45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Przyjął jej ostrzeżenie – tę nagłą troskę – z chłopięcą wręcz niepokornością. Zacisnął palce na oparciu ponownie i uśmiechnął się przez zaciśnięte zęby, gdy ból na powrót uderzył w zakończenia nerwowe. Było to nierozsądne, zapewne niedojrzałe, nie prowadziło do zupełnie niczego, a jednak trwał na fotelu, zesztywniały i ogarnięty nieprzyjemnym pulsowaniem mięśni, jakby właśnie tego chciał. Robił Joe na przekór, choć jego ciało miotało się i wyrywało, chcąc uciec przed bólem. Nie ucieknie. Może właśnie ten brak pokory i niemal lekceważące podejście do własnego zdrowia sprawiało, że Carlos wciąż żył? Ile razy znajdował się w gorszym stanie, ile razy był postrzelony, pocięty i szyty? Nigdy nie odpuszczał, hartując fizyczną powłokę. Nie pozwalał, by umysł sądził, że jest słabszy niż wcześniej. Grainier była pierwszym z jego medyków, który faktycznie starał się go pouczyć i zadbać o jego dobrostan. Wydawała się martwić – nawet jeśli ta czujność była wyuczona przez jej przyszły fach. Cassandra cały czas strofowała Carlosa, próbowała go uchronić przed (auto)destrukcją, ale to była zupełnie inna dynamika. Była jak jego córka, choć nie krążyła w nich ta sama krew. Chciała się nim opiekować, w pewnym stopniu pozwalał jej więc na to, tylko dlatego, że w ten sposób sam mógł czuwać nad nią. Joe nie była jednak rodziną. Nie była nawet prawowitym lekarzem. Była młoda i choć zapewne miała większą wiedzę na temat zachowań ludzkiego ciała niż Carlos, widziała znacznie mniej niż on. Mniej bólu i mniej złamanych kości. Czy powinien pozwolić jej na troskę i znów odpuścić, schować nonszalancję do kieszeni, tak jak mogłaby oczekiwać?
Uważam. — Zmrużył oczy i napił się whisky. Przez moment wyglądał tak, jakby znów zamierzał przekornie zacisnąć mięśnie i powiedzieć, że to tylko ból. Rany w końcu się zagoją, nawet jeśli potrwa to dłużej. Dawna, miniona sprawność i tak nie powróci. Zbyt wiele próbowano zszyć i załatać, by nie odczuwał skutków tych napraw codziennie. — Nie musisz się martwić, Joe. To nie pierwszy raz, wiem na ile mogę sobie pozwolić. Wiem ile zniesie moje ciało. — Zapewnił ją, odszukując jej spojrzenie. W jego oczach nie było jednak wyzwania, a niepokorny uśmiech tańczący na ustach zniknął. Carlos – tym razem na przekór sobie – rozluźnił zaciśnięte palce, pozwalając ciału się rozluźnić. Przyjęło to z niemałą ulgą, zapadając się głębiej w fotel, a Salazar musiał powstrzymać się przed westchnięciem ulgi. To było przyjemne, poddać się na moment, ale równocześnie niezwykle niebezpieczne. Taki komfort to coś, do czego nie mógł się przyzwyczaić. Czujne oczy Joe obserwowały go w tamtym momencie, jej usta zaciśnięte w wąską linię, stanowczy wyraz twarzy; nie będzie pilnowała go wiecznie. W końcu zamienią się miejscami i znów będzie musiał wrócić do roli protektora. Siły, która nie może się wahać i nie może odpocząć. Nie będzie żadnego powodu, dla którego mógłby odpuścić, żadnej wymówki by zaniechać walki. Ona, choć na te kilka godzin, miała stanowić powód, dla którego nie ruszy się z mieszkania. Pozornie nie zepsuje i nie naprawi zupełnie nic.
Nie musi się bać. Żadna z was. — Słowa te przechodziły przez gardło dużo prościej, gdy nie musiał na nią patrzeć. Wtedy, gdy zmierzał w kierunku kuchni i nalewał do szklanki kolejną porcję whisky. — Próbuję zrobić wszystko, by nikt nie musiał żyć w strachu. Ale nie zmienię tego jakim człowiekiem jestem i co robię. To nie jest coś, z czego po prostu da się wycofać. — Przechylił szkło i odchylił głowę, pozwalając alkoholowi spływać po gardle. Przymknął oczy i odetchnął, zbierając w sobie siły na kolejne słowa i powrót do salonu. — Musicie mi zaufać. Nie jestem Martinem. — Wspomnienie przyjaciela bolało, dużo bardziej niż rana po kuli. I przez moment znów chciał zacisnąć palce na blacie kuchennego stołu, naciągnąć mięśnie i rozerwać ledwo połączone tkanki. Poczuć coś, nad czym miał kontrolę. Nie zrobił tego. Joe nie mogła go zobaczyć, a jednak był pewien, że wiedziałaby wszystko, prześwietlając jego osobę tymi bystrymi oczyma, które wyłapywały każdy subtelny gest. Nalał więc whisky do dwóch szklanek i wrócił. Tym razem jednak nie usiadł w fotelu, czym zapewniłby sobie bezpieczny dystans i doskonałą pozycję do obserwowania Joe. Zajął miejsce obok dziewczyny, na kanapie, w niewielkiej odległości – wystarczającej, by ich ciała się nie dotykały, ale zbyt małej, by mówić o wolnej przestrzeni. Postawił przed nią szklankę z whisky, samemu ponownie łykając alkoholu. Oparł się wygodniej, odchylona głowa spoczęła na zagłówku. Obserwował sufit, po którym tańczyły światła miasta. Ciepłe barwy popołudnia zaczęły ustępować, robiąc miejsce dla wieczornych cieni.
Inny sposób. — Powtórzył jej wcześniejsze słowa i uśmiechnął się słabo, z widoczną goryczą. Podobno zawsze da się znaleźć inne wyjście – tak mówiły wszelkie opowieści, naiwne bajki, które miały przywrócić wiarę w ludzką dobroć – wiedział jednak, że to tylko pobożne życzenie. Joe wydawała się jednak zdeterminowana, by pokazać mu, że się mylił. Obrócił głowę i spojrzał nią, leniwym i łagodnym spojrzeniem, jakby pogodził się z tym, że na chwilę musi odwiesić broń. Ustąpił jej już tyle razy, kolejny nie zrobi różnicy. — Co według ciebie powinienem zrobić? — Wypity alkohol powoli rozchodził się przyjemnym ciepłem po ciele. Głowa stała się lżejsza, a ból w ramieniu zamieniał się w tępe pulsowanie. Nawet fakt, że pytał Joe Grainier o radę, naprawdę rozważając jej wysłuchanie, wydawał się bardziej znośny. M o ż e dobrze się stało, że go powstrzymała, że siedział we własnym mieszkaniu ze szklanką whisky w dłoni, odrobinę mniej samotny i zły. M o ż e, wbrew pozorom, Joe stanowiła najlepszą część minionego dnia. Może łapał się na tej myśli, ale nie pozwalał sobie jej roztrząsać, zrzucając jej źródło na zmęczenie i alkoholowe majaki.


joe grainier
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
27 y/o
For good luck!
179 cm
studentka medycyny university of toronto
Awatar użytkownika
I've been learning about letting go, how to do it without my claws scratching the surfaces
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Był nieznośny. Krnąbrny w sposób, który już teraz skutecznie doprowadzał Joe do szaleństwa (ale który, jednocześnie, szatynka mogła zrozumieć, bo przecież u samej siebie znajdowała często podobną formę uporu), wytrącając jej tym samym wszelkie racjonalne argumenty. Nie dało się w końcu przecież negocjować z człowiekiem upartym jak osioł, i to chyba wyłącznie dla zasady. W reakcji na jego ostentacyjną niesubordynację – naprawdę bardziej niż dorosłego mężczyzny godną raczej zadziornego chłopca – nie pozostało jej zatem nic, niż tylko wymownie przewrócić oczami.
– Guzik, a nie uważasz – Żachnęła się. Musiała być ostrożna, bo nawet jedno, gwałtowniejsze potrząśnięcie głową ponownie sprowadzało na nią vertigo i podążających za nią, lekkich mdłości. Nie musiała jednak wykonywać żadnych większych gestów, by z wyrazu jej twarzy Carlos mógł bez trudu odczytać to, co działo się w jej wnętrzu. – Życzę powodzenia, jeśli tymi wygłupami doprosisz się o poważny stan zapalny.
Carlos zdecydowanie nie był pierwszym mężczyzną w jej życiu, który w chwilach lęku, albo bólu, upierał się przy hipotezie o własnej niezniszczalności. Pierwsi przychodzili jej do głowy właśni krewni, ale nie tylko – w końcu na oddziale dziennym i na nocnych dyżurach pełno było herosów, którzy przecenili panowanie, jakie rzekomo mieli nad własnymi organizmami. To prawda, ciało Carlosa nie miało jeszcze okazji spektakularnie go zawieść – trzymane na krótkim postronku jego silnej woli – ale Grainier była pewna, że to tylko kwestia czasu. Każda, nawet najmocarniejsza istota, miała swoją piętę Achillesa, nawet jeśli nigdy nie chciała się do tego przyznać nawet przed samą sobą.
– A mogę się założyć, że wtedy też się uprzesz, żeby nie szukać pomocy w szpitalu – Wytknęła, mimo osłabienia zadziorna w typowy sobie, nieustępliwy sposób.
Nie, rzeczywiście bynajmniej nie zamierzała pilnować go wiecznie. A mimo to jakąś nieposłuszną rozsądkowi częścią siebie już teraz domyślała się, że gdyby – jakimś cudem – za dwa tygodnie Carlos Salazar stanął w środku nocy na jej progu, z silną gorączką mącącą zmysły i nieznośnym bólem pulsującym w barku, nie potrafiłaby zatrzasnąć mu drzwi przed nosem.

Już za moment jej spojrzenie i cała postawa względem mężczyzny miały nieoczekiwanie stężeć, ale teraz, z ciężkim westchnieniem unoszącym jej pierś, Joe skapitulowała na sekundę w zmaganiach prowadzonych z przekorną naturą Carlosa.
– Chyba będę musiała przeprowadzić jakieś badania – Powiedziała tonem tak poważnym, jakby naprawdę budowała w głowie właśnie zarys akademickiego projektu – Czy u mężczyzn ten rodzaj uporu to coś, co pojawia się z wiekiem? A może to jakiś wirus panoszący się u facetów po czterdziestce… – Dobrze, może dogryzanie rozmówcy na płaszczyźnie tak w gruncie rzeczy niezależnej od niego, jak jego wiek było chwytem godnym kilkulatki, ale Joe nie mogła udawać, że nie była teraz z siebie w jakiś głupi sposób dumna. Już sam fakt, że cała ta nieprzystępna aura Carlosa nie zbiła jej z pantałyku do reszty, był niemałym sukcesem - ”Nie zmienię tego, jaki jestem”, bla, bla, bla – przedrzeźniła, podążając za nim wzrokiem. Igrała z ogniem, tak, ale przynajmniej w procesie tym robiło jej się odrobinę cieplej Brzmisz dokładnie jak mój ojciec. I jego ojciec. I pewnie wszyscy inni ojcowie świata.
Tego typu przytyki były oczywiście kompletnie nieadekwatne do powagi sytuacji, w jakiej się znaleźli. A mimo to dopiero teraz Joe zrozumiała, jak bardzo w ostatnich tygodniach brakowało jej choćby namiastki lekkości, przynoszącej cudowną ulgę w kontraście do wszystkich tych ciężkich, negatywnych emocji, jakie targały nią od ostatniego spotkania z Salazarem. Chwila wytchnienia nie trwała jednak długo.
– Musimy co? Joan prawie zachłysnęła się własną śliną, gdy z ust mężczyzny padły słowa o zaufaniu. Nie chodziło już nawet o to, że Joe nie cierpiała, gdy mówiono jej, co musiała, albo czego nie mogła robić (a już zwłaszcza wówczas, gdy robili to mężczyźni), a bardziej o fakt, co brunet właśnie jej przykazał. – Chyba sobie żartujesz – Parsknęła, sama zaskoczona tym, jak ostro to zabrzmiało.
- Cass też mu ufała, nie sądzisz? Temu człowiekowi, który na świecie sportu znał się o wiele lepiej od niej, miał się nią opiekować, i pewnie też ją zapewniał, że doskonale wie, co robi – Powiedziała powoli, jakby tłumaczyła Carlosowi właśnie najprostsze prawdy o funkcjonowaniu świata. Jako mężczyzna, pewnie nigdy nie musiał martwić się podobnymi kwestiami. Ale Joe nie była mężczyzną – Więc łaskawie nie każ mi sobie ufać pięć minut po tym, jak sam mi właśnie przypomniałeś, ile może kosztować kobietę uwierzenie mężczyźnie.
Jego nagła obecność na kanapie była zaskoczeniem, ale nie wypełniła Joan tym rodzajem lęku, którego dziewczyna mogła się po sobie spodziewać. Zamiast niego, poczuła raczej wdzięczność za whisky – za coś, czym mogła zająć dłonie; za kształt, w który mogła na trochę wbić niespokojny wzrok.

- Podobno zawsze da się znaleźć inne wyjście – Powiedziała, zupełnie jakby jakimś cudem potrafiła odczytać teraz myśli mężczyzny, nieświadoma jedynie, że we własnej głowie Carlos tego typu zapewnienia uważał za naiwne bajdurzenie godne dziecięcych opowiastek. Matematyka była prosta: wystarczyło pomyśleć, że dwudziestopięcioletni Carlos musiał być już całkiem pewnie ustawiony w przestępczych realiach podczas, gdy mała Joan dopiero uczyła się pewnie składać bardziej złożone zdania, i nadal wierzyła we wszystkie długo i szczęśliwie, które wyczytała w swoich ukochanych książkach z ilustracjami, by zrozumieć, że Salazar miał po prostu o wiele więcej czasu niż ona by do reszty zgorzknieć, podczas gdy w Joe nadal tliły się iskierki idealizmu.
Sięgnęła po szklankę, zatapiając wargi w płynnym złocie alkoholu, a potem mniej lub bardziej świadomie, przyjęła pozycję bliźniaczą do zajmowanej przez Carlosa. Zwróciła twarz w kierunku, z którego dobiegała chropowata melodia męskiego głosu.
— Chcesz, żeby się bał. Świetnie. A zastanowiłeś się, co może zrobić przestraszony człowiek? — Pociągnęła – Sam mi przed chwilą zrobiłeś o tym wykład. Walka albo ucieczka, pamiętasz? Więc załóżmy, że rzeczywiście pojedziesz tam dzisiaj i osiągniesz dokładnie to, czego chcesz. Przestraszysz go. Co zrobi potem? Bo ja na jego miejscu zaczęłabym się zastanawiać, skąd wiesz. I kto ci powiedział. – Jeszcze kilkanaście minut temu, prawda o trenerze Cass bya wyłącznie obrzydliwą abstrakcją, ale teraz zaczynała nabierać kształtów: twarzy, których Joe jeszcze nie znała, imion, których być może nigdy nie usłyszy. Dziewcząt ufnie zostających na lodowisku po treningach, dokładnie tak, jak przez lata robiła to jej przyjaciółka.
– Masz rację. Cass wcale nie musiała być jedyna – Zgodziła się, obracając w dłoniach szklankę. Wycieńczona długim monologiem, a jednak niezdolna jeszcze, by urwać go nim dotrze do sedna – Więc zanim zaczniemy się zastanawiać, co z tym wszystkim zrobić, błagam cię, pomyśl też o innych dziewczynach, dla których twój gniew może mieć konsekwencje. Sam wiesz, do czego jesteś zdolny, kiedy ktoś zagraża Cassie. Skąd, do cholery, wiesz, do czego on może się posunąć, kiedy poczuje, że ktoś zagraża jemu?

Carlos Salazar
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Połowę jej słów chciałby puścić mimo uszu, wyłączając na chwilę umysł. Na drugą połowę mógłby po prostu wywrócić oczami, ale ponownie byłoby to niezbyt dojrzałe i zapewne dałoby jej kolejny powód do przytyku. Słuchał więc, z ustami zaciśniętymi w wąską linię, odpuszczając potyczkę. Dokładnie tak, jak zrobiłby pacjent siedzący na kozetce u lekarza, niezbyt zainteresowany mądrościami medyka, ale pewny tego, że każdy sprzeciw wiązałby się z kolejną porcją nieznośnych upomnień. Nie uważał, nie dbał o zdrowie, prosił się o kłopoty, był zbyt dumny żeby poprosić o pomoc. Zapewne miała rację, ale nie zmieniało to zupełnie nic. Był ukształtowany w ten sposób, kultura machismo wpajana od pokoleń, przez ojca i jego ojca, przez całe wieki umierających na wojnach mężczyzn, których zadaniem było bronić i nie pokazywać słabości. Zrobili to sobie sami, krzywdząc głęboko własną wrażliwość, a Carlos był zbyt połamany i uparty, by próbować to zmienić. Jak dotąd ta postawa utrzymała go przy życiu, a miał wiele okazji, by je stracić. Joe nie rozumiała, a on nie miał zamiaru się spierać; oboje z pełną pasją rzucali grochem o ścianę, jakby mieli nadzieję, że trafią w jakąś szczelinę.
Być może Grainier trafiła. Jeśli jednak sądziła, że mur się skruszy, albo chociaż pęknie odrobinę bardziej, była w błędzie. Spojrzenie Carlosa zmieniało się z łagodnego w pobłażliwe, poirytowane, pełne chłodu, odbijała się w nim frustracja, a w końcu i zmęczenie. Patrzył na nią jak na ujadającego szczeniaka, który jest pewny, że coś swoim kłapaniem w końcu ugra. Dogryzała, przesuwała granicę coraz dalej, jakby zapominała gdzie i dlaczego się znajdowała. Cierpliwość Salazara powoli ulatywała, ale zamiast gniewu, odnajdywał w sobie znużenie. Nie potrafił być na nią zły, nawet jeśli próbowała go kąsać i zmusić do autorefleksji. Przeprosin. Przyznania racji. Czegokolwiek mogła chcieć ta młoda kobieta, od takiego starego zgorzknialca jak on.
Twój ojciec musiał być bardzo mądrym człowiekiem — odgryzł się w końcu, gdy wstawał z fotela, z zamiarem udania się do kuchni. — Más sabe el diablo por viejo que por diablo — mruknął pod nosem po hiszpańsku, kręcąc głową z dezaprobatą. Dalsza dyskusja nie miała sensu, wycofał się więc, by nie musieć spoglądać na dumną z siebie Joe. Sprawiała, że krew w jego żyłach wrzała i jeszcze nie potrafił stwierdzić, czy było to męczące, czy jednak przyjemne. Wiedział natomiast, że gdyby ktoś inny niż ona mówił do niego w ten sposób, zapewne rozmowa nie przebiegłaby tak łagodnie. Oboje mieli szczęście, że była bliska dla Cassandry. A może, po prostu miał do niej jakąś niepokojącą słabość.
Jeśli sądził, że monolog Joe dobiegł końca, zdecydowanie się mylił. Mówiła wciąż, tym razem wchodząc na cienki lód i, zgodnie ze swoim temperamentem, nie zamierzała stąpać po nim ostrożnie. Brzmiała ostro, gdy przypominała mu, że zaufanie mężczyźnie, opiekunowi, sprowadziło na Cassandrę tylko i wyłącznie mrok. Była oburzona tym, że Carlos w ogóle kazał sobie zawierzyć, jakby składał propozycję bez pokrycia, albo opowiadał nieśmieszny żart. Ponownie, pozwolił jej dokończyć, siedząc na kanapie i obracając szklankę z whisky w trzęsącej się dłoni. Zaciskał szczękę, zęby przebiły delikatną skórę wewnątrz policzka. Słowa świstały wokół niego jak kule, a on walczył, by jednak się nie złamać. Nie próbować starcia z nią. Odpuść. Po prostu odpuść. Nie chciała umyślnie sprowadzić jego – wszystkich mężczyzn – do poziomu tamtego człowieka. Nie chciała go obrazić, ale chciała żeby zabolało, gdy przypominała o krzywdzie wyrządzonej Cass. I bolało, bolało też dlatego, że być może miała rację. Dlaczego miałaby mu ufać? Był mordercą, przemytnikiem, miał połamany kręgosłup moralny i problemy, do których duma nie pozwalała mu się przyznać. Dlaczego prosił ją o zaufanie, skoro od początku chciał, by czuła wobec niego strach i niechęć? Próbował zmusić ją do zdystansowania się, a kiedy już to robiła, spływała na niego tylko i wyłącznie gorycz. Żołądek zacisnął się nieprzyjemnie, a on po raz kolejny dopił whisky, próbując zagłuszyć wzbierające emocje ostrym uderzeniem alkoholu.

Nie odpowiadał, bo nie potrafił znaleźć dobrych słów. Na wszystko znalazłaby doskonałą ripostę, wbijając kolejną szpilkę. Z jakiegoś powodu każda z nich sięgała głęboko pod grubą skórę Carlosa. Ten ból nie był chciany, nie był kontrolowany, nie stanowił ucieczki. Łagodność spojrzenia, które jej posyłał, powoli ustępowała smutkowi. Patrzył na nią, na jej poruszające się usta i roziskrzone oczy, sparaliżowany i przykuty do kanapy. Bez odpowiedzi, bez dumy i pouczenia. Stary Cordero wisiał na ramieniu, szepcząc do ucha znajome rozwiązania.
Przecież wiesz czym jest strach i jak go ukierunkowywać. Wiesz jak daleko się posunąć, by kogoś złamać. Jeśli to nie pomoże, zawsze można go po prostu zabić, przecież już to robiłeś, a on na to z a s ł u ż y ł. Czy w ogóle obchodzi cię ktokolwiek poza Cassandrą? Możesz współczuć tamtym dziewczynom, ale jeśli chcesz naprawdę im pomóc, spraw by ten mężczyzna zapłacił. Nie bądź naiwny, Carlos. Nie ma innego sposobu. Nie ma sprawiedliwości, jeśli sam jej nie wymierzysz. Joe jest zbyt młoda i idealistyczna, by zrozumieć jak wygląda życie. Możesz mieć tylko nadzieję, że kiedy przyjdzie do niej ta realizacja, nie będzie cierpiała zbyt bardzo.
W porządku. — Skinął głową, usta poruszyły się wolno, jakby wbrew jego woli. Wyglądał na zagubionego, jeszcze bardziej niż tamtego wieczoru, gdy miotał się w gorączce w mieszkaniu Joe. — Obiecuję, że nie zrobię nic lekkomyślnego. Znajdę… inny sposób. — Niechęć w jego głosie wciąż była wyczuwalna, choć próbował ją przełknąć. Wciąż nie wierzył, że dało się załatwić sprawę inaczej, ale jednak przyrzekł. Nie łamał danego słowa. — Starasz się robić dobrze. Zmienić świat na lepsze. Pomagać ludziom. I ja to rozumiem, Joe. Doceniam. Podziwiam twoją siłę i upór. — Chciał sięgnąć po whisky, by rozrzedzić gęstniejącą ślinę i odwrócić na chwilę spojrzenie od oczu Grainier, ale przecież szklanka była już pusta. — Chcę żebyś zrozumiała, że ja taki nie jestem. Próbowałem, ale chyba urodziłem się w złym miejscu i czasie. Tam nie było innego sposobu. — Nie potrafił znaleźć sobie miejsca, w tej niewielkiej przestrzeni między nimi stało się duszno i niebezpiecznie. Powietrze zapachniało dymem i palonym mięsem. Więdnącymi kwiatami i kadzidłami. Rdzawą wonią monet obracanych w spoconych palcach, drogimi importowanymi perfumami. Krwią i uryną. Meksykiem. — Ojo por ojo, diente por diente. Wybór był prosty. Mogłem umrzeć w imię ideałów, tak jak mój ojciec, albo spróbować zapewnić byt sobie i matce. — Nie było w nim żalu. Nie potrzebował współczucia, nie sądził, by otrzymał też zrozumienie. — Zapewne oślepłem, ale to dobrze. Cieszę się, że jestem ślepy Joe. Gdym patrzył na to wszystko, co się działo twoimi oczami, zostałbym złamany. Ale żyję, bo wybrałem życie, bez względu na cenę.


joe grainier
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „#27”