ODPOWIEDZ
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

073.

Powinna wracać do domu. Ostatni kieliszek wódki, który wlała w siebie podczas zorganizowanego wydarzenia dla koronerów, był jej gwoździem do trumny. Jeśli miała umrzeć, to przynajmniej wśród lekarzy medycyny sądowej. Autopsja na miejscu gwarantowana. Ale ile ludzi, tyle opinii. Zaraz by wyszło, że bezpośrednią przyczyną zgonu nie było przedawkowanie, tylko jakaś choroba, o której wcześniej nie miała pojęcia.
Nie można było powiedzieć, że Zaylee Miller miała wybitnie mocną głowę. Po butelce wina zwykle śmiesznie w niej szumiało, ale czysta wódka... to już zupełnie inny temat. Na szczęście w ostatniej chwili zapaliła jej się ostrzegawcza lampka, nakazująca ewakuować się z wynajętej na tę specjalną okazję sali eventowej. Najwyższa pora, bo kulturalne rozmowy z kolegami po fachu, którzy zjechali się z całej prowincji, grubo po północy nie miały już zbyt wiele wspólnego z wymianą poglądów w dziedzinie medycyny. Zgarnęła swoje rzeczy i wyszła na zewnątrz. Duszne powietrze buchnęło jej prosto w twarz, więc po trzech nieudanych próbach odpalenia papierosa zdecydowała się na spacer. Taka przechadzka dobrze jej zrobi. Wytrzeźwieje, pozbiera myśli. Może nawet zahaczy o budę z tłustym kebabem za rogiem.
Jakoś wcale nie spieszyła się z powrotem do domu, w którym i tak nikt nie czekał. Ostatnio trochę się ze Swanson rozmijały i Zaylee łapała się na tym, że robiła to specjalnie. Umyślnie brała więcej zmian w prosektorium i wychodziła z niego później, żeby przypadkiem nie wpaść na małżonkę. Ale i tak wolała udawać, że wszystko jest w porządku i usilnie wmawiała sobie, że taki układ odpowiada obu stronom.
W piątkowy wieczór Toronto tętniło życiem. Bary i kluby pękały w szwach, a pogoda - pomimo późnej pory - sprzyjała spacerom. Grupka nastolatków odwróciła się za Miller, która szła chodnikiem w czarnej, opiętej sukience. Któryś z młokosów zagwizdał głośno, a ona, nawet na nich nie patrząc, wystawiła rękę i pozdrowiła go środkowym palcem. Jego koledzy zarechotali i pchnęli go lekko, uznając, że strasznie się wydurnił.
Skręciła w boczną ulicę i przystanęła w miejscu z dalej nieodpalony papierosem. Okolica centrum wydała jej się znajoma, chociaż wszystkie budynki wyglądały właściwie identycznie. Zadarła głowę i spojrzała w górę na zwisający nad nią wieżowiec. Ściągnęła w zamyśleniu brwi, próbując przypomnieć sobie, czy to właśnie tutaj mieszkał Gardner. To mogło być tutaj. Albo przecznicę wcześniej. Albo przecznicę dalej. Wygrzebała z torebki telefon i wystukała kilka bezsensownych wiadomości. A wystarczyło przecież nagrać głosówkę. O tym już nie pomyślała. W tym stanie nawet doktor Miller miewała drobne potknięcia.
zaylee
ej sisz juZ?
psisz?
siszz??
kurwAa
chuJj z tm
Wiadomość...
Drzwi od klatki uchyliły się, a zza nich wychyliła się starsza kobieta z małym, białym maltańczykiem. Trzymała go w ramionach i miała problem, żeby się wydostać, więc Zaylee podeszła bliżej i złapała za klamkę. Kobieta podziękowała jej skinieniem głowy i ruszyła chodnikiem. Miller przytrzymała drzwi ramieniem i zerknęła na wyświetlacz, ale nie dostała żadnej odpowiedzi zwrotnej. Chuj. Raz kozie śmierć.
Weszła do środka i skierowała się do windy. Które to było piętro? Piąte? Nogi poprowadziły ją dalej automatycznie. Chwilę później stała przed drzwiami i naciskała na dzwonek jak opętana. Jeśli okaże się, że to nie to mieszkanie, będzie mogła zapaść się pod ziemię. A tak naprawdę to nie, bo była pijana i nie wiedziała, co to wstyd. Zresztą nawet na trzeźwo pojęcie wstydu było jej raczej obce.
Drzwi otworzyły się z gwałtownym szarpnięciem. I oczywiście, że to nie było to mieszkanie.
Czy pani do reszty zgłupiała? — zapytał niski, brzuchaty mężczyzna. Miał na sobie różowy szlafrok, a lwia zmarszczka na jego czole świadczyła o tym, że był zaspany. Albo wkurwiony. Both is good.
Miller zaparła się ręką o framugę i przyjrzała mu się uważnie, mrużąc oczy, jakby to miało jej poprawić pole widzenia.
Nie jesteś Frankiem — stwierdziła po chwili namysłu. Kiedy przechyliła głowę na bok, dostrzegała pewne podobieństwo, ale zdecydowanie nie miała przed sobą Gardnera.


Francis Gardner
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
ODPOWIEDZ

Wróć do „#22”