Żałował.
Obudził się o świcie i pierwsze, co zrobił, to skasował wszystkie wiadomości, jakby w ten sposób mógł wymazać całą minioną noc. Potem dłużej niż zwykle wpatrywał się w sufit. Układał myśli.
To była chwila słabości, musiał się z tym pogodzić. Ale nie zamierzał się do niej przyznawać. Nie był homo. Po prostu wypił drinka i dał się sprowokować, bo od lat z nikim nie spał - nic więcej. Nie zamierzał zaprzątać sobie tym głowy. Były tylko zły na siebie, że zdradził się ze swoją wiedzą, bo tak trudniej będzie się z tego wykręcić, jednak co się stało, to się nie dostanie. Nie było co płakać nad rozlanym mlekiem.
Wstał, ubrał się i jak co dzień ruszył na obchód rancza, nawet nie spoglądając na zamknięte drzwi do pokoju Laurenta. Niestety nie mógł dzisiaj liczyć na obecność ani żadnego, sprowadzonego tu z miasta rzeczoznawcy ani nawet pracowników rancza. W weekendy było tu tylko dwóch instruktorów, zajmujących się stałymi klientami. Resztą on zajmował się sam. Mógł jednak tak zorganizować sobie czas, by nie wpadać na Laurenta przy byle okazji. Miał też nadzieję, że młody Ashcroft sam pójdzie po rozum do głowy i nie będzie go nachodził. W końcu to nic nie znaczyło. Zresztą nie wyobrażał sobie, że Laurent sądził inaczej. Wygłupili się, to co, teraz przez chwilę będzie niezręcznie, a potem wszystko wróci do normy. Rozważał jednak czy nie pojawiać się na śniadaniu, ale to zaalarmowałoby Margy, a tego wolał uniknąć. Nikt nie był tak wścibski, jak ona.
Przyszedł więc punktualnie, niosąc na skórze woń wiatru i słońca. Położył kapelusz obok przygotowanego talerza i dziękując kobiecie skinieniem głowy, zabrał się do jedzenia. Poczuł ulgę, że Laurent jeszcze nie wstał, ale szybko się na niej zawiódł, gdy adwokat stanął w drzwiach kuchni kilka minut później, ogolony, wypachniony i wyraźnie zadowolony.
Logan łypnął na niego spod brwi i krótko skinął głową, nie przerywając jedzenia. Nic nie zdradzało jego myśli, a były wyjątkowo nieodpowiednie do śniadania. Zastanawiał się jak bardzo wczoraj w nocy Laurent różnił się od tego nieskazitelnego wizerunku z dzisiaj. Czy miał potargane włosy i zarumienione policzki? Czy na jego piersi lśniła warstewka potu, kiedy trzepał sobie do jego zdjęcia i wszystkich tych gorących fantazji? Czy rwał mu się oddech? Czy tłumił jęki?
Poczuł, że robi się twardy, więc kategorycznie odsunął od siebie te wizje. Nie odrywał spojrzenia od swojego talerza, jak co rano nie wydając się w poranne dyskusje. Wziął kolejny, duży kęs jajecznicy, a potem oblizał usta.
Czuł, jak tężeje mu kark od ich szczebiotu.
Czuł też, niemal namacalnie, spojrzenie Laurenta.
Miał dziką ochotę spojrzeć mu w twarz, ale nie zrobił tego nawet, gdy sugestywnie i wyraźnie z siebie zadowolony, nawiązał do nocy. Widać bawiło go to, ale czemu miało nie? Dla niego to pewnie chleb powszedni, trzepać sobie po nocach wymieniając się sprośnymi wiadomościami z innymi facetami.
Logan nie dał się sprowokować. Podniósł wzrok dopiero, gdy został poproszony o podanie masła. Na moment zawiesił wtedy wzrok na uśmiechniętym mężczyźnie, a potem jak gdyby nigdy nic, podał mu maselniczkę. Nie odezwał się.
– A co ty dzisiaj taki nie w sosie, Logan? - zagadnęła Margy, widząc kowboja bardziej mrukliwego niż zwykle. – Martwisz się o Travisa? - odpowiedziała sobie sama, przyzwyczajona, że Logan nigdy nie jest skóry do zwierzeń i trzeba albo losować przykłady, albo długo czekać aż się otworzy. A ona nie miała czasu. Musiała jeszcze pomyć dzisiaj szkło w kredensie.
– To już przecież mężczyzna. I tak za krótko go trzymasz.
–
Odpowiednio krótko - mruknął Logan odrobinę zachrypniętym głosem, którego nie użył od wczorajszego wieczoru.
– Jak się chłopak za młodu nie wyszaleje, to potem będzie szalał, jak mój Ezra. Wspomnisz moje słowa - zawyrokowała, dokrajając im chleba.
– Larry, słoneczko, zjesz tarty cytrynowej? - zagruchał do Laurenta, wrzucając do koszyka na stole porcję świeżych kromek. – Nawet nie wiesz jak się cieszę, że znowu mam w domu kogoś, kto przepada za słodkim. Bo Logan to tylko mięso i mięso. Travis też w niego poszedł. Ale ty to w tatę jak ta lala. Jak był młody, to też był taki przystojny jak ty i chudy jak palec, a wcinał ciasta na kilogramy.
Brakowało tylko żeby uszczypnęła go w policzek, jak stara ciotka.
Logan próbował nie zwracać na to uwagi, ale z chwili na chwilę coraz ciężej znosił tę paplaninę. W końcu wstał, włożył brudny talerz do zmywarki i nałożył kapelusz. Nie spojrzał na Laurenta.
Wyszedł bez słowa.
Margy popatrzyła za nim, wycierając ręce w fartuch zawiązany na dużym brzuchu.
– Z tym naszym Loganem to nie jest dobrze - zamruczała z troską. – Odkąd mu ta żona zmarła, coraz paskudniejszy się robi. A teraz, jak Luke odszedł, to już w ogóle. – Przeniosła zatroskane spojrzenie na Laurenta. – Dobrze, że tu jesteś, kochany. To miejsce potrzebuje takiego słonka, jak ty. Sam jeden Travis tego nie uciągnie - zacmokała, a potem zabrała się do krojenia cytrynowej tarty, którą zamierzała nakarmić swojego ulubionego mieszkańca Ashcroft ranch.
Laurent Ashcroft