ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-os l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

∙ 003 ∙
To był kolejny raz. Kolejny raz, kiedy ktoś odwołał spotkanie pięć minut przed. Kolejny raz, kiedy czekała na kogoś i została wystawiona. Słuchała czasem opowieści koleżanek, jak to były ghostowane przez swoje randki z tindera, ale w przypadku Vivienne problem był jeden — to w żadnym wypadku nie były r a n d k i.
To nie były nawet spotkania towarzyskie, choć niektórzy chyba za takie je uważali. I chociaż widzenia z nią były znacznie na luźniejszej stopie, to wciąż były narzuconymi przez sędziego spotkaniami z kuratorem. Nie robiła tego dla zabawy. I strasznie, s t r a s z n i e, wkurzało ją to, gdy jej podopieczni się nie stawiali.
Spoko, Viv, ten przynajmniej uprzedził.
Pięć minut przed, ale uprzedził.
Miała zatem czas, miała wkurzenie i miała absolutną potrzebę na kawę. Ale nie taką z ekspresu w swoim pokoju; tych wypiła już dzisiaj dwie. Słońce grzało, niebo było bezchmurne, distillery district wcale nie było tak daleko... Nie musiała samej siebie długo przekonywać. Trzy minuty później siedziała w taksówce i jechała do swojej jednej z ulubionych kawiarni w okolicy. Świeżo prażone ziarna z aromatycznymi dodatkami wydawały jej się znacznie lepszą opcją na spędzenie upalnego, nudnego popołudnia niż ślęczenie w gmachu sądu, gdzie nie czekało ją nic do roboty poza czytaniem kolejnych wymówek i kolejnych próśb o przesunięcie spotkania.
A to mogła robić przez telefon, siedząc w znacznie lepszym miejscu, otoczona słodkimi zapachami i atmosferą leniwie upływających chwil.
Wbrew jednak swoim wyobrażeniom, wnętrze tętniło już życiem. Kolejna była długa i chociaż szła w miarę sprawnie, to wciąż obsługa więcej czasu poświęcała starannemu przygotowaniu zamówienia, niż szybkiemu uwijaniu się za kasą i odhaczaniu kolejnego klienta. Może to była polityka firmy, może nie, ale to był jeden z głównych czynników dlaczego tak lubiła to miejsce. Bo dbali o tych, którzy tu przychodzili i serwowali naprawdę świetną kawę.
A kawa była świętością.
Bez zajęknięcia ustawiła się na końcu sznurka ludzi i odpaliła na telefonie menu, bo z takiej odległości go nie widziała, a pamięć do kart miała, jak pamięć do filmów. Dobrą, ale ulotną. Kwadrans później była już druga w kolejce i zastanawiała się czy do kawy dobrać jagodziankę — a te patrzyły na nią zza szyby wystawy i obiecywały dużo kruszonki, jeszcze więcej nadzienia i miękkie ciasto drożdżowe — czy croissanta z kremem orzechowo-czekoladowym. Wzięłaby oba i zasłodziła się na całe kolejne dwa dni, ale wtedy narzekałaby, że jej ciężko i każdy miałby jej dość. Było to ryzyko, które zdecydowanie gotowa była podjąć. Gorzej, że dostrzegła też drozdżówkę z budyniem i malinami oraz cynamonkę.
Cześć. To co podać? — padło do niej od uśmiechniętej dziewczyny za ladą. Vivienne wciąż nie wiedziała.
Na pewno jedno iced latte z tych ziaren palonych z migdałem, czerkoladą i pomarańczą, i... — Uśmiechnęła się szeroko, przeskakując spojrzeniem na wypieki. — Iii może...
Mogła poprosić o pomoc w dobraniu, ale nie byłaby przecież sobą. Dziewczyna uśmiechnęła się tylko i odchrząknęła.
Mamy akurat promocję dla par, dwa zestawy kawa plus dowolne dwa ciastka w cenie jednego. I można wtedy dobrać za pół ceny kolejne dwa ciastka, co daje nam dwie kawy i cztery ciastka w cenie jednego zestawu i dwa dodatkowe...
Vivienne nie do końca już słuchała, bo miała mówić, że to nie cena jest problemem, kiedy usłyszała wyraźnie zniecierpliwione chrząknięcie za sobą, dwie osoby z kolejki dalej. Zignorowała je w sekundę, ale to czego nie zignorowała, to jej mózg próbujący objąć promocję i to, co w nią wchodzi. Jeśli oferta sama z siebie stanowiła o dwóch ciastkach, nakładając na nią obowiązek wzięcia dwóch... To wtedy jej rozterki które wybrać przestawały istnieć. Bo promocja to na niej wymuszała. To była bardzo pokrętna logika, ale był upał, Vivienne była przekupna i...
Tylko no, dla par. — Tutaj wzrok dziewczyny sięgnął na osobę bezpośrednio obok. Vivienne dalej kiwała głową, zapominając o elemencie "promocji dla par".
Tak, tak — mruknęła, zastanawiając się nad tymi dwoma dodatkowymi wypiekami za pół ceny. To byłoby już sześć. Zasłodzenie na całe dwa tygodnie. — Dla paa... — Wtedy ją tknęło. Zamrugała, wyprostowała się, też spojrzała na mężczyznę obok. Był wysoki, ciemnowłosy, pewnie niewiele starszy. — ...r. No, tak. Dla par.
Ruszyła się szybciej, niż pomyślała. Z szerokim uśmiechem przysunęła się ten krok do niego i ujęła go pod ramię, wsuwając tam dłoń. Bok jej głowy wylądował na jego ramieniu, a jej wzrok powiódł w górę do jego oczu.
Co byśmy wzięli, kochanie? — Jeśli był dobry w czytaniu ludzi, to pewnie mógł z łatwością wyczytać błagalne spojrzenie o podjęcie tej małej szopki.

Mark Rosenhall
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
28 y/o
For good luck!
187 cm
sprzedaje nieruchomości Ironcrest Development
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

#potem_sprawdzę

To był ten dzień, kiedy Markowi bardzo źle się spało i nie potrafił zrozumieć, dlaczego. Śniły mu się jakieś głupoty, że odwiedził go komornik, w pracy dowiedział się, że został wylany, a każda karta, którą przykładał do terminala, okazywała się zablokowana. Obudził się w momencie, gdy został potrącony przez rowerzystę i zastanawiało go, czemu akurat takie obrazy postanowił stworzyć mózg, skoro… no dobra, spędzał dużo czasu w robocie - może nawet więcej niż wcześniej, ale cóż zależało mu na

statystykach.


Lubił widzieć wykresy idące w górę i niepokoiło go, gdy szły w dół. Dodatkowo doskonale zdawał sobie sprawę, że konkurencja NIE spała, a na rynku było pełno agencji deweloperskich. Ważne były zyski, zyski i zadowolenie klientów, bo zadowolenie klientów równało się poleceniom, a polecenia równały się kolejnym klientom, a kolejni klienci (i ogólnie klienci) oznaczali co? Z Y S K. No, także ktoś musiał pracować po godzinach, żeby inni mogli otrzymać dobrą pensję. Poza tym, czasami wychodził jak normalny człowiek, bo NIE odpuściłby golfa - szanujmy się! Golf go… uspokajał, aczkolwiek niejeden kij wylądował na ziemi, ponieważ Rosenhall w złości takowym rzucił albo chciał go połamać, lecz w porę się opanowywał. Na szczęście, im dłużej grał, tym bardziej kontrolował swoją agresję, dzięki czemu aktualnie już, gdy wychodziło mu… niezbyt dobrze, albo rzucał przekleństwem, albo wymachiwał nogą tak, jakby kopał wyimaginowany kamień.
Jadąc rano do pracy, był tak zaspany, że raz nie dość, że prawie przejechał na czerwonym świetle, to dwa, w ostatniej chwili wyhamował przed przejściem dla pieszych, przez które przechodziły dwie osoby, bo wydawało mu się, że ludzie są DALEKO - niestety źle ocenił sytuację.
Po dojechaniu do pracy, pierwsze co zrobił, to poszedł zrobić sobie podwójne espresso. Czy go pobudziło? Trochę albo raczej na tyle, że dał radę wykonywać swoją pracę i spotkać z klientami - tzn. oni go odwiedzili - przez około… dwie? Może trzy godziny. Potem, zrobił sobie kolejną kawę, lecz ta już nie działała zbyt dobrze, więc jakoś po południu, podczas przerwy na lunch, postanowił wybrać się do PRAWDZIWEJ kawiarni, uważając, że tamtejsza kawa NAPRAWDĘ go pobudzi.
Szedł, czując się jak zombie - na wszelki wypadek, wziął ze sobą służbowy telefon i dobrze zrobił, bo przed samą kawiarnią, zadzwonił do niego klient, by zapytać o możliwość spotkania w następnym tygodniu. Mark odpowiedział na zadane pytania i po zakończonej rozmowie, wszedł do kawiarni. Uwielbiam ten zapach… pomyślał, gdy tylko jego nozdrza uderzył zapach palonej kawy. Stanął, przyglądając się wywieszonej za baristką rozpisce kaw - choć doskonale wiedział jaką chciał, a zaraz potem zjechał spojrzeniem na ciasta. Widząc tiramisu, czuł, jak zaczyna mu lecieć ślinka, więc szybko przejechał dłonią po buzi. Poza tym uświadomił sobie jedno…

Nie jadł śniadania.
Z zamyślenia wyrwał go głos. Kobiecy głos. Zamrugał kilkakrotnie, rozejrzał się w obie strony - choć wcale nie musiał, ponieważ poczuł rękę na swoim ramieniu - i po chwili zauważył, kto mówił. Sam nie wiedział, co go bardziej zaskoczyło, czy to, że nieznajoma nazwała go kochaniem, czy pytanie o to, co by WZIĘLI.
- Eee… - zaczął, choć zaraz chrząknął, dalej nie rozumiejąc, co tu właściwie się odpierdzielało… Czy to jakaś gra? Czy jestem tak zmęczony, że zapomniałem, że kogoś mam? No ale Mark, jak to Mark, postanowił wejść do gry, nie wiedząc, czego się spodziewać później. Poza tym, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.
- Znaczy hmm… nie wiem, jak Ty słoneczko ale ja mam straaaaaszną ochotę na tiramisu. A Ty? Czyżby na serniczek? Albo szarlotkę? Do picia bym wziął americano, a Ty byś pewnie chciała coś z mlekiem? - spytał, zmniejszając odległość - miała szczęście, że jej perfumy mu się podobały, to przynajmniej nie chciał zachować dystansu. Nagle zauważył też ciasto zielony mech i aż mu w brzuchu zaburczało.
- Oo i zielony mech tu mają, no proszę. - powiedział zaskoczonym tonem, bo, szczerze powiedziawszy, miał wręcz OGROMNĄ słabość do właśnie takowego ciasta. Rosenhall, jak na dobrego chłopaka przystało, już zaczął wyciągać portfel z tylnej kieszeni spodni.
- Wybierz sobie, co tylko chcesz, a ja zapłacę. - dodał, mając wrażenie, iż ludzie za nimi zaczynają się niecierpliwić… Ups. Nieznajoma miała to szczęście, że nie trafiła na biednego. Aczkolwiek nagle Mark przypomniał sobie swoje dzisiejsze sny i mina automatycznie mu zrzedła.
Po zapłaceniu - bardzo niepewnie przykładał kartę do terminala, a gdy płatność została zaakceptowana, odetchnął z ulgą - i wzięciu paragonu, zaczął rozglądać się za wolnym miejscem dla DWÓCH osób. Usiadł przy oknie, uważnie obserwując tę, która nazwała go kochaniem.
- Nie wiem, czy słyszałaś, ale ktoś w kolejce powiedział, że jesteśmy ładną parą. - rzucił nagle, patrząc na osobę, która wypowiedziała te słowa, a następnie zaczął mieć cichą nadzieję, że nie będą musieli zbyt długo czekać.

Vivienne
ODPOWIEDZ

Wróć do „Balzac's Coffee Roastery”