–
To pewnie powinno mi schlebiać. – Skoro wracała po więcej, mimo że prowadzili rozmowy na poziomie pary npctów, to znaczyłoby, że… No, wiadomo, co by to znaczyło, a więc jak ważne byłoby dla skądinąd kruchego ego mężczyzny w kryzysie wieku średniego. I… Pewnie nawet tak było. Wtedy – kiedy mieli do roboty te
inne rzeczy. Ale teraz? Teraz był sobą przynajmniej zniesmaczony. Jakkolwiek żenująco by to nie brzmiało. –
Zostańmy przy tym, że miałem dobrą intuicję. – On, bo przecież nie ona; ona powinna trzymać się od takich typów z dala i jeśli jej szósty zmysł jej przed nim nie uchronił (albo jeszcze lepiej – popchnął ją w jego stronę), to miała uzasadnione podstawy, żeby złożyć reklamację. Musiałaby tylko znaleźć odpowiedniego adresata. –
Na moją obronę – nigdy nie byłem mistrzem small talku. Właściwie zawsze robiła to za mnie Kim, a w tych okolicznościach… W tych okolicznościach byłoby o to trudno – zażartował czerstwo, ale za to z pełną świadomością tego, jak podłe było to wtrącenie. Czego za to nie wiedział, to z jakiego powodu przyszło mu to do głowy akurat w tym momencie – okay, to był ten słynny dowcip sytuacyjny, ale jak na gościa, który jeszcze parę tygodni temu oburzał się o wspominanie o swojej żonie w jej towarzystwie, wyjątkowo luźno mówił o niej z imienia. Ale niech będzie, że to stres albo zmęczenie, a nie jeszcze większy bałagan na strychu niż wtedy, gdy się widywali. Nie róbmy z niego wariata.
Jeszcze.
Cóż – gdyby Bóg był złośliwy, mógłby to życzenie spełnić i pozbawić go życia w ciągu kolejnych trzydziestu minut. Wystarczyłby jeden piorun prosto pod nogi, gdy szedł załatwić pokój, rozpędzony wóz na drodze prowadzącej do stacji albo wreszcie tam – jakiś typ spod ciemnej gwiazdy czy zdesperowana prostytutka. Wbrew pozorom to, że Bellore przeżył OEF, nie robiło z niego nieśmiertelnego, a za drogi zegarek czy zbyt eleganckie buty w tak podłym miejscu mogły wystarczyć, żeby zrobić z niego przypadkową ofiarę napadu rabunkowego, który nie do końca się udał. Na całe szczęście wiele wskazywało na to, że Anthony mógł na litość Boską jeszcze ciągle liczyć.
–
Napisaliby jeszcze większe głupoty, niż gdybyśmy skończyli na drzewie. Zastanów się nad tym – ostrzegał, ale z przekąsem, bo chyba tylko dobry humor mógł ich uratować przed totalnym szaleństwem. W każdym razie – jeśli obawiała się, że ręcznik albo niedomknięte drzwi sprowokują jakąś niezręczność, to mogła spać spokojnie. Anthony przecież już to wszystko widział. –
Ty nie ściemniasz, prawda? – Wydusił z siebie po chwili, obrzucając ją spojrzeniem. Pewnie zawsze był przewrażliwiony, kiedy wspólnie
hotelowali, ale teraz przejął się jakby bardziej. –
Cholera, nie powinnaś zostawać tu sama. To się mogło… – Urwał, bo nie musiał kończyć. Nie musiał i nie chciał zresztą też, bo zaczynał brzmieć, jakby był stary i przemądrzały, a przecież zależało mu na tym, żeby myślała o nim wszystko, tylko nie to. –
Więc kiedy mi się wreszcie przytrafiło coś, co mógłbym ci opowiedzieć, to oczywiście ty spotkałaś kogoś, kto może nas zabić. To nie jest fair – pożalił się i nawet zrezygnowany odmachnął ręką. Teraz ani myślał opowiadać o katalogu usług, które proponowały mu schowane na stacji lokalne
panie do towarzystwa. –
Więc ja wezmę prysznic, a ty w tym czasie zastanów się nad tym, co mi powiesz, jak zapytam dlaczego zostałaś dziennikarką – zarządził, leniwie podnosząc się z łóżka. Co ciekawe – nie zatrzeszczała tylko rama albo inny materac, ale też prawdopodobnie każda z 206 kości Anthonyego. Za długo w aucie, wilgoć, najwyżej dwugwiazdkowy hotel. Będzie cudem, jak o poranku uda mu się wyprostować za pierwszym razem. –
I zostaw mi… – Zaczął, ale przerwał mu żywioł – piorun musiał uderzyć blisko, bo konkretnie grzmotnęło, ale to nie to było najgorsze; najgorsza była ciemność, w której zanurzył się ich pokój. Zgasł telewizor i kinkiet, razem z nimi nocna lampka, a nawet latarnie czy neony, których słaba poświata wpadała do środka przez wychodzące na parking okno. –
Nawet, kurwa, nie próbuj – wycedził pod nosem, ale sam nie wiedział do kogo – czy do burzy, czy do hotelu, czy adresatem był jeszcze ktoś inny. W każdym razie – zrobiło się tak czarno, że aż
znajomo, a Anthony wcale nie znosił tego lepiej od Love. Nagle "zadzwoniło" mu w uszach, a złapany na wykroku zastygł w miejscu na mięknących nogach i ani drgnął w obawie przed spektakularnym upadkiem. Flashbacki z
Wietnamu Afganistanu. Nie mogły przyjść w lepszym momencie. –
Nadal jesteś pewna, że wolisz być tu, a nie w samochodzie?
Love Roderick