35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pracoholizm był cechą, której nie potrafił się wyzbyć nieważne jak mocno próbował.
Tym gorszą w chwili, w której dotyczył również osoby czekającej na niego wieczorem w mieszkaniu. Tym bardziej niemożliwą do zignorowania gdy przestał dotyczyć wyłącznie cudzych spraw, a zaczynał kręcić się wokół Ventresci, strzelaniny w dokach i desperackiego poszukiwania wyjścia z tej popierdolonej sytuacji.
Sam nie wiedział kiedy znów wpadł w ten tryb - tryb, w którym dni niepostrzeżenie zmieniały się w noce, a pod jego oczami coraz mocniej odznaczały się cienie. Wiedział tylko, że któryś już raz słońce powoli wspinało się za horyzont o czwartej - piątej? - nad ranem gdy on ślęczał nad biurkiem i rozłożonymi na blacie aktami. Wiedział też, że choć Margo parę godzin wcześniej ruszyła do sypialni, wciąż obracała się w łóżku na lewo i prawo, i gdy wreszcie oficjalnie zawitał w mieszkaniu d z i e ń, wreszcie postanowiła z niej wyjść i uświadomić mu, że była sobota.
I żadne z nich nie było tak śpiące, jak być powinno.
Gdy czterdzieści minut później znaleźli się nad jeziorem Ontario, jego wzrok odruchowo szukał jakiegokolwiek miejsca z kawą, które mogłoby być otwarte o tej barbarzyńskiej godzinie. Gdy wreszcie spostrzegł rozkładającą się przyczepę, z której docierał do niego aromat życiodajnego napoju, zostawił Mercer z zadaniem znalezienia dla nich ustronnego miejsca do wypoczynku i samemu ruszył celem zdobycia kawy.
Po kilku rzeczowych pytaniach, groźbach wyjęcia odznaki, prawie jednej kłótni i wreszcie wycedzonemu przez zęby proszę udało mu się zdobyć przed godzinami otwarcia dwa kubki z czarną, parującą kawą i to z nimi wyruszył na poszukiwania Mercer.
Miejsce, które znalazła, było nie tylko oddalone od wszelkich ścieżek, ale też obiektywnie bardzo ładne - gdyby posiadał w sobie na tyle funkcjonalności mózgu, by doceniać rzeczy ładne, inne od jej splątanych włosów unoszących na wietrze i uśmiechu, który wpełznął na jej twarz na widok kawy.
- Masz dar do znajdywania ukrytych miejsc - rzucił rzeczowo, wchodząc na drewnianą kładkę. - Już wiem, gdzie ukryjemy trupa jeśli rzeczy nie pójdą po naszej myśli.
Zdążył usiąść na kładce gdy usłyszał szelest gdzieś za nimi. Odwrócił się, przekonany, że napotka wzrokiem dzikie zwierzę, w końcu kto inny tak wczesną porą wyłaziłby nad jezioro? Gdy zamiast tego dostrzegł idącego ku nim mężczyznę w kaloszach, ubranego w pełni w strój moro, jego brwi zmarszczyły się odrobinę.
- Tu jesteście! Z reguły nasz klub nowicjuszy łowi tam dalej, ale tutaj też jest dobre miejsce - sapnął starszy dziadek, podest zatrząsł się gdy wszedł na niego, zmierzając w ich stronę. Dopiero teraz, Madden dostrzegł w jego dłoni dwie wędki. - W razie czego, zapraszamy do nas, w gronie raźniej. O, skąd dostaliście kawę?
Pochylił się, wyciągając w ich stronę dwie wędki. Madden uniósł rękę, odruchowo zaprzeczając, jednak pragnienie upicia łyka wrzącego napoju przewyższyło potrzebę wyprowadzenia mężczyzny od razu z błędu, dając Margo czas na reakcję.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

N a d a l była zmęczona.
Tą myślą rozpoczynała każdy cholerny dzień i tą samą żegnała go późną porą, często wtedy, gdy księżyc na niebie zaczynał ustępować miejsca jaśniejącemu słońcu.
Niemniej nie robiła tego, co robił Rhys. Nie ślęczała nad papierami, przekopując się przez tony akt, by znaleźć tę jedną, najważniejszą informację, t e n punkt zaczepienia, który pozwoliłby im ruszyć dalej. Właśnie tym była z m ę c z o n a - ciągłą pogonią za czymś, co wydawało się po prostu nieosiągalne. Choć może chodziło głównie o to, że gonili za tym na przemian? Gdy ona rwała się do przodu, on stał z boku, przyglądając się temu z wyraźnym brakiem wiary. Gdy zaś on robił to samo, ona zwalniała kroku, nie odciągając go jednak od własnych pomysłów.
Uzupełniali się na wielu płaszczyznach i ta również była jedną z nich, choć przychodziły takie chwile jak dzisiejszego, zbyt w c z e s n e g o poranka, kiedy kolejną noc z rzędu obudziła się sama. To dlatego wychodząc z sypialni tuż po szóstej rano, gromiła go spojrzeniem. - To się musi skończyć - oznajmiła, podchodząc do stołu i zamykając nie tylko wszystkie akta rozłożone w dość niedbały sposób, skutecznie burząc jego własny porządek, ale także komputer, mając nadzieję, że zdążył zapisać wszystko nad czym pracował. - Chcę stąd wyjść - dokładnie taki dzień wskazywał kalendarz - pieprzoną sobotę. Dzień n i e p r a c u j ą c y, który normalni ludzie wykorzystywali na sen i przyjemności.
Wyjście z domu okupione było jedną, drobną kłótnią, milczeniem w samochodzie i ignorowaniem tych min, na widok których ludzie zazwyczaj schodzili mu z drogi. Margo było wszystko jedno. Nie obchodziła jej nawet godzina, o której pojawili się nad jeziorem, zupełnie jakby na urlopie all inclusive musieli zająć dwa leżaki przy basenie przed wszystkimi pozostałymi gośćmi.
Oddychała świeżym powietrzem, uśmiechała się, zajmując miejsce z dala od ludzi i z nieskrywaną satysfakcją obserwowała potyczkę Maddena o kawę. Mogli zatrzymać się po drodze na stacji benzynowej, ale jego upór i humor na to nie pozwalały. To ona mogła pójść i wszystko załatwić, wiedząc, że jej umiejętności interpersonalne, niezależnie od pory dnia, były znacznie bardziej rozwinięte od jego własnych. Mogli nawet zostać w łóżku, ale z czystej przekory robiła mu na złość.
- Nie chcę dzisiaj mówić ani słuchać o ż a d n y c h trupach - odebrała od niego parujący kubek. - Możemy przez ten jeden weekend udawać, że jesteśmy zupełnie normalni? - zerknęła na niego, ale kątem oka dostrzegła człowieka zmierzającego w ich stronę. Jej uśmiech od razu się poszerzył, bo zauważyła również sprzęt, który dzierżył w dłoniach. Doskonale wiedziała, co będą robić przez następne kilka godzin. Wiedziała też, kto będzie się z tego niesamowicie cieszył, a kto nie będzie musiał nawet zarzucać wędki, bo chłodem własnego spojrzenia zabije wszystkie ryby w promieniu kilkuset metrów.
- Cudownie - odłożyła kubek obok siebie, wyciągając rękę po wędki. - Mój narzeczony uwielbia łowić. Nigdy nie widziałam, żeby to robił, ale słyszałam wiele historii o jego wędkarskich wyprawach - skupiła całą uwagę na starszym mężczyźnie, który najwyraźniej lubił towarzystwo obcych ludzi. Wolną dłoń ułożyła na spiętym karku Maddena i lekko go masowała, doskonale wiedząc, że poziom jego irytacji właśnie przekroczył dopuszczalną normę.
- To świetnie. Robimy małe zawody. Zapiszę was na listę uczestników. Zwycięzca będzie mógł łowić ryby za darmo na naszym łowisku przez kolejne trzy miesiące i wybrać sobie dowolne miejsce - opowiadał z nieskrywaną pasją, przyglądając się milczącemu Maddenowi. - Co złowiłeś ostatnio, synu? - uśmiech Margo prawdopodobnie dosięgnął właśnie oczu, gdy ponagliła Rhysa spojrzeniem, by wreszcie odpowiedział.
- Nie jest rannym ptaszkiem - odezwała się ze skruchą.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Poranek był określeniem być może prawdziwym w kontekście pory dnia, ale zdecydowanie nie w kontekście jego stanu. Nieprzespana noc odkładała się w jego spowolnionych procesach poznawczych, nawet w letargu jego ruchów gdy zasiadał na podeście i podawał jej kawę.
Zwykle sięgał po kofeinę z przyzwyczajenia, ale ten jeden raz miał ogromną nadzieję, że faktycznie przywróci go do świata żywych, który przez ostatnie godziny zdążył opuścić.
- A nie jesteśmy? - odgryzł się, doskonale zdając sobie sprawę z tego jak brzmiała odpowiedź. Szelmowski uśmiech schował się za krawędzią trzymanego przez niego kubka gdy zerkał w jej stronę. - Akurat w naszej branży trupy są zupełnie normalne.
Kawa sparzyła jego język gdy łapczywie upił jej łyka pomimo tego, że bez dodatku mleka zdawała się mieć temperaturę rozżarzonej magmy. Później sparzyła jego podniebienie gdy zachłysnął się napojem na dźwięk słów Margo, nagle bardzo lekkich i rześkich, ponieważ były skierowane do zmierzającego do nich mężczyzny.
- Łowić? - mruknął na tyle cicho, że jedynie ona go usłyszała, gdy w zatrważająco powolny sposób łączył ze sobą kropki i w narzędziach trzymanych przez mężczyznę dostrzegł wędki.
Parsknął śmiechem, odbierając jej słowa jako żart - jak się okazało jako j e d y n y. Zapomniał już, że reszta świata nie była wyczulona na ten charakterystyczny błysk w oku Mercer gdy zaczynała gadać głupoty i biedny wędkarz odebrał wszystko zupełnie poważnie.
- Nieposłuszną narzeczoną - odrzucił z przekąsem, patrząc jak mężczyzna układa na podeście za nimi cały sprzęt. Zarechotał w reakcji na jego słowa, ochoczo a zarazem odrobinę cicho, jakby nie był pewien, czy mógł śmiać się z jego partnerki swobodnie, czy może postanowi mu wydłubać oczy.
- Takich sztuk w tym jeziorze nie ma, ale jeśli uda wam się złowić jakąś rybę, przewidziane są nagrody - zakomunikował dyplomatycznie, prostując się z trudem po odłożeniu wędek. - Jeśli będziecie czegoś potrzebowali, wiecie gdzie mnie znaleźć!
Nie miał pojęcia, ale nie miał też problemu z przytaknięciem - wszystko, byle tylko sobie stąd p o s z e d ł. Przecież nie zamierzali tutaj wędkować.
Dopiero gdy mężczyzna zaczął się oddalać, szturchnął kobietę łokciem, wcześniej przerzucając sobie kawę do drugiej ręki nie chcąc, by wylała się z niej choćby jedna, cenna kropla.
- Jeśli będziesz mnie tak nazywać, nigdy się nie oświadczę - odrzucił beztrosko, udając zainteresowanego skrzynką z zostawionymi dla nich przynętami, po czym natychmiast umknął w stronę innego tematu. Chwycił za skrzynkę i przesunął ją po drewnianym podeście w jej stronę. - Co zamierzasz dzisiaj złowić, kochanie?
Złośliwy uśmiech wykwitł na jego ustach, palce zabębniły o metalową skrzynkę, w środku której na szczęście znajdowały się jakieś błyszczące, plastikowe przynęty a nie prawdziwe robactwo.
- Czy to robią normalni ludzie? - wytknął, wskazując na wędkę. - Wędkują o piątej nad ranem?

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdecydowanie byli dalecy od każdej innej n o r m a l n e j pary.
Wszyscy zakochani ludzie, których spotykała na swojej drodze mieli zupełnie odmienne podejście do miłości. Ludzie uwielbiali, gdy uczucie rozwijało się powoli, odkrywając siebie wzajemnie, a przede wszystkim cenili sobie w tym czasie spokój. U nich w s z y s t k o było do góry nogami - od początku głośno się kłócili, przeplatając piękne chwile tymi jeszcze gorszymi. Grzeszyli, dorzucając do głębokiego worka własnych występków kolejne, które najpewniej nigdy nie zostaną im wybaczone. W każdej innej, n o r m a l n e j relacji ludzie swobodnie nie rozmawiali o śmierci w kontekście zabójstw, nie ścigali wspólnie przestępców, a nawet jeśli, to z pewnością nie dopuszczali do tego, by ci sami wychodzili na wolność za ich przyzwoleniem.
Nawet w tak prozaicznych rzeczach, jak zwyczajny sobotni poranek, nie byli normalni. Zamiast spędzić ten czas w łóżku, przytulając się, by później jedno z nich zaparzyło dobrą kawę, a drugie zrobiło śniadanie, tak wczesnym rankiem siedzieli na pomoście nad jeziorem, pakując się w sytuację, o której nie mieli zielonego pojęcia. Bo jak dobrze podejrzewała - nie potrafiła nawet odpowiednio złapać za wędkę, nie mówiąc o tym, by na haczyku umieścić jakąkolwiek przynętę.
Jednak uśmiechała się do mężczyzny, słuchając tego, co mówił Madden, z przyzwyczajeniem, bo robił to z a w s z e. Tak jak on potrafił przewidzieć, jak zachowa się ona w tak absurdalnej sytuacji, tak ona potrafiła domyślić się, co padnie z jego ust w odpowiedzi i że zawsze będzie to przytyk w jej stronę. Była skłonna powiedzieć, że tych właśnie usłyszała od niego znacznie więcej niż komplementów uznawanych za pożądane przez kobiety.
- Jak nazywać? - zapytała, biorąc w dłoń kubek z kawą, która smakowała tak samo źle, jak każda wypita na stacji benzynowej i każda zaparzona na komisariacie. - Daję ci jeszcze chwilę czasu, żebyś wreszcie to zrobił. Później zacznę rozglądać się za kimś, kto naprawdę doceni związek ze mną - równie beztrosko odpowiedziała, przesuwając się nieco w bok, gdy umieścił między nimi skrzynkę pozostawioną przez wędkarza.
Otworzyła ją i dokładnie tak, jak przewidziała - nie wiedziała jak to, kurwa, ma działać. - Mam nadzieję, że tamtego pana - ze złośliwym uśmiechem wskazała palcem na mężczyznę siedzącego kilka stanowisk dalej. - Wygląda na takiego, który wie, jak powinien zajmować się ż o n ą, gdy akurat oboje mają dzień wolny - złapała za wędkę, wyciągnęła jedną z kolorowych, na szczęście martwych, przynęt i nadal nie mając pojęcia, co robi, próbowała zaczepić haczyk na jej koniec.
- Skarbie, jest s i ó d m a - pochyliła się w jego stronę, na chwilę tracąc zainteresowanie wszystkim wokół. - Normalni ludzie o tej porze robią różne rzeczy - wzrok utkwiła w jego ustach, żałując, że miejsce, które wybrała jednak nie było tak bardzo odludne, jak początkowo się wydawało.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nawet udawanie normalności nieszczególnie im wychodziło.
W końcu która n o r m a l n a para dołączała do jakichś pieprzonych zawodów wędkarskich, bladym świtem zjawiając się w kameralnym skrawku jeziora? W dodatku popijając kawę, o którą niemal musiał kogoś pobić, w irracjonalny sposób domagając się jej dziesięć minut przed otwarciem lokalu i równie irracjonalnie natrafiając na opór ze strony właściciela, który już wszystko przygotował i zabijał czas scrollując na telefonie?
Trzeźwość myślenia wracała do niego opieszale, napędzana każdym łykiem kofeinowego napoju. Obecność kogoś trzeciego, kto oceniał ich spojrzeniem odchodząc po tym, gdy zostawił im wędki, skutecznie go w tym wspierała.
- Wiesz, skoro tak mówisz, trudno by dorównać chwili takiej jak ta - westchnął ostentacyjnie, jakby była choćby iskra romantyczności w ich wspólnym w ę d k o w a n i u, gdy oboje wyglądali jak gówno po nieprzespanej nocy i przynajmniej on jak to gówno się czuł. Nachylił się ku niej, konspiracyjnie sięgając do kieszeni spodni, w której wyczuł pudełeczko.
Zawahał się, gdy nagle pochyliła się nieco w jego stronę, gdy dostrzegł jej wzrok spadający w dół, w stronę jego ust. Zawahał, ponieważ zawsze, niezależnie od tego jaka była pora i co w tym momencie robili, zawsze reagował na nią dokładnie tak s a m o.
- Margo Mercer - mruknął podniośle, jego kawa wylądowała gdzieś odstawiona obok gdy odwrócił się w jej stronę. Jedna ręka spoczęła na jej dłoni, grzebiącej w skrzynce na przynęty - druga zaś wyciągała pudełko z kieszeni spodni. Pudełko, które okazało się zgniecioną paczką fajek. - Zostaniesz moją partnerką w zatruwaniu płuc?
Złośliwy uśmiech przemknął po tych samych ustach, które wcześniej były obiektem jej obserwacji i odruchowo wręcz odsunął się, świadom tego, że istniała dość duża szansa na to, że zaraz oberwie łokciem w żebra. Bądź dłonią w twarz.
- Nie musiałaś się na to zgadzać - wytknął jej, wskazując podbródkiem wędkę, którą nagle miała w dłoni. W tym samym czasie wyciągnął papierosa z paczki i wsunął sobie do ust, samemu pozornie niezainteresowany tym procederem. - Mogłaś po prostu przyznać panu, że nie potrafisz wędkować.
Fakt tego, że on też nie potrafił, kompletnie umknął w jego retoryki, ponieważ zwyczajnie nie uznawał go za przedmiot w tej dyskusji.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie było w tym n i c romantycznego. Miał absolutną rację.
Trudno było doszukiwać się jej w tak prozaicznej rzeczy. Na co dzień oboje też nie wykazywali się wielkimi gestami, które dla innych ludzi były tak ważne dla funkcjonowania zdrowego i normalnego związku. Nie chadzali na randki dwa razy w tygodniu, nie spędzali razem wieczorów na kanapie, przytulając się i traktując to jako element gry wstępnej, nie obdarowywali się prezentami i nie zasypywali wiadomościami, gdy akurat przyszło im spędzać czas osobno.
Nie było w tym jednak niczego złego, bo odpowiadało to obojgu z nich. Margo nie wymagała od Rhysa niemożliwego, nie oczekiwała, że będzie przynosił jej ogromne bukiety kwiatów na wszelkie okazje, a także bez nich, zaś on chyba doceniał to, że była zwykła. Jej cały urok chował się w tej prostocie, w braku makijażu w sobotni poranek, dresowych spodniach naciągniętych prędko na siebie i jego bluzie otulającej ją swoim zapachem.
Nie miała pojęcia, jak wyglądały jego poprzednie związki, ale była skłonna stwierdzić, że musiały być burzliwe, jeśli był sobą tak bardzo, jak teraz z nią. Ona to akceptowała, bo dzielili ten sam świat, wymuszający na nich życie według pewnych schematów. Niemniej sama nie zbudowała niczego trwałego nigdy wcześniej właśnie z tego samego powodu. Z racji tego, że zawsze było coś jeszcze, co stawało się priorytetem. Teraz ten priorytet ich łączył.
Co nie znaczyło, że swoim zachowaniem często nie doprowadzał jej na skraj. Czasami wytrzymałości, innym razem cierpliwości, a jeszcze kolejnym pożądania. Przyciągał ją, świadom tego, że jej myśli w tej jednej chwili były skoncentrowane na tym, czego pragnęła - a były tym jego usta miażdżące jej własne bez względu na towarzystwo nieopodal. Jednocześnie odpychał, bo dawało mu to równie wielką satysfakcję. Był jej u t r a p i e n i e m. - Jasne - westchnęła, zaciskając swoją dłoń na jego nim zdążył się oddalić na bezpieczną odległość. - To może być nasz ostatni wspólny papieros - puszczając go, poczęstowała się sama, choć od czasu postrzału nie zapaliła ani razu. Było to bardziej formą zajęcia rąk niż faktycznym uzależnieniem i potrzebą.
- Nie musiałam się zgadzać w swoim życiu na wiele rzeczy - odparła, gdy jednocześnie, na swój sposób, prawdopodobnie bardzo nieodpowiedni, zaczepiła przynętę na haczyk i przywiązała ją do wędki. Podniosła się zwinnie do góry, by zamaszystym ruchem wyrzucić kij przed siebie, modląc się, by nie zahaczył on o cokolwiek po drodze. I żeby nie złowiła niczego ż y w e g o. - A jednak jesteśmy razem, bo kiedyś byłam na tyle głupia, by powiedzieć ci tak, choć zdecydowanie powinnam powiedzieć nie - usiadła z powrotem obok niego, złośliwie się uśmiechając.
Nie zamierzała mu jednak przypominać, że tamto tak najwyraźniej okazało się jedną z lepszych decyzji jakie podjęła. - Mogę przyznać, że od tamtej pory twoje argumenty trochę się poprawiły - rzuciła, zerkając na niego spod przymrużonych powiek, a kącik jej ust uniósł się w uśmiechu. - Nadal nie są wystarczająco dobre, żebyś mógł przestać się starać, ale na razie możesz uznać, że nie żałuję - z n o w u się zbliżyła, prowokująco przeskakując wzrokiem od jego oczu do ust, spomiędzy których raz po raz ulatywał papierosowy dym.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Widok Margo wyciągającej dla siebie papierosa z jego paczki był na swój sposób pociągający, w ten kompletnie infantylny sposób sięgający tej zapomnianej paczki schowanej w jej nastoletnim pokoju w rodzinnym domu. Mercer była dorosłą, odpowiedzialną osobą, a jednak posiadała naturalny talent do zachowywania się w sposób kompletnie nieprzystający do tej odpowiedzialnej pracy, którą obydwoje mieli.
I jednocześnie zawsze, gdy to robiła, z jakiegoś powodu dawał się w to wciągnąć.
Nawet teraz, patrząc, jak sięga po wędkę chyba wyłącznie po to, by mu coś udowodnić, rozbawienie na jego twarzy nie współgrało z tym irracjonalnym uczuciem, które rozlewało się po jego klatce piersiowej - przeświadczeniu, że zrobiłby dla tej upartej i nieznośnej osoby absolutnie wszystko.
Pozwolił sobie na całe piętnaście sekund tkwienia z boku i oceniania jej za to, że postanowiła uczestniczyć w tym procederze. W tym czasie odpalił papierosa i upił kilka łyków stygnącej już kawy, a także zerknął, niby niedbale, do pudełka z przynętami.
- Chyba inaczej to zapamiętałem - odpowiedział, z papierosem wetkniętym do ust gdy przebierał wśród przynęt, szukając takiej, która mogłaby zadziałać skuteczniej od jej własnej. Co lubiły ryby? Coś, co wyglądało jak robak, czy coś co mieniło się na tysiące kolorów?
I dlaczego w ogóle się nad tym zastanawiał?
- Wydaje mi się, że to ty nie dawałaś mi spokoju chociaż wyraźnie dawałem ci znać, że nie jestem zainteresowany - dodał niewinnie, wyciągając w końcu jakąś kolorową, pstrokatą, która wyglądała jak zakrętka od butelki. Czy gdyby morskie stworzenia nie były takimi rzeczami zainteresowane, nie tkwiłyby na plakatach krzyczących o ekologii, przyklejonych na tablicy ogłoszeń w ich kuchni na komisariacie? - Ale męczyłaś mnie tak długo, że wreszcie się poddałem.
Z przebiegłym uśmiechem nawlekł przynętę na wędkę, nie mając pojęcia, czy robił to prawidłowo, czy nie. Tak naprawdę to w ogóle powinien nie brać udziału w tym procederze, bo bynajmniej nie odszedł od sprawy Ventresci po to, by łowić ryby nad jeziorem.
Ale z nią w zasadzie mógł robić wszystko.
- Tak samo, jak męczysz mnie teraz o jakieś pierścionki - dodał, tonem głosu z rodzaju tych, którymi mężowie w żartach narzekali do kolegów na swoje żony, proszące o jakieś niestworzone rzeczy. - I zmuszasz do łowienia ryb nad jeziorem.
Z m u s z o n y, sięgnął po wędkę i zamachnął się, wyrzucając długą linką zakończoną przynętą i haczykiem aż te zniknęły pod powierzchnią jeziora, nieco dalej od jej własnych.
- Patrząc po twoim zachowaniu, mógłbym przysiąc, że jesteś jedynaczką - westchnął, jedną ręką trzymając wędkę, drugą zaś wyciągając papierosa z ust by strzepnąć nadmiar popiołu obok - do tego samego jeziora, w którym teraz zapalczywie łowili. - Ewidentnie nie znasz znaczenia słowa "nie".

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kolejny raz niechętnie musiała przyznać mu rację.
Od z a w s z e miała w sobie coś, co sprawiało, że jednocześnie idealnie pasowała do jakiegoś miejsca i bardzo od niego odstawała. W młodości biegała w sukience, na przyjęciu organizowanym przez jej rodziców, skacząc po kałużach i wdrapując się na drzewa. Na pogrzebach potrafiła wybuchnąć głośnym śmiechem, gdy przypomniała sobie jakąś anegdotę związaną ze zmarłą babcią lub innym członkiem rodziny, a w innej chwili była wsparciem dla tych, którzy jej akurat potrzebowali. Przed randką potrafiła flirtować i czarować, zaś na niej samej bardzo s u g e s t y w n i e wskazywać, o co konkretnie jej chodziło i g d z i e pragnęła ten wieczór zakończyć. Łamano jej serce, a w odwecie ona robiła to innym. Kłóciła się za głośno, nie zwracała uwagi na innych i z a w s z e chciała stawiać na swoim.
To wszystko albo odpychało od niej ludzi, albo wręcz przeciwnie - przyciągało ich do niej jeszcze bardziej.
Na szczęście Madden należał do tej drugiej grupy, wytrwale trwając u jej boku nawet jeśli nadal potrafiła przesadzać. Nawet jeśli w ten zupełnie niesubtelny sposób w y m u s z a ł a na nim, półżartem, półserio, włożenie na jej palec pierścionka. - Oczywiście, że zapamiętałeś to po swojemu - zaciągnęła się papierosem ledwie raz, odkładając go bezpiecznie na drewnianą poręcz pomostu, by swoją uwagę podzielić równo pomiędzy niego i wędkę zanurzającą się w wodzie. Nie wiedziała, do czego była przeznaczona - czy do długiego pozostawania w wodzie i czekania, aż coś się na nią złapie, czy ciągłego zarzucania i wyciągania jej na powierzchnię. Postawiła na to drugie, z każdym kolejnym razem robiąc to jeszcze gorzej.
- Byłeś zazdrosny od p i e r w s z e j chwili - uśmiechnęła się złośliwie. - Trafiał cię szlag na samą myśl, że przyjdę do pracy i poświęcę Evansowi uwagę na dwie, pieprzone minuty - wyciągnęła wędkę i rzuciła znowu. - Śledziłeś mnie wzrokiem, kiedy myślałeś, że nie patrzę, a kiedy się na tobie skupiałam, robiłeś tę swoją minę... - próbowała go naśladować, ale odwzorowanie tego było n i e m o ż l i w e. Nikt nie krzywił się w ten sposób i nikt nie okazywał niezadowolenia tak samo jak on. Był w tym m i s t r z e m.
- Przypomnij proszę, dlaczego cię kocham? - zapytała tuż przed kolejnym wyciągnięciem wędki z wody. Tym razem nie rzuciła nią od razu, sięgnęła po papierosa, zaciągając się po raz drugi, a następnie oparła się o barierkę i obserwowała, co robił. Miał o tym tyle samo pojęcia co ona, co wywoływało w niej rozbawienie. Poddał się, bo tak robił zawsze. Gdy ona czegoś chciała, stał na straconej pozycji. - Nie męczę cię o pierścionek Nie potrzebuję go - prychnęła w odpowiedzi, rzucając przed siebie na oślep. - Chcę tylko nosić t w o j e nazwisko. I masz rację, że w tej kwestii nie uznam słowa nie - jej usta wykrzywiły się w zadziornym, prowokacyjnym uśmiechu, a w tym samym momencie poczuła na wędce opór.
Poderwała ją natychmiast, gotowa wreszcie zobaczyć coś, co choć odrobinę przypominałoby rybę. Zamiast tego na końcu żyłki kołysał się stary, przemoczony i, co najważniejsze, d z i u r a w y but.
Przez kilka sekund patrzyła na niego w całkowitym milczeniu, jakby próbowała zrozumieć, w którym momencie zwykłe łowienie ryb zamieniło się w wyławianie śmieci z dna jeziora. Później przeniosła wzrok na Maddena, a szeroki uśmiech niemal natychmiast rozciągnął jej usta. - Widzisz? - uniosła wędkę wyżej, prezentując mu swój imponujący połów. - Tak właśnie skończysz, jeśli nadal będziesz ignorował moje z a c h c i a n k i.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Było coś absolutnie prymitywnego w tym, w jaki sposób spodobały mu się jej słowa. Nie należał do mężczyzn, którzy musieli zaznaczać swoje terytorium, a z kolei Margo nie była kobietą, która potrafiła n a l e ż e ć do kogokolwiek. Ścierali się na każdym kroku, jedno równie zależne od drugiego co za żadne skarby niechcące do tego przyznawać.
Myśl, że miałaby nosić jego nazwisko, zagnieździła się gdzieś w odległych zakamarkach jego serca sprawiając, że na krótką chwilę, uśmiech, który wykwitł na jego twarzy nie był podszyty złośliwością, po którą sięgał zwykle.
- Jest to bardzo mało feministyczne podejście z twojej strony - westchnął ostentacyjnie, wracając bardzo szybko do przekory, która na jedno uderzenie serca, jeden łyk kawy i wypuszczony z ust tytoniowy dym, zdołała się wraz z nim ulotnić. - Spodziewałem się, że będziesz zawzięcie walczyć o zachowanie swojego, a nawet spróbujesz przekonać mnie do nazywania się Mercer.
Prowokacyjny uśmiech znów zniknął, tym razem zastąpiony żywym rozbawieniem - wpierw jego brew uniosła się w górę w wyrazie zaskoczenia, później zaś z jego gardła wydarł się żywy, prawdziwy śmiech na widok zdobyczy, którą udało się Mercer złowić.
Odstawił wędkę na bok, wetknął papierosa do ust i ostentacyjnie zaklaskał, ignorując to, że dźwięk tej celebracji mógł ponieść się w dal, nawet do kółka wędkarskiego, które użyczyło im sprzętu.
- Skończę jako przemoczony but? - rzucił zawadiacko, chwytając za wędkę w wyłącznej potrzebie udowodnienia jej, że jemu pójdzie l e p i e j. W końcu jak źle mogło być, jeśli jedyne, co potrafiła wyłowić, to pozostałość czyichś nieszczególnie udanych wyborów? - Na pewno kiedyś się podszkolisz. Z drugiej strony, wędkarstwo to typowo męskie zajęcie...
Wędka w jego dłoni - jednej, naturalnie, bo po co potrzebowałby dwóch? - zahaczyła o coś niepokojąco szybko. Papieros znów wylądował w jego ustach, choć kubek z kawą wciąż trzymał, oparty o udo, manewrując i usiłując uwolnić haczyk. I gdy przez myśl przeszło mu, że złapał coś p o t ę ż n e g o, choć przecież nigdy wcześniej nie wędkował, haczyk zagłębił się mocniej w, jak się okazało, kamienne podłoże.
A on niebezpiecznie wychylił się poza drewniany podest by go uwolnić.
Nim zorientował się, że był wychylony zbyt daleko i ciągnął zbyt mocno, panika przemknęła po jego ciele gdy wyczuł, że kubek z kawą wyślizguje się z jego chwytu. Rzucił się by go złapać i nawet przez myśl nie przeszło mu, do samego końca, że być może powinien go porzucić i pogodzić się ze stratą.
Lodowata powierzchnia jeziora uderzyła w jego wciąż lekko nieprzytomne ciało, natychmiast przynosząc ze sobą paskudną, cierpiętniczą t r z e ź w o ś ć. W równym stopniu wściekły co otumaniony, wypłynął na powierzchnię - wciąz z tym papierosem, teraz mokrym, w ustach, którego natychmiast wypluł.
- Jebać wędkarstwo - prychnął, czując, jak zimno wkrada się przez wszystkie jego m o k r e ubrania. Chwycił się podestu, podnosząc z powrotem na górę, z jasną koszulką lepiącą się do jego ciała w promieniach porannego słowa. - Ani słowa - dodał, unosząc palec w górę pomiędzy, jak podejrzewał, spazmami śmiechu kobiety.

margo mercer
Spoiler
1d10
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie była absolutnie przywiązana do swojego nazwiska. Z pewnością jej ojciec byłby dumny, gdyby odniosła jakiś spektakularny sukces zawodowy i nadal nosiła na piersi plakietkę z nazwiskiem Mercer, jednak dla niej nie stanowiło to ż a d n e j różnicy.
Miała w sobie coś typowo dziewczyńskiego, choć nie marzyła o wystawnym przyjęciu, sukience, w której prezentowałaby się jak księżniczka, ani o sesji zdjęciowej, na której wyjątkowe chwile z tego dnia zostałyby utrwalone już na zawsze, niemniej pragnęła mieć u boku męża, którego nazwisko będzie nosić. Chciała tych chwil, w których będzie popełniać błędy, składając podpisy w różnych miejscach i pragnęła ćwiczyć ten nowy, bazgrząc długopisem na służbowych notatkach.
Miała prozaiczne marzenia, dla niektórych z pewnością śmieszne, a dla niej będące w s z y s t k i m w zestawieniu z człowiekiem będącym teraz obok. Tym samym, który złośliwie się do niej uśmiechał, żartował z niej w kpiący sposób i wyraźnie akcentował, że zrobiłby c o ś lepiej, nawet jeśli jego zdolności łowienia ryb były na tym samym, zerowym poziomie co jej.
- Mogłabym być twarzą kampanii antyfeministycznych, Rhys - odparła rozbawiona, bo było jej bardzo daleko do tych poglądów. Owszem, uważała, że ich świat był niesprawiedliwie zdominowany przez mężczyzn i ona była oceniana przez pryzmat swojej płci, ale niewiele miało to wspólnego z feminizmem w tej konkretnej postaci. - Uwielbiam się tobą wyręczać, Skarbie - posłała mu uśmiech, równie złośliwy co jego, gdy złowiła tego cholernego buta, z którym męczyła się już którąś minutę, próbując odpiąć go z haczyka. - Uważam, że jest milion rzeczy, które robisz ode mnie lepiej, zwłaszcza gdy mogę na to patrzeć z pozycji łóżka - jej tęsknota za nocami spędzanymi w s p ó l n i e w jednym łóżku była okazywana na różne sposoby, w równie różnych momentach.
Zaniechawszy chwilowo nierównej walki z wędką, skupiła się na tym, co wyczyniał Madden, będąc niemalże pewną, że albo wypali dziurę w swoich spodniach, albo wyleje na siebie kawę, albo zrobi coś jeszcze gorszego. - Jasne, widzę jak bardzo męskie jest to zajęcie - prychnęła z rozbawieniem. - Tak męskie, że nie masz ż a d n e g o pojęcia, co właśnie robisz - miał niesamowitą podzielność uwagi i to działało na jego korzyść, ale poranki nigdy nie były mu łaskawe. Nie zdążyła nawet dokończyć obserwowania jego zmagań, gdy niefortunne wychylenie sprawiło, że stracił równowagę i zniknął w wodzie z głośnym pluskiem. Przez krótką chwilę patrzyła na puste miejsce, w którym jeszcze przed momentem stał, jakby próbowała zrozumieć, czy n a p r a w d ę właśnie to zobaczyła, a potem wybuchnęła śmiechem tak gwałtownym, że aż musiała oprzeć dłoń o własne kolano.
Cała wcześniejsza powaga związana z wędkowaniem przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, a widok przemokniętego Maddena tylko pogarszał sytuację, bo im dłużej na niego patrzyła, tym trudniej było jej odzyskać oddech. W końcu podeszła bliżej i wyciągnęła telefon, przesuwając palcem po ekranie, by uwiecznić jego minę. - Pieprzony mistrz wędkarstwa - na jego groźbę zareagowała odwrotnie. - Nie musiałeś szukać tak mocnej wymówki, jeśli miałeś ochotę pochwalić się klatą przed innymi. Wystarczyło zdjąć koszulkę. Ja nie miałabym absolutnie nic przeciwko - przez głowę zdjęła jego bluzę, którą sobie przywłaszczyła i podała jemu, wciąż nie potrafiąc pohamować rozbawienia.
- Chciałeś złowić tę rybę gołymi rękoma? - podeszła, wspięła się na palce i, mierzwiąc mokre włosy dłonią, szepnęła to do niego z bliska.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „Summer by the Lake”