Aoife miała za sobą tydzień, który z uporem godnym lepszej sprawy usiłował udowodnić jej, że nawet najbardziej uporządkowane życie można rozregulować drobiazgami. W poniedziałek ekspres do kawy w jej mieszkaniu wydał z siebie ostatnie, żałosne westchnienie. We wtorek klient, który przez trzy tygodnie ignorował wszystkie wiadomości, nagle uznał, że odpowiedź potrzebna jest „najlepiej na wczoraj”. W środę padało tak intensywnie, że mimo parasola dotarła do biura z mokrym rękawem płaszcza i miną osoby, która rozważa rozpoczęcie procesu przeciwko samej pogodzie. Czwartek natomiast przyniósł serię drobnych pomyłek administracyjnych, z których żadna nie była katastrofą, ale każda wymagała od niej cierpliwości, której zasoby zaczynały przypominać wyschnięte jezioro.
Nie oznaczało to jednak, że ktokolwiek w kancelarii mógłby jej zarzucić brak opanowania. Wręcz przeciwnie, przy biurku, w sali konferencyjnej i podczas rozmów telefonicznych Aoife pozostawała uosobieniem zawodowej precyzji. Jej głos był spokojny, rzeczowy i pozbawiony najmniejszej nuty irytacji, nawet kiedy po raz trzeci tłumaczyła młodszemu aplikantowi, że „dołączyć dokument do akt” nie oznacza zostawić go na losowej kupce papierów obok drukarki. Uśmiechała się uprzejmie do klientów, odpowiadała na wiadomości pełnymi zdaniami, cytowała przepisy z pamięci i potrafiła jednym uniesieniem brwi przywołać do porządku salę, która zaczynała tracić koncentrację.
W środku była jednak bezczelnie niezadowolona. Nie dramatycznie, nie teatralnie po prostu głęboko, konsekwentnie marudna. Każdy stukot klawiatury wydawał jej się odrobinę zbyt głośny. Każde „czy mogę tylko na chwilkę?” niosło w sobie groźbę dwudziestominutowej rozmowy. Każdy nowy e-mail pojawiający się w skrzynce przyjmowała w duchu z suchym: oczywiście, bo przecież właśnie tego mi było trzeba. Mimo to jej twarz pozostawała niewzruszona, a pióro poruszało się po marginesach akt z elegancką stanowczością, jakby należało do osoby wypoczętej, zrównoważonej i życzliwej światu. Aoife była profesjonalistką. Profesjonalizm polegał czasem na tym, by nie powiedzieć ani jednego z piętnastu zdań, które cisnęły się na język.
Jej gabinet, zwykle uporządkowany niemal surowo, tego dnia wyglądał jak pole bitwy prowadzonej przez paragrafy, zeznania i notatki samoprzylepne. Na blacie leżały trzy segregatory oznaczone kolorowymi zakładkami, wydruk opinii biegłego z rozczarowująco nieczytelnymi przypisami oraz kubek herbaty, o której Aoife zapomniała już dwukrotnie. Za oknem Toronto trwał w stanie szarej wilgoci, tej nieheroicznej, uporczywej, która nie zamienia miasta w romantyczną pocztówkę, lecz w przypomnienie, że materiałowe buty były dziś błędem. Aoife przesunęła palcami po skroni i zerknęła na zegarek. Jeszcze trzy spotkania, jedna korespondencja do poprawienia i stare akta, które mogły, jeśli los postanowił nagle okazać łaskę zawierać brakujące odniesienie do wcześniejszej sprawy.
Sprawa, którą prowadziła, była nie tyle skomplikowana, ile irytująco niepełna. Miała wrażenie, że każdy dokument odpowiadał na jedno pytanie tylko po to, by natychmiast stworzyć dwa kolejne. Zeznania świadka rozmijały się z chronologią. Notatka z dawnego postępowania sugerowała istnienie dodatkowego porozumienia, którego nikt nie potrafił odnaleźć. Klient, oczywiście, pamiętał wszystko „mniej więcej”, co w języku prawniczym oznaczało: proszę przygotować się na katastrofę. Aoife zamknęła segregator z cichym westchnieniem, które natychmiast zdyscyplinowała, jakby nawet ono mogło zostać uznane za nieprofesjonalne.
—
Pani mecenas? — zapytał z progu jeden z aplikantów, trzymając w dłoni plik dokumentów z miną człowieka, który wie, że zbliża się do drapieżnika, ale musi to zrobić, bo takie dostał polecenie.
Aoife podniosła wzrok. Jej uśmiech był nienaganny. Czysta kultura osobista, żadnych ostrych krawędzi. —
Tak?
— Archiwum potwierdziło, że te akta są dostępne. Tylko… chyba trzeba będzie je przejrzeć na miejscu.
Oczywiście, pomyślała Aoife. Na miejscu. W piątek. Kiedy człowiek zaczynał już wierzyć w koniec cywilizowanego cierpienia. Kiwnęła głową na potwierdzenie otrzymania informacji po czym młody chłopak szybko się ulotnił.
Dziesięć minut później schodziła korytarzem w stronę archiwum, niosąc notes, telefon, ołówek i resztki cierpliwości starannie zamknięte pod warstwą zawodowej godności. Archiwum mieściło się w tej części budynku, do której rzadko zaglądali klienci: chłodniejszej, cichszej, pachnącej kurzem, papierem i metalem starych szaf. Światło jarzeniówek było blade, niemal urzędowo pozbawione współczucia. Aoife odsunęła ciężkie drzwi i weszła do środka, gotowa stoczyć pojedynek z numerami spraw, rocznikami i czyimś dawnym, prawdopodobnie fatalnym systemem katalogowania.
Zatrzymała się po trzech krokach. Nie była sama.
Przy jednym z wysokich regałów, pomiędzy pudłami opisanymi wyblakłym atramentem, stał Magnus. Nie ktoś podobny do Magnusa. Nie przypadkowy mężczyzna o zbliżonym profilu, którego zmęczony umysł Aoife mógłby przez moment pomylić z kimś z przeszłości. Magnus we własnej osobie, z dłonią opartą na grzbiecie starego segregatora i twarzą zwróconą w jej stronę, jakby jej pojawienie się było czymś co najmniej przewidzianym. Aoife poczuła, że irytacja, którą przez cały dzień trzymała na eleganckiej smyczy, nagle zatrzymuje się w pół kroku, ustępując miejsca czemuś znacznie bardziej niewygodnemu: zaskoczeniu.
Przez krótką, absurdalnie długą sekundę patrzyła na niego bez słowa. Z wszystkich ludzi, których mogłaby zastać w archiwum kancelarii, partnera, aplikanta, archiwistkę, nawet zagubionego klienta...Magnus znajdował się gdzieś na samym końcu listy, za awarią ogrzewania i przed nagłym odkryciem tajnego przejścia w ścianie. A jednak stał tam, zupełnie realny, z tym spokojem, który zawsze potrafił ją zirytować bardziej niż czyjaś otwarta bezczelność.
Aoife wyprostowała się odruchowo. Profesjonalizm, pomyślała. Nawet teraz. Nawet tutaj.
—
Magnus — powiedziała chłodno, z perfekcyjnie kontrolowaną uprzejmością. —
Muszę przyznać, że nie spodziewałam się znaleźć cię między aktami sprzed piętnastu lat.-dodała starając się nie dać po sobie poznać że nagłe spotkanie nią wstrząsnęło.
-
Oczywiście że nie..-dodała już ciszej nadal lekko wmurowana w miejsce w którym stała. Przed nią właśnie stał mężczyzna który jako jeden z bardzo niewielu ją rozumiał i który był przy niej dopóki nie próbowała go zabić...WIele razy myślała o tym by mu się przyznać, wyjawić wszystko co wie ale wiedziała że ceną za jej szczerość będzie jej jedyna pozostała rodzina.
Magnus Grimstad