ODPOWIEDZ
25 y/o
Welkom in Canada
188 cm
chwilowo zawieszony student psychologii więc pracuje jako mechanik samochodowy
Awatar użytkownika
„Najgorzej nie jest wtedy, kiedy coś czujesz. Najgorzej jest wtedy, kiedy wiesz, że nie powinieneś — a i tak nie potrafisz przestać.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie pamiętał samego uderzenia, nie pamiętał zgrzytu giętej blachy, huku poduszek powietrznych ani pisku opon. Pierwsze, co zarejestrował, to chłód i ostry ból w klatce piersiowej. Otworzył oczy i powoli docierało do niego, gdzie w ogóle jest. Siedział na asfalcie, głowa ciążyła mu jak z ołowiu, a w ustach czuł metaliczny smak krwi połączony z przetrawionym alkoholem. Rozglądał się wokół kompletnie skołowany. Samochod był wbity w latarnię, a w środku nieruchomo siedział Kevin. Noah ledwo podniósł się z ziemi, nogi uginały się pod nim, ale podszedł dwa kroki i zamarł. Kevin siedział w dziwnej, nienaturalnej pozycji, z głową we krwi. Nie oddychał. Beaumont zaczął krzyczeć jego imię, ale z gardła wydobywał mu się tylko chrapniecie. Zero reakcji. Przyjaciel nie żył. Przeniósł wzrok na tylne siedzenie, gdzie Mia, siostra Kevina, była uwięziona w zakleszczonym wozie i próbował szarpać za klamkę, ale drzwi ani drgnęły, wpadł więc w panikę, biegając wokół auta, pociągając za klamki i krzycząc, aż w oddali usłyszał syreny. Nie pamiętał, co było potem. Nie pamiętał, co dokładnie spowodowało ten wypadek. Czy zasnął za kółkiem? Czy zjechał na przeciwległy pas? Czy wymusił pierwszeństwo? Do dziś nie miał pojęcia. Z samego wypadku w jego pamięci zapisała się tylko ta okropna scena wybudzenia na ulicy i widok martwego kumpla. Był nawalony jak szpadel, ledwo trzymał się na nogach, a mimo to wziął kluczyki. Przez swoją głupotę Kevin zginął na miejscu, a on sam wywinął się z tego z kilkoma siniakami, poharataną twarzą i wstrząśnieniem mózgu. To wszystko dawno minęło, ale tamte obrazy nie dawały mu spokoju. Poczucie winy zjadało go od tamtej nocy bez przerwy. Każdego dnia po wypadku budził się z tym samym obrazem pod powiekami.
Potem ruszyła cała sądowa machina: zarzuty, przesłuchania, ciąganie po komendach, aż wreszcie nadszedł ten dzień. Dostał wezwanie do sądu na pierwsze oficjalne spotkanie z kuratorem sądowym, który miał teraz decydować o jego dalszym losie, wyznaczać mu prace społeczne, nadzór, kroki w terapii uzależnień i kontrolować każdy jego ruch.
Rano nie potrafił wcisnąć w siebie ani kęsa chleba, a ręce trzęsły mu się tak mocno, że przy zapięciu pierwszego guzika koszuli, musiał próbować dwa razy. Idąc, miał wrażenie, że wszyscy ludzie na ulicy gapią się na niego i wiedzą, co zrobił, że widzą w nim mordercę, który wsiadł za kółko po pijanemu. Serce waliło mu jak szalone, bo bał się tego spotkania. Nie wiedział, kim jest ten kurator, czy to będzie jakiś surowy gość, który od razu zmiesza go z błotem, czy ktoś, kto potraktuje go jak ostatniego śmiecia? W sumie sam uważał się za śmiecia, więc nawet nie miałby prawa się obrazić.
Gdy wysiadł pod budynkiem sądu, aż go zemdliło. Budynek wyglądał przerażająco i Noah stał chwilę przed przejściem dla pieszych i po prostu patrzył na drzwi. Wejście do środka wymagało od niego wykrzesania z siebie resztek sił. Przeszedł przez bramkę do wykrywania metalu, pokazał dowód strażnikowi. Wszystko robił automatycznie, jak robot. Podszedł pod właściwe drzwi, usiadł na ławce, ukrył twarz w dłoniach i zaczął głęboko oddychać, żeby nie zemdleć z nerwów.
Przez głowę przechodziły mu setki myśli. Jak ma rozmawiać z tym człowiekiem? Co ma powiedzieć, skoro sam nie wie, jak do tego doszło? Jak wytłumaczyć, że nie chciał tego zrobić, kiedy przed oczami wciąż ma martwe ciało Kevina? Miał pustkę w głowie, a im dłużej siedział pod tymi drzwiami, tym mniej wiedział, co właściwie powinien powiedzieć. W końcu klamka w drzwiach gabinetu numer drgnęła i chłopak podniósł głowę i nagle przestał oddychać.
Vivienne Adler
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-os l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

∙ 002 ∙
Vivienne spojrzała na zegarek na nadgarstku. Potem na ten na ekranie laptopa. Później na ten na telefonie. Ostatecznie za okno, udając przed samą sobą, że z położenia słońca potrafiłaby wyczytać godzinę. Nie potrafiła, chyba, że było południe albo można było jedynie rzucać szacunkową liczbą.
Teraz jednak liczyła się dokładność.

Kiedy ktoś miał umówione spotkanie, dokładność oznaczała punktualność lub jej brak. W przypadku tego spotkania Vivienne jeszcze nie była pewna na czym to się skończy. Noah Beaumont miał wciąż jeszcze pięć minut. Równie dobrze mógł wejść do gabinetu w każdej kolejnej sekundzie. Równie dobrze mógł to zrobić w godzinę zero.
Równie dobrze mógł nie zrobić tego w ogóle.
A Vivienne wtedy by się nie zdziwiła. Bo to chyba była niepisana część jej pracy — brak stawiennictwa. Czy mogła się dziwić? Rozważając wszelkie za i przeciw, wchodząc na chwilę w buty drugiej strony, chyba nie mogła. Z drugiej strony sama świadomość c o oznacza brak spotkań z przydzielonym kuratorem powinna skutecznie pchać podopiecznych pod jej drzwi. Sądy w tym przypadku były wyjątkowo bezlitosne.
Społeczeństwo nie lubiło recydywistów.
Kiedy wskazówki zegara mignęły na równą godzinę, a na ekranach przesunęły się cyfry, Vivienne podniosła się z fotela. Nie czekała studenckiego kwadransa, ale też nie skreślała nowego podopiecznego bezpowrotnie. Czasami spóźniali się tylko trochę. Czasami siedzieli pod drzwiami. Niektórzy pogrążeni w obawie, niektórzy w wątpliwościach. Niektórzy w jednym i drugim.
Vivienne nacisnęła na klamkę i otworzyła drzwi, zaraz stając w ich progu. Nie wychylała się na zewnątrz i nie wołała po nazwisku; zamiast tego udawała, że wychodziła, bo miała powód. Jeśli ktoś siedział pod drzwiami to raczej nie dlatego, że się zagapił i zapomniał wejść — nie zamierzała wskazywać paluchem i dawać komuś odczuć, że jest oczekiwany. Nie była urzędasem z krwi i kości, nie brała jeńców i nie chciała ich torturować, z miejsca pokazując kto tu jest górą. Była przede wszystkim c z ł o w i e k i e m. Wciąż świeżym w tym fachu, wciąż niewyćwiczonym. Starsi stażem mieli z niej ubaw, ale ona starała się zachować jakiś umiar i balans między swoją empatią a nie dawaniem sobie wchodzić na głowę.
Przynajmniej tak sobie wmawiała.
I tak robiła też teraz, kiedy wyszła z pokoju z teczką w dłoni, gotowa udawać, że zgarnęła błędne akta.
Albo tak by zrobiła, gdyby nie dojrzała młodego mężczyzny siedzącego na ławce z twarzą zwróconą w jej kierunku.
Już jesteś? — Pytanie retoryczne. Przecież widziała, że był. I on wiedział, że był. — Potrzebujesz jeszcze chwili?
Nie wyglądała, jak ktoś, kto zamierzał go rozszarpać na strzępy. Nie wyglądała, jakby go oceniała. Wyglądała, jakby... jakby realnie się o niego troszczyła. Martwiła. Jakby jej z a l e ż a ł o.
I była to prawda.
Uśmiechnęła się delikatnie i spojrzała na miejsce na ławce. Zanim zdążył się ruszyć, sama postąpiła kilka kroków do przodu i usiadła obok niego. Nie za blisko, ale też nie za daleko. Jak znajoma, którą przypadkiem spotykasz na korytarzu, kiedy załatwiasz jakieś sprawy na mieście. Bez presji, bez napięcia.
Odłożyła trzymaną teczkę na ławkę po drugiej stronie siebie i oparła się wygodniej plecami o ścianę.
Straszny ukrop, co? — Starsi koledzy po fachu właśnie jednogłośnie przywaliliby sobie otwartymi dłońmi prosto we własne czoła. — Napijesz się czegoś?


Noah Beaumont
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
ODPOWIEDZ

Wróć do „Superior Court of Justice”