Musiała doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że był prawdopodobnie ostatnią osobą, która mogłaby nadawać się do łagodzenia, czy strategicznego wycofywania się z jakichkolwiek sprzeczek i konfliktów. Nawet jeśli raczej nie zdarzało się, by to właśnie na nią miał podnosić głos – choć i w tym wypadku zdarzało mu się niekiedy wypowiedzieć pewne kwestie nieco głośniej… – chyba dostatecznie często miała okazję być świadkiem jego kłótni i nieporozumień z innymi, żeby wiedzieć, jak te kończyły się za każdym razem, kiedy akurat przyszło mu trafić na kogoś równie impulsywnego. Jeśli jednak chodziło o jakiekolwiek słowne utarczki
z nią… te zazwyczaj wyglądały kompletnie inaczej. I nawet teraz, kiedy dźgnęła go palcem, zwracając mu przy okazji uwagę, żeby się na nią nie darł, może i na parę sekund otworzył usta, nabierając powietrza, by natychmiast się jej odciąć… Ostatecznie nie odezwał się jednak ani słowem, w duchu mogąc jej przyznać rację przynajmniej w tej jednej kwestii –
nie chciał przecież wydzierać się na nią. Nawet jeśli kompletnie nie miała racji co do tej idiotycznej wizyty w szpitalu.
I oczywiście, że przynajmniej przez moment przeszło mu przez myśl, żeby wcale nie wracać do samochodu, stawiając tym samym na swoim i udowadniając jej, że konsultowanie się z lekarzem w tak błahej sprawie było całkowicie niepotrzebne. Przeważyć musiała jednak myśl o tym, że w takim wypadku z całą pewnością mogliby całkowicie zapomnieć o tym
miłym weekendzie, który podobno mieli tu wspólnie spędzić. Zwłaszcza, że ten już chyba zdążył stać się znacznie mniej
miły niż z założenia miał być…
Nie odezwał się ani na widok tego uśmiechu, który pojawił się na jej twarzy, ani w momencie, kiedy postanowiła sama upewnić się, że faktycznie zabrał ze sobą wszystko co powinien. Tak było po prostu
bezpieczniej, bo gdyby któreś z nich zdecydowało się znów podjąć wcześniejszy temat… z całą pewnością nie skończyłoby się to zbyt dobrze. Może i nie pomyślał nawet o tym, że to deklarowane jeszcze niedawno – choć można było przypuszczać, że minęły jednak całe wieki od momentu, kiedy stali razem w wodzie ciesząc się swoją bliskością –
całe życie miałoby zakończyć się przez tak idiotyczną sprzeczkę, ale… weekend nad jeziorem rzeczywiście mógłby skończyć się jeszcze zanim miałby na dobre się zacząć. Ta przeciągająca się cisza zdawała się być więc całkiem niezłą opcją…
Nadal jednak uważał, że cały ten wyjazd do szpitala był absolutnie zbędny. Tak przez całą przejechaną w milczeniu drogę do niego, jak i już na miejscu, kiedy to najpierw musiał odpowiadać na
durne pytania w formularzu, a później na równie wcale nie lepsze pytania lekarza.
Czy mieli szansę jakoś znaleźć szopa, który go ugryzł? No jasne, pewnie nadal biegał gdzieś nad jeziorem, ciesząc się swoim sarnim uchem. Chociaż istniało pewne prawdopodobieństwo, że któryś z kumpli zdążył go już pozbawić tej zdobyczy, więc równie dobrze można byłoby zlokalizować kompletnie innego szopa.
I w ten sposób załatwił sobie pierwszą dawkę szczepionki – na wypadek, gdyby zwierzak rzeczywiście miał mieć jednak wściekliznę…
Czy miał pełen komplet szczepień przeciwko tężcowi?
Pewnie tak. Kiedy? Wystarczająco dawno, żeby nie zawracać sobie głowy podobnymi pierdołami.
Dzięki temu z kolei dorobił się kolejnych, tym razem związanych właśnie z tężcem.
Oraz nowego opatrunku, chociaż o ten nie musiał się już zbytnio starać. O porządne oczyszczenie rany też nie – bo najwyraźniej lekarz musiał uznać, że niedbałe psiknięcie na nią jakimś środkiem odkażającym nie było ani trochę wystarczające. Tak samo, jak musiał uznać, że całkowite zbagatelizowanie tego ugryzienia byłoby dość kiepskim pomysłem, skoro wypuścił Dantego z gabinetu dopiero po wypisaniu tych wszystkich
durnych zaleceń i jakichś leków, czy innych smarowideł, w które ten podobno powinien się zaopatrzyć. Tyle tylko, że zaraz po przekroczeniu progu, Dante zamierzał tak po prostu zapomnieć o tych
durnych kartkach, przy najbliższej okazji wpychając je do schowka w samochodzie albo gdziekolwiek indziej, gdzie mogłyby przepaść na dobre.
W tym jednak przeszkodziła mu Elsa, tak po prostu wyrywając mu je z ręki i zupełnie bez sensu zaczynając się w nie wczytywać. Nie zamierzał tego jednak w żaden sposób komentować, wywracając jedynie oczami i reagując trudnym do jednoznacznego odkodowania pomrukiem na jej informację o tym, gdzie znajdowała się apteka. Oraz – w domyśle – że oczywiście
zamierzali się do niej wybrać, żeby wykupić wszystkie te zbędne leki.
Wciąż bez słowa i wciąż ewidentnie niezbyt zadowolony z tego, jak cała ta sytuacja się potoczyła, zajął swoje wcześniejsze miejsce po stronie pasażera. Z lekko uniesionymi brwiami spojrzał na nią dopiero w momencie, kiedy się odezwała.
–
Wcale nie musieliśmy tu przyjeżdżać – mruknął, wzruszając ramionami i –
oczywiście nadal zamierzając trzymać się tej swojej wersji. –
I naprawdę trzeba coś zrobić z tym psim żarciem, bo wali tu jak w zoologicznym…
A tego akurat nie dało się ukryć – o ile wcześniej nieco łatwiej było ignorować charakterystyczny zapach, skoro spędzili w nim już trochę czasu, tak po powrocie do samochodu… trudno byłoby nie zwrócić uwagi na intensywny
zapach, który mógł podobać się chyba tylko psom. I szopom. Ale tych drugich chyba jednak nie planowali ponownie zapraszać do samochodu, więc… tak, zdecydowanie powinni
zrobić coś z rozsypanymi dookoła chrupkami. I zdecydowanie byłoby to lepszym pomysłem niż ponowne roztrząsanie tego, czy wizyta w szpitalu była konieczna, czy jednak mogliby się bez niej obejść.
Elsa Eriksen