ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Hazel nie była stałą bywalczynią w klubach czy barach. I to nie tak, że nie miała z kim wychodzić, po prostu stroniła od tego, bo wszystkie wyjścia kojarzyły jej się z problemami. Już nie pamiętała, kiedy ostatnio wyszła wieczorem na miasto i coś by się nie odwaliło — czy to głupie zaczepki od obcych facetów, złamana kostka jednej z jej koleżanek czy zgubiony telefon, którego trzeba było szukać po całym miejscu, finalnie wykłócając się z barmanami, że znało się właścicielkę. Czasami zastanawiała się, czy nie była zbytnio stara, a potem myślała, że cholera… miała ledwo dwadzieścia siedem lat i nie przeżyła jeszcze swojej młodości! Nie miała szalonych imprez w nastoletnim wieku, tylko te, na które udało się jej wyrwać z przyjaciółką, jednak obydwie miały popapranych i świętych rodziców, a później gdy na nowo wylądowała w domu dziecka… nie chciała robić problemów swoim nowym opiekunom, nie chciała po raz kolejny poczuć się odrzucona, tylko dlatego, że nie sprostała cudzym oczekiwaniom. Studia były momentem, w którym nadrabiała stracony czas, a teraz nie doceniała tego, że przecież nie była jeszcze taka stara i mogła korzystać z nocnego życia, póki życie jej na to pozwalało.

I mogło być dobrze. Już wieczór dobiegał końca, stała przed klubem, zamawiając sobie transport do domu, aż usłyszała od boku wymianę zdań dwóch dziewczyn. Jedna zaczęła się od początku mocno awanturować, a druga nie pozostawała jej dłużną, choć i tak wydawała się być bardziej opanowana. Nie wiedziała, o co tam poszło, ale poczuła przypływ damskiej komitywy, mimo że obydwie były dziewczynami… to jednak z góry stanęła po stronie tej bardziej rzeczowej. Podeszła, marszcząc brwi. Wszystkie we trójkę zdawały się być po alkoholu, z tego nie mogło wyniknąć nic dobrego… — Ale po co to jatka przed klubem? Nudzi wam się? — zapytała, zaplatając ręce na piersi i najpierw stając tak, jakby była pomiędzy nimi, ale nadal obok. — No i co, o co chodzi? No już, macie bezstronnego sędziego — dodała, wystawiając rękę między dziewczynami, aby czasami nie zaczęły się szarpać, póki nie wyda osądu.

paryżanka
27 y/o
For good luck!
165 cm
menadżerka w The Fifth Social Club & street racer
Awatar użytkownika
Said you wanna be good but you're begging me to come over. I don't wanna hurt you but you live for the pain. Who's gonna love you like me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Paris potrafiła być cholernie problematyczna; a w połączeniu z jej impulsywnością i uzależnieniem od adrenaliny, była to dość zabójcza kombinacja. Cechy te notorycznie ściągały na nią kłopoty, choć miała to niewyobrażalne szczęście, że zwykle udawało jej się upaść na cztery łapy. Zawsze znajdowała jakieś rozwiązanie; flirtowała z policjantami, szybko uciekała, wciągała w to osoby postronne, kłamała i używała wszelkich, możliwych asów, które posiadała w rękawie. Dzięki temu miała wszystko, czego potrzebowała; poczucie, że żyje pełnią życia i kontrolę, żeby nie spieprzyć tego, co udało jej się zbudować na przestrzeni ostatnich dwóch lat.

Kingsley chciała po prostu wrócić do domu. Naprawdę. Słowo honoru! Nie planowała wpakować się w nikomu niepotrzebną dyskusję, która ostatecznie skończyła się… cóż, nie najciekawiej. Wyszła przed lokal, żeby zapalić i złapać jakiegoś ubera; nigdy nie bała się wracać sama, ale po spotkaniu Leo, zaczęła bardziej zwracać uwagę na otoczenie. Wtedy pierwszy raz zaczęła zastanawiać się, czy to było rozsądne z jej strony. Tak czy inaczej, ostatnia noc, spędzona przy jej… starym przyjacielu, cholernie namieszała w jej głowie. Dosłownie z minuty na minutę, z normalnej rozmowy i nadrabianiu ostatnich miesięcy, przeszli do tego samego układu, co przed laty. Trochę była to jej wina, bo nie chciała znowu wchodzić w coś, z czego przecież dawno się już wyleczyła. No, ponoć. Cieszyła się, że znowu zawitał w jej życiu, bo doceniała jego obecność i wypełniał jej codzienność na każdy możliwy sposób, ale jednocześnie nie potrafiła się w tym odnaleźć. Zmienili się. To nie pozostawiało żadnych wątpliwości, a jednak…

Ach, pieprzony Leo Rosenhall znowu namieszał w jej głowie.

Właśnie dlatego wyszła tej nocy na miasto. Nie chciała tego analizować; chciała pójść z flow, z przeczuciem, z tym, co zgotował jej nieznośny los, a skończyła na przepychaniu się z jakąś idiotką. Zaczęło się niewinnie. Słyszała durne komentarze na swój temat, które żadna kobieta nie powinna powiedzieć drugiej kobiecie. Potem zaczęły się wysuwać jakieś durne teorie, które sprawiły, że ostatecznie Rissy straciła cierpliwość. Twierdziła, że jej facet cały wieczór oglądał się za Kingsley.

Moment, w którym obca dziewczyna wymierzyła jej policzek był też chwilą, w której Paris zaśmiała się jakby całkowicie straciła rozum. Kinglsey złapała ją za włosy, wbijając paznokcie w jej łepetynę i rzucając na pobliski samochód, któremu włączył się alarm. Jej oddech był dość nieregularny, a adrenalina buzowała w żyłach. Było stać ją na więcej. Jej uwagę szybko odwróciła Hazel, która wtrąciła się w tą przepychankę.
— Ta suka przystawiała się do mojego chłopaka. — Kingsley spojrzała na nią, jak na wariatkę. — Nic nie robiłam. Nawet nie wiem, który to twój facet — parsknęła, odgarniając swoje długie blond włosy za plecy. — Poza tym bardzo mi przykro, że nie czujesz się na tyle pewna siebie, żeby czuć się bezpiecznie przy swoim chłopaku — syknęła nerwowo. — Może, gdybyś nie była taką… — urwała, gdy znowu nieznajoma się zamachnęła i nie trafiła, bo zamiast ją, uderzyła Brooks w sam środek twarzy. Paris spojrzała zszokowana na Hazel, chwytając ją za nadgarstek, żeby odciągnąć za swoje plecy. — Trzymaj moją torebkę — rzuciła, wpychając jej do rąk swoją malutką Pradę i ruszając w stronę naczelnej psychopatki tej imprezy.

Brooks
26 y/o
For good luck!
173 cm
specjalistka kryminalistyki w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Czy potrafiło być coś gorszego od dwóch, zajadle kłócących się kobiet? Nawet jeśli problem był błahy i już po kilku zdaniach został rozwiązany, to czasami była to bitwa o rację. O to, żeby wygrać i zdominować nad drugą, zwłaszcza jeśli okazała się małym, wyszczekanym szczeniakiem. W tej walce blondynka zdawała się górować nad swoją przeciwniczką i to wcale nie dlatego, że szpilki dodawały jej kilku dodatkowych centymetrów wzrostu. Sama jej aura dawała poczucie, że była w stanie zgnieść ją obcasem jak mrówkę, a mimo to Hazel nie czuła się niepewnie, a przynajmniej na tyle, aby nie spróbować załagodzić konflikt dziewczyn. Dość pewnie wystawiła między nie ręce, kiedy ciemnowłosa po popchnięciu na samochód, zmierzała w kierunku Paris, ale zatrzymała się, wbijając mocne spojrzenie w Brooks. Nie podobało jej się to, w końcu nie była niczemu winna, a miała wrażenie, że na starcie została już uznana jako wroga. Na jej oskarżenie spojrzała na blondynkę, która zaczęła się usprawiedliwiać i dorzucać do pieca furii niższej dziewczyny i Hazel już chciała to przerywać... no przynajmniej do momentu, w który sama zaraz nie dostała z liścia, czując jak boleśnie oberwała w nos nieudanym zamachem. Zszokowana otworzyła usta, patrząc na tą małą szmatę, która najwidoczniej szukała dzisiaj problemu — i teraz toksykolożka widziała to wyraźnie. Została odciągnięta za swoje plecy, a w rękach znalazła się mała torebusia.

Nie no, nie da komuś walczyć za siebie samą!

Była najlepszym przykładem tego, aby pokazać komuś, że wychowała ją ulica… no może nie ulica, ale życie w domu dziecka wiązało się z poznawaniem różnych osób, czasami porzuconych, zbolałych dzieci, które nie do końca umiały poradzić sobie ze stratą, zwłaszcza gdy rozumiały o wiele bardziej niż Hazel, gdy została oddana. Nie zmienia to jednak faktu, że okrutnego zachowania nic nie usprawiedliwia, a ona w tym momencie miała dość dziewczyny, która szczekała jak chihuahua i na dodatek zdawała się być cholernie niewychowana, skoro nawet nie potrafiła przeprosić za to, że Brooks dostała rykoszetem!

Zarzuciła torebke na ramię, na którym miała już zarzuconą tą swoją i wyminęła blondynkę, zaraz wplątując dłoń w jej farbowane kudły i ciągnąc lekko do boku, samej przechylając głowę tak, aby zrównać z nią spojrzenie. Odepchnęła jej rękę, która zmierzała w kierunku jej fryzury. — O nie, wariatko — rzuciła, choć dziewczyna nie ustępowała w swoich próbach, ale Hazel w jakimś stopniu umiała odeprzeć jej atak. Może nie uczyli tego na kursach samoobrony przed rozpoczęciem pracy na komisariacie, ale na pewno życie dało jej kilka cennych wskazówek. — Przeproś. I nie tylko za bezpodstawne przywalenie mi w twarz, ale przeproś i ją, za rzucanie fałszywych oskarżeń. A poza tym, skoro jesteś tak kontrolującą i maniakalną debilką, to idź się pruć do swojego faceta, a nie do obcej baby — dodała, puszczając zaraz jej kudły. Chciała jej dać nauczkę, ale nie chciała wszczynać bójki. Nadal miała nastawienie, aby nieco złagodzić tę sytuację, ale… no nie wytrzymała w pewnym momencie. W ostatnim czasie, coś średnio wychodziło jej bycie mediatorką. Miała nadzieję, że dziewczyna choć trochę pójdzie po rozum do głowy, ale ona zamiast tego pogładziła swoje włosy i z rozbiegu wpadła na obydwie dziewczyny powodując, że w trójkę przewróciły się na ziemię jak kręgle.

Paris
27 y/o
For good luck!
165 cm
menadżerka w The Fifth Social Club & street racer
Awatar użytkownika
Said you wanna be good but you're begging me to come over. I don't wanna hurt you but you live for the pain. Who's gonna love you like me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

No dobrze. Ten wieczór zdecydowanie wymknął jej się spod kontroli.
Nie pierwszy i nie ostatni raz, prawda? Paris nigdy nie wracała do domu bez dodatkowych atrakcji. Jeśli nie kłóciła się z jakimiś wariatkami, którym była bliska wydrapania oczu, to uciekała przed wyimaginowanym stalkerem. Jak nie trzymała w rękach grubych banknotów z wygranego wyścigu, to z trudem próbowała zachować pion po wszystkich wypitych drinkach, pocieszając się po przegranej. Każdej nocy przeżywała coś innego — niemal za każdym razem na tyle intensywnego, by kolejnego dnia mogła dojść do wniosku, że wciąż żyła pełnią życia, tak jak tego chciała. Kingsley bezustannie potrzebowała wrażeń; jakichkolwiek. Potrzebowała emocji tak silnych, że mąciły jej w głowie; w innym wypadku zanurzała się w… dość dziwnym stanie. Potrafiła wyłączyć się z codzienności na tyle, że zamykała się w swoim mieszkaniu na parę dni, oddając się w swoim beznadziejnym myślom. Po śmierci jej matki, a potem też ojca, coś w jej sercu umarło i bezpowrotnie zginęło. To uczucie spokoju, które trzymało ją jakoś na duchu; zniknęło, pozostawiając jedynie potrzebę adrenaliny.

Dziewczyna zamrugała z zaskoczeniem, gdy nieznajoma weszła do akcji, poniekąd stając po jej stronie. Paris dość niekontrolowanie rozciągnęła wargi w mocno zadowolonym uśmiechu; brakowało, żeby przerzuciła swoją rękę przez ramię Hazel, żeby pokazać w ten sposób swoją solidarność. Ostatecznie powstrzymała się przed tym, nie chcąc spłoszyć nieznajomej, która stwierdziła, że spróbuje zabawić się w mediatorkę. No cóż, nie zamierzała jej ograniczać, ale patrząc na zachowanie ich przeciwniczki, podejrzewała, że ta rozmowa będzie przypominała uderzanie głową o ścianę. Dopiero, gdy Brooks złapała ją za włosy, Rissy roześmiała się niekontrolowanie, opierając swoje dłonie na biodrach. Dorosłe kobiety, a wszystkie tak samo głupie i emocjonalne.
— No właśnie. Czekam na przeprosiny. Proszę bardzo — powiedziała twardo, wyciągając przed siebie nadgarstek z zegarkiem, jakby rzeczywiście sprawdzała ile czasu jej na to zostało. Tak czy inaczej zerknęła przelotnie w stronę Hazel, żeby upewnić się, że tamta wariatka tylko ją drasnęła. W chwili, w której Paris wylądowała na ulicy, trzymając się mocno swojej nowej koleżanki; Kingsley początkowo myślała, że wpadnie w szał, ale zamiast tego po prostu wstała. Otrzepała się z brudu, jak gdyby nigdy nic, po czym odebrała swoją Pradę od Brooks. Westchnęła ciężko, próbując zapanować nad swoimi emocjami, a potem spojrzała prosto na ich wspólną przeciwniczkę, zamachnęła się i z całej siły, zdzieliła ją swoją torebką. Chwyciła za nadgarstek Hazel i zaczęła uciekać; musiały tak biec przez dobrą chwilę, bo Paris przez pewien czas słyszała jeszcze krzyki za ich plecami. Zatrzymała się gdzieś na zakręcie, oddychając ciężko i unosząc spojrzenie na swoją nową kumpelę. — Boże, nic ci nie jest? Chciałaś tylko pomóc, a dostałaś w mordę — powiedziała przepraszająco, unosząc palce, by musnąć nimi jej policzek.

Hazel
ODPOWIEDZ

Wróć do „Spirit of York Distillery Co.”