. Ostatnio żył głównie na procentach i zamawianym żarciu. Nawet tutaj wziął ze sobą tylko gotówce, które wypełniały teraz zamrażalnik sporej lodówki.
Usiadł na barowym krześle przy kuchennej wyspie, tyłem do blatu żeby mieć dobry widok na swoich chwilowych współlokatorów.
Przynajmniej było na co popatrzeć.
To raczej wy znaleźliście się tu ze mną - zauważył rozbawiony. – Ale nie mam żadnych uczuleń. I nie bywam wybredny. Przynajmniej w kwestii jedzenia.
Zerknął spod brwi na Quentina, słysząc jego specyficzny dobór słów. “Nie chcesz stracić okazji", “Wy zajmiecie", “Ja w tym czasie”. Ktoś tu lubił mieć wszystko pod kontrolą. Facet ogólnie miał dziwną aurę. Stanowił swego rodzaju kontrast dla Theo - był mniej gadatliwy, bardziej wyważony, a jego wypowiedzi lakoniczne i przemyślane. Było w nim coś niepokojącego w intrygujący sposób. Obaj zresztą byli osobliwi.
Jak prawdziwy mężczyzna - rzucił Val zaczepnie, rozbawiony myślą o stereotypach - baba w kuchni, facet rozpala ogień.
Ruszył tyłek z krzesła, bo skoro już zaproponował im coś do picia, to dokończy odgrywanie roli gospodarza.
Nastawił ekspres na czarną bez mleka dla Theo, a sam wygrzebał ze swoich skromnych spożywczych bagaży kakao i pianki.
Wyglądacie na uroczą parę - zagaił, stawiając rondel na blacie kuchenki. – Jak się poznaliście?
Sam nie wiedział po jaką cholerę pyta o takie rzeczy. Chyba tylko po to, żeby sobie rozdrapać świeżą ranę, ale z drugiej strony o co miał pytać? Przecież nie o poglądy polityczne albo pogodę.
Słuchał odpowiedzi, robiąc kakao. Kuchnia była na tyle duża, że mogli się w niej mijać, nie przeszkadzając sobie nawzajem. Val nie rzucał się do pomocy nowemu znajomemu, bo nie każdy lubił jak mu się ktoś wpieprza w gary. Ograniczył się do dwóch porcji kakao i kawy. Tę ostatnią podsunął głównemu kucharzowi, a gdy wrócił Quentin z zaróżowionymi od chłodu policzkami, zaoferował mu kubek gorącej czekolady pachnącej cynamonem i piankami. Tym sposobem zakończył swoje gospodarowanie. Na więcej panowie nie mogli liczyć.
Właśnie słuchałem uroczej historii waszej miłości - odparł, bo nie miał pojęcia na jakim etapie gotowania był Theo. Wskoczył tyłkiem na kuchenną wyspę, ujmując w dłonie swoją porcję kakao. Kubek przyjemnie grzał dłonie.

Quentin Emerson Theodore Tellier
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
34 y/o
For good luck!
192 cm
Senior Product Developer pepsico
Awatar użytkownika
It's forever, right?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Od dziecka był skryty i nieśmiały, lecz z czasem nauczył się ukrywać te cechy pod warstwą sarkazmu i chłodnego dystansu — maską, która znacznie lepiej przystawała do wizerunku mężczyzny niż zagubionego chłopca. Potrzebował czasu, by móc się przed kimś otworzyć i jeszcze więcej, by dać się komuś naprawdę poznać. Miłym (i zaskakującym) wyjątkiem od reguły okazał się Quentin, który bardzo szybko zaskarbił sobie jego sympatię i uwagę w sposób charakterystyczny dla kochanka, sprawiając, że myśli Theo podczas nużących spotkań w pracy odbiegały w stronę tych jasnych oczu i przekornego uśmiechu.
W towarzystwie Valentina czuł się podobnie, choć to poczucie swobody i bezpieczeństwa nie było jeszcze czymś uchwytnym i było ledwo przeczuwalne. Nie wiedział skąd się brało, ale łatwiej było mu zapomnieć o własnej ostrożności i nie przejmować się każdym gestem czy słowem. Może właśnie dlatego z taką naturalnością wdawał się z nim w przekomarzania i pozwalał sobie na śmiałość w stosunku do Quentina, którego obdarzył bardzo ciepłym i powolnym spojrzeniem, gdy ten zacisnął dłoń na jego pośladku i pozostawił ją na swoim miejscu pomimo widowni. Przez myśl przemknęło mu, że urok roztaczany przez Vegę był najwyraźniej ciężki do zignorowania, skoro nawet zwykła ostrożność Emersona zdawała się zacierać. I było to cholernie miłe. Piekielnie mu się to podobało, może nawet o wiele bardziej niż powinno.
- Jeszcze się okaże, że nie tylko o Madonnę powinienem być zazdrosny – mruknął cicho w stronę swojego chłopaka, gdy Valentin zaproponował, że może zagrać mu co tylko zechce, nawiązując do dozgonnej miłości Quentina do artystki. W jego tonie nie było jednak obawy, a raczej żart i delikatne wyzwanie, jakby zobaczenie Emersona w sytuacji, w której traci głowę dla kogoś, kto nie był nim było całkiem podniecające interesujące.

Przestronna kuchnia wydawała się stworzona dla Theo, który poświęcił kilka pierwszych minut na zapoznanie się z jej wyposażeniem i rozładowaniem zakupów przyniesionych przez chłopaka. Na widok gotowych mrożonek skrzywił się nieznacznie, lecz nie poczęstował Vegi przytykiem, że faktycznie wydawał się niewybredny względem jedzenia, a potem zajął się przygotowywaniem jedzenia z wprawą i szybkością kogoś, kto doskonale wie, co robi. Opłukał drobne ziemniaki, a następnie nastawił je w mundurkach, umył szparagi i wrzucił je na patelnię z odrobiną oliwy, a następnie zajął się przygotowywaniem steka.
– Emm… dzięki – rzucił odrobinę zmieszany, bo nigdy nie usłyszał podobnego komentarza na ich temat. Nie przeszkadzało mu, że Valentin zajął się przygotowywaniem drinków, wręcz było mu to na rękę, dostając tym samym swobodę i przestrzeń do sprawnego działania. Zaglądał akurat do jednej z kuchennych szafek, by wyciągnąć talerze, gdy Vega zadał mu pytanie, które odrobinę zbiło go z pantałyku.
Niewiele osób wiedziało o jego związku z Quentinem – w pracy nie dzielił się szczegółami swojego życia prywatnego, a garstce przyjaciół z Qubecu opowiedział dość okrojoną wersję ich pierwszego spotkania. Nie zapytali go o to nawet jego rodzice, gdy poinformował ich, że był w związku. Ani wtedy, ani gdy przyprowadził blondyna na tę jedną jedyną kolację, podczas której mieli się poznać i która przebiegła w atmosferze tak gęstej i niezręcznej, że Theodore nie nalegał na dalsze przełamywanie lodów. Po tym wieczorze czuł ogromny żal do rodziców za to, jak potraktowali Quentina, choć głęboko liczył, że jego erudycja i urok zadziałają na nich i nieco złagodzą ich uprzedzenia. Było mu też wstyd przed swoim chłopakiem, do tego stopnia, że zaraz po wyjściu przeprosił go cichym głosem puszczając zakłopotany, smutny uśmiech i nie odezwał się za wiele w drodze powrotnej, tłumiąc po swojemu własne smutki i rozterki.
– W kawiarni – odpowiedział rozkładając naczynia przy kuchennej wyspie. – Quentin zagadnął mnie, gdy siedziałem przy stoliku. Na początku pomyślałem, że to będzie raczej krótka rozmowa, ale przegadaliśmy chyba z kilka godziny, a ja wypiłem z pięć ohydnych kaw – dodał ze śmiechem. Kawa z ich kawiarni nie smakowała mu – była zdecydowanie za krótko parzona i za bardzo wodnista, lecz w towarzystwie Emersona nie wydawało się to mieć znaczenia. – Tylko mu tego nie mów, bo w sumie to nigdy się do tego nie przyznałem i nawet dziś zahaczyliśmy o to miejsce przed przyjazdem do ciebie. – Ton zabarwiony był rozbawieniem i uczuciem. Ta mała czarna smakowała sentymentem. – W każdym razie, później przenieśliśmy się do mnie, bo zaczęli już zamykać. Gadaliśmy o mojej biblioteczce z książkami i jego kolekcji zegarków, zagrałem mu Love on the brain na saksofonie i w sumie to spędziliśmy ze sobą pełne trzy dni, wędrując pomiędzy naszymi mieszkaniami. Jesteśmy razem rok, więc połączyliśmy ten świąteczny wypad z rozcznicą – zakończył odrobinę zawstydzony własną wylewnością.
Gdy przełożył na talerze mięso i szparagi, sięgnął po podstawioną mu kawę, mile zaskoczony, że Valentin zapamiętał co lubi, i dmuchnął na powierzchnię, by nieco ostudzić ją przed upiciem. W smaku była okropna, zbyt lurowata, lecz wtedy nie zdawał się tego zauważać, lustrując wzrokiem Valentina i jego dalsze poczynania.
– Dobra, dzięki – odparł upijając jeszcze dwa łyki, zanim odłożył kubek na stół, by sprawdzić ziemniaki. – Napijesz się wina do obiadu? – zagaił podchodząc do szuflady ze sztućcami, w której widział wcześniej korkociąg. Gdy rozlewał czerwony, wytrawny trunek, do kieliszków do kuchni wrócił Quentin. Odrobinę zaróżowiony na paliczkach, zapewne przez ciągłą zmianę temperatur, lecz wciąż tak diabelnie przystojny, że serce Theo zabiło odrobinę mocniej na jego widok.
– Jeszcze ziemniaki i gotowe. Zjemy przy kominku, dobrze? – Zagadnął ładując wszystkie brudne naczynia do zmywarki i wycierając blat. Gdyby był sam (lub w towarzystwie samego Valentina) zapewne nie zająłby się tym od razu, lecz wiedział, że pedantyzm jego chłopaka nie pozwoliłby mu delektować się posiłkiem, gdyby kuchnia pozostała nieposprzątana przed zasiądnięciem do stołu.
– Mon chéri, weźmiesz te eklerki z cukierni od razu? – Zwrócił się do blondyna nakładając gotowe ziemniaki i dodając gałązki rozmarynu na talerze. Przed wyjazdem z domu Theo wstąpił do swojej ulubionej, francuskiej cukierni, w której zakupił kilka uwielbianych przez niego deserów.
- No i skoro już wiesz coś niecoś o nas, to teraz musisz powiedzieć coś o sobie, Valentin. - Dodał, biorąc wszystkie trzy talerze z wprawą kelnera i zręcznie moszcząc jeden z nich na przedramieniu.

Valentin Vega & Quentin Emerson
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”