Nie miał nic przeciwko rozłożeniu na łóżku tego dodatkowego koca, ale… oczywiście, że na jej wzmiankę o tym, że zamierzała przy okazji wykorzystać dresy do spania, nie mógł zareagować inaczej, jak tylko zmarszczonymi z niezadowoleniem brwiami. Skłonny byłby raczej rozważyć znalezienie jakiejś folii, którą Elsa mogłaby dodatkowo zabezpieczyć ten materac – ewentualnie na przyszłość przemyśleć jednak przynajmniej przez chwilę, czy faktycznie warto było mówić na głos absolutnie wszystko, co akurat przyszło mu na myśl i wydawało się dość zabawne – ale… spanie w dresach…? Nie, to zdecydowanie był już jeden z tych pomysłów, który mógł uznać co najwyżej za bardzo
kiepski.
–
Chyba sobie żartujesz… – wywrócił oczami, zerkając raz jeszcze w kierunku tego nieszczęsnego łóżka. Naprawdę nie wyglądało przecież
aż tak źle. Może nawet dałoby się zaryzykować stwierdzenie, że przynajmniej odrobinę lepiej niż można byłoby się spodziewać, wnioskując jedynie na podstawie tego, co kilka chwil wcześniej mogli oglądać jedynie z zewnątrz… –
Koc chyba powinien ci wystarczyć, nie ma mowy, żebyś spała w jakichś dresach…
I oczywiście, że w słowniku Murphy’ego najprawdopodobniej nawet nie istniało coś takiego jak
zwykły spacer. Każdy był przecież dość emocjonujący, by o jakimś spokojnym maszerowaniu przy nodze po prostu nie mogło być mowy – i to niezależnie od tego, czy miał akurat okazję po raz setny przemierzać dokładnie tę samą drogę w parku, czy też poznawać nowe tereny i zapachy…
Dopiero po jej kolejnym pytaniu mógł wreszcie zreflektować się, że już przed odpowiedzią na to pierwsze, mógłby przez nieco dłuższą chwilę zastanowić się nad
właściwą odpowiedzią. Mimo wszystko… wciąż trudno byłoby zareagować inaczej, jak po prostu krótkim, ewidentnie rozbawionym parsknięciem. Bo przecież przerobili już ten temat. Dobrych kilka lat temu. I, gdyby tylko sięgnął pamięcią do tamtego czasu, pewnie mógłby nawet przypomnieć sobie, że ktoś z obecnych na tej imprezie znajomych pokusił się o zaprezentowanie Elsie filmiku, dzięki któremu miała na własne oczy przekonać się, że nie miała absolutnie żadnych powodów, by martwić się o Ashley. O ile bowiem jej relacja kończyła się w całkiem korzystnym dla niej momencie, to jednak zabrakło na niej kolejnych kilku sekund, podczas których dziewczyna miała okazję zaliczyć dość widowiskowy upadek na ziemię, gdy Dante kompletnie
przypadkiem przesunął się nieco akurat w momencie, kiedy ta rzeczywiście chciała rozsiąść się na jego kolanach.
Chociaż ostatecznie i tak kluczowym argumentem, dzięki któremu Elsa faktycznie zdecydowała się wreszcie odpuścić, musiało okazać się brownie z malinami, a nie jakiś tam filmik, czy relacje naocznych świadków…
W każdym razie – temat był już przecież dość mocno nieaktualny i obecnie chyba nic już nie stało na przeszkodzie, by dalej podejść do niego w ten typowy żartobliwy sposób. A przynajmniej żadnego innego Dante najwyraźniej nie przewidywał.
–
Jeżeli masz na myśli trochę rozlanego alkoholu i kilka wypalonych dziur, to… no pewnie tak… – uśmiechnął się, zdecydowanie nie biorąc pod uwagę żadnej innej
historii, która po prostu nie miała prawa się wydarzyć. Przynajmniej nie z jego udziałem, bo… tylko na moment otworzył usta, żeby dodać coś jeszcze, jednak –
tym razem – w porę je zamknął, nie wypowiadając ani słowa więcej w tym temacie. Widocznie przypomnienie sobie o tych cholernych dresach, w których zamierzała spać, w zupełności wystarczyło, żeby móc odpowiednio zmotywować się do profilaktycznego ugryzienia się w język.
Nie zdążył też zapewnić jej, że
na pewno nikt nie dopatrzy się brakującej nogi od krzesła – skoro nikt nie przejął się również smętnie zwisającymi na jednym zawiasie drzwiczkami od szafki, czy paroma innymi drobnymi usterkami… – kiedy to Murphy postanowił obszczekać coś, co najwyraźniej znajdowało się w krzakach. I – sądząc po dobiegających z nich odgłosach – nie było jedynie psim przewidzeniem. Choć tym, przynajmniej z początku, Dante niespecjalnie zamierzał się przejmować – w końcu nie był to przecież pierwszy raz, kiedy pies zawzięcie obszczekiwał jakąś przestraszoną wiewiórkę, poruszające się liście, czy jakiś wyjątkowo podejrzany kamień… Nic, na co trzeba byłoby zwracać szczególną uwagę.
Stosunkowo szybko mógł jednak zweryfikować słuszność tego podejścia, zauważając wyłaniającego się z zarośli dzika. Odruchowo szarpnął smycz psa nieco mocniej, choć ten najwyraźniej potrafił wykazać się znacznie większą siłą niż można byłoby go o to podejrzewać. Zwłaszcza w sytuacjach, gdy zdecydowanie
nie powinien.
–
Murph! – oczywiście, że wołanie też było kompletnie bezcelowe, a… interwencja Olive okazała się na tyle niespodziewana, że na tę rzeczywiście mógł w porę zareagować co najwyżej dzik… Tyle dobrego, że reakcja polegała na spokojnym odmaszerowaniu z powrotem w krzaki, a nie jakiejś szarży na dwa ujadające na niego psy…
–
Po mnie…? A co masz zamiar powiedzieć o Olive? Bo wygląda na to, że to ona właśnie wystraszyła tego większego i groźniejszego – parsknął śmiechem, odruchowo schylając się, żeby pogłaskać po głowie
bohaterkę, która z wyraźnym zniesmaczeniem przyglądała się temu całemu tuleniu Murphy’ego przez Elsę. W zasadzie… tę sytuację chyba również bez większego trudu można byłoby przyrównać do wielu innych, w których to właśnie Elsa wykazywała się dość przekonującą
siłą argumentów, by Dante mógł dzięki niej uniknąć profilaktycznego wpierdolu od kogoś, do kogo zdecydowanie nie powinien
skakać. Zazwyczaj. Bo jednak nie zawsze była przecież w pobliżu. Choć mimo wszystko nawet te sytuacje, w których Dante miewał już okazję oberwać – mniej lub bardziej słusznie – jakoś nie uczyły go wcale, że czasami naprawdę warto było dopuścić do głosu ten cały
zdrowy rozsądek.
I tej umiejętności wyciągania jakichkolwiek wniosków, Murphy również ewidentnie nie posiadał. Nawet teraz wyglądał przecież na wyjątkowo zadowolonego z siebie, a Elsa otrzymała nawet radosnego psiego buziaka, jakby ten właśnie chciał powiedzieć jej, że przecież nie miała się czym przejmować, on już wszystko załatwił i nie musieli martwić się żadnymi kolejnymi dzikami. Bo kolejnego pewnie przepędziłby tak samo skutecznie.
Choć w zasadzie może nawet miał w tym nieco racji – nawet jeśli ostatecznie to nie do końca on rozprawił się z dzikiem, wprawiając go w konsternację wystarczającą do tego, by ten odpuścił sobie ewentualny atak. W każdym razie… rzeczywiście żadnego innego nie spotkali już na swojej drodze, ostatecznie docierając nawet do niewielkiego sklepu, w którym – zgodnie z przewidywaniem – mogli zaopatrzyć się co najwyżej w jakieś przekąski, za to z całą pewnością nie mogliby narzekać na brak wyboru, jeśli chodziło o alkohol. Który może nawet nie byłby wcale takim głupim pomysłem, gdyby dzięki niemu Elsa faktycznie mogła odpuścić sobie rozmyślania o tym, co mógł do tej pory przeżyć materac, na którym mieli spędzić najbliższą noc…
–
No… to skoro gotowanie raczej mamy z głowy, zostaje chyba tylko odwiedzenie plaży…? – rzucił, kiedy już niewielkie zakupy mieli za sobą i kiedy rzeczywiście raczej jasne było już to, że na jakikolwiek efektowny obiad, czy tam kolację, niespecjalnie mieli co liczyć.
Elsa Eriksen