Połowę jej słów chciałby puścić mimo uszu, wyłączając na chwilę umysł. Na drugą połowę mógłby po prostu wywrócić oczami, ale ponownie byłoby to niezbyt dojrzałe i zapewne dałoby jej kolejny powód do przytyku. Słuchał więc, z ustami zaciśniętymi w wąską linię, odpuszczając potyczkę. Dokładnie tak, jak zrobiłby pacjent siedzący na kozetce u lekarza, niezbyt zainteresowany mądrościami medyka, ale pewny tego, że każdy sprzeciw wiązałby się z kolejną porcją nieznośnych upomnień. Nie uważał, nie dbał o zdrowie, prosił się o kłopoty, był zbyt dumny żeby poprosić o pomoc. Zapewne miała rację, ale nie zmieniało to zupełnie nic. Był ukształtowany w ten sposób, kultura
machismo wpajana od pokoleń, przez ojca i jego ojca, przez całe wieki umierających na wojnach mężczyzn, których zadaniem było bronić i nie pokazywać słabości. Zrobili to sobie sami, krzywdząc głęboko własną wrażliwość, a Carlos był zbyt połamany i uparty, by próbować to zmienić. Jak dotąd ta postawa utrzymała go przy życiu, a miał wiele okazji, by je stracić. Joe nie rozumiała, a on nie miał zamiaru się spierać; oboje z pełną pasją rzucali grochem o ścianę, jakby mieli nadzieję, że trafią w jakąś szczelinę.
Być może Grainier trafiła. Jeśli jednak sądziła, że mur się skruszy, albo chociaż pęknie odrobinę bardziej, była w błędzie. Spojrzenie Carlosa zmieniało się z łagodnego w pobłażliwe, poirytowane, pełne chłodu, odbijała się w nim frustracja, a w końcu i zmęczenie. Patrzył na nią jak na ujadającego szczeniaka, który jest pewny, że coś swoim kłapaniem w końcu ugra. Dogryzała, przesuwała granicę coraz dalej, jakby zapominała gdzie i dlaczego się znajdowała. Cierpliwość Salazara powoli ulatywała, ale zamiast gniewu, odnajdywał w sobie znużenie. Nie potrafił być na nią zły, nawet jeśli próbowała go kąsać i zmusić do autorefleksji. Przeprosin. Przyznania racji. Czegokolwiek mogła chcieć ta młoda kobieta, od takiego starego zgorzknialca jak on.
—
Twój ojciec musiał być bardzo mądrym człowiekiem — odgryzł się w końcu, gdy wstawał z fotela, z zamiarem udania się do kuchni. —
Más sabe el diablo por viejo que por diablo — mruknął pod nosem po hiszpańsku, kręcąc głową z dezaprobatą. Dalsza dyskusja nie miała sensu, wycofał się więc, by nie musieć spoglądać na dumną z siebie Joe. Sprawiała, że krew w jego żyłach wrzała i jeszcze nie potrafił stwierdzić, czy było to męczące, czy jednak przyjemne. Wiedział natomiast, że gdyby ktoś inny niż ona mówił do niego w ten sposób, zapewne rozmowa nie przebiegłaby tak łagodnie. Oboje mieli szczęście, że była bliska dla Cassandry. A może, po prostu miał do niej jakąś niepokojącą słabość.
Jeśli sądził, że monolog Joe dobiegł końca, zdecydowanie się mylił. Mówiła wciąż, tym razem wchodząc na cienki lód i, zgodnie ze swoim temperamentem, nie zamierzała stąpać po nim ostrożnie. Brzmiała ostro, gdy przypominała mu, że zaufanie mężczyźnie, opiekunowi, sprowadziło na Cassandrę tylko i wyłącznie mrok. Była oburzona tym, że Carlos w ogóle kazał sobie zawierzyć, jakby składał propozycję bez pokrycia, albo opowiadał nieśmieszny żart. Ponownie, pozwolił jej dokończyć, siedząc na kanapie i obracając szklankę z whisky w trzęsącej się dłoni. Zaciskał szczękę, zęby przebiły delikatną skórę wewnątrz policzka. Słowa świstały wokół niego jak kule, a on walczył, by jednak się nie złamać. Nie próbować starcia z nią.
Odpuść. Po prostu odpuść. Nie chciała umyślnie sprowadzić jego – wszystkich mężczyzn – do poziomu tamtego człowieka. Nie chciała go obrazić, ale chciała żeby zabolało, gdy przypominała o krzywdzie wyrządzonej Cass. I bolało, bolało też dlatego, że być może miała rację. Dlaczego miałaby mu ufać? Był mordercą, przemytnikiem, miał połamany kręgosłup moralny i problemy, do których duma nie pozwalała mu się przyznać. Dlaczego prosił ją o zaufanie, skoro od początku chciał, by czuła wobec niego strach i niechęć? Próbował zmusić ją do zdystansowania się, a kiedy już to robiła, spływała na niego tylko i wyłącznie gorycz. Żołądek zacisnął się nieprzyjemnie, a on po raz kolejny dopił whisky, próbując zagłuszyć wzbierające emocje ostrym uderzeniem alkoholu.
Nie odpowiadał, bo nie potrafił znaleźć dobrych słów. Na wszystko znalazłaby doskonałą ripostę, wbijając kolejną szpilkę. Z jakiegoś powodu każda z nich sięgała głęboko pod grubą skórę Carlosa. Ten ból nie był chciany, nie był kontrolowany, nie stanowił ucieczki. Łagodność spojrzenia, które jej posyłał, powoli ustępowała smutkowi. Patrzył na nią, na jej poruszające się usta i roziskrzone oczy, sparaliżowany i przykuty do kanapy. Bez odpowiedzi, bez dumy i pouczenia. Stary
Cordero wisiał na ramieniu, szepcząc do ucha znajome rozwiązania.
Przecież wiesz czym jest strach i jak go ukierunkowywać. Wiesz jak daleko się posunąć, by kogoś złamać. Jeśli to nie pomoże, zawsze można go po prostu zabić, przecież już to robiłeś, a on na to z a s ł u ż y ł. Czy w ogóle obchodzi cię ktokolwiek poza Cassandrą? Możesz współczuć tamtym dziewczynom, ale jeśli chcesz naprawdę im pomóc, spraw by ten mężczyzna zapłacił. Nie bądź naiwny, Carlos. Nie ma innego sposobu. Nie ma sprawiedliwości, jeśli sam jej nie wymierzysz. Joe jest zbyt młoda i idealistyczna, by zrozumieć jak wygląda życie. Możesz mieć tylko nadzieję, że kiedy przyjdzie do niej ta realizacja, nie będzie cierpiała zbyt bardzo.
—
W porządku. — Skinął głową, usta poruszyły się wolno, jakby wbrew jego woli. Wyglądał na zagubionego, jeszcze bardziej niż tamtego wieczoru, gdy miotał się w gorączce w mieszkaniu Joe. —
Obiecuję, że nie zrobię nic lekkomyślnego. Znajdę… inny sposób. — Niechęć w jego głosie wciąż była wyczuwalna, choć próbował ją przełknąć. Wciąż nie wierzył, że dało się załatwić sprawę inaczej, ale jednak przyrzekł. Nie łamał danego słowa. —
Starasz się robić dobrze. Zmienić świat na lepsze. Pomagać ludziom. I ja to rozumiem, Joe. Doceniam. Podziwiam twoją siłę i upór. — Chciał sięgnąć po whisky, by rozrzedzić gęstniejącą ślinę i odwrócić na chwilę spojrzenie od oczu Grainier, ale przecież szklanka była już pusta. —
Chcę żebyś zrozumiała, że ja taki nie jestem. Próbowałem, ale chyba urodziłem się w złym miejscu i czasie. Tam nie było innego sposobu. — Nie potrafił znaleźć sobie miejsca, w tej niewielkiej przestrzeni między nimi stało się duszno i niebezpiecznie. Powietrze zapachniało dymem i palonym mięsem. Więdnącymi kwiatami i kadzidłami. Rdzawą wonią monet obracanych w spoconych palcach, drogimi importowanymi perfumami. Krwią i uryną. Meksykiem. —
Ojo por ojo, diente por diente. Wybór był prosty. Mogłem umrzeć w imię ideałów, tak jak mój ojciec, albo spróbować zapewnić byt sobie i matce. — Nie było w nim żalu. Nie potrzebował współczucia, nie sądził, by otrzymał też zrozumienie. —
Zapewne oślepłem, ale to dobrze. Cieszę się, że jestem ślepy Joe. Gdym patrzył na to wszystko, co się działo twoimi oczami, zostałbym złamany. Ale żyję, bo wybrałem życie, bez względu na cenę.
joe grainier