35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaylee Miller nie przestawała go zadziwiać. To, że wpychała nosa tam, gdzie nie trzeba, już wiedział. To, że jak nie wchodziła drzwiami, to oknem albo kominem, znał z hehe autopsji. To, że jej wiedza i zainteresowania wykraczały poza jej specjalizację, miał podawane na tacy z każdym spotkaniem. To, że czuła się chyba jak gwiazda serialu kryminalnego podejrzewał. To, że chciała zrobić więcej, niż mogła, brał pod uwagę.
Tego, że wcieli się w rolę detektywa i wyłoży mu prawdopodobne scenariusze kim był sprawca — niekoniecznie. Sam nie wiedział czy był jej za to bardziej wdzięczny — bo próbowała pomóc? — czy podrażniło go to gdzieś głębiej, gdzie siedziały lata spędzone jako śledczy i coś, co głupcy nazywali dumą detektywa.
Dokładność nie idzie w parze z pierwszym morderstwem, Miller — rzucił na koniec, wierząc, że temat został na razie odstawiony na bok. Nie zamierzał się z nią tu wymieniać argumentami, odwoływać się do kryminologii, żeby ostatecznie wyciągnąć na wierzch prawdziwe doświadczenia, o których usilnie starał się zapomnieć. Ciepło krwi na dłoniach. Widok światła gasnącego w oczach. Adrenalina buzująca w żyłach i dudniąca w uszach. Pełna świadomość niechybnie uciekającego vitae.
Głos Brenny Langdord dosięgł go z brutalną siłą. Nie miał z nią takiego doświadczenia, jak Zaylee, ale znał ją na tyle, by wiedzieć, że plasowała się w jego osobistej top 5-ce najbardziej wkurwiających ze wszystkich dziennikarskich sępów. A to było swoiste wyróżnienie. Zignorował ją kompletnie, skupiając się na kamerzyście, który prawie się wywalił.
Zabierzcie go — mruknął do Hayesa, kiwając głową w stronę mężczyzny. — Jak będzie próbował przejść przez taśmę, to zakujcie go i władujcie do drugiego radiowozu. Albo od razu weźcie na dołek.
Powód zawsze by się znalazł. Brenna i zaskarżenie tych czynów, powołując się na przekraczanie uprawnień i uderzanie w wolność obywatelską, wolność słowa i każdą inną możliwą wolność — także. Na to był jednak gotowy.
To też dobra opcja — mruknął pospiesznie do Miller odnośnie braku następnego razu, ale nie zdążył dodać nic więcej, bo zaraz Tony Thiel stanął przed nimi i potwierdzał, że wynajął domek dla Scotta i grupy dzieciaków. Gardner zerknął z ukosa na krzątających się techników, którzy odwalali kawał dobrej roboty, rozstawiając sprawnie parawany i uniemożliwiając robienie bardziej szczegółowych zdjęć. Co, oczywiście, wcale pismaków nie zniechęciło. Jeden z nich podskakiwał, drugi brał swoją koleżankę na barana i wręczał jej aparat. Trzeci próbował wspiąć się na drzewo. Wszystko, byle zebrać żer.
Francis spojrzał w dół na Zaylee, która tak naturalnie przejęła stery, że w innych okolicznościach uznałby ją za śledczą. Thiel z kolei chyba właśnie tak zrobił, bo kiwnął głową i gestem ręki zaprosił ich do przejścia w stronę domku. Zupełnie, jakby obecnie nie przejęli jego terenu we własne posiadanie i nie rządzili się na nim, nie potrzebując jego żadnej zgody. W stresujących chwilach ludzki mózg zawsze szukał punktu zaczepiania i możliwości kontroli sytuacji, żeby tylko się nie rozpaść.
Gardner tym razem spojrzał na Hayesa, który ruszył pierwszy, ale nie w stronę drzwi wejściowych, a żółtej taśmy. Tą, za którą wypchnięto już kamerzystę i wypychano Brennę Langford. Tą, za którą strzelały flesze aparatów. Tą, którą Francis miał ochotę udusić co najmniej większość z tych sępów.
Wyślij mi zdjęcia od techników — zwrócił się do Marka, póki ten jeszcze słyszał. Potem skupił się na drodze do domku. — Przyjechał pan z daleka?
To nie był small talk. Gardner nie uprawiał small talków. Przyjazd właściciela trwał ponad dwie godziny i od takich pozornie nic nie znaczących pytań zawsze zaczynało się niby-przesłuchanie. Nie otwarte. Nie oczywiste. Ale jednak.
Z Barrie.
Z Barrie — powtórzył cicho. Nie umknęło mu to, że Barrie było może półtora godziny drogi stąd i nie umknęło mu też to, że o tej porze, przy mniejszym ruchu, droga powinna była zająć jeszcze mniej. Nie dał po sobie poznać sceptyzmu, naciskając na klamkę i otwierając drzwi, których dzieciaki za sobą nie zamknęły. Do tej pory po wnętrzu nie kręciło się zbyt wiele osób — jedynie dwóch czy trzech funkcjonariuszy, żeby przejrzeć stan ogólny pomieszczeń i czy nic się tam nie kryje. Nie kryło.
W międzyczasie, kiedy wchodzili do środka — przytrzymał przy tym Miller drzwi, taki gentleman — jego telefon zawibrował. Hayes wysłał mu zdjęcia od techników bezpośrednio na maila, co odczytał pospiesznie, a potem poszedł za Tonym Thielem w głąb chatki. Mężczyzna poprowadził ich do kuchni, gdzie drżącymi rękami zaczął nalewać sobie wody, niemym gestem proponując nalanie i im. Gardner odmówił.
Zacznijmy od początku — mruknął, podchodząc bliżej. Oparł się bokiem o drewnianą wyspę na środku i skrzyżował ręce na piersi. Obecność Miller ciążyła mu i wiedział, że nie powinna tu w ogóle być, ale miał nadzieję, że da radę się zachować. Musiała. — Detektyw Mark Hayes zgłosił panu, że znaleziono ciało w jeziorze na pańskim terenie. — Thiel skinął głową. — A to oznacza, że ten domek i jego otoczenie są dla nas potencjalnym materiałem dowodowym i wszyscy, którzy tu przebywali w ciągu ostatniego tygodnia, są potencjalnymi podejrzanymi. Kiedy dokładnie wynajął pan ten domek Danielowi Scottowi?
Wczoraj. Scott zadzwonił do mnie na początku miesiąca, ale zapłacili i dostali klucze wczoraj rano. Dzieciaki miały tu przyjechać po południu.
Przynajmniej tyle zgadzało się z wersją dzieciaków i Daniela Scotta.
Ktoś tu był przed nimi?
Nie. Domek był w remoncie, bo poprzednicy rozwalili werandę. Ostatni wynajem był na weekend 4 lipca, ale potem, aż do teraz, nikogo tu nie było. Tylko robotnicy i ja, czasami. I ekipa sprzątająca.
Tym razem Gardner kiwnął głową. Czyli morderca albo wiedział albo miał farta, co w przypadku zaplanowanej zbrodni było średnio prawdopodobne. Musiał wiedzieć, że domek będzie pusty. Mógł być z okolicy. Mógł znać plan robót ekipy. Albo, co gorsza, obserwował to miejsce na długo przed tym wszystkim. Albo, czego nie mogli wykluczyć, sam rozwalił domek i upozorował to tak, żeby wina spadła na wynajmujących.
Będziemy potrzebować wszystkich nazwisk. Pracowników firmy budowlanej, ekipy sprzątającej, wszystkich. Macie tu monitoring? — Sam się rozejrzał, przy okazji zerkając na Miller. Może nawet dając jej sekundę na wtrącenie się.
zaylee miller
vasco da gama
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Była żoną detektywki, z którą pomogła rozwiązać niejedną sprawę. Była też byłą dziewczyną detektywa. A skoro miała analityczny umysł, dlaczego nie wykorzystywać go także poza prosektorium? Nie zawsze trafiała ze swoimi przypuszczeniami, ale zdarzało się, że miała rację. Nikt nie powiedział jednak, że tym razem jest podobnie, więc Gardner nie powinien czuć się w żaden sposób urażony. Miller nie próbowała się wymądrzać ani podważać jego teorii. Po prostu wymieniali się spostrzeżeniami - a w tym nie było miejsca na urażoną dumę czy kręcenie nosem. Byli w podobnym wieku, a ich kariery zaczęły rozwijać się mniej więcej w tym samym czasie. Francis nie mógł pochwalić się większym doświadczeniem, bo ona, jako koronerka, widziała równie wiele miejsc zbrodni i przeprowadziła sekcje zwłok niejednej ofiary. Powinien sobie wsadzić to swoje pierwsze morderstwo... ach, nieważne! Będzie ponad to nie wda się z nim w tę patową dyskusję! Chociaż język ją świerzbił. Oj i to, kurwa, jak!
Kamerzysta wyglądał na przestraszonego. Chyba dość poważnie potraktował słowa detektywa Gardnera. Właśnie w taki sposób zapamiętała sobie przydupasa Brenny Langford. Jak on właściwie miał na imię? Lars... Cholera. Miller chyba miała jakieś zaćmienie mózgu. W każdym razie mężczyzna dał się wypchnąć za taśmę bez większych protestów, chociaż wcześniej nagrał wszystko, co mógł, a gdzieś pomiędzy zdążył jeszcze zrobić kilka zdjęć. Niewyraźnych, bo Francis skutecznie zasłaniał mu widok. Dziennikarka z kolei nie była już taka skora do współpracy. Krzyczała coś jeszcze, kiedy funkcjonariusze próbowali odciągnąć ją od miejsca zbrodni. Rzucała się jak wesz na grzebieniu, ale ostatecznie nie miała większych szans z rosłymi policjantami.
Zaylee nigdy nie przypuszczała, że ktoś mógłby wziąć ją za śledczą. Wprawdzie nie miała na sobie fartucha, który zwykle nosiła w prosektorium, ale nie miała też odznaki, a na identyfikatorze wyraźnie widniało jej nazwisko wraz z tytułem. Na pewno wywróciłaby ostentacyjnie oczami, gdyby takie stwierdzenie padło z ust Franka. Uznałaby to za chujowym dowcip. Tony Thiel miał prawo się pomylić. Był w szoku. A przynajmniej sprawiał wrażenie, jakby w nim był. Kiedy szli w stronę domku, zamaszyście wymachiwał rękami. Miller zauważyła też szczękanie zębami i niekontrolowane skurcze mięśni żuchwy. Była wyczulona na takie odruchy.
Rzut beretem — skomentowała miejscowość, z której przyjechał właściciel domku, a gdy Francis przepuścił ją w drzwiach, spojrzała na niego pobłażliwie i dygnęła niczym prawdziwa księżniczka.
W środku usiadła na wolnym krześle, śledząc każdy ruch Thiela. Potrafiła się zachować. Byłaby szczerze oburzona, słysząc, że Gardner miał ku temu jakieś wątpliwości. Nie wtrącała się, pozwalając prowadzić mu jego śledztwo.
Monitoring tylko na zewnątrz, przy bramie — wyjaśnił właściciel, podnosząc trzęsącą się dłoń do ust, żeby upić kilka łyków wody. — To spokojna okolica. Nigdy przypuszczałem, że może tutaj dojść do takiej tragedii — westchnął cicho i skinął głową, potwierdzając, że poda namiary na wszystkich, którzy przebywali tutaj w ostatnim czasie.
A domy po drugiej stronie drogi? — zapytała, bo skoro dostała już szansę, żeby się wtrącić, to oczywiście musiała z niej skorzystać. Nie mogłaby przecież przepuścić takiej okazji! Frank pewnie uzna, że się popisuje, ale niech kto by się tym przejmował? Na pewno nie Miller.
To też domki letniskowe — odparł krótko Thiel. — Ale nie należą do mnie. Nikt tutaj nie mieszka na stałe. Czasami widywałem starsze małżeństwo, które przyjeżdża z Ottawy. Nie mam pojęcia, czy ktoś wynajmuje je wczasowiczom tak jak ja.
Zaylee cmoknęła i zerknęła na na Francisa. Chyba trzeba będzie się tam wybrać. Może ktoś akurat był na miejscu. Może coś widział? Albo przynajmniej słyszał?
Czyje ciało znaleźliście? — odezwał się znowu mężczyzna, przesuwając szklankę po blacie szafki. Ruch był nerwowy i powtórzył się jeszcze trzykrotnie, zanim Thiel ponownie napił się wody.


Francis Gardner
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie był na nią zły. Nie mógł być. Nie miał prawa być na nią zły.
Ale też, zwyczajnie i po ludzku, nie miał powodu. To, że się wtrącała i kręciła wokół, nie było wystarczającym powodem. Może dla innych — nigdy dla niego. Już dawno przeszedł z tym na porządek dzienny, że się kręciła. Na własne zaskoczenie tym, jak chętnie to robiła nie mógł jednak nic zaradzić. Przynajmniej jeszcze nie. Nie wybiegał myślami tak bardzo do przodu w czasie, ale — starał się — nie zamykał się też na to, że kiedyś, kiedyś będzie nawet bardziej temu przychylny. Że może sam poprosi ją o interwencję. O granie skrzypiec. Nie pierwszych, ale też nie ostatnich.
Nie miał pojęcia, jak nazywał się kamerzysta od Brenny Langford. W głowie nazwał go roboczo Tym Frajerem z Kamerą i kiedy wchodził do domku Thiela szczerze wierzył, że Hayes, w razie czego, faktycznie gościa usadzi. Po minie tamtego był w stanie nawet zaryzykować stwierdzenie, że wziął groźbę na poważnie. Brenna i jej mina, oczywiście, uświadamiała Gardnera tylko głębiej w tym, jak bardzo nienawidził pismaków i ich szponów, które wczepiały się w każdy najmniejszy fragment, byleby tylko wyszarpać coś dla siebie. Jebane sępiska. Gdyby to od niego zależało, to każdego z tych kręcących się koło miejsca zbrodni i szukających taniej sensacji w czyimś nieszczęściu traktowałby paralizatorem, ołowiem w kolano albo starym, sprawdzonym sposobem z workiem na łbie i kapiącą wodą.
Przesunięcie szklanki zwróciło jego uwagę. Spojrzał za tym ruchem, wsłuchując się, jak Zaylee gra swoje skrzypce. Teraz tym bardziej nie dziwiło go, że Thiel mógł ją uznać za drugą śledczą, pal licho brak odznaki — on swoją też miał schowaną — i pal licho identyfikator. Mężczyzna prawdopodobnie nawet jak na niego spojrzał, to przyswoił tytuł lekarza medycyny sądowej, a potem kompletnie o tym zapomniał lub w ogóle nie zarejestrował w swoim mózgu. Patrząc po jego reakcjach i ewidentnych śladach poruszenia, Gardner skłoniłby się ku temu drugiemu.
Szklanka przesunęła się drugi raz. Trzeci. Szczęknięcie zębów o szkło, gdy Thiel brał kolejny łyk wody i te mikroskurcze mięśni jego żuchwy. Stres? Oczywiście. Wyparcie? Jak najbardziej. To, co interesowało Gardnera, to intencja za tym. Czy chodziło o to, że znaleziono na jego posesji zwłoki czy może jego podświadomość próbowała zatuszować coś więcej. Fakt, że jego przyjazd z Barrie trwał ponad pół godziny więcej, niż powinien, wciąż głośno odbijał się echem po głowie Francisa. Za długo. Zbyt długo. Nikt by tak długo nie jechał o tej porze, zwłaszcza po telefonie funkcjonariusza i informacji, że na jego terenie znaleziono właśnie ciało. Chyba że miało się coś do ukrycia albo musiało zatrzymać się na poboczu, by uspokoić galopujące tętno i przemyśleć wersję wydarzeń.
Gardner spojrzał na Zaylee. Dopiero co dygała niczym księżniczka w drzwiach — na co sam skinął nieco i wyciągnął rękę, kręcąc przy tym nadgarstkiem, jak rasowy lokaj zapraszający pannę z wyższych sfer w głąb pałacu — a teraz siedziała na krześle i zadawała celne pytania. Ale nie chodziło tylko o ich celność i słuszność; chodziło jeszcze o to, jak naturalnie jej to wychodziło. Absolutnie nie dziwił się, że Thiel wziął ją za śledczą. Błyskotliwy, analityczny umysł upartej perfekcjonistki wciąż budził w nim coś, co wydawało mu się, że dawno pogrzebał i zostawił za sobą.
Skupił wzrok z powrotem na właścicielu. Każda okolica była spokojna do czasu.
Tego właśnie próbujemy się dowiedzieć, panie Thiel. Na ten moment to Doe — odpowiedział, z premedytacją obracając jego pytanie i ignorując, że chciał dowiedzieć się więcej o samym ciele, a nie o ofierze. Nie miał zamiaru wyjawiać mu szczegółów, choćby tych najbardziej ogólnych — że z wody wyłowiono dziewczynkę, że nie miała więcej niż dziesięć lat, że upozowano ją na Ofelię. Z taktycznego punktu widzenia, wiedza oznaczała władzę. A Thiel przyjechał tu z pismakami. Z Brenną Langford ze wszystkich możliwych.
Chociaż, oczywiście, istniała szansa, że ten natrętny babsztyl kręcił się już przy miejscu zbrodni i czekał, aż ktoś będzie przyjeżdżać, żeby się za nim wcisnąć. Wkurwiająca czy nie, nie mógł odmówić jej wyczuwania kropli krwi w morzu słonej wody, jak żarłacz biały.
Przypadkiem czy nie, właściciel domku mógł być już po wstępnej umowie z prasą, a Gardner ani myślał dawać im więcej, niż operacyjnie trzeba było.
Czy w ciągu ostatnich kilku tygodni widział pan coś niepokojącego? Innego? Coś, co zwróciło pana uwagę, nawet jak nie do końca potrafił pan powiedzieć czemu?
Thiel zrobił dziwną minę, karykaturę między próbowaniem zrozumienia pytania a chęcią przypomnienia sobie czegoś. Gardner wyraźnie się rozluźnił, teraz już w pełni wykorzystując wyspę jako swoje siedzenie, zupełnie jakby wypytywanie ludzi było jego środowiskiem naturalnym. Trochę było.
Nie pytam o to, czy ktoś biegał po lesie ze sznurem i szpadlem. Pytam o detale, które wyłamały się z rutyny — zaczął wyjaśniać, opierając się wygodniej, siadając na blacie jednym półdupkiem, odrywając stopę od podłogi. — To może być cokolwiek. Otwarta kłódka przy szopie na narzędzia. Rozsypane gałęzie. Pognieciona trawa. Znikająca plandeka u sąsiadów. Obcy SUV zaparkowany na poboczu, którego pan nie kojarzy. Może ktoś szukał psa albo pomylił zjazdy? Albo to państwo z Ottawy, o których pan wspomniał. Czy przyjechali z kimś nowym, kogo wcześniej pan nie widział? Może ktoś inny półsłowem wspomniał o czymś, co go zaniepokoiło? Cokolwiek.
Błękitne ślepia Gardnera wlepiały się w Thiela, wypatrując w jego mimice wszystkiego. Tej krótkiej pauzy, tego ułamka sekundy, w którym mózg przesłuchiwanego decyduje czy warto wyznać niewygodną prawdęczy ubrać ją w bezpieczne kłamstwo. Mężczyzna w końcu przełknął ślinę. Wciąż bawił się szklanką.
Nie... to znaczy, nic wielkiego... — Potarł wolną dłonią kark, ukradkiem zerkając na Zaylee. Jej pytania chyba bardziej mu się podobały. — Ekipa remontowa robiła tu spory bałagan. Narzędzia, deski, ciągły hałas. Dużo się działo. Non stop się ktoś tu kręcił.
Jeszcze więcej zniszczonych śladów.
Ale jakiś czas temu Billy, sąsiad, narzekał, że ktoś mu się włamał do szopy i buszował przy łódce. Potem okazało się, że to jego bratanek chciał sobie popływać po jeziorze. A może to był bratanek Cosby'ego...
Francis spojrzał na Zaylee, potem za okno. Na jezioro idealnie widoczne z miejsca przy wyspie, gdzie siedział. Normalnie byłby to ładny widok. Urokliwy, nawet.
Ma pan łódkę na wynajem?
Tak, ale nie wyciągałem jej jeszcze w tym sezonie...
A inni sąsiedzi?
Na pewno. Do czego pan zmierza? Że ktoś... ktoś zrzucił ją z łódki do wody?
Gardner zastygł na dokładnie sekundę.
Skąd pan wie, że to ona?
Właściciel zamarł. Odwrócił wzrok, błądził nim po podłodze, szafkach, Zaylee, przejściu na korytarz, którym weszli do kuchni, po drugim oknie, z którego dało się dostrzec Hayesa przy żółtej taśmie. Błysk fleszy.
Branna Langford. Ta pierdolona Brenna Langford.
Błękit oczu zatrzymał się na Miller, jakby to właśnie tylko ona mogła go zatrzymać, zanim by wyszedł i sam walnął dziennikarkę w splot słoneczny. Albo jakby ją o to prosił.

zaylee miller
Ostatnio zmieniony czw lip 30, 2026 8:34 pm przez Francis Gardner, łącznie zmieniany 1 raz.
vasco da gama
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie tak, że była wścibska i wpierdalała się tam, gdzie jej nie chcieli. Dobra, to też. Ale przede wszystkim miała wystarczająco dużo wiedzy, żeby pomóc. No i nienawidziła bezczynności. Jeśli Gardner miał z tym problem, to... cóż, miał problem. I był to wyłącznie jego problem. Znał Miller na tyle dobrze, żeby wiedzieć, jak funkcjonował jej mózg. Na pewno zdążył przywyknąć do tego, że była wszędzie. A jeśli nie, to w końcu powinien. Nie wchodziła do domku po to, żeby mu zaszkodzić. Grali przecież do tej samej bramki i byli po tej samej stronie barykady. Oboje chcieli tego samego - sprawiedliwości. Odznaka była tutaj najmniej ważna. A jeśli Thiel uważał ją za śledczą, to świetnie! Detektywi cieszyli się przecież o wiele większym respektem na miejscu zbrodni niż lekarz medycyny sądowej. A gdyby jeszcze była mężczyzną, to już w ogóle patrzyliby na nią z podziwem.
Zaylee przeszła naprawdę długą drogę, żeby w policji traktowano ją równo i bez uprzedzeń. Na każdym kroku musiała udowadniać swoją wartość, chociaż była najlepszą koronerą w prowincji. Najwyraźniej w świecie mężczyzn to nadal nie wystarczało. Bycie kobietą nie przeszkadzało jej być równie spostrzegawczą jak Francis. Rejestrowała każdy nerwowy ruch właściciela domku i każde, nawet najmniejsze drgnięcie powieki. Miała, kurwa, oczy i całkiem niezły wzrok. Jej uwadze nie umknęło to, jak nerwowo zahaczał zębami o szklankę ani że cały trząsł się jak osika, chociaż próbował sprawiać inne pozory. Zresztą kompletnie nieudolnie. W takich sytuacjach stres był naturalnym zjawiskiem. Na posesji Thiela znaleziono zwłoki. Czyje? Tego żadne z nich nie chciało wspominać. Mężczyzna mógł jedynie snuć domysły i zachodzić w głowę, o kogo chodziło. Podanie mu wszystkiego na tacy jedynie zwiększałoby jego szansę na hipotetyczną obronę. Oczywiście ani Miller, ani Gardner nie zakładali odgórnie, że Tony Thiel miał cokolwiek wspólnego z morderstwem. Ale wykluczyć tego również nie mogli.
Szansa, że Brenna Langford sterczała przed drzwiami domku, była większa, niż można było przypuszczać. Właściwie było to tak samo pewne jak śmierć i podatki. Ta baba nigdy nie odpuszczała. Z jednej strony Zaylee powinna to zrozumieć - na tym polegała jej praca. Z drugiej jednak nie miała pojęcia, jak można za wszelką cenę żerować na ludzkiej tragedii. A najbardziej wkurwiający był fakt, że dziennikarka była naprawdę dobra. Zawsze pierwsza na miejscu zdarzenia. Uparta. Dociekliwa. Nieustępliwa. Miała wszystkie cechy, którymi powinien wyróżniać się zajebisty pismak. Jednocześnie właśnie to sprawiało, że stawała się dla śledczych niesamowitym utrapieniem. Co prawda Miller nie pracowała w policji, tylko dla policji, ale sama zdążyła przekonać się o tym na własnej skórze. I na własnych knykciach. Chociaż akurat ją dość łatwo było wyprowadzić z równowagi. Wystarczyło, że ktoś spojrzał nie tak, a ona już była gotowa do odwetu.
Lubiła rzeczowość Gardnera. Zawsze imponował jej swoim opanowaniem. Pod tym względem bardzo się różnili. Może to i lepiej, że Zaylee jednak nie była śledczą? Pewnie już dawno przyparłaby Thiela do blatu, zaciskając palce na kołnierzu jego kurtki, i porządnie nim potrząsnęła, żeby w końcu zaczął składać jakieś sensowne zdania. Bo na razie strasznie się guzdrał.
Ekipa remontowa, sąsiedzi, bratanek Billa Cosby'ego. To mógł być każdy, a jednocześnie żadne z nich. Utarło się jednak, że winnych najłatwiej szukać w pobliżu, zanim podejmie się dalsze kroki. A potem i tak okazywało się, że najciemniej pod latarnią, prawda?
Że ktoś zrzucił ją z łódki do wody?
Miller uniosła wysoko brwi i natychmiast spojrzała na Franka. Chciała dopytać, skąd takie założenie i zaznaczyć, że nie dostał od nich informacji o tym, kim była ofiara znaleziona w jeziorze, ale wtedy po kuchni rozlało się światło flesza. Zaylee zamrugała i zerknęła w stronę okna. A potem znów wróciła spojrzeniem w obręb twarzy Gardnera. Oczami chciała dać mu do zrozumienia, że to nie jest najlepszy pomysł. Że jak wstanie od stołu i wyjdzie do dziennikarki, to naprawdę za siebie nie ręczy. Francis był chyba innego zdania. Miller westchnęła pod nosem i niechętnie odsunęła krzesło.
Lars, jeszcze z tej strony! — instruowała pierdolona Brenna Langford Tego Frajera z Kamerą. — Pani doktor, przesunie się pani, z łaski swojej. Wchodzi pani w kadr — zwróciła się do Zaylee, która właśnie uchyliła drzwi.
Nie powinno was tutaj być — syknęła przez zaciśnięte zęby, ale to nie zrobiło na dziennikarce najmniejszego wrażenia. — Czy ostatnim razem nie wyraziłam się wystarczająco jasno? — ściągnęła brwi, cały czas trzymając klamkę, żeby przypadkiem Langford nie przecisnęła się do środka.
Zobacz, Lars, ona znowu mi grozi. Nagrywasz to? Nagraj to — wykonała zamaszysty gest ręką i odskoczyła na bok, robiąc miejsce kamerzyście. — Dlaczego policja znowu próbuje wszystko zataić? Ludzie mają prawo do rzetelnych informacji! — kobieta wyglądała na obruszoną zachowaniem koronerki, która nie dość, że ostatnio potraktowała ją pięścią, to teraz uniemożliwiała jej wtargnięcie do domku letniskowego Tony'ego Thiela. Doprawdy skandal! Jak długo w Polsce Kanadzie będzie dcohodzić do takich sytuacji?

Francis Gardner
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tony Thiel nie miał pojęcia, co właśnie zrobił. Nie miał też pojęcia, jak bardzo Gardner chciał mieć teraz w sobie cząstkę zayleewości i rzucić się na niego z łapami, docisnąć go do blatu i solidnie nim poturbować. Nie dlatego, że się migał w zeznaniach — choć to też go wkurwiało — a dlatego, że nagły błysk flesza całkowicie zmienił bieg wydarzeń.
Czas jakby zwolnił.
Wciąż patrzył na Miller. Niebieskie ślepia wgapiały się w jej brązowe tęczówki i ani drgnęły, choć z boku dosięgnął ich kolejny błysk. I następny. I ujadanie Brenny Langford.
Może faktycznie proszenie Zaylee, żeby zajęła się dziennikarką nie było najlepszym pomysłem. Może naprawdę powinien był się przed tym powstrzymać. Może, istotnie, powinien był sam się tym zająć. To nie byłby pierwszy raz, kiedy by komuś przywalił i musiał to zatuszować w raportach...
To byłby pierwszy raz, kiedy świadomie, intencjonalnie, uderzyłby kobietę.
Bo nieważne jak wkurwiająca, Brenna Langford wciąż nią była. Przede wszystkim żmiją i suką, ale kobietą. A Gardner nie bił kobiet. Taki był z niego, pieprzony ha tfu, stróż moralności.
Spojrzał na Thiela. Na tego zestresowanego biedaka, który już nawet nie potrafił utrzymać szklanki z wodą.
Tony Thiel nie był kobietą.
Ofiara. Zwłoki. Sprawa. Morderstwo. Numer w aktach. Brak śladów. Każdy jest podejrzany.
K a ż d y jest podejrzany.
J-ja... — zaczął słabo i zaraz zamknął gębę, wracając oczami do Żmibrenny. Wtedy ciało Gardnera ruszyło się samo. To był ułamek sekundy, podczas którego całe sto dziewięćdziesiąt cztery centymetry Francisa przecięło odległość między nim, a właścicielem domku i zrzuciło go z tobołka, dociskając do najbliższej szafki za nim, pięścią trzymając go za chabety. Dla kogoś o bardzo wypaczonym spojrzeniu na relacje — albo fana dark romance — mogło to wyglądać nawet romantycznie. Dla Thiela oznaczało tylko ból w miejscu, gdzie plecami zarył o twardy blat i jego krzywizny. Dla Gardnera — trzymanie chłopa w miejscu i niepoprawny pokaz siły wobec słabszej jednostki, być może winnej, być może niewinnej. Zaylee jednak zniknęła przy drzwiach i miał ten ułamek chwili na doprecyzowanie paru spraw, bo Ten Frajer z Kamerą zajął się sensacją z Miller.
Zobacz, Lars, ona znowu mi grozi.
Zanim zdążył to w sobie stłumić, poczuł dziwny ucisk gdzieś w klatce piersiowej. Ile razy widział, jak te pismakowe sępy myślały, że jest po prostu kobietą na miejscu zbrodni, więc ma bardziej miękkie serce i łatwiej ją podejść, niż glinę? Ile razy musiał patrzeć, jak zapyziali kumple z komendy traktowali ją z góry z tego samego powodu? Znał ten zepsuty do szpiku kości system od podszewki. Służby mundurowe był przesiąknięte patriarchatem i umysłową betonozą — środowiskiem, w którym wciąż żyło durne przeświadczenie, że kobieta to co najwyżej asystentka, a nie specjalista. Facet z odznaką zyskiwał autorytet w sekundę, tylko dlatego, że miał jaja. Kobiety, jak Zaylee, z imponującą wiedzą, genialnym umysłem, niezawodną intuicją i doświadczeniem, które kładło na łopatki połowę komendy, o ten autorytet musiały walczyć za każdymi żółtymi taśmami. Musiały warczeć, uderzać w stół, być wredne i udowadniać, że ich umysły są warte więcej niż ich przerośnięte ego obrosłe testosteronem. Na szczęście tak zakorzenionych debili było coraz mniej. Na szczęście środowisko się polepszało. Na szczęście — istnieli tacy, jak Thiel, którzy patrzyli na nią i ślepo jej ufali, bo emanowała tak absolutną pewnością siebie, że byle protekcjonalny glina nie mógł nic z tym zrobić. Gardner szanował w niej to od zawsze. I jednocześnie nienawidził faktu, że w ogóle musiała wkładać w to jakikolwiek wysiłek.
Ale teraz musiał skupić się na Thielu. Złapali go na błędzie. Na słowie, które nie powinno było paść. Zaylee była dużą dziewczyną i jeśli chciała przywalić Brennie jeszcze raz, to tylko ją w tym popierał. I gdyby co, gotów był zmienić cel z Tony’ego na Tego Frajera z Kamerą, wyrwać mu jego cacko i zniszczyć wszelkie dowody, a potem upozorować upadek Langford tak, by jej obrażenia wydały się przypadkowe. Jasne, że nikt by w to nie uwierzył. Ważne, że papier przyjąłby wszystko.
No ale. Tony Thiel.
Gdzie jest Hayes? — rzucił jedynie głośniej, bo Mark już dawno powinien tu być i pomagać ogarnąć sytuację kiedy Miller blokowała drzwi i brała na siebie zderzenie z hienami. Sam Garder patrzył prosto na mężczyznę przed nim. I niejako pod nim.
J-ja naprawdę n-nic nie w-wiem…
Gówno prawda. — Zignorował dłonie Thiela zaciskające się na jego przedramieniu. Zignorował jego próby wydostania się. Był niższy i niewystarczająco wkurwiony, żeby tak łatwo się wymsknąć. — Oboje wiemy, co powiedział funkcjonariusz dyżurny, który do ciebie zadzwonił, Tony.
Thiel syknął z bólu, bo każde kolejne zdanie Gardnera wiązało się z mocniejszym wbiciem jego pleców w blat za nim.
Słowo ciało nie ma płci, dlatego ponawiam pytanie. Skąd zaimek żeński? — Wiedział już, że od Brenny Langford. Musiał to tylko usłyszeć. Kolejne dociśnięcie Thiela do szafki wywołało drżenie jego żuchwy. W panice szukał powietrza, rozumiejąc, że był zapędzony w kozi róg tak dosłownie, jak i w przenośni. Nerwowo przełykał ślinę.
Ja… pomyślałem… to znaczy, ta dziennikarka…
Langford? Twierdzi pan, że to Brenna Langford powiedziała panu, że w jeziorze znaleziono dziewczynę? Proszę się poważnie zastanowić, panie Thiel, bo fałszywe zeznania w sprawie o morderstwo to co innego, niż okłamanie krawężnika na rutynowej kontroli drogowej.
Dorwała mnie przed taśmą! Wpychała się za mną! Złapała mnie, jak wysiadałem z auta i powiedziała, że znowu próbujecie ukryć morderstwo, że zamordowano małą dziewczynkę i jeśli czegoś się dowiem, to mam się z nią skontaktować, bo w tym kraju policja leci w chuja! Przysięgam! Ja nic nie wiem, ja tylko wynajmuję te pieprzone domki!
Gardner powoli poluzował ucisk palców i otworzył pięść. Wyprostował się nad mężczyzną, wygładził materiał jego koszuli, którą pomiął, niczym zatroskana matka wisząca syna w niewyjściowym stanie i uśmiechnął się przy tym niemal pokrzepiająco. A potem, cofając się o krok, odwrócił łeb i zerknął w stronę drzwi.
Hayes zdążył już podejść, cokolwiek się tam nie działo.
Proszę nie opuszczać Muskoki, panie Thiel — rzucił Garder, zanim odszedł w stronę poruszenia w wejściu. Spojrzał na Zaylee, spojrzał na Marka. Spojrzał na Brennę, Larsa, znowu na Brennę. Wyszedł w jej stronę, krok za powolnym krokiem. — Pozwoli pani ze mną, pani Langford?
A co z nim? — Hayes wgapił się w Frajera z Kamerą. — Bransoletki i cacko do depozytu?
Gardner nie odpowiedział, bo nie musiał. Uśmiechnął się za to szerzej do Brenny Langford i stanął przy niej, niemal wchodząc w jej przestrzeń osobistą. Delikatniej, niż Thielowi chwilę temu, przynajmniej jeszcze.
Zrobimy sobie małą przejażdżkę po okolicy. — Towarzystwo Miller wpisał już w oczywistość. Zresztą, ktoś musiał kierować wozem.
Przy oczywistym założeniu, że Brenna Langford zgodzi się na podróż. Wątpił, ale skoro była łasa na informacje, to może... Może.
zaylee miller
vasco da gama
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Różnica między nią a Gardnerem polegała na tym, że Zaylee była kobietą. I chociaż tak zawzięcie walczyła o to, żeby traktowano ją bezpłciowo, to miała społeczne przyzwolenie na to, żeby uderzyć zarówno kobietę, jak i mężczyznę. Oczywiście w teorii. W praktyce wyglądało to zupełnie inaczej. Gdyby znów doszło do podobnej sytuacji - a istniało dokładnie pięćdziesiąt procent szans, że tak właśnie będzie - i dotarłoby to do Charlesa Sloana, zastępcy komendanta TPSH, Miller w końcu by się doigrała i została zawieszona. Tak jak wtedy, dwa lata temu, kiedy razem ze Swanson grzebała przy sprawie Nowego Początku. To właśnie we wspólnocie chrześcijańskiej została postrzelona i omal nie zginęła. Dwukrotnie zatrzymała się na stole, kiedy lekarze próbowali utrzymać ją przy życiu. Chyba miała więcej szczęścia niż rozumu, mimo że głupia wcale nie była.
Tym razem nie zamierzała szarpać się ani z dziennikarką, ani z jej kamerzystą. Nie drgnęła, kiedy Ten Frajer z Kamerą przystawił jej obiektyw do twarzy. Ani kiedy błyskawicznie zamienił urządzenie na lustrzankę. Od blasku flesza aż pociemniało jej przed oczami. Pod powiekami zatańczyły mroczki, ale nie wciąż ruszyła się z miejsca. Chciała tylko powiedzieć Larsowi, że jeśli zaraz się nie odsunie, to wsadzi mu ten aparat w dupę.
Gdzie jest Hayes? Dobre pytanie.
Zaylee odwróciła głowę i wypuściła powietrze przez nos, widząc, jak Francis doskakuje do Thiela i zaciska palce na jego koszuli. Była gotowa interweniować. Odstąpić od drzwi, żeby odciągnąć Gardnera od właściciela domku, ale to by oznaczało, że musi zostawić Langford i jej przydupas, dając im przyzwolenie na wejście do środka. Pierdolona Brenna Langford.
Frank! — krzyknęła tylko, próbując sprowadzić go na ziemię. Z dość marnym skutkiem. I chociaż słyszała całą wymianę zdań, musiała jednak skupić się na tym, co miała przed sobą. A była to dwójka krążących sępów, którzy usilnie próbowali dostrzec, co działo się za jej plecami.
Lars, okno — poinstruowała dziennikarka. Kamerzysta natychmiast zabrał obiektyw sprzed nosa Miller i rzucił się we wskazanym kierunku.
Nawet, kurwa, nie próbuj — zagroziła, kiedy dziennikarka spróbowała przecisnąć się między jej ręką a framugą.
Proszę się przesunąć! Natychmiast! To jest materiał dla ludzi, a ludzie mają prawo wiedzieć — kobieta coraz mocniej napierała na jej ramię.
Zaylee była drobna, ale uparta. I wystarczająco zdeterminowana, żeby nie dać sobą dyrygować.
Ty mnie lepiej nie prowokuj, Langford — wysyczała przez zaciśnięte zęby. Korzystając z nieobecności Tego Frajera z Kamerą, złapała dziennikarkę za materiał płaszcza i przyciągnęła bliżej. Z boku mogło to wyglądać nawet całkiem intymnie. Jeszcze chwila i ktoś mógłby pomyśleć, że zaraz zaczną się całować. Nic bardziej mylnego.
Miller stała się w tym momencie lustrzanym odbiciem Gardnera, który chwilę wcześniej szarpał za chabety Thiela. Zadziwiające, jak bardzo potrafili być do siebie podobni w niektórych sytuacjach.
Ja się tym zajmę, pani doktor — obok nagle zmaterializował się Hayes, który posłał jej pokrzepiający uśmiech.
Jezu, w końcu. Jeszcze kilka sekund i naprawdę doszłoby tutaj do rękoczynów. Dwóch innych funkcjonariuszy odciągnęło kamerzystę od okna, ale cokolwiek zdążył nagrać, to już jego. Długo jednak nie nacieszył się tym materiałem. Mina zrzedła mu błyskawicznie, kiedy Mark skonfiskował urządzenie i pociągnął go w stronę radiowozu.
Zaylee prychnęła pogardliwie pod nosem i zbliżyła się do Francisa. Położyła dłoń na jego piersi, wygładzając materiał kurtki, a potem podniosła wzrok. Musiała zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Różnica ponad dwudziestu centymetrów to jednak całkiem sporo. That's what she said.
Brązowe tęczówki napotkały te niebieskie.
W porządku? — zapytała zwyczajnie. Może tylko z minimalną nutą troski w głosie. Zaraz jednak się wycofała i zrobiła mu miejsce, żeby mógł zaprosić Brennę Langford na wycieczkę krajoznawczą.
Dziennikarka również spojrzała na Gardnera, ale zupełnie inaczej niż zrobiła to Miller. W jej spojrzeniu malowała się podejrzliwość i - oczywiście - ciekawość.
Dokąd? — ciekawość okazała się silniejsza. Och, jak mocno Zaylee musiała ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć jej, żeby przestała się interesować, bo jeszcze dostanie kociej mordy? Bardzo mocno. Zamiast tego ruszyła w stronę zaparkowanych samochodów. W innych okolicznościach pewnie sprzeczałyby się z Gardnerem, które z nich prowadzi, ale teraz nie musiała nawet upewniać się, co miał na myśli.
Moim czy twoim? — w tym akurat musiała się upewnić. Zerknęła kątem oka na Langford, która powoli za nimi podążała. Dziennikarka wciąż wyglądała, jakby nie podjęła jeszcze decyzji, czy naprawdę chce brać w tym udział. A mimo to nie odstępowała ich ani na krok.

Francis Gardner
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Frank!
Ciężko było tego nie usłyszeć, ale nie zareagował. Nie było przecież realnej potrzeby sprowadzania go na ziemię. Był grzeczny, rączki miał... no, już tutaj. Przy sobie. Thiel był w końcu wolny i łapał powietrze, najwyraźniej nie do końca gotowy na bliskie spotkanie z chłopem o głowę wyższym od niego, tym bardziej w scence rodem z wattpadowskich opowiastek napalonych nastolatek.
Na szczęście szybko minęło. Jakiekolwiek chwile zbliżenia zdążył uchwycić Ten Frajer z Kamerą, Gardner wiedział, że Hayes zna się na swojej robocie jak mało kto i doskonale wie, jak pozbywać się niechcianych materiałów. Nawet takich, które miały być potencjalnie zapisywane z urządzenia bezpośrednio na chmurę — choć takie cuda trwały trochę dłużej.
Niemniej, Garder stał teraz przy Zaylee. Jej dłoń na jego piersi podziałała zadziwiająco skutecznie, w ułamku sekundy studząc buzującą w jego żyłach adrenalinę, sprowadzając go z powrotem do pionu szybciej, niż zrobiłby to jakikolwiek zjebany regulamin czy reprymenda ze strony dowództwa. W porządku? Nie, nic nie było — kurwa — w porządku.
Jasne — odpowiedział, przybierając dobrą minę do złej gry. Był tym dobrym gliną przecież, prawda? Akcja z Thielem to był wciąż dobry glina. Jeszcze chwilę gapił się na Miller i kiedy się wycofała, sam wrócił pełnią atencji do Langford. Och, Brenna. Biedna mała, naiwna Brenna. Prawie było mu jej żal, że ciekawość wiodła prym i wrzuciła ją prosto w sidła wilków.
Dookoła — przyznał się Brennie, jednocześnie zdradzając mniej więcej plan podróży Zaylee. To, dokąd dokładnie chciała ich poprowadzić, zależało wyłącznie od niej i nie zamierzał nic narzucać. Sama trasa nie miała dla niego znaczenia. Wystarczyło, że zaczęłaby się tutaj i tu skończyła, a cała reszta była nieistotna. — Przewodnik rozrywki sobie wybierze.
Dodał, jakby chciał jej powiedzieć, że to coś, czym nie musi się martwić i zawracać sobie wkurwiającej ślicznej główki. Jednocześnie podszedł do niej jeszcze bliżej, ale w przeciwieństwie do bliskości z Thielem, tu nie było żadnego pokazu siły czy rzucania niewerbalnych ostrzeżeń. Jego dłoń swobodnie zsunęła się po plecach kobiety i spoczęła na ich niższej, grzecznościowo poprawnej partii, gdzieś na wysokości talii, kiedy pchnął ją do przodu. Delikatnie, nic nie narzucając, po prostu kulturalnie prowadząc w stronę zaparkowanych samochodów. Za Miller, choć w odległości kilku kroków za nią.
Twoim — rzucił jej w odpowiedzi, skoro już pytała o to, którym jadą. Nie to, że bał się oddać swojego Jeepa we władanie Zaylee, bo wcale nie. Ale wciąż pachniało tam cynamonem i średnio mu to pasowało do tego, o czym zamierzał rozprawiać z Brenną Langford, sępem numer jeden, hieną bez litości. Naprawdę nie potrafił inaczej o niej myśleć — w ogóle o nich, pismakach kryminalnych — obserwując jak dziennikarka niechętnie, ale jednak z wyraźnym błyskiem w oku podąża z nimi, napędzana dokładnie tą samą patologiczną żądzą sensacji, która kazała jej i jej podobnym szukać rozgłosu na stygnących ciałach ofiar. To był ten specyficzny rodzaj ludzkiej degrengolady i moralnego upadku, którego Gardner nie potrafił i nigdy nie chciał zaakceptować; to absolutnie bezduszne, medialne pasożytnictwo monetyzujące cudzą tragedię, zamieniające brutalnie przerwane życie w krzykliwy nagłówek, który miał wygenerować odpowiednią liczbę kliknięć i podbić słupki oglądalności, zanim znieczulone społeczeństwo przejdzie do porządku dziennego nad kolejną dawką makabry. Dla niego to była jeszcze Jane Doe, może dziecięsioletnia dziewczynka ułożona w wodzie ze spętanymi nadgarstkami i liliami; dla Brenny Langford to był zalednie produkt, dźwignia handlu i szansa na branżową nagrodę, po którą szła dosłownie po trupach, całkowicie ignorując łańcuch dowodowy, ból bliskich i elementarną ludzką przyzwoitość.
Nigdy — mało kiedy? — w ich interesie leżało znalezienie sprawcy i pomoc w zamknięciu sprawy. Częściej chodziło o polityczne przepychanki i kolejne wbijanie szpilek w organizację służb. Jebane nekrofagi.
Odczekał z dziennikarką aż Zaylee otworzy samochód i przytrzymał jej drzwi na tylne siedzenia. Jeśli było trzeba, pomógł jej wejść do środka, niby wielce gentlemańsko, niby trochę ją tam wpychając w przypadku wątpliwości. Dając jej znać, że nie ma już odwrotu. A potem wpakował się do środka za nią, rzucając pospieszne spojrzenie na Miller. Usiadł wygodnie, rozsiadając się jak typowy alfa macho — nogi szeroko, zmniejszając ilość miejsca dostępnego dla Langford. Klasyka gatunku, kontrolowanie przestrzeni, to on miał dyktować warunki. Nie zapiął pasów, za to wyciągnął ramię i oparł je o zagłówki, a jego dłoń zawisła do przodu, dyndając w powietrzu między nim, a Brenną. Zerknął na nią.
Pani Langford — zaczął, wyczekując aż Zaylee odpali silnik. — Niech pani wyłączy te swoje cudeńka i nie zmusza mnie do rewizji osobistej, dobrze?
Nie wierzył, że nic przy sobie nie miała.
Umówmy się, że oboje będziemy wobec siebie fair, a obiecuję, że i ja i Ty wyjdziemy z tego samochodu usatysfakcjonowani.

zaylee miller
Ostatnio zmieniony czw sie 06, 2026 12:36 pm przez Francis Gardner, łącznie zmieniany 1 raz.
vasco da gama
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Francis Gardner nie był porywczy. A na pewno nie aż tak jak ona. Znali się i widzieli w różnych sytuacjach. Potrafili się wzajemnie rozbawić, ale też sprowadzić na ziemię. I to właśnie próbowała zrobić Zaylee. Uziemić go. Jego rzucone niedbale jasne tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że nic nie było w porządku. Nic nie szkodzi. Za jakiś czas będzie. Muszą tylko znaleźć sprawcę, który zamordował dziewczynkę, i rozprawić się z Brenną Langford. A później... później jakoś to będzie, bo zawsze jakoś jest.
Nie oceniała, czy postąpił słusznie, szamocząc się z właścicielem domku. Kim była, żeby osądzać takie zachowanie, kiedy sama wcale nie zachowywała się lepiej? Będąc na miejscu Franka, pewnie strzeliłaby Thielowi w pysk, a to zaraz dotarłoby do przełożonych. Miała już wystarczająco dużo problemów, nie potrzebowała ściągać na siebie kolejnych kłopotów. Życie zawodowe i prywatne kopało ją po żebrach, po co dokładać sobie jeszcze więcej?
Ale w obliczu takich sytuacji, żadne z nich nie traciło na wartości. Czy wkurwiony Gardner stawał się chujowym gliną, a wkurwiona Miller chujową koronerką? Nie. Złość napędzała ich do działania. To zawsze był ich wspólnym mianownikiem. W rzeczywistości łączyło ich naprawdę wiele, ale Zaylee dostrzegła to dopiero po latach znajomości. Nie widziała tego, jak byli razem. Wtedy wydawało jej się, że wszystko ich dzielić. Dosłownie wszystko. Ale teraz? Teraz już nie była tego taka pewna.
Nie sądziłam, że będzie chciał pan ze mną spędzić czas, panie detektywie — dziennikarka posłała Francisowi kokieteryjny uśmiech, a Miller wywróciła oczami tak mocno, że prawie zobaczyła własny mózg. O ile Gardner traktował ją ulgowo, bo była kobietą, ona najchętniej znowu sprzedałaby jej prawego sierpowego. Nawet kosztem pozdzieranych knykci. Czym była boląca ręka w porównaniu z satysfakcją, którą czuła, kiedy Langford patrzyła na nią z idiotycznym wyrazem twarzy?
Nie podejrzewała, żeby Frank miał jakiś problem z użyczeniem jej własnego samochodu. Była doskonałym kierowcą. Niektórzy powiadali, że zbyt powolnym, ale Miller niejednokrotnie przekonywała się, że brawura wcale nie jest lepsza od nadmiernej ostrożności. Potem gościła tych wszystkich niezłomnych na swoim stole sekcyjnym. Ha! I kto wtedy mógł pochwalić się umiejętnościami prowadzenia pojazdów? Na pewno nie denaci.
Musiała przyznać, że Brenna Langford działała jej na uzębienie tak, jak nikt dawno jej nie wkurwiał. A trzeba pamiętać, że Zaylee łatwo było wyprowadzić z równowagi. Wystarczyło, że ktoś spojrzał nie tak, jak sobie życzyła, i już znajdował się na wyimaginowanej, czarnej liście ludzi, których nie znosiła bez żadnego, konkretnego powodu. Poczekała, aż oboje z Gardnerem zajmą miejsca i sama usiadła za kierownicą. Dostrzegając zaciekawione spojrzenie dziennikarki, natychmiast zamknęła szarą osłonkę przeciwsłoneczną, do której było przyczepione zdjęcie jasnowłosego, dziesięcioletniego chłopca.
Ładny dzieciak — odezwała się kobieta, bo oczywiście nic, ale to kurwa nic nigdy nie umknęło jej uwadze. Jak ona to robiła? Pierdolona Brenna Langford.
Miller nie odezwała się ani słowem. Zerknęła tylko w lusterko, wymieniając spojrzenie z Francisem. Przekręciła kluczyki w stacyjce i ruszyła przed siebie wąską, piaszczystą drogą.
To okropne, że podejrzewa mnie pan o takie rzeczy — westchnęła ciężko dziennikarka, przywierając plecami do oparcia.
Nie pierdol, Langford, tylko wyłącz ten zasrany dyktafon — wtrąciła natychmiast Zaylee. Przez cały ten czas patrzyła przed siebie. Pogardliwe prychnięcie z tyłu oznaczało, że Brenna została przyłapana jak małolata na gorącym uczynku.
Najpierw rozległ się dźwięk rozsuwanego przy płaszczu zamka, a potem charakterystyczne kliknięcie. Kobieta uniosła ręce w obronnym geście, dając im do zrozumienia, że teraz jest już czysta jak łza.
Gwarantuje mi pan pełną satysfakcję, detektywie? — zwróciła się do Gardnera, unosząc figlarnie jedną brew.
Zaylee parsknęła cicho i skręciła tak gwałtownie, że dziennikarką aż zarzuciło. Odbiła się od drzwi, wydała z siebie głośne stęknięcie i wróciła do poprzedniej pozycji. Trochę jak piłeczka kauczukowa.
Co tutaj robisz? — Miller znów spojrzała w lusterko. — Jak to możliwe, że znowu tak szybko znalazłaś się na miejscu zbrodni? — zapytała, zaciskając mocniej palce na kierownicy.
Mam swoje sposoby.
Jakie sposoby?
Dziennikarskie.
Na litość boską — mruknęła koronerka, dociskając sobie palce do nasady nosa. Niech Frank od razu wpakuje jej kulkę w łeb.

Francis Gardner
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
35 y/o
For good luck!
194 cm
homicide detective in TPS & criminology adjunct at UofT
Awatar użytkownika
i'm drawn to people that are able to destroy me even in a single move
i'm obsessed with what devils do, it just so happens that that someone is you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidaj/ciastko
typ narracjitrzeciosoobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Problem Francisa Gardnera był taki, że on w istocie bywał porywczy. Z natury. Od dziecka. Zaylee nie miała zbyt wielu okazji tego doświadczyć — na szczęście dla niej trafili na siebie w momencie, kiedy jego mechanizmy obronne zdołały ukształtować się w zupełnie inną stronę. Nie agresja, nie impulsywność. Chłód. Zobojętnienie. Całkowita, bezkresna, jakże wkurwiająca apatia. Może to dlatego się rozstali; może miała dość patrzenia, jak wszystko po nim spływa jak po kaczce. Może to była tylko składowa. Może minimalna. Faktem jednak było, że nawet dzisiaj rujnowało to jego relacje. Ludzie oczekiwali emocji, fajerwerek i efektów “wow”, a on w zamian mógł zaoferować co najwyżej nieposkromioną ogładę i bycie obok. Kłótnie go nie prowokowały, wybuchy nie istniały, triggery w codziennych sytuacjach nie występowały.
Więc tak. Z jednej strony nie był porywczy.
Z drugiej... bywał. Duszony pod kołderką zdystansowania tkwił pierwotny impuls, który w którymś momencie wydostawał się na wolność. Z reguł był uśpiony, ale przecież nigdy martwy, a sprawy z dzieckiem w tle, z potencjalnym wykorzystaniem seksualnym i obrazem absolutnej degeneracji ludzkiej moralności były tym jednym z niewielu zapalników, które budziły go do życia. Thiel ze swoim ukrywaniem czegoś i zwyczajną głupotą nie pomagał, równanie stawało się prostsze niż 2+2.
Ale przecież na szczęście była tu Zaylee. Gardner wciąż był w szoku, jak łatwo schowała ten impuls z powrotem pod kołderkę.
Nie sądziłam, że będzie chciał pan ze mną spędzić czas, panie detektywie.
Jego ramiona poruszyły się w jednym, pojedynczym, bezgłośnym parsknięciu. Kącik ust podjechał do góry, a łapsko między nimi wylądowało na jego gębie, pocierając szczecinę zarostu. Najpierw złapał w lusterku Miller wywracającą oczami. Dopiero wtedy spojrzał na ten kokieteryjny uśmiech Brenny.
Doprawdy? Dlaczego?No może dlatego, że się żrecie jak pies z kotem. Nie szło tego ukryć, choć Gardner wmawiał sobie, że nie jest specjalnie wylewny ze swoją nienawiścią. Co sobie napsioczył za jej plecami to jego, oczywiście, ale w kontakcie 1:1 wykazywał się przecież głównie sarkastycznymi docinkami, zmęczonym poganianiem jej precz i ewentualnie wkurwionym przywoływaniem przepisów. Chyba. Na pewno były od tego wyjątki. Pewnie brutalne, wulgarne i przekraczające normalne rozmowy.
Ale potem padło "ładny dzieciak" i Brenna szybko przypomniała mu dlaczego — de facto — nigdy nie był chętny na spędzanie z nią czasu.
Pierdolona Brenna Langford.
Kolejne wymienienie spojrzeń z Zaylee trwało ułamki sekund i miał nadzieję, że zdążyła wyczytać wyraz gotowości do zamknięcia gęby Brenny czynem. Ostatecznie nie trzeba było, ale propozycja wciąż pozostała, wisząc nad dziennikarką. Groźba, obietnica — zależało od jej kinków.
Które absolutnie go nie obchodziły.
Poprawił się jeszcze raz na siedzeniu, dając żeńskim pierwiastkom powymieniać się w przestrzeni samochodu: łapsko z gęby wróciło wisieć między nim a Langford i kiedy próbował się obniżyć, tylko się wkurwił, że nie było na to miejsca — tylna kanapa samochodu Miller nie była przystosowana do długich kończyn. Klasa ekonomiczna, psia jego mać.
Mimowolnie powędrował wzrokiem za rozsuwanym zamkiem płaszcza.
Mhm — zdążył tylko mruknąć.
A potem dziennikarką walnęło o drzwi.
Gardner stłumił w sobie odruch spojrzenia na Zaylee i mentalne przybicie jej piątki. Zamiast tego wyciągnął się w stronę Langford i złapał ją pod łokieć, pomagając wrócić do pozycji w pełni siedzącej; pozwolił sobie przedłużyć trochę ten dotyk. Puścił ją w końcu, wysłuchując kontynuacji wymiany zdań i gdzieś między mam swoje sposoby a na litość boską sięgnął do kieszeni po karmelka, drugiego oferując Brennie. Dobry glina.
Dziennikarskie sposoby to bardzo ładny eufemizm na śledzenie funkcjonariuszy z wydziału zabójstw, panno Langford — wtrącił się, bez pośpiechu odwijając cukierka z folijki. Spojrzał na niego, potem na Brennę. — Albo podsłuchiwanie kanałów komunikacyjnych. Albo, co brzmi prawdopodobniej, płacenie im za informacje. Szczerze mówiąc wszystkie stawiają panią w tak samo niefortunnym położeniu.
Trzeciego karmelka podał Miller.
Jest też czwarta i piąta opcja. Nie zakładam, że latacie dronami po całym Toronto, a zatem... — Obrócił się bardziej w jej stronę. Ręka widząca pomiędzy nimi musnęła lekko jej ramię bokiem małego palca. — Czy ktoś się z panią ostatnio kontaktował? Podał adres na Muskoka i obiecał gorący temat?
Wyczekiwał jakiejś zmiany w jej mimice, czegokolwiek.
Bingo.
Ledwie zauważalne rozszerzenie płatków nosa. Więcej nie potrzebował. Wrócił do siedzenia przodem, ale w poszukiwaniu większej ilości miejsca dla siebie, przysunął się do niej całym cielskiem. Nie wpychał jej jeszcze w drzwi, ale nie dało się ukryć faktu, że na nią napierał.
Zrobimy tak. Przekaże mi pani wszystkie swoje i swoich kolegów bilingi, hasła, historie logowania się i dane z GPS, a ja nie wrócę do was z nakazem od prokuratora i aktem oskarżenia. W zmian upewnię się, że kiedy już złapiemy tego skurwiela, będziesz miała wyłączność przeprowadzenia z nim wywiadu. — Przekręcił łeb w jej kierunku, a uśmiech wrócił na jego gębę. — Co Ty na to, Brenna?
Nie zamierzał jej prosić. Ani o jedno, ani o drugie, które zaraz podjął.
Dostaniesz też pełną ochronę. — Udawane zatroskanie, o dziwo, wychodziło mu nieźle. — Jesteś bystra, więc na pewno zdajesz sobie sprawę, że spoufalanie się z takimi pojebami, to nie to samo co zabawa w kotka i myszkę ze mną czy przepychanki z doktor Miller. — Dał jej dosłownie chwilę na przetrawienie tych słów i tego, że to nie była oferta współpracy. — Poza tym, byłoby mi przykro, gdybyśmy twoje zwłoki wyławiali jako kolejne. Nawet jeśli z liliami byłoby Ci do twarzy.

zaylee miller
vasco da gama
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oboje byli trochę upośledzeni emocjonalnie. Chyba dlatego było im razem tak dobrze. A potem pewnie rozstali się z tego samego powodu. Chociaż jak to się stało, że w ogóle zdecydowali się na rozstanie? Cholera wie. To było tak dawno temu, że wszystko zaczęło się zacierać. Czy po latach tego żałowała? Nie. Może. Nieważne. Teraz nie miało to już żadnego znaczenia. Ważne, że Francis nigdy nie pokazał swojej impulsywnej strony. Czy byłaby tym zaskoczona? Pewnie nie, sama była przecież impulsywna. To stworzyłoby jedynie niezdrową mieszankę, która kosztowałaby więcej niż chłód i obojętność. A tak ich związek zakończył się... po prostu się zakończył. Nie było trzaskania drzwiami i kruszenia zębów w pył.
Było jednak coś znajomego w tym, jak potrafiła go uspokoić. Wystarczyło jedno spojrzenie i potulniał jak baranek. Pod pewnymi względami, pomimo upływu lat, niewiele się zmieniło. Sama Zaylee była szczerze zdumiona, że to zadziałało. I to w dodatku tak szybko. Co by było, gdyby akurat nie znajdowała się w pobliżu? Czy wtedy wyszłaby prawdziwa natura Gardnera, który nie potrafiłby utrzymać nerwów na wodzy? Thiel oberwałby w japę, a Langford zostałaby zaciągnięta do samochodu za włosy - i to nie w takim sensie, jak można byłoby sobie dopowiedzieć? Miller wolała się nad tym nie zastanawiać.
Teraz mieli inne sprawy na głowie, które i tak nieodłącznie wiązały się z dziennikarką, która uznała, że najlepszym sposobem na dogadanie się z Gardnerem będzie uderzenie w bajerkę. Głupia była jakaś, czy co? Ale Francis - jak na faceta przystało - niespecjalnie się temu opierał, dzięki czemu Zaylee miała kolejny powód, żeby ostentacyjnie wywrócić oczami. No tak, te chłopy to są jednak jełopy.
Zwykle nie wydaje się pan zbyt skory do rozmów — odparła Brenna. Och, ciekawe. Miller miała ochotę dać jej sto jeden powodów, dlaczego tak nie było i dlaczego z pismakami się nie gada. Brenna pewnie odgryzłaby się, że nie gada z psami, i koło by się zamknęło.
Kiedy samochodem bujnęło za mocno, Langford spojrzała z wdzięcznością na detektywa. Jakby mogła, to pewnie wlazłaby mu w dupę. A jednak kobieta pokręciła głową, odmawiając cukierka. Może bała się, że koronerka naszprycowała go jakąś nieznaną substancją z prosektorium. Albo - metodą prób i błędów - zrozumiała, że z glinami nie ma co się spoufalać. Nawet jeśli byli tymi dobrymi i rozdawali karmelki. Zacisnęła karmelka w dłoni i schowała go do kieszeni płaszcza.
W przeciwieństwie do dziennikarki Zaylee bardzo chętnie sięgnęła po cukierka. Sprawnie odwinęła papierek jedną dłonią, bo drugą wciąż trzymała na kierownicy, i od razu wpakowała go sobie do ust. Musiała się czymś zapchać, zanim znowu się odpali i powie coś nieprzyjemnego.
A co, jeśli nic wam nie powiem? — zapytała Brenna, nie spuszczając wzroku z Gardnera, który coraz mocniej na nią napierał — i słownie, i fizycznie. — Może faktycznie otrzymałam informacje. Może faktycznie dostałam cynk, że w jeziorze znaleziono ciało dziewczynki. Musicie jednak zrozumieć, że to moja praca. Jestem dziennikarką, do cholery. Wy robicie swoje, a ja swoje. Nikt nie chce nikomu zaszkodzić. Gdybyście tylko chcieli współpracować...
Urwała, bo po samochodzie rozniosło się głośne, pogardliwe prychnięcie. To Miller, która tym sposobem próbowała dać dziennikarce do zrozumienia, że chyba sobie kpi. Współpracować? I na czym miałoby to polegać? Na tym, żeby pismaki mogli do bólu żerować na ludzkich tragediach? Langford to się chyba z chujami na łby pozamieniała.
Kolejne słowa Gardnera chyba nieco ostudziły zapał hieny. Doskonale wiedziała, że każda odmowa skończy się nakazem od prokuratora. A do tego dochodziła możliwość przeprowadzenia wywiadu, kiedy sprawca zostanie już schwytany. Oczy dziennikarki zaświeciły z podekscytowania. Założyła sobie rudy kosmyk włosów za ucho, rozważając wszystkie za i przeciw.
Zgoda — powiedziała w końcu i wyciągnęła do Gardnera rękę, żeby zawrzeć z nim pakt. — Bilingi i hasła za ochronę i możliwość zrobienia materiału o tym mordercy. I żadnej prokuratury — zaznaczyła, tak na wszelki wypadek, gdyby detektyw jednak o tym zapomniał.
Zaylee uniosła brwi i zerknęła na Franka w lusterku wstecznym. Gładko poszło. Podejrzanie gładko. Nie zamierzała jednak tego komentować. Wciąż musiała pamiętać, że nie była policjantką. Langford miała to na uwadze i miała w głębokim poważaniu cokolwiek, co koronerka próbowałaby zasugerować. Dopóki doktor Miller nie śmignie jej przed nosem odznaką, to naprawdę nie miały o czym gadać. Zacznie łasić się dopiero, jak zostanie przeprowadzona pełna sekcja Jane Doe.

Francis Gardner
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”