Nie był na nią zły. Nie mógł być. Nie miał
prawa być na nią zły.
Ale też, zwyczajnie i po ludzku, nie miał powodu. To, że się wtrącała i kręciła wokół, nie było wystarczającym powodem. Może dla innych — nigdy dla niego. Już dawno przeszedł z tym na porządek dzienny, że się kręciła. Na własne zaskoczenie tym, jak
chętnie to robiła nie mógł jednak nic zaradzić. Przynajmniej jeszcze nie. Nie wybiegał myślami tak bardzo do przodu w czasie, ale — starał się — nie zamykał się też na to, że kiedyś,
kiedyś będzie nawet bardziej temu przychylny. Że może sam poprosi ją o interwencję. O granie skrzypiec. Nie pierwszych, ale też nie
ostatnich.
Nie miał pojęcia, jak nazywał się kamerzysta od Brenny Langford. W głowie nazwał go roboczo Tym Frajerem z Kamerą i kiedy wchodził do domku Thiela szczerze wierzył, że Hayes, w razie czego, faktycznie gościa usadzi. Po minie tamtego był w stanie nawet zaryzykować stwierdzenie, że wziął groźbę na poważnie. Brenna i jej mina, oczywiście, uświadamiała Gardnera tylko głębiej w tym, jak bardzo nienawidził pismaków i ich szponów, które wczepiały się w każdy najmniejszy fragment, byleby tylko wyszarpać coś dla siebie.
Jebane sępiska. Gdyby to od niego zależało, to każdego z tych kręcących się koło miejsca zbrodni i szukających taniej sensacji w czyimś nieszczęściu traktowałby paralizatorem, ołowiem w kolano albo starym, sprawdzonym sposobem z workiem na łbie i kapiącą wodą.
Przesunięcie szklanki zwróciło jego uwagę. Spojrzał za tym ruchem, wsłuchując się, jak Zaylee gra swoje skrzypce. Teraz tym bardziej nie dziwiło go, że Thiel mógł ją uznać za drugą śledczą, pal licho brak odznaki — on swoją też miał schowaną — i pal licho identyfikator. Mężczyzna prawdopodobnie nawet jak na niego spojrzał, to przyswoił tytuł lekarza medycyny sądowej, a potem kompletnie o tym zapomniał lub w ogóle nie zarejestrował w swoim mózgu. Patrząc po jego reakcjach i ewidentnych śladach poruszenia, Gardner skłoniłby się ku temu drugiemu.
Szklanka przesunęła się drugi raz. Trzeci. Szczęknięcie zębów o szkło, gdy Thiel brał kolejny łyk wody i te mikroskurcze mięśni jego żuchwy. Stres? Oczywiście. Wyparcie? Jak najbardziej. To, co interesowało Gardnera, to intencja za tym. Czy chodziło o to, że znaleziono na jego posesji zwłoki czy może jego podświadomość próbowała zatuszować coś więcej. Fakt, że jego przyjazd z Barrie trwał ponad pół godziny więcej, niż powinien, wciąż głośno odbijał się echem po głowie Francisa. Za długo. Zbyt długo. Nikt by tak długo nie jechał o tej porze, zwłaszcza po telefonie funkcjonariusza i informacji, że na jego terenie znaleziono właśnie ciało. Chyba że miało się coś do ukrycia albo musiało zatrzymać się na poboczu, by uspokoić galopujące tętno i przemyśleć wersję wydarzeń.
Gardner spojrzał na Zaylee. Dopiero co dygała niczym księżniczka w drzwiach — na co sam skinął nieco i wyciągnął rękę, kręcąc przy tym nadgarstkiem, jak rasowy lokaj zapraszający pannę z wyższych sfer w głąb pałacu — a teraz siedziała na krześle i zadawała celne pytania. Ale nie chodziło tylko o ich celność i słuszność; chodziło jeszcze o to, jak naturalnie jej to wychodziło. Absolutnie nie dziwił się, że Thiel wziął ją za śledczą. Błyskotliwy, analityczny umysł upartej perfekcjonistki wciąż budził w nim coś, co wydawało mu się, że dawno pogrzebał i zostawił za sobą.
Skupił wzrok z powrotem na właścicielu. Każda okolica była spokojna
do czasu.
—
Tego właśnie próbujemy się dowiedzieć, panie Thiel. Na ten moment to Doe — odpowiedział, z premedytacją obracając jego pytanie i ignorując, że chciał dowiedzieć się więcej o samym
ciele, a nie o
ofierze. Nie miał zamiaru wyjawiać mu szczegółów, choćby tych najbardziej ogólnych — że z wody wyłowiono dziewczynkę, że nie miała więcej niż dziesięć lat, że upozowano ją na Ofelię. Z taktycznego punktu widzenia, wiedza oznaczała władzę. A Thiel przyjechał tu z pismakami. Z Brenną Langford ze wszystkich możliwych.
Chociaż, oczywiście, istniała szansa, że ten natrętny babsztyl kręcił się już przy miejscu zbrodni i czekał, aż ktoś będzie przyjeżdżać, żeby się za nim wcisnąć. Wkurwiająca czy nie, nie mógł odmówić jej wyczuwania kropli krwi w morzu słonej wody, jak żarłacz biały.
Przypadkiem czy nie, właściciel domku mógł być już po wstępnej umowie z prasą, a Gardner ani myślał dawać im więcej, niż operacyjnie trzeba było.
—
Czy w ciągu ostatnich kilku tygodni widział pan coś niepokojącego? Innego? Coś, co zwróciło pana uwagę, nawet jak nie do końca potrafił pan powiedzieć czemu?
Thiel zrobił dziwną minę, karykaturę między próbowaniem zrozumienia pytania a chęcią przypomnienia sobie czegoś. Gardner wyraźnie się rozluźnił, teraz już w pełni wykorzystując wyspę jako swoje siedzenie, zupełnie jakby wypytywanie ludzi było jego środowiskiem naturalnym. Trochę było.
—
Nie pytam o to, czy ktoś biegał po lesie ze sznurem i szpadlem. Pytam o detale, które wyłamały się z rutyny — zaczął wyjaśniać, opierając się wygodniej, siadając na blacie jednym półdupkiem, odrywając stopę od podłogi. —
To może być cokolwiek. Otwarta kłódka przy szopie na narzędzia. Rozsypane gałęzie. Pognieciona trawa. Znikająca plandeka u sąsiadów. Obcy SUV zaparkowany na poboczu, którego pan nie kojarzy. Może ktoś szukał psa albo pomylił zjazdy? Albo to państwo z Ottawy, o których pan wspomniał. Czy przyjechali z kimś nowym, kogo wcześniej pan nie widział? Może ktoś inny półsłowem wspomniał o czymś, co go zaniepokoiło? Cokolwiek.
Błękitne ślepia Gardnera wlepiały się w Thiela, wypatrując w jego mimice wszystkiego. Tej krótkiej pauzy, tego ułamka sekundy, w którym mózg przesłuchiwanego decyduje czy warto wyznać niewygodną prawdęczy ubrać ją w bezpieczne kłamstwo. Mężczyzna w końcu przełknął ślinę. Wciąż bawił się szklanką.
—
Nie... to znaczy, nic wielkiego... — Potarł wolną dłonią kark, ukradkiem zerkając na Zaylee. Jej pytania chyba bardziej mu się podobały. —
Ekipa remontowa robiła tu spory bałagan. Narzędzia, deski, ciągły hałas. Dużo się działo. Non stop się ktoś tu kręcił.
Jeszcze więcej zniszczonych śladów.
—
Ale jakiś czas temu Billy, sąsiad, narzekał, że ktoś mu się włamał do szopy i buszował przy łódce. Potem okazało się, że to jego bratanek chciał sobie popływać po jeziorze. A może to był bratanek Cosby'ego...
Francis spojrzał na Zaylee, potem za okno. Na jezioro idealnie widoczne z miejsca przy wyspie, gdzie siedział. Normalnie byłby to ładny widok. Urokliwy, nawet.
—
Ma pan łódkę na wynajem?
—
Tak, ale nie wyciągałem jej jeszcze w tym sezonie...
—
A inni sąsiedzi?
—
Na pewno. Do czego pan zmierza? Że ktoś... ktoś zrzucił ją z łódki do wody?
Gardner zastygł na dokładnie sekundę.
—
Skąd pan wie, że to ona?
Właściciel zamarł. Odwrócił wzrok, błądził nim po podłodze, szafkach, Zaylee, przejściu na korytarz, którym weszli do kuchni, po drugim oknie, z którego dało się dostrzec Hayesa przy żółtej taśmie. Błysk fleszy.
Branna Langford. Ta pierdolona Brenna Langford.
Błękit oczu zatrzymał się na Miller, jakby to właśnie tylko ona mogła go zatrzymać, zanim by wyszedł i sam walnął dziennikarkę w splot słoneczny. Albo jakby ją o to prosił.
zaylee miller