Słowa Miller zatrzymały się we łbie Gardnera i pomknęły echem, kiedy je powtórzył. Tak, oczywiście, ktoś z dostępem do tego środka musiał być z odpowiedniego środowiska klinicznego albo się przy nim obracać, to nie stanowiło wątpliwości. W zasadzie żadnych.
—
Mhm. To nie są cukierki, które dostaniesz na receptę, jak ładnie poprosisz. — Ale przecież Miller doskonale o tym wiedziała. Prawdopodobnie lepiej, niż on sam. —
A już na pewno nie w takiej ilości.
To był ten jeden problem. Drugiego już nie adresował, przynajmniej nie teraz. Nie w tej chwili, dopóki sama nie pociągnęła wątku tego, że sprawca znał się na rzeczy. Zresztą, widziała raporty. Sama je pisała. Sama opisywała rany po wiązaniach na nadgarstkach i na kostkach ofiary, sama słuchała, jak Gardner ględził jej nad uchem, że tylko kompletny zwyrol o nieograniczonym czasie do zabawy bawiłby się w idealnie takie same pętanie i rąk i nóg. To były jednak problemy sprawy i małej Jane Doe.
Problem Gardnera leżał za to dokładnie tam, gdzie chwilę później uderzyła Miller.
Dlaczego to sobie robisz?
Ale najpierw wydarzyło się coś innego. Był już w połowie drogi do drzwi, kiedy zorientował się, że Zaylee wstała razem za nim i że wcale, ale to wcale nie zrobiła tego z gracją, tylko pełnią swojej osobowości. Co prawda nie usłyszał huku upadku, który mógł go zaalarmować, a i tak spojrzał — oczywiście, że spojrzał; że się chciał upewnić — i uśmiech, który wykwitł na jego gębie był tylko trochę parszywy, gdy obserwował, jak ta walczy z siłą przyciągania ziemskiego. W głównej mierze był jednak… ciepły. Zmiękczony nowym wyrazem w jego zmęczonym spojrzeniu; wyrazem, którego Gardner odmawiał sobie analizowania. I przyjęcia do świadomości też.
Przecież nie miękł. Nigdy. Nie dla kogokolwiek, nie dla kogoś. Nie dla Miller.
Już nie dla Miller.
A jednak, gdyby ktoś go teraz zobaczył, miałby całkiem solidne podstawy do tego, by go dręczyć do końca życia i wytykać tę rysę na jakże wielkiej gburowatej masce i pęknięciem w murze, który wokół siebie
ten kretyn nieustannie wznosił.
Dlaczego to sobie robisz?
—
Ale co? — rzucił jedynie retorycznie, zanim rozwinęła, zupełnie jakby nie wiedział co miała na myśli i łudził się, że mu popuści. Że odpuści. Albo będzie udawać. Ale Miller przyjęła inną strategię i tylko poczuł, jak ten jego pęknięty mur wzrasta o kolejne piętro. A potem leci o dwa w dół. Przetarł ryj otwartą dłonią, ignorując łaskotanie zarostu sugerujące, że już powoli zarastał i odłożył torbę z kebabami na blat w kuchni. Nie spojrzał na Zaylee, uparcie wpatrując się w zawiniątko przed nim, w to tanie plastikowe opakowanie, które zamiast przynosić ulgę, wywoływało skurcz żołądka. Bo gdzieś tam, na podobnie taniej i plastikowej płachcie, leżała mała dziewczynka i spała. Jeszcze spała. Zanim sprawca ukróci jej sen.
Zanim zmieni go na wieczny.
Gardner podniósł wzrok dopiero, kiedy usta Miller rzuciły coś o tym, żeby na nią spojrzeć. Jak grzeczny pies spojrzał i zatrzymał się tak, patrząc jak tonęła w jego bluzie i dresach.
Za dużo myślisz. Nie zaprzeczył. Mówiła o rzeczach, o których wiedział, że miała rację i które z tego samego powodu irytowały go bardziej, niż gdyby się myliła. Dlatego nie zaprzeczył i dlatego też nie powiedział już, że to nie myślenie trzymało go przy biurku do trzeciej, do czwartej, do piątej nad ranem, do tej godziny gdy tracił poczucie, ile właściwie czasu minęło. Że to coś innego, jakaś bezlitosna, głupia potrzeba znalezienia jednego konkretnego elementu, który rozsadzi zastój i pozwoli ruszyć do przodu. Jeden. Jeden puzzel. Jeden szczegół. Cokolwiek, ukrytego w jednym lub setnym raporcie albo gdzieś na drugim planie zdjęcia.
Ale Miller miała rację. Nie znalazłby to dzisiaj. Nie o tej porze. Nie z nią, do licha, u boku. Nie w noc taką, jak ta, gdy zmęczenie mieszało się z działaniem wódki i wspomnieniami czegoś, co kiedyś było codziennością. Ich codziennością.
Głupi Gardner wiedział to chyba w momencie, w którym znalazł ją na korytarzu w opłakanym stanie gramatyczno-ortograficznym, pachnącą tanim alkoholem i fajkami i tym znajomym zapachem, od którego przez jedną, idiotyczną sekundę kompletnie przestawało mu się nawet chcieć myśleć o czymś pożytecznym.
I teraz przypomniała mu o tym brutalnie, kiedy znalazła się bliżej. Sam wyglądał, jakby chciał, żeby go pocałowała. Jakby na to czekał. Ale kiedy nie zrobiła tego, spojrzał za nią i stłumił w sobie cokolwiek w nim nie zakwitło przez tę krótką chwilę.
—
Jasne — mruknął tylko odnośnie zdjęcia Sama, też średnio przekonany co do zajebistości tego pomysłu. Dużo bardziej działało to łapanie za koszulę, jeśli efektem faktycznie miało być odciągnięcie go od sprawy, niemniej — nie ruszył za tym. Sam był głodny, jak wilk.
Podwójnie, zresztą.
Ruszył z pustymi szklankami po whisky, żeby je napełnić, przy kontuarze poprawiając tylko wystające bokserski.
—
Co tam u niego? — zagaił, znowu jak dobry piesek, próbując myśleć o czymś innym. Nie Jane Doe, inne dziecko, zaraz dziecko Miller i… chuj. Naprawdę myślał
za dużo. Pozwolił sobie być sobą i zignorował tę dziwną mieszankę rozczulenia i dziwnego, tępego uderzenia rzeczywistości, która przypomina o sobie i o tym, że życie innych idzie do przodu.
Żywy Sam nie miał szans wyleczyć go z obrazu martwej Jane Doe, ale Garder był świetny w udawaniu, że coś działa. I czasami to udawanie przeradzało się w prawdę.
—
Ile on teraz ma? — zapytał, wracając na kanapę z pełnymi szklankami, pełnymi prawie po brzegi, a nie w dżentelmeński sposób, na szerokość dwóch palców. Zero zdziwienia, skoro taki był z niego dżentelmen, jak z koziej dupy trąbka. Drinki wylądowały na stoliku. —
I jak idą procedury?
Bo wieku mógł się domyślić, mógł sobie przypomnieć, ale biurokracja i całe to bagno było już poza jego spektrum pojmowania abstrakcji. Zerknął ukradkiem na obraz Idaho, potem zaś całkowicie na Miller, czekając na te kebaby. Albo to drugie, co mogła, a czego nie zrobiła wcześniej, dosłownie trzymając go w garści.
—
Chcesz o tym pogadać?
zaylee miller