ODPOWIEDZ
40 y/o
For good luck!
187 cm
prezes zarządu ironcrest development
Awatar użytkownika
I could let it go, but I'm not a quitter.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zasypianie w akompaniamencie historii Finleya okazało się zaskakująco przyjemne. Stanley już dawno nie był w wieku, w którym potrzebował bajek na d o b r a n o c, a jednak w każdym człowieku było coś z tego dziecka, które lubiło, gdy go usypiano. Nie chodziło o to, że historie Rosewooda były nudne, albo jego głos nużący — wręcz przeciwnie. Do zasypiającego, zmęczonego Stana dochodziły każde słowa wypowiedziane przez niego, niemniej z w y c z a j n i e było to niezwykle komfortowe. Każda zmiana tonu głosu, każdy cichy śmiech, każde oburzenie. Dawson z zaskoczeniem odkrył, że mógłby zasypiać tak znacznie częściej, nawet, jeśli w zasadzie miał wiele pytań do historii Finleya. Chociażby...
Czemu chodził na randki z samymi b e z n a d z i e j n y m i kolesiami? Zasługiwał na znacznie więcej.
Dlaczego oglądał te popieprzone produkcje telewizyjne bez niego i gdzie Stanley też mógł je obejrzeć?
Jak zareagował mąż Natashy na ciążę z jego najlepszym kumplem?
Jak wiele zaginionych członków rodziny jeszcze ze sobą pogodził w trakcie pracy nad znajdywaniem ludziom drugich połówek?
I wiele innych, związanych z jego pasjami, ulubionymi rzeczami, marzeniami, historiami z dzieciństwa i...
Chyba zaczynał nieco za bardzo interesować się tym f a c e t e m, zamiast faktem, że w nadchodzący weekend piątkowy wieczór spędzał na meczu hokeja, a sobotnie popołudnie na turnieju konnym. Z dwoma różnymi randkami. Którymi powinien być chociaż w małym stopniu zaintrygowany.
Tym zamierzał przejmować się później. Teraz bowiem, gdy był w drodze do wyznaczonego przez Finleya miejsca na zakupy — ogromnego centrum handlowego z niebotyczną ilością sklepów, na myśl o których Dawson dostawał migreny i chciało mu się rzygać z przebodźcowania — całkiem się c i e s z y ł na samą myśl o spotkaniu z panem cherubinkiem. Z pewnością byłoby lepiej, gdyby na przykład nie był spóźniony (spotkanie się przedłużyło, a potem wpieprzył się w korki i zaliczył dramatyczne piętnaście minut, zwieńczone smsem Jestem w drodze, nienawidzę koreańskich przedsiębiorców i kanadyjskich kierowców. Nie dopisuj do kwestionariusza, że jestem rasistą — nie jestem.) i nie było tak piekielnie gorąco, bo mimo klimatyzacji w samochodzie, czuł lepki pot na swoich plecach. Pod lekką, lnianą koszulą na krótki rękaw. Nie lubił lata, pasowało mu tylko wtedy, gdy mógł oglądać ładne ciała nad basenem i jeziorami, ale nie miał na to wystarczająco czasu. Wszystko, generalnie, szło nie tak; uratować go mógł refresher ze Starbucksa i uśmiech Finleya.
Nie jestem gotowy, nie zadawaj tego pytania — rzucił na d z i e ń d o b r y, unosząc leniwie kącik ust do góry na sam widok swojego towarzysza. Westchnął, zsuwając z nosa ciemne okulary i wsunął je do kieszeni swojej koszuli, rzucając okiem na ogromną mapę centrum handlowego, przy której to stał Rosewood. — Od czego zaczynamy? Może od jedzenia? — zaoferował, doskonale wiedząc, że po dobrym posiłku moce do chodzenia po sklepach znikały; był c w a n y, ale podświadomie miał też świadomość, że Fin nie da się na to nabrać. Zamierzał więc propozycję ponowić, jak zaliczą już kilka butików i Dawson znacznie uszczupli swoje cholernie obfite konto bankowe. — Udało ci się kupić bilety na obydwa wydarzenia? — kontynuował, wsuwając jedną z dłoni w kieszeń jasnych spodni. Schował zaledwie kciuka, pozostałe palce swobodnie trzymając wyciągnięte na miękkim materiale. — I jak do tej pory dzień? Jakieś udane feedbacki randkowe, albo inne smutne kuzynostwo? — g a d a ł dużo, tym samym jednak dając mężczyźnie znać, że doskonale pamiętał te ich senne rozmowy monologi przedwczoraj.

Finley Rosewood
lawina
mickiewiczowania nie trawię
33 y/o
For good luck!
170 cm
Właściciel biura matrymonialnego Love Atelier
Awatar użytkownika
Be romantic and dirty with me.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ich wieczorna rozmowa telefoniczna bardzo mu się nie podobała. Była miła, przyjemna, zabawna, a niski, głęboki oddech śpiącego Dawsona i jedno czy dwa chrapnięcia (bardzo seksowne) były absolutnym powodem by się nie podobać. Bo po pierwsze, podobać się nie mogła z racji ich zawodowych relacji, a po drugie, zupełnie nie rozumiał dlaczego zaśnięcie podczas jego entuzjastycznych opowieści uznał za s ł o d k i e, a nie irytujące i obraźliwe.
Rozmyślał o tym, kiedy kupował bilety na mecz hokeja oraz te na wyścigi konne, urokiem osobistym i kilkoma komplementami zdobywając dwa naprawdę rewelacyjne miejsca w pierwszych rzędach. Rozmyślał o tym też wtedy, gdy zakładał spodnie z wysokim stanem, w których jego tyłek wyglądał olśniewająco, a do tego cienką, jasną koszulę, fantazyjnie rozpiętą do połowy klatki piersiowej, odsłaniając tym samym kilka rozsypanych po opalonej skórze pieprzyków i długie, złote łańcuszki, które zapiął na szyi.
Podobanie i nie podobanie analizował, wysyłając kolejnego maila do Dawsona, zatytuowanego: istotne linki, gdzie dodał załączniki do trzech reality show, zapisując swoje komentarze o najlepszych sezonach.
A także wtedy, gdy potwierdzał randki z Christine oraz Tomem, powstrzymując się przed przewróceniem oczami na zapał obojga, jakby nie mogli się doczekać gwiazdkowego prezentu który powinien należeć do niego, w końcu to on był jego jednorazowym kompanem do ceremonialnego papierosa przed snem.
Ostatecznie – stoją w klimatyzowanym wnętrzum zatłoczonego centrum handlowego – uznał, że "to niepodobanie" całkiem mu wychodzi, a nawet mógłby w nie uwierzyć. Przynajmniej do czasu, aż nie otrzymał wiadomości pięć minut po czasie, która zamiast wprawić go w kiepski humor, wywołała na miękkich ustach u ś m i e c h.
Ale na wiadomość odpowiedział bezpieczną okejką, dopisując tylko swoją dokładną lokalizację. Bezpiecznie. Nonszalancko. Jak ktoś, kto od godziny nie czuł pewnego podekscytowania na myśl o wspólnych zakupach i ciemnych, błyszczących oczach.
Spoglądając na zegarek, tupnął kilka razy nogą, układając w głowie genialny plan działania; najpierw hokej, czyli sportowa elegancja, potem wyścigi konne, które wpisywały się w bardzo elegancko i dystyngowanie. Wykreślił z planu wszystkie sieciówki, ale zostawił pole na wspólną kawę. Na wszelki wypadek.
Pierwszą myślą natomiast, kiedy dostrzegł kroczącego w jego kierunku Stanley'a było to, że podczas rozmowy w kawiarni nie zwrócił uwagi na jego wzrost; Finley musiał nieznacznie unieść głowę, by spojrzeć na jego twarz ale też różnica nie była na tyle wielka, by nie mógł go pocałować bez kompromitacji w postaci stawania na pieprzonych stołkach. S T O P. Uśmiechnął się, obrzucając go uważnym spojrzeniem od góry do dołu i cmoknął językiem w formie karcącej dezaprobaty.
Korki nie były wymówką. Ani koreańscy przedsiębiorcy nawet, jeśli brzmiało to jak coś skomplikowanego.
Nie zamierzam — przywitał się — jestem gotowy za nas obu.
Dobrze spałeś?
Głupie pytanie. Nie zamierzał go zadawać.
Czy można było być jeszcze przystojniejszym po zaledwie kilku dniach i rozmowie telefonicznej?
Rosewood podążył za spojrzeniem mężczyzny, przyglądając się jasnej, kolorowej tablicy z większą ilością oznaczeń niż mapa całego Toronto.
Zaczniemy od przygotowania Pana — tak, Finley uznał, że chwila swobody telefonicznej i zatarcia pewnych granic już dawno się skończyła i należało być bardziej profesjonalnym — na randkę z Tomem. Szukamy czegoś sportowego, ale jednocześnie eleganckiego i seksownego. Nic bardzo rzucającego się w oczy, ale krzyczące: jestem świetną partią, kocham hokej, chodź ze mną na kolejną randkę — zatrzepotał uroczo rzęsami — jedzenie zostawimy na później. Wolimy, żeby dopiął się Pan w spodnie, prawda? — machnął dłonią, zachęcając mężczyznę do rozpoczęcia ich wspaniałej przygody. Idąc obok niego, podwinął delikatnie rękawy koszuli i przeczesał dłonią geste włosy. Posłał mu pełne politowania spojrzenie, unosząc z dumą kącik ust. Pytanie go o to czy coś ZAŁATWIŁ było retoryczne, tak?
Oczywiście. Jestem w stanie zorganizować każdą randkę. Bilety na najlepsze miejsca. Potwierdziłem już spotkania z Christine i Tomem. Cytując Toma: "Chętnie pozna zainteresowania Stanley'a" — poinformował — co więcej, z wyścigów konnych odbierze was prywatny kierowca — wyglądało na to, że Finley rzeczywiście był z siebie dumny. Osobiście lubił mężczyzn za kółkiem, ale trochę luksusu zawsze pozytywnie wpływała na dalsze decyzje.
Zaśmiał się. Wspomnienie wczorajszej rozmowy było miłym połechtaniem jego ego, zdecydowanie utrudniając mu d y s t a n s. Nie pomógł też fakt lekkiego zmieszania i tego mrowienia gdzieś w okolicy żołądka: to było miłe. Zwykła, prosta, przyjemna rozmowa i przystojny facet, który pamiętał każdą nieistotną informację, którą raczyły wypowiedzieć jego usta.
Zmatchowało mnie na tinderze z jakimś Włochem, ale niestety nie lubi wędkowania, a ja potrafię powiedzieć tylko pizza i spaghetti — przewrócił teatralnie oczami, zatrzymując się przed jednym z tych sklepów, których szyldy były czyste, minimalistyczne ale bardzo luksusowe — jeśli jednak pyta Pan o pracę, to owszem, Mark i Diana idą na trzecią randkę oraz planują wspólną kolację z ich znajomymi. Żadnych powiązań rodzinnych — zaznaczył, puszczając mu oczko i pewnie wchodząc do sklepu. Nagle złapał Stanleya za przedramię i zatrzymał go, by bacznie mu się przyjrzeć. Westchnął, mruknął, zmarszczył brwi i puścił go jak gdyby nigdy nic, wytyczając ścieżkę między wieszakami.
Zaczniemy od znalezienia polo. Potem spodnie i pasek — pstryknął palcami i zakołysał biodrami, niewątpliwie będąc w swoim żywiole. Raz za razem sięgał po ubrania, tworząc coraz wiekszą kupkę przewieszoną przez własne przedramię.
Czy planujemy rozbieranie czy raczej trzymany się przyzwoitości? — spytał, oglądając się przez ramię na Stanley'a — w związku z Tomem — dopowiedział z czarującym uśmiechem.

stanley dawson
weź, nie pytaj
try me
40 y/o
For good luck!
187 cm
prezes zarządu ironcrest development
Awatar użytkownika
I could let it go, but I'm not a quitter.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Łakomy wzrok Stanleya momentalnie zatrzymał sie na rozpiętej do p o ł o w y klatki piersiowej koszuli, przytrzymując ciemne okulary na nosie nieco dłużej, by bezczelnie gapić się na odkryty tors Rosewooda. Karmelowa, opalona skóra na żywo była jeszcze piękniejsza, niż na zdjęciach znad basenu, a złote łańcuszki pasowały idealnie do jej odcienia. Mało tego, zarys mięśni istotnie kusił prezesa, mrugając do niego zalotnie i tylko ktoś, kto nie miał szansy nacieszyć takim widokiem oczu mógłby powiedzieć, że mięśnie nie mogły mrugać.
Mogły; i właśnie to robiły.
Dawson przeklął w głowie — powinien był wybrać inne biuro matrymonialne. Takie, w którym właściciel nie wyglądał jak pieprzony model slash mokry sen, bo wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. Mógłby spokojnie skupić się na randkach, które mu proponowano i być może n a w e t potraktować je poważnie. Wiele rzeczy mogłoby pójść znacznie lepiej, a do tej pory jedynie udowadniał, że był bardziej zainteresowany właścicielem fikuśnych koszul o przedziwnych wzorach.
Szlag!
Nie wątpił też w przygotowanie Finleya; w końcu buchała z niego pozytywna energia i nastawienie na zakupy, którego Dawson zrozumieć nie potrafił i także nie zamierzał pozwolić, aby na niego również przeszło. Miał jednak swoje g r a n i c e.
Czegoś sportowego i seksownego… no to już mamy, jestem, a w przypadku ubrań? — uniósł brew do góry, prychając z rozbawieniem. Nie kłamał, w końcu nie można było mu odmówić żadnych z tych dwóch określeń i najgorsze zdawało się być to, że miał tego doskonałą świadomość. — Powinienem to potraktować jako przytyk do swojego brzucha? — spojrzał na Fina podejrzliwie, zarazem doskonale łapiąc moment, kiedy ten posyłal mu pełne politowania spojrzenie. Był przygotowany na odmowę, ale nie zamierzał przestać próbować.
Podobnie, jak nie odstraszył go termin 32 sierpnia roku nigdy.
Nie wątpię. Ale skoro tak, to jest coś, co by zrobiło na tobie wrażenie? — uniósł brew, prawdziwie z a i n t e r e s o w a n y odpowiedzią. Skoro Rosewood swoim urokiem osobistym i kontaktami mógł załatwić wszystko, to zadowolenie go nie mogło należeć do prostych zadań.
Na całe szczęście Stanley lubił wyzwania.
Doskonale. Tom i Christine będą zadowoleni — a z jaką łatwością przychodziło mu kłamanie! — Mhyhm. To może lepiej. Włosi są bardzo nadpobudliwi i podobno są maminsynkami. Spaghetti pewnie też wymawia się z jakimś akcentem, a to wrażliwy naród. Szkoda tracić czas — machnął obojętnie ręką, nie patrząc nawet na Finleya, zupełnie n i e ś w i a d o m y, że właśnie niezwykle się starał, aby odwrócić Fina od pomysłu randki z włoskim nie-wędkarzem. Zagwizdał krótko i cicho na wzmiankę o Marku i Dianie. — Wróżę powodzenie i ołtarz za trzy miesiące — dodał nisko, z rozbawieniem, zaskoczony jednak patrząc na Rosewooda, gdy go zatrzymał i złapał za przedramię.
To samo, które wcale niespecjalnie n a p i ą ł pod uściskiem drugiej dłoni i uniósł brew, obserwując zmieniającą się mimikę twarzy Fina.
Zanim jednak pomyślał o błyskotliwym komentarzu, uraczył go widok kołysania biodrami i cholernie zgrabnego tyłka w tych obłędnych spodniach. Stanley na chwilę zapomniał o zwracaniu uwagi na otoczenie, gdy patrzył się na jędrne pośladki, doskonale podkreślone materiałem. Z ogromną chęcią złapałby za ten tyłek, dał mu klapsa, a może nawet całował i—
Hm? — rzucił, zadzierając głowę, nagle w pełni świadomy, że został przyłapany. Uśmiechnął się tylko u r o c z o, bez krzty skruchy i przejął bez pytania ubrania od Fina, marszcząc nos. — Tak. Ach, z Tomem. Nie — odparł, nie dodając do tego większego komentarza. Rozejrzał się za to po butiku, udając zainteresowanego przez dobre trzydzieści sekund, nim nie wrócił spojrzeniem znowu do Fina. — Muszę to wszystko przymierzać? — skrzywił się, a potem zupełnie niemęsko burknął pod nosem, wlecząc nogami za Finem, który szukał kolejnych elementów garderoby. Dawson bardzo umyślnie trzymał się trochę z tyłu, aby co jakiś czas zerkać na ten cholerny, kuszący tyłek, a przy okazji nie pchać się między wieszaki ze stertą ubrań.
Najgorszy koszmar zaczął się jednak w przymierzalni, gdy Rosewood oczekiwał, że Stan pokaże mu się w k a ż d e j jednej koszulce polo i doskonale pamiętał każdą, którą wybrał.
Problem pojawił się gdzieś przy trzeciej, gdy Stanley zamaszyście odsunął zasłonę i uniósł brew, stając przed cherubinkiem w zdecydowanie zbyt obcisłym polo. Rękawy doskonale wbijały się w jego wielkie bicepsy, podkreślając je, podobnie jak rozbudowane, męskie piersi i nieco węższą talię. Koszulka kończyła się gdzieś na linią spodni, odkrywając kawałek brzucha i tuszu, od jednego z wielu tatuaży.
Mam wrażenie, że jak się napnę, to ten materiał pęknie — wywrócił oczami, patrząc na Fina wzrokiem b ł a g a j ą c y m o litość. — Nie może być tamta zielona?
Och, to był dopiero początek, a on już miał dość.

Finley Rosewood
lawina
mickiewiczowania nie trawię
33 y/o
For good luck!
170 cm
Właściciel biura matrymonialnego Love Atelier
Awatar użytkownika
Be romantic and dirty with me.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Można było się spierać, czy parsknięcie Finleya było seksowne, czy może bardziej przypominało jakiś dziwny atak astmy; dziecinne komentarze Dawsona posiadały w sobie urok, na który niewątpliwie leciał Rosewood, rozbawiony jak w pierwszym rzędzie na kabaretowym występie. Poczucie humoru Stanley'a nie było górnolotne – powiedzmy sobie szczerze – ale było zawsze w punkt, będąc sytuacyjnie mistrzowskie.
Przynajmniej w głowie Finleya, który – przypomnijmy – miał poczucie humoru na poziomie krawężnika.
W przypadku ubrań szukamy czegoś, dzięki czemu nie zamkną Pana za ekshibicjonizm — powiedział, zaciskając wargi, by nie poczęstować mężczyzny wesołym i figlarnym uśmiechem — Ma pan d o s k o n a ł y brzuch — zapewnił, uparcie wpatrując się przed siebie, by ponownie nie przesunąć spojrzeniem po nienagannej i niestety ubranej sylwetce Dawsona.
Koniec tematu. Koniec dyskusji o twardych mięśniach jego brzucha. Koniec myślenia o jakiejkolwiek części jego ciała, która domagała się przez właściciela komplementów i atencji. Domagała się tego w sposób, któremu Finley coraz rzadziej miał ochotę się opierać.
Rosewood nie zastanawiał się długo; wbrew wszystkiemu, Finleya można było zadowolić w bardzo prosty sposób. Nie wymagał gwiazdki z nieba (chociaż lubił markowe torebki i okulary), a jego wybrzydzanie w gruncie rzeczy nie odnosiło się nigdy do statusu materialnego drugiej osoby. Uważał, w tej swojej romantycznej głowie o rozwiniętej i bujnej wyobraźni, że wystarczyło c h c i e ć, a nie mieć.
Obiad we własnym domu — powiedział, przyglądając się mijanym sklepom — wspólne gotowanie. Spalenie kuchenki. Zamówienie chińszczyzny gdzieś między obściskiwaniem się, a głośnym śmiechem. Otworzenie dostawcy w samej bieliźnie i zjedzenie zamówionego obiadu zimnego — na jego wargach pojawił się subtelny uśmiech. Nie brzmiało to luksusowo. Nie brzmiało to nawet jak coś, nad czym szczególnie długo należałoby gdybać.
Zerknął na Dawsona i wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: wybacz, że Cię rozczarowałem.
Ludzie pragną pięknych rzeczy i jeszcze piękniejszych miejsc. Drogich, błyszczących i niedostępnych. Chcą zrobić dobre wrażenie i obracać się na odpowiednim poziomie, przez co stosunkowo często wydają się atrakcyjniejsi niż w rzeczywistości. Dlatego najczęściej właśnie tym się zajmuję: Rezerwacjami stolików na ostatnich piętrach wieżowców, lotami balonem albo wyścigami konnymi — mruknął, robiąc wymowną pauzę — ale prawda jest taka, że jeśli spotkasz odpowiednią osobę, nawet najbardziej banalne randki będą tymi najważniejszymi.
Tak sądził. I przez moment poczuł się nawet odrobinę zawstydzony tym przejawem szczerości.
Może Fin nie miał nikogo na stałe, ponieważ nikt nie chciał jeść z nim spalonych omletów?
Przepuszczając Dawsona w drzwiach, ponownie zatrzymał wzrok na jego twarzy, obdarzając go wymownym grymasem.
Na całe szczęście, do pewnych aktywności nie jest mi potrzebny odpowiedni akcent. A jeśli odpowiednio dobrze zademonstruję swój język francuski, strata czasu nie będzie tak uciążliwa — zauważył niewinnie.
Gdyby Dawson nie płacił mu za to spotkanie, mógłby pomysleć, że jego komentarz był prymitywnym sposobem na zniechęcenie go do tinderowej randki.
Ale byłoby to głupotą, w końcu przyszli tu w jednym celu: by ubrać Stanley'a na randkę z T O M E M.
Pomiędzy ogromem markowych ubrań, Fin czuł się jak u siebie; nucąc lecącą w tle piosenkę, z gracją arystokraty wybierał wszystko co wpadło mu w oko, nie martwiąc się wewnętrznym przerażeniem swojego towarzysza. Raz czy dwa zakołysał biodrami w rytm muzyki i płynnie obrócił się, by wręczyć wszystko Stanley'owi.
I tym samym przyłapując go na nie tak dyskretnym analizowaniu jego jędrnego tyłka.
Uchwycił jego spojrzenie i uniósł pytająco brew, ale orzechowe tęczówki rozbłysły w krótkiej aprobacie. Albo przyjemności; wzrok Dawsona oblepiał jego uda i pośladki znacznie dotkliwiej niż robiłyby to niejedne dłonie.
Tak? — powtórzył po nim z rozbawieniem, a potem westchnął, kiedy t a k, zamieniło się w nie za sprawą niszczyciela dobrej zabawy Toma — w porządku. Więc grzecznie — mruknął bardziej do siebie niż do Dawsona, a na jękliwe pytanie wskazał tylko pewnie przymierzalnie.
Tak. Wszystko. Co do jednej, wytwarzanej w Bangladeszu koszulki.
Oparł się o ścianę, obserwując gramolącego się w ciasnej przymierzalni Stanley'a. Dziesięć koszulek to przecież nie tak źle – Rosewood i tak był łaskawy, omijając dział z lnianymi ubraniami (w których Stanley wyglądałby perfekcyjnie. Wybacz, Tom).
Dużo cmokał, kiedy Stan raz za razem odsłaniał materiał kotary. Kręcił głowa, mruczał z niezadowoleniem. Nie, nie, nie. Bawił go za to wyraz twarzy Dawsona, coraz bardziej błagalny i rozkosznie smutny.
Na ten moment miał dwa typy, ale zanim zdążył podzielić się swoją opinią, Dawson zaprezentował mu...Chryste.
Finley głupio otworzył usta, lustrując Stanleya od góry do dołu w koszulce tak ciasnej, że musiała odcinać mu odpowiedni przepływ krwi. Nie przeszkadzało mu to, póki każdy mięsień i każde załamanie odbijało się na materiale, a ciało Finleya zareagowało na ten widok jak merdający ogonem pies. Jeszcze wspomnienie napiętego bicepsa i twardej skóry nie zdążyło zniknąć, jak jego głowę wypełniły nowe obrazy, chęci, pragnienia...Bardzo dużo rzeczy, przez które milczał dłużej niż powinien.
Odchrząknął, odsuwając się od ściany i zmniejszając dzielący ich dystans.
Rozerwanie koszuli na pewno zrobiłoby wrażenie — powiedział wolno, przechylając głowę. Nie widział żadnych wad. Żadnych. Ani jednej.
Całkiem naturalnie dosięgnął dłonią do kończącego się przy spodniach materiału i uchwycił go palcami; opuszki musnęły fragment skóry, kiedy badał ekstremalny brak jakiegokolwiek luzu.
Tak. Jest fatalna — przyznał, podnosząc spojrzenie na oczy Stanley'a, poprawiając tym razem jego opięty rękaw. Trochę dotykając. Trochę muskając.
Naprawdę bardzo mocno powstrzymując się, by nie wsunąć palców pod ten markowy koszmarek. Był na tyle blisko, że Dawson mógł wyczuć jego perfumy, wypełniające resztki wolnej przestrzeni.
Zostaniemy przy zielonej — zgodził się, bezpardonowo opierając palce na sprzączce od paska mężczyzny. Kolejne mruknięcie brzmiało dwojako, ale Stanley bardzo szybko mógł się przekonać, że mruknięciu bliżej było do zastanowienia, niż reakcji na ich bliskość, kiedy jednym, sprawnym ruchem, Finley wysunął jego pasek ze szlufek.
Wymienimy pasek, mam kilka upatrzonych. Przyniosę też spodnie. Wierzę, że uwolni się Pan z tej koszulki, czy zawołać kogoś z obsługi?

stanley dawson
weź, nie pytaj
try me
40 y/o
For good luck!
187 cm
prezes zarządu ironcrest development
Awatar użytkownika
I could let it go, but I'm not a quitter.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chciwość na komplementy nie była u Stanleya niczym nowym; mężczyzna od zawsze uwielbiał słuchać o tym, jak p r z y s t o j n y był, jak mądry, jakie doskonałe miał mięśnie, fajne tatuaże, niebanalne poczucie humoru i generalnie wszystko, bo każdy, kto go znał doskonale wiedział, że był świetną partią. Dziesięć na dziesięć, zajebistość poza skalą. Tym razem jednak liczyło się coś jeszcze innego — Dawson zwracał szczególną uwagę na komplementy wypowiadane z ust Finleya, jakoby zależało mu nieco bardziej na podobaniu się konkretnie temu facetowi. Niezwykle chciał być dla niego odpowiednią partią, chociaż przecież nie robił nic, aby jakkolwiek mu to zakomunikować — oprócz bezpośredniego, niemal nastoletniego flirtu gówniarza — więc może zdawał sobie z tego sprawę zaledwie podświadomie.
Nie było to znowu takie niemożliwe.
Dlatego też posłał mu wesoły, figlarny uśmiech na komplement dotyczący własnego brzucha, a następnie mruknął cicho z podziwem i swego rodzaju rozmarzeniem, gdy Rosewood opowiedział mu o swojej wymarzonej randce. Stanowi podobało się jego wyobrażenie z w y c z a j n o ś c i, czegoś prozaicznego i typowego. Było w tych opowieściach mnóstwo ciepła i domostwa, które rozkosznie go rozpieszczało. Dawson, z uwagi na sporą sumę zebraną na swoim koncie bankowym, często trafiał na ludzi w y m a g a j ą c y c h luksusu. I to nie tak, że był sknerą, której szkoda było pieniędzy na pierścionkami z brylantami. Skądże, wręcz przeciwnie! Uważał jednak, że fakt, iż było go na nie stać nie świadczył o tym, że musiał nimi obdarowywać ukochaną osobę ciągle. Wolał, aby było to w pewien sposób wyjątkowe. Finley zdawał się także to rozumieć.
Nie ma nic luksusowego w wyścigach konnych, ani w meczu hokeja — odpowiedział, łapiąc aluzję i wygodnie podejmując temat. — chyba, że ceny piwa w tamtejszych barach. Nie chodzi mi o coś wow, wiesz? Nienawidzę koni, a hokej mnie denerwuje — przyznał wesoło i bez ogródek, wlekąc się za Finleyem po sklepie jak cień. — ale uważam, że nie ma lepszych miejsc i okoliczności do p r a w d z i e g o poznania człowieka, niż podczas wychodzenia ze strefy komfortu. No wiesz, to jak wtedy, gdy chce ci się rzygać od muzyki country, ale jedziesz na festiwal, bo wiesz, że z towarzystwem będziesz się bawić lepiej, niż na tym techno — wzruszył obojętnie ramionami, od niechcenia przesuwając palcami po pierwszym, lepszym materiale jakiejś koszuli. — Chcę zobaczyć, jak będą się zachowywać Tom i Christine w nieznanym i nietypowym sobie środowisku. Nie jestem snobem — urwał, ale za chwilę się uśmiechnął, aby nawiązać kontakt wzrokowy z Rosewoodem. — Nie tak dużym, jak myślisz.
Wzmiankę o demonstracji języka francuskiego przy W ł o c h u Stanley pozostawił bez komentarza — chyba, że zaliczyć do niego krótkie burknięcie — i później był już w pełni skupiony na zgrabnych pośladkach. Do momentu, do którego nie został paskudnie przyłapany i zaledwie się uroczo nie uśmiechnął, a potem, posłusznie, acz nie bez marudzenia, nie poszedł przymierzać każdego wybranego wdzianka.
Kiedy Dawson przeżywał k a t u s z e, Finley najprawdopodobniej udawał, że jest bohaterem Diabeł ubiera się u Prady i bawił się doskonale. Za każdym razem, gdy Stan widział i słyszał kolejne cmokanie, kręcenie głowy i wywracanie oczami, sam wzdychał potwornym zmęczeniem i znikał za kotarą, dochodząc jednak do wniosku, że było to całkiem u r o c z e i Finley może by się sprawdził jako jego prywatny stylista.
Nie spuszczał z niego spojrzenia nawet na krótki moment, dlatego też doskonale widział zmieniające się emocje, błądzące spojrzenie i te uchylone usta. Brew Dawsona nadal pozostawała w górze, bo tak obcisła koszulka była nawet n i e w y g o d n a, ale Finley mógł jeszcze chwilę nacieszyć się widokiem.
Rozbieranie się na pierwszej randce to podobno nie po dżentelmeńsku. Też tak myślisz? — mruknął, przelotnie zerkając na dłoń Finleya, ale ponownie zainteresowały go jego oczy, w które wlepił spojrzenie. Im bliżej niego był Rosewood, tym bardziej umysł biznesmena zamieniał się w bliżej nieokreśloną mamałygę. Nos zaswędział go od intensywnych, pięknych perfum Fina, a dotyk ciepłej dłoni ponownie rozbudził wyobraźnie. Nie przeszkadzało mu to badanie jego skóry. Wręcz przeciwnie, całkiem pasowała mu ich bliskość, choć wolałby jeszcze zmniejszyć odległość, a gdy Fin nagle pozbył się jego paska, Dawson niepostrzeżenie wciągnął do płuc powietrze.
Ponownie pomyślał o dmuchaniu. I o jędrnym tyłku w tych piekielnych spodniach.
Myślę, że… — zaczął powoli, robiąc jeszcze jeden krok w przód, dzięki któremu mógł zbliżyć się do Fina. Sięgnął ręką za jego sylwetkę, aby szybkim ruchem zasunąć za ich dwójką zasłonę i odcinając dostęp oczu trzecich, pochylił lekko głowę, puszczając zasłonę. Wystarczająco naruszał przestrzeń osobistą Fina, ale nie przejął się tym, gdzieś m i m o c h o d e m muskając palcami jego biodro. — ty mi możesz pomóc, skoro tak dobrze sobie poradziłeś z paskiem. Bardzo mnie to opina — westchnął teatralnie, podejmując tę niebezpieczną i dwojaką grę, a gdy podniósł ręce do góry w celu pozbycia się koszulki, otarł się przez p r z y p a d e k o Fina i nie chcąc pozwolić, aby Rosewood stracił równowagę, złapał go szybko, przyciągając do swojego ciała.
Pozwalając, aby oparł się o odkryty, twardy brzuch biznesmena i poczuł dłoń na swoim pośladku, która miała być niedżentelmeńskim przypadkiem, a któremu to Dawson zaprzeczył, gdy już tak nieprzypadkiem ścisnął go, doskonale czując jędrność i idealną wielkość między palcami.
Och, mógłby kraść dla tego tyłka.
Cholera jasna, przepraszam, ciasne te przymierzalnie jak nie wiem — aktorstwo na najwyższym poziomie, gdy pospiesznie sapnął, zabierając dłoń — zdecydowanie za szybko, jak na własne gusta, ale wolał nie ryzykować ewentualnym strzałem w pysk, jeśli coś źle odczytywał — i ponownie próbując podjąć zmagania z koszulką. — Mógłbyś? — zerknął na niego z błyszczącym uśmiechem, udając, że atmosfera wokół wcale go nie zaczęła d u s i ć.

Finley Rosewood
lawina
mickiewiczowania nie trawię
33 y/o
For good luck!
170 cm
Właściciel biura matrymonialnego Love Atelier
Awatar użytkownika
Be romantic and dirty with me.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Finley bardzo doceniał fakt, że oprócz poczucia humoru i dobrego wyglądu, Dawson miał do zaoferowania też całkiem sensowna rozmowę. Rosewood podejrzewał, że te szerokie, czarujące uśmiechy i wesołe przytyki były pewnego rodzaju murem za którym próbował ukryć się Stanley. Finley natomiast nie takie mury pokonywał, a dostrzegając drobną lukę i sens znacznie większy niż bezsens wymienianych między sobą spojrzeń (nieodpowiednich i absolutnie nie na miejscu, prawda?), skorzystał z niej płynnie, chcąc dowiedzieć się w i ę c e j.
Bo wiedza w jego zawodzie była istotna.
Bo potrzebował zająć głowę czymś innym, niż trzymanie bezpiecznego dystansu, który uchroni go od zapachu drogich perfum i przed przypadkowym dotykiem, gdyby – Boże, uchroń – niechcący otarli się o siebie w zatłoczonej galerii.
Finley obrzucił Dawsona krótkim spojrzeniem, zapowietrzając się dokładnie jak osoba, która poświeciła kilka godzin na szukanie biletów na mecz hokeja dla kogoś kto nawet tego sportu nie lubił. Wydawał się oburzony, ponieważ wyjaśnienia w żaden sposób do niego nie przemawiały i poirytowany perspektywą dwóch randek katastrof, do których właśnie mieli się przygotować jak na powitanie króla Anglii. Poirytowanie jednak nie brało się z samej p o r a ż k i, którą zwiastował Tomowi i Christine, a raczej z faktu, że malutka (maluteńka) część Finleya poczuła coś w rodzaju satysfakcji i z a d o w o l e n i a, mimo tego, że próbował żyć zasadą: nie czyń bliźniemu co Tobie niemiłe.
Nie uważasz, że zmuszanie kogokolwiek do wyjścia ze swojej strefy komfortu to naprawdę słaby grunt pod jakąkolwiek relację? — zasugerował, unosząc wymownie brew. Nie zgadzał się z Dawsonem, co nie znaczyło, że nie dostrzegał pewnej logiki w jego taktyce znalezienia odpowiedniego partnera — nie mówiąc już o tym, że to...Nie w porządku. Utrudniasz mi pracę — mruknął — w tym przypadku ani Ty, ani oni nie będziecie bawić się dobrze, skoro nie lubisz koni, a Christine będzie marszczyć nos i uśmiechać się jak kukła, żeby tylko zrobić na Tobie dobre wrażenie — przewrócił oczami i westchnął, podnosząc dłoń, by docisnąć palcami nasadę nosa. Lepiej tak – był bliski wbicia pięści w tą uśmiechniętą, przystojną twarz.
Zastanawiał się, czy to nie jakiś społeczny eksperyment; nie, żeby podupadł na wierze we własne umiejętności, ale Dawson rzeczywiście nie ułatwiał mu pracy i spora suma pieniędzy na koncie wcale tego nie rekompensowała. Jak znaleźć kogoś komuś, kto robił wszystko by nie znaleźć nikogo?
Może to był powód przez który Dawson nadal był s a m.
Pierdolone dziwactwo, które nie powinno, a jednak trochę kręciło Finley'a.
Rosewood nie był agresywny, ale potrafił być, delikatnie mówiąc, złośliwy. Jak wtedy, gdy kazał przymierzać mu tuzin ubrań. Albo wtedy, gdy grymasił nawet, jeśli dana koszula wyglądała względnie dobrze. I wszystko z tym uroczym uśmiechem, więc trudno było się złościć.
Złapał się na tym, że ubierał go dla siebie, a nie dla Toma; kierował się własnym gustem, a nie możliwym zadowoleniem kogoś, kto będzie odliczał czas do zakończenia głośnej randki, modląc się o to, by nie zostać oblany piwem lub sosem z hot-doga.
I właściwie...Finley bawił się bardzo dobrze.
Jeszcze lepiej, gdy twarde muskuły zaślepiły go na tyle, by wejść w ciasną przestrzeń przebieralni tylko po to, by wmówić sobie, kosmosowi i Dawson'owi, że wtykanie palców pod za ciasny materiał było k o n i e c z n e i wpisywało się na listę rzeczy istotnych w kwestii dobrania stroju. Był prostym mężczyzną, umówmy się: widział idealne ciało, to chciał je polizać i zaklepać zbadać. Czysto estetycznie, jak posąg w muzeum.
Podniósł spojrzenie, wyłapując wzrok Stana. Miał wrażenie, że niewiele brakowało, by jego oddech połaskotał opaloną szyję i jeszcze mniej, by jego klient poczuł jak serce kilka razy zadudniło w jego piersi jak merdający ogonem pies.
Rozbieranie się na pierwszej randce zależy od okoliczności. Nie widzę w tym nic złego, jeśli między dwoma osobami pojawia się napięcie — odpowiedział — Poza tym to kwestia otwartości i podejścia do nagości, jeśli dwoje dorosłych ludzi...— zaczął mówić. Mówić bardzo dużo, zamierając gdy mężczyzna pochylił się, jednym, stanowczym gestem odgradzając ich zasłoną. Przylgnął do twardego torsu, nadal trzymając w ręku pasek, bliski tego by się na nim powiesić, jeśli spędzi tu kolejną minutę, czując jak jego ciało reaguje na każdy przejaw bliskości.
Opina — powtórzył. Trudno było powiedzieć co kogo opina, kiedy Finley był prawie pewny, że aktualnie nawet uśmiech Stanley'a sprawiłby, że zrobiłby się twardy jak nastolatek, któremu buzują hormony — radzę sobie dobrze z wieloma rzeczami — dodał cicho, przesuwając spojrzeniem po rozciągniętym ciele; koszulka uniosła się, odsłaniając brzuch i kilka tatuaży, a Finley musiał bardzo mocno skupić się na tym, by nie dotknąć żadnego z nich. Złapał więc za skraj, ale zanim zdążył unieść ją wyżej, Dawson poruszył się, ocierając o jego ciało, a Finley zachwiał się, próbując nie podeptać rzuconych na ziemię ubrań. Fala ciepła oblepiła jego skórę, a spomiędzy warg wydobyło się niskie, ciche sapnięcie. Nie było już przestrzeni między ich ciałami, a co gorsza, dłoń na pośladku nie wywołała oburzenia tylko odruchowe, krótkie jęknięcie, po którym policzki Finley'a zabarwiły się na czerwono.
Ścisnął go. A on przylgnął do niego jeszcze bardziej, z dłonią na tym zdumiewającym torsie, ciepłym oddechem na szyi i rozkoszną nicością w głowie.
Tak, tak — wymamrotał, próbując się wyprostować, udając, że nic się nie stało, w końcu to p r z y p a d e k, a on całkowicie przypadkowo o mało co nie złapałby jego dłoni, by znowu położyć ją na swoim pośladku. Odchrząknął, chcąc ukryć zażenowanie (albo zbyt wielkie zadowolenie), wbijając wzrok w środek jego klatki piersiowej.
Ok, to tylko bardzo dużo niespodziewanego dotyku. W małej przymierzalni. Nie ma sensu robić z tego afery.
Ale skóra Finley'a nadal parzyła na pośladku i biodrze. Nadal była chętna.
Zdejmijmy to z Ciebie — mruknął, podciągając materiał koszulki, by zsunąć ją z ciała Stanley'a. Samo pozbycie się koszulki nie było tak trudne; Finley wspiął się na palce, by zdjąć ją całkowicie, znowu dotykając twardego brzucha mężczyzny. Zamaszysty ruch znowu nim zachwiał, powodując jeszcze większy chaos; potykając się o ubrania na dole, naparł na drugie ciało z impetem, dociskając plecy Dawsona do ściany, widowiskowo depcząc mu po butach, kiedy próbował zachować równowagę. Dłoń Finley'a znalazła się na nagim brzuchu, a wargi omal nie docisnęły się do jego obojczyków, zamiast tego owiewając je gorącym, urywanym oddechem. Noga wcisnęła się między uda Stanley'a, dłonie były wszędzie, a Rosewood nie wiedział już czyje należą do kogo, bo czuł je na talii i biodrach, na plecach i tyłku, kiedy jego własne próbowały znaleźć punkt zaczepienia, sunąc po nagim torsie.
Przekleństwo, które wypłynęło z ust Finley'a brzmiało zaskakująco słodko jak na sytuację, w której się znaleźli.
Przepraszam — zszedł szybko z jego stóp, podrywając głowę, by spojrzeć na twarz Dawsona...A potem parsknął niepohamowanym śmiechem, czując jak do kącików oczu napływają mu łzy. Śmiał się tak bardzo, że z trudem złapał oddech i dopiero odchrząknięcie – kobiece, zdecydowanie nie należące ani do niego, ani do Stanley'a – sprawiło, że zakrył usta dłonią.
Czy wszystko w porządku? — spytała ekspedientka, a Finley zachichotał, bo otóż nie, nic nie było w porządku i jednocześnie wszystko było bardzo w p o r z ą d k u.
Tak. Mamy tylko mały problem z rozbieraniem — powiedział. Ciemny oczy błyszczały wesoło, kiedy przeniósł je na opalony tors, a potem ponownie wrócił do oczu Dawsona.
Zielona. Przyniosę pasek. Spodnie...Spodnie zostają — poinformował — nie będziemy ich teraz z d e j m o w a ć — odetchnął, cofając się o krok i przeczesując palcami swoje włosy — jesteś...Niemożliwy — burknął, rzucając w niego koszulką i gwałtownie rozsuwając zasłonę.
Ekspedientka spojrzała na jednego i drugiego z wymownym uśmiechem.
Czy życzą sobie panowie by zapakować ubrania? Podczas gdy Pana partner się ubiera, mogę pokazać najnowszą kolekcję...
To NIE JEST mój partner — poprawił ją szybko — znaczy...Nie jest, ale jesteśmy razem. TUTAJ. Razem robimy zakupy — wymamrotał, gromiąc Dawsona wściekłym spojrzeniem jakby wszystko było jego winą.
Naturalnie — kobieta uśmiechnęła się z politowaniem.
N A T U R A L N I E — powtórzył po niej z przekąsem Finley, oddalając się szybkim krokiem po pieprzony pasek.

stanley dawson
weź, nie pytaj
try me
40 y/o
For good luck!
187 cm
prezes zarządu ironcrest development
Awatar użytkownika
I could let it go, but I'm not a quitter.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nagła złość i p o i r y t o w a n i e Finleya były tak kurewsko urocze, że Dawson błyskawicznie doszedł do wniosku, że zdecydowanie powinien denerwować go częściej. Z rozczuleniem przyglądał się, jak mężczyzna mrugał kilkakrotnie — z jawnym niedowierzaniem — cmokał, chuchał i wywracał oczami — i tylko potwierdzało to jego tezę, że ekspresyjność Rosewooda była zaraźliwa i Stanley mógłby przyglądać się jej codziennie. Żałował teraz, że podczas ich ostatniej rozmowy telefonicznej nie mieli włączonych kamerek, bo podejrzewał, że Fin musiał robić doskonałe miny, kiedy opowiadał o tych serialach, swoich nieudanych randkach i wszystkim innym.
W odpowiedzi na jego jakże s ł u s z n y wniosek, zaledwie uśmiechnął się niewinnie, jak ktoś, kto przecież wcale nie rozbił tego wazonu i pokręcił głową.
Nie, nie uważami chuj, koniec tematu. — preferuję poznawanie ludzi od złych stron od razu, zamiast nasuwać na nos różowe okulary i potem spotykać się z betonem. Daj spokój. To nie chodzi o to, żeby świetnie się bawić w miejscu, które znamy i lubimy — wywrócił oczami tym razem s a m, jakby głosił najprawdziwszą prawdę. — bo to sztuczne i mi się nie podoba. Chodzi o to, aby w absolutnej nudzie odnaleźć ciekawe elementy dzięki swojemu wzajemnemu towarzystwu — skwitował, zwilżając usta i zaraz roześmiał się ponownie, słysząc wzmiankę o utrudnianiu sobie pracy i uśmiechu jak kukła. Jeśli tak miało być, to mogli być wówczas pewni, że nic poważnego by z tego nie było, bo Dawson cenił sobie prawdziwość. — Powinienem ci dopłacić za te trudy współpracy ze mną? — zachichotał, po czym skorzystał z krótkiego momentu zatrzymania się między szaleńczymi zakupami, aby pochylić się nad Finem od tyłu. Różnica wzrostu także sporo mu ułatwiała, gdy ciepłym oddechem owiewał płatek jego ucha. — Zakupów też nie lubię, a z tobą bawię się dobrze — ot, prosty przykład, który doskonale powinien Finleyowi zobrazować cały clue.
Bo, owszem — Stanley był zmęczony, nie chciało mu się przymierzać sterty ubrań i wolałby spożytkować ten czas nieco inaczej, ale towarzystwo Rosewooda, jego charakter i usposobienie sprawiało, że czuł się n i e ź l e. Czerpał przyjemność z czasu spędzonego w środku galerii handlowej nawet, jeśli nie należał do szczególnych fanów tego typu aktywności. I była to kwestia tylko i wyłącznie jego, bo gdyby przyszedł tutaj chociażby z… ze swoim najlepszym kumplem, to zwyzywałby go od kutasów i poszedł na burgera.
Zamiast tego, prężył muskuły przed Finleyem, zarazem m a r z ą c o dotknięciu jego tyłka. I to, co z początku miało być zaledwie ukartowaną sytuacją, błyskawicznie zmieniło się w falę rozmaitych sytuacji, gdzie jedna była gorsza od drugiej. Bo Dawson zignorował wypowiedź młodszego mężczyzny, zajmując się próbą pozbycia się koszulki, dotykania jego krągłego tyłka i patrzeniu w błyszczące, niemal zupełnie pozbawione myśli, oczy. Bystrość prezesa pozwoliła mu błyskawicznie odkryć, jak ł a t w o Finley zupełnie zapominał o wszelakich okolicznościach, jeśli tylko miał na swoim ciele inne dłonie. I pech chciał, że cholernie lubił to u swoich partnerów — k o c h a ł, gdy dotykiem mógł odbierać im zdolność myślenia, uzależniać od siebie i rozpieszczać. Mimo, że cała ich wspólna sytuacja nie była zbyt d ł u g a, tak Dawson doskonale wyczuł, jak jędrny i umięśniony tyłek ma jego swatka, a także jak chętnie dotknąłby go bez żadnych, dodatkowych wartw.
A później? Wszystko działo się już błyskawicznie. Zauważył moment, w którym Fin stanął na jego stopach i głośno syknął na jawne podeptanie, zanim nie złapał go mocno za biodra, by pomóc mu utrzymać równowagę; wcisnął nos w pachnące, burzliwe fale na jego głowie, zaciągając się zapachem drogiego szamponu i och kurwa, niemal się uzależnił; zbyt gwałtownym ruchem obniżył na jego talii kraniec jeansów, lada moment znowu łapiąc go za tyłek. Tym razem pełnoprawnie, dwoma dłońmi, od dołu, zaciskając palce i mógłby go nawet tak unieść, zmusić do wskoczenia do siebie, skoro i tak był przyparty do ściany, a dłonie Finleya były na jego nagim torsie i—
Zamrugał, rozchylając nieświadomie usta i przyjrzał się mężczyźnie. Diabelsko świadomy, że właśnie o b y d w o j e bez ceregieli obmacali się w ciasnej przymierzalni, bawiąc się durnymi pretekstami, jak na dwójkę nastolatków by pasowało, a nie dorosłych facetów. I nie mógł się nie śmiać, kiedy to Fin zaczął, dodatkowo niemal się krztusząc, a Stan po prostu mu zawtórował, kręcąc głową na boki i pozwalając, aby gardłowy dźwięk uciekał mu z piersi.
W jak najlepszym! — odezwał się w tym samym momencie, w którym Finley, zabierając n i e c h ę t n i e dłonie z jego ciała i uśmiechnął się szeroko, kiwając głową ze zrozumieniem. — Mhm, jasne, szefie. Zielona i spodnie zostają — prychnął, nadal rozbawiony, a lada moment złapał koszulkę, puszczając mu oczko w odpowiedzi na ten jawny komplement.
Owszem, był niemożliwy, ale właśnie to była jego ogromna zaleta.
Proszę się nie przejmować, mój chłopiec bywa wstydliwy. Tak, proszę o zapakowanie tych dwóch koszulek i… czegokolwiek, co wybierze jeszcze Fin — machnął ręką z uśmiechem, upewniając się, że do Rosewooda dotrze jeszcze określenie m ó j c h ł o p i e c, nim znowu nie zasunął gwałtownie zasłony. Ekspedientka zabrała wskazane ubrania — zieloną i tą diabelnie ciasną — a Stan ubrał się w spokoju, nim nie wyszedł, spotykając się z Finem przy kasie i podziękował kobiecie z uroczym uśmiechem za jej wsparcie.
Odetchnął, gdy opuścili sklep.
Dobrze. To co, kawa? Ja stawiam. Nie będę się od razu wbijał w żadne spodnie na konie, czy cokolwiek planujesz — ostrzegł, kiwając głową na najbliższą kawiarnię po lewej stronie. — I później obiad. Za te wszystkie trudy, które muszę tu znosić — zadecydował, idąc tuż obok Fina do kawiarni, w której zamierzał wziąć dla niego słodką kawę i ciastko, a dla siebie zapewne znowu czarny napar i może… chyba mieli brownie. A Stanley bardzo lubił brownie. I to z malinami, acz zaświeciły mu się oczy.

Finley Rosewood
lawina
mickiewiczowania nie trawię
33 y/o
For good luck!
170 cm
Właściciel biura matrymonialnego Love Atelier
Awatar użytkownika
Be romantic and dirty with me.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Stanley działał na niego w sposób, którego Finley nie potrafił określić. Mocno, intensywnie, gwałtownie. Gdy się uśmiechał, Rosewood mógł tylko westchnąć w ten okropnie rozmarzony sposób, a gdy pochylał się tuż nad jego uchem, zamierał w o c z e k i w a n i u na więcej. Ekspresyjność Finley'a nie ułatwiała mu zachowania jakichkolwiek pozorów, a niechęć względem Toma rosła wprost proporcjonalnie do ilości znaczących i ciężkich spojrzeń, które rzucał mu Dawson, na które – z czystego profesjonalizmu i grzeczności, a także pamiętając, że T O M wpłacił na jego konto równie sporą sumę co Stanley – pozostawał zewnętrznie niewzruszony, wewnętrznie natomiast przechodząc coś w rodzaju stanu przedzawałowego i desperackiej ekscytacji w jednym.
Na świecie były miliony przystojnych facetów. Wolnych, dobrze zarabiających i zabawnych, ale na jego drodze musiał stanąć mężczyzna o najpiękniejszych oczach jakie kiedykolwiek widział, zniewalającym uśmiechu i bicepsach, które mogłyby rozłupywać pieprzone arbuzy. Dodatkowo taki, którego fundusze ciążyły w kieszeni Fina, co dodatkowo stawiało jego drobne zafascynowanie Dawsonem w nieciekawym i żenującym świetle.
Rosewooda trudno było zamknąć, a jednak Stanley'owi udawało się to za każdym razem, kiedy używał tego niskiego, mruczącego głosu by go zdekoncentrować. Za każdym, pieprzonym razem. I za każdym razem, Finley uśmiechał się w ten jeden, specyficzny sposób: dokładnie tak, jakby chciał by trwało to jeszcze dłużej.
Miliony facetów, a on wylądował w zbyt ciasnej przebieralni, tracąc równowagę i rozum, a potem jeszcze powietrze, kiedy kolejne fale rechotu targały jego ciałem w niewygodnej (ale przyjemnej) pozycji, czując wszystko: od twardych mięśni, napinających się w rozbawieniu, przez dłonie, sunące po jego bokach, trochę za lekko i zdecydowanie zbyt rozsądnie, aż po zapach perfum, od którego kręciło mu się w głowie i zapragnął pachnieć nim cały, od czubka głowy po opalone kostki stóp. Nie był pewien, czy jego twarz wyrażała bardziej wstyd, mało przyzwoite pożądanie czy frustrację, kiedy tą intymną chwilę przerwała pomocna ekspedientka, której jedynym celem było sprzedanie dodatkowej pary bokserek wystawionych przy ladzie i najwyraźniej całkowite skompromitowanie bardzo chętnego zaskoczonego całym incydentem Finley'a. Był boleśnie świadomy ciężkiego oddechu muskającego obojczyki i ramiona Dawsona, palców, które musnęły delikatnie jeden z tatuaży, pozwalając sobie na zbadanie równych konturów i spojrzenia, które o sekundę za długo zatrzymały się na pełnych i drżących wesołością wargach, których mógłby posmakować, gdyby tylko zdecydował się zmniejszyć ten okrutny dystans kilku marnych milimetrów.
Chryste, jego śmiech był równie podniecający jak myśl, że mogliby uprawiać seks na stercie tych modnych ubrań, dbając tylko o to, by całować się tak mocno i tak uparcie, by stłumić każdy, rozkoszny dźwięk...
Zrobił dodatkowe trzy kroki w tył, przerażony tą apetyczną niepoprawną wizją i zgromił Stanley'a ostrym wzrokiem, ponieważ wszystko było tylko i wyłącznie jego winą. Jego i zbyt ciasnej koszulki. Zamaszystym ruchem poprawił gęste włosy, ale nie zdążył zrobić trzech kolejnych kroków, gdy dotarły do niego słowa Stanley'a wypowiedziane do rozchichotanej kobiety.
Mój chłopiec.
Mój c h ł o p i e c.
M Ó J CHŁOPIEC.
Wstydliwy? Po jego trupie.
Jestem wstydliwy, ponieważ wykupił Pan pakiet "lubię dominować" — powiedział głośno, ignorując fakt, że kotara już dawno została zasunięta — na drugi raz możemy zamienić się rolami. Za odpowiednią cenę. No wie pan...ten Pakiet, który pana interesował dla samotnych: "przeżyj swój pierwszy raz w przebieralni" — zaszczebiotał, niewinnie trzepocząc rzęsami.
Ale tu nie można...— kobieta poczerwieniała, zerkając niepewnie na przebieralnię i na Finley'a.
Oczywiście, że nie można, K A R E N — mruknął mniej przyjemnie Finley, prychając tylko jak rozjuszony kot.
Cztery wiadomości do Lainey później, z dwoma dodatkowymi paskami i lekką satysfakcją na widok wstydliwie spuszczonego przez kasjerkę spojrzenia, Rosewood zastukał paznokciami w ladę, czekając aż Dawson wyciągnie swoją złotą kartę by sfinalizować zakup. Z ulgą opuścił sklep, mieląc na końcu języka pewne sprostowanie dotyczące chłopca oraz kąśliwą uwagę, że jeśli Stanley nadal będzie tak suszył zęby, to w końcu mu wylecą.
Zatrzymał się, spoglądając w kierunku wskazanej kawiarni, wewnętrznie marząc o mrożonej, słodkiej kawie i jeszcze słodszym deserze, który wywołał by tak wielkie mdłości, że skutecznie odciągnęłyby uwagę Finley'a od półnagiego ciała Dawsona.
Po pierwsze: owszem, jeśli powiem Ci, że idziemy przymierzać obcisłe spodnie na konie, to pójdziemy przymierzać obcisłe spodnie na konie. Za to mi płacisz — powiedział walecznie, wbijając w niego spojrzenie — a po drugie: pójdziemy na kawę, ponieważ należy mi się wynagrodzenie za trudne warunki pracy — wrócił do wcześniej rozpoczętego tematu i wcisnął mu w dłonie dwie torebki z eleganckim logiem sklepu — Jak zasłużysz, pójdziemy na obiad. Ale przysięgam — wycelował w niego palcem, zbliżając się — jeśli nie będziesz współpracował, zamienię to popołudnie w Twoje własne, osobiste piekło i każę Ci przymierzać skórzane ubrania na jakimś pojebanym dziale w Zarze — syknął. Urok Finley'a tkwił w tym, że nawet wściekły wyglądał cholernie seksownie.
Wypuścił powietrze, ostatni raz sunąc oceniającym wzrokiem po sylwetce Stanley'a i jak gdyby nigdy nic ruszył w stronę kawiarni na zasłużony odpoczynek.
Latte poziomkowe i szarlotkę, Panie Dawson. Zajmę stolik.
Jedyne wolne miejsce znajdowało się w samym rogu kawiarni. Finley wcisnął się na wygodne krzesełko przy ścianie i uniósł telefon, by przyjrzeć się swojej twarzy w jego ekranie. Policzki zdążył przybrać już swój naturalny kolor, a gdy przyłożył do jednego z nich wierzch dłoni, okazało się, że nie były już tak gorące. Dobrze. Nie mógł się rozpraszać, a skoro randka z Tomem i Christine mogły okazać się niewypałem (mogły, ale nie musiały), to należało pomyśleć nad planem B. I C. I pewnie, do kurwy nędzy, nawet w.
Uparcie ignorując wszystkie oznaki napięcia miedzy nimi, rzucane spojrzenia i dwuznaczności, przesuwał palcem po ekranie telefonu, przeszukując plik z imionami i nazwiskami kolejnych, potencjalnych o p c j i.
Ktoś inteligentny. Zabawny. Łatwo odnajdujący się w nowych sytuacjach. Przystojny lub ł a d n y. Lubiący wychodzić ze swojej strefy komfortu.
Okej, sprawa wygląda tak: w zależności od tego jak pójdą dwie pierwsze randki, zorganizuję trzecią z wybranym partnerem. Sam się tym zajmę, będzie bezpieczniej. Bazując oczywiście na waszych zainteresowaniach i charakterach — powiedział, wyczuwając ponowne pojawienie się Stanley'a. Zmarszczył brwi, wpatrując się w zrozumiały tylko dla siebie szereg liter, znaków i malutkich zdjęć — myślę też, że...O! Lody! — ucieszył się, widząc pokaźną porcję deseru, podsuniętą prosto pod nos. Cokolwiek myślał, nie miało zbyt wielkiego znaczenia, gdy wsunął sobie pierwszą łyżeczkę lodów do ust, zgarniając ją z wierzchu szarlotki.

stanley dawson
weź, nie pytaj
try me
40 y/o
For good luck!
187 cm
prezes zarządu ironcrest development
Awatar użytkownika
I could let it go, but I'm not a quitter.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Finley miał w sobie tą naturalną siłę p r z y c i ą g a n i a, która sprawiała, że prezes był w stanie bardzo szybko stracić dla niego głowę. Rozpoczęło się od tej pieprzonej koszuli we wzory serduszek, a skończyć miało się na ruganiu go przy ekspedientce, co miało się okazać cholernie seksowne. Czy Stanley czegokolwiek żałował? Absolutnie. Zupełnie nie przejmował go fakt, że jawnie utrudniał zadanie biednemu Rosewoodowi i pewnie usilnie próbował doprowadzić do katastrof randek. Gdyby one się udały, ich współpraca i kontakt trwałby znacznie krócej, a do tego Stan nie mógł przecież dopuścić.
Za dobrze bawił się w jego towarzystwie. Finley miał za dobry tyłek. Śmiał się z jego żartów. Rozjuszał się w momencie jak kociak i udobruchać można było go równie prosto, wystarczyło trochę cukru. Zupełnie rozpływał się w dłoniach Stana. Miał jeszcze tyle do odkrycia przy nim, że nawet nie krył się z tym sporym zainteresowaniem.
Zapewne, gdyby miał trochę więcej o l e j u w głowie, mógłby w tym momencie odmówić randek, przestać się bawić i to Finleya zaprosić na prawowite spotkanie, ale Stanley lubił zabawę. Podobała mu się ta gra w kotka i myszkę, w której póki co był na prowadzeniu. Zarazem, może tylko trochę chciał sprawdzić, jak długo Rosewood będzie w stanie z nim wytrzymać i jego zagrywkami. Napięcie i c h ę ć była ewidentna w powietrzu między nimi, więc Dawson chętnie z niej korzystał, mając nadzieję, że podobnych incydentów w ciasnych przymierzalniach będzie jeszcze więcej.
Z nikłym rozbawieniem, lekkim s z o k i e m, ale znacznie większym podziwem słuchał słów Finleya, wyściubiając tylko nos zza kotary, aby złapać z nim kontakt wzrokowy. Uniósł brew, a zaraz uśmiechnął się z tym wkurwiającym politowaniem, pozwalając mu jednak na zrobienie sceny.
Urocze. Doskonałe.
Zapamiętam. Wezmę też ten dla desperatów: “oddany mąż w kusych ciuchach” — mrugnął, wcale nie ułatwiając Finowi zajęcia. Mógłby się obrazić albo zawstydzić na jego słowa, ale Stan dużo bardziej wolał iść w przedstawioną przez niego narrację, zaraz znowu znikając w środku przymierzalni i śmiejąc się bezczelnie pod nosem na końcową wymianę zdań z ekspedientką. Czuł, że Finley będzie w stanie zaskoczyć go jeszcze w i e l o m a rzeczami i wcale się nie przeliczył, bo kiedy opuścili sklep, spojrzał na mężczyznę, pozwalając się okrzyczeć tak po prostu.
W środku centrum handlowego.
Wśród spojrzeń obcych ludzi.
A mimo to — Stanley stał wpatrzony w niższego jak w pieprzony o b r a z e k, nie potrafiąc zapanować nad uniesieniem do góry kącików ust. Chociaż lubił dominować — jak wskazał już Rosewood — tak równie mocno lubił, gdy druga osoba potrafiła mu pokazać jego miejsce. Szukał osoby partnerskiej, która nie będzie się bała złapać go za mordę i oh, jak przyjemnie się zrobiło, gdy Fin obiecał mu zamienić popołudnie w piekło. Zacmokał, zwilżając l u b i e ż n i e usta, gdy przyglądał się wściekłemu Finowi, pulsującej żyłce na czole i tej chęci morderstwa w ocozach.
Oczywiście, Finley — przytaknął z czarującym uśmiechem, grzecznie udając się do kasy, aby złożyć dla nich zamówienie. Wyjątkowo jeszcze nie skomentował całej przemowy, ale gdy wracał już do stolika z tacą — poziomkowe latte (kto to wymyślił?!) i szarlotka z lodami (poprosił o ekstra gałkę lodów), a obok swoje americano i kawałek brownie z malinami — ponownie trudno było mu powstrzymać rozbawienie. Zajął miejsce na przeciwko, pozwalając mu m ó w i ć, podczas gdy sam najpierw zamoczył usta w kawie, oblizał je i zaraz wcisnął do ust spory kawałek smacznego brownie.
Z momentu skorzystał dopiero, jak Rosewood sam zajął swoje usta lodami i oczy mu się momentalnie rozświetliły na widok cukru z cukrem.
Możesz dopisać do kwestionariusza, że lubię ludzi, którzy czasem krzyczą — machnął ręką, zbierając sok malinowy z kącika ust językiem. — i mnie ustawią do pionu, ale tylko czasem. To musi być z wyczuciem — spojrzał na niego znacząco, zaraz znowu się uśmiechając. Doskonale wiedział, że pewnie znowu prosi się o niewybredny komentarz, ale zupełnie się tym nie przejmował. — Naszych zainteresowaniach i charakterach… to gdzie, według ciebie, powinienem iść na drugą randkę z Tomem? — uniósł brwi, szczerze ciekawy. Nie chodziło o Toma, czy o Christine; rzucił go zupełnie przypadkowo, bo trudno było mu znaleźć nić powiązania. Czy śliczny twink o drobnym, kuszącym tyłku (przeciwieństwo Fina) lubił robić na siłowni serie do upadku mięśniowego? Pewnie nie. Oglądać w kółko jeden i ten sam film w wersji reżyserskiej? Wątpił. Pójść na spływ kajakami? Może gdyby tylko Stanley wiosłował…
Odłożył na bok widelczyk i przyjrzał się pokaźnej ilości malin w środku ciasta, nim lekko nie uniósł brwi.
Chcesz spróbować? — zaoferował, przesuwając do Finleya swój talerzyk. Był prawie pewien, że jego brownie było lepsze, ale o tym na głos akurat nie mówił. Wbił plecy w krzesełko, poprawiając zegarek na nadgarstku, a później ponownie wbił spojrzenie w Rosewooda, skutecznie nie próbując pociągnąć tematu myślę też, że…, bo bardziej pasowało mu oglądanie zadowolonego z deseru Finleya. Doprawdy urocze.

Finley Rosewood
lawina
mickiewiczowania nie trawię
33 y/o
For good luck!
170 cm
Właściciel biura matrymonialnego Love Atelier
Awatar użytkownika
Be romantic and dirty with me.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Gdzieś pomiędzy tym wszystkim: westchnięciem pełnym niedowierzania, obudzeniem, przekomarzankami i zbyt mocnym zapachem perfum, które wypełniały sklep, dało się słyszeć cichy rechot Finley'a. Dawson potrafił go rozbawić, wyraźnie zrównując się z nim niskim poziomem żartów, których z kolei nie zrozumiała zmieszana ekspedientka i być może nie zrozumiałby nikt inny sądząc, że gówniarskie słowne przepychanki były nieodpowiednie dla osób w pewnym w i e k u. Czy było to żenujące i nieodpowiednie? Zapewne. Ale czy dodatkowo sprawiło, że Rosewood zaczął usilnie myśleć o kusych ciuszkach, fartuchu, który zakrywałby tylko jego ciało i obowiązkach domowych, które mógłby wykonywać pod okiem Stanley'a, wygłupiając się przy tym tak długo, aż nie uruchomiłby trybu lubię dominować?
Zdecydowanie T A K.
Fin był chodzącym chaosem, ale gdy wiedziało się w jaki sposób go poskromić, życie z nim było pełne ekscytujących barw. W ciągu dnia potrafił zmienić swój nastrój czterokrotnie, dwa razy przejść od niezadowolenia, po wygłodniałe pożądanie, krzyczeć tylko po to, żeby zaraz śmiać się do utraty tchu lub pracować trzy godziny z nosem w ekranie na górce całkowitego i pochłaniającego go skupienia. Było go zawsze trochę za dużo, ale potrafił również bezbłędnie wyczuć moment, kiedy powinien zrobić krok w tył. Językiem jego miłości był d o t y k i ciastko z pobliskiej piekarni przywiezione prosto do pracy, głupie mamy wysyłane późnym wieczorem i bezwarunkowe wsparcie. Miał jednak wrażenie, że ludzie szukali zupełnie czegoś innego; gdyby większość jego klientów myślała podobnie, zostałby bezrobotny i najpewniej bardzo smutny, wypełniając plotkarskie magazyny swoimi artykułami.
Reakcja Dawsona na jego karcące uwagi sprawiła, że z zadowoleniem i satysfakcją oddalił się do stolika. Niecodzienne metody przynosiły korzyści, a bezpośredniość Rosewooda była powodem dla którym ludzie z jakiegoś powodu mu ufali. Nigdy nie kłamał (co najwyżej lekko zatajał pewne informacje), mówił wprost (Oczywiście, Christine. Stanley jest niesamowicie atrakcyjny) i wyrobił sobie to specyficzne, oceniające spojrzenie, które kazało rozmówcy przemyśleć sprawę jeszcze dwa razy.
Lubił stawiać na swoim. A jeszcze bardziej lubił, kiedy odpowiedzią było ciężkie spojrzenie Stanley'a.
Zdajesz sobie sprawę, że Twój kwestionariusz zaczyna przypominać kwestionariusz osoby niezrównoważonej? — spytał, oblizując łyżeczkę i mrużąc z rozbawieniem powieki. Dawson posiadał tak wiele sprzeczności, że Finley zaczynał podejrzewać, że mężczyzna wyrzuca z siebie rzeczy całkowicie przypadkowo. Przysunął do siebie kawę, pochylając się i pociągając delikatny łyk przez słomkę. Oblizał wilgotne wargi i uśmiechnął się — czasem, znaczy k i e d y? W centrum handlowym? W łóżku? Kiedy jesteś niesamowicie nieznośny? — zasugerował, ciesząc się kolejnym kęsem szarlotki.
Nie powinno go dziwić podjęcie tematu przez Stanley'a, a jednak jedna z brwi Finley'a uniosła się nieznacznie słysząc o kolejnej randce z Tomem. Właściwie powinien się cieszyć, prawda? Jeśli doszłoby do następnego spotkania i następnego, wywiązałby się z umowy zarówno tej podpisanej z Dawsonem, jak i tej z Tomem. Miałby mniej pracy, jego statystyki nadal byłyby wysokie, a on mógłby odhaczyć kolejny sukces na swojej małej liście sukcesików zawodowych. Jeśli żadna z randek nie wypali, będzie miał trzy problemy, kilka niezadowolonych maili od Christine i piętnastominutową rozmowę z Tomem, który miał brzydki nawyk narzekania i szukania problemu w s o b i e, tak, jakby nie był słodkim, cudownym chłopczykiem o jasnych włosach i niebieskich oczach, który mógłby pójść do lóżka z każdym, gdyby nie był pizdą tak zakompleksiony.
Nawet słodycz lodów nie odgoniła okropnie złośliwej myśli, że Fin wcale nie cieszył się na ich d r u g ą randkę.
Bungee bez liny Sądząc po Twoich wyborach to gokarty, nurkowanie, lub jakiś sport ekstremalny — mruknął kąśliwie, spoglądając na kawałek swojego ciasta w który trochę zbyt agresywnie wetknął widelec.
Wymyślenie odpowiedniej randki było wyczynem karkołomnym. Z doświadczenia wiedział, że powiedzenie "różnice się przyciągają" bardzo rzadko miało swoje potwierdzenie w rzeczywistości.
Mruknął więc w zamyśleniu, odruchowo sięgając po podsunięty talerzyk, a potem odebrał widelec Stanley'a, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie. Nabrał odrobinę brownie z dużą ilością spływających po sztućcu malin i wsunął sobie do ust, ponownie spoglądając na Stanley'a.
Nie chciał s p r ó b o w a ć. Chciał zjeść czekoladowe ciastko, ponieważ było l e p s z e.
I właśnie dlatego podsunął swój talerzyk Dawsonowi, dając mu jasno do zrozumienia, że nie odzyska swojego deseru.
Sugerowałbym kino. Ale nie te wielkie. Małe, kameralne, w którym puszczają stare filmy. To bezpieczna opcja, poza tym zawsze uważałem, że małe kina mają swój urok. Potem kolacja w restauracji, gdzie będziecie mogli porozmawiać — odezwał się, ocierając kciukiem odrobinę malinowego soku z kącika ust — Oboje macie czuć się dobrze. Kino i restauracja to klasyk. Osobiście uważam, że całkiem romantyczny — wzruszył ramionami — Tom lubi uwagę. Zapunktujesz jeśli będziesz zadawał odpowiednie pytania i jeśli będziesz mówił mu komplementy. A jeśli dobrze się spiszesz, nie skończy się tylko na odprowadzeniu do domu.
Przesunął wzrokiem po twarzy Stanley'a, łapiąc się na tym, że zapewne nie były to odpowiedzi na które liczył. Nie chciał p l a n u, który pomoże mu osiągnąć cel, a sprawdzenia czy relacja rozwinie się naturalnie. Mógłby mu powiedzieć, że odpowiednia osoba doceniłaby najmniejszy gest; siedzenie przy niewielkim stoliku w kawiarni i dzielenie się ciastem albo późne rozmowy telefoniczne.
Mógłby mu powiedzieć, że gdyby powtórzył właśnie to: zakupy i rozmowę i byłoby to wystarczającą r a n d k ą.
Malowanie przy winie — zasugerował, nabierając kolejny kawałek ciasta, tym razem jednak wyciągając widelec w stronę Dawsona, zachęcając go do zjedzenia, zanim wyraziłby swój protest — nie musisz być artystą. Im gorzej malujesz tym lepiej. To świetna zabawa. No i możesz zorganizować to w swoim domu — zatrzymał ciemne tęczówki na wargach Dawsona, na których zostało kilka okruszków. Myślenie nigdy nie było mocną stroną Finley'a; pochylił się, wyciągając dłoń, by otrzeć subtelnie resztki ciasta.
Tak lepiej. Miałeś...— machnął nieznacznie dłonią w bliżej nieokreślonym wyjaśnieniu.
Łatwość z jaką działo się to w s z y s t k o – rozmowa, dotyk, gesty – było niesamowicie miłym doświadczeniem.
Gdzie chciałbyś go zabrać? — spytał, zajmując się swoją kawą. Oparł policzek na dłoni, trącając wargami słomkę — Tak naprawdę. Dla mnie...— urwał, rozglądając się po kawiarni — liczyłaby się chęć. Tak myślę. Organizowanie cudownych randek jest miłe, ale chyba zawsze wolałem gdy coś działo się tak po prostu. Nagle. Dajesz się porwać chwili, a jeśli to odpowiednia osoba, ta chwila staje się wszystkim czego potrzebujecie — uśmiechnął się — może więc zamiast planować, zdaj się na to, co podpowiada Ci serce.

stanley dawson
weź, nie pytaj
try me
ODPOWIEDZ

Wróć do „Yorkdale Shopping Centre”