ODPOWIEDZ
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

069.
Potrzebowała odskoczni. Od pracy. Od małżeńskich problemów. Od wszystkiego, co sprawiało, że jej mózg nieustannie analizował każdy szczegół. Dla kogoś takiego jak Zaylee nie było to łatwe. Dopiero kiedy uświadomiła sobie, jak bardzo zaniedbała swoich znajomych, coś w niej drgnęło. Mentalnie strzeliła sobie w twarz, karcąc się za to, że od dłuższego czasu nie była najlepszą przyjaciółką. Właściwie trudno było nazwać ją jakąkolwiek przyjaciółką, skoro ciągle była nieobecna. Telefony i wiadomości czasem po prostu nie wystarczały. Co z tego, że od święta wysyłała Wolfgangowi memy, zdjęcia kotów albo fotki Sama z treningów piłki nożnej, skoro później nie potrafiła nawet znaleźć chwili, żeby odpisać na jego reakcję? Natłok obowiązków i kryzys w związku zaczęły przenikać się do tego stopnia, że przestała oddzielać jedno od drugiego. Dlatego postanowiła wycofać się ze śledztwa, przy którym pomagała Evinie. To przestawało być zdrowe. Normalni ludzie widywali się dopiero po powrocie do domu. Mieli szansę za sobą zatęsknić, opowiedzieć sobie o minionym dniu i choć na chwilę zostawić pracę za drzwiami. One nie miały takiej sposobności. Najpierw warczały na siebie na komisariacie, później wracały do tego samego mieszkania, a jedyną rzeczą, która przychodziła im z łatwością, było wytykanie sobie nawzajem, jak bardzo są pokurwione.
W końcu stwierdziła, że musi wyjść do ludzi z kimś, kto nie będzie Eviną. Nawet z tego powodu wzięła sobie wolne w pracy, żeby nie zrywać się o świcie z łóżka. Zapowiedziała szefowi, że jest niedostępna, a żonie, że wróci... po prostu wróci. Może w środku nocy, a może nad ranem. Swanson i tak ślęczała nad sprawą seryjnego mordercy małoletnich i chyba niespecjalnie ją obchodziło, gdzie i z kim szlaja się jej żona.
Wybór lokacji był dość prosty - chciała spotkać się z Welshem obojętnie gdzie, byle nie gnić w domu. Już nawet nie pamiętała, kiedy wyszła do baru, żeby po prostu się najebać. Knajpa nie ociekała tłumem, ale też nie była całkiem pusta. Przy samym barze siedziała grupka młodych mężczyzn, która opijała urodziny jednego z nich. Przy stoliku przy oknie bawiła się grupa kobiet w średnim wieku, najwyraźniej robiąc sobie wychodne, żeby odpocząć od swoich partnerów i dzieci. Miller podeszła do baru tylko na moment, żeby zamówić dwa razy gin z tonikiem. Może ostatnio kulała jako przyjaciółka, ale jeszcze nie zapomniała, co pijał Wolfgang. Znalazła miejsce w kącie sali i wystukała wiadomość, że już na czego czeka. Ledwo, co zdążyła ją wysłać, a tuż przy wejściu dostrzegła znajomą sylwetkę. Uniosła rękę i pomachała, żeby zaznaczyć swoją obecność.
Strasznie długo każesz na siebie czekać — oznajmiła z całkowicie poważną miną, choć już po chwili kąciki jej ust zdradziecko uniosły się w uśmiechu. Nie miało najmniejszego znaczenia, że sama pojawiła się zaledwie pięć minut wcześniej.
Wyciągnęła do niego policzek, dając wyraźnie do zrozumienia, że przywitanie powinno odbyć się zgodnie z przyjętym rytuałem. Dopiero potem podała mu przygotowanego wcześniej drinka.
Nie dziękuj. Nie zamierzam wychodzić stąd dzisiaj o własnych nogach — dodała i tym razem wcale nie żartowała. W najgorszym razie będzie musiał przerzucić ją sobie przez ramię i wynieść z lokalu. W najlepszym wystarczy, że użyczy jej swojego ramienia i odprowadzi do domu z jakąkolwiek godnością, której sama z pewnością nie będzie już miała pod koniec wieczoru.

Wolfgang Welsh
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Wolfgang Welsh w ostatnim czasie nie miał najmniejszej ochoty na to, by dopuszczać do swojego życia kogokolwiek. Być może działo się tak za sprawą żałoby, która – pomimo upływu trzech lat – nie zdążyła całkowicie odejść w przeszłość, przez co ciężar samotności i pęknięte serce po stracie, której nie sposób było już odwrócić, cyklicznie dawały o sobie znać. Myśli, uporczywe i bezlitosne, nachodziły go raz po raz i nieustannie wracały do wspomnień, których nie miał już sił rozpamiętywać oraz do chwil, o których wolał zapomnieć. Tkwiąc w tym beznadziejnym stanie, nie tylko odcinał się od bliskich, wygodnie używając pracy jako wymówki wobec zaproszeń na wspólne wyjścia, lecz także oddawał się przyjemnościom, które były zdecydowanie głupie i nieprzystające mężczyźnie w jego wieku. Jak choćby wyjścia na walki, w których wchodził na ring z nadzieją, że nieunikniony ból po kolejnych ciosach zdoła zagłuszyć ten drugi, ukryty głęboko w środku. Jednak ani pieczenie świeżych ran, ani widok nowych obrażeń nie potrafiły przynieść mu spokoju, o który tak uparcie walczył. W tych epizodach depresyjnych samotności nie było miejsca na innych ludzi. Poza jednym wyjątkiem. Tym, który trwał przy nim nawet wtedy, gdy sam nie potrafił znieść własnego towarzystwa. Przyjaźń z Zaylee Miller nie opierała się wyłącznie na wzajemnym wsparciu w najtrudniejszych momentach. Byli obecni również wtedy, gdy życie dawało im powody do radości, dzieląc ze sobą radość z sukcesów i celebrując wspólnie ważne dla nich chwile. A kiedy dni mijały spokojnym, niezmąconym wielkimi wydarzeniami rytmem j jej obecność zawsze wiązała się z poczuciem komfortu i bezpieczeństwa.
Bar przywitał go rockową muzyką puszczaną z głośników, strzępami rozmów niosących się po lokalu i zapachem smażonego jedzenia, który od razu wywołał ochotę na pikantne skrzydełka i krążki cebulowe. Na tyłach sali mignęła mu podniesiona ręka i znajoma sylwetka siedząca przy dwuosobowym stoliku, więc udał się w jej stronę, a z każdym kolejnym krokiem uśmiech na twarzy stawał się coraz większy. Nie zdołał jednak całkiem zatrzeć oznak zmęczenia i śladów nieprzespanych nocy, ani tym bardziej ukryć żółtych, gojących się już siniaków zdobiących jego kość jarzmową i żuchwę.
– Małpa – rzucił rozbawionym tonem, gdy pochylił się, by złożyć pocałunek na jej policzku. Następnie opadł ciężko na krzesło naprzeciw i z wymalowaną wdzięcznością przyjął zimnego drinka. Upił łyk, odkrywając tym samym, że Miller zamówiła mu drinka z podwójnym shotem ginu, czyli dokładnie tak, jak lubił, lecz to nie smak alkoholu sprawił, że jego brwi powędrowały ku górze w wyrazie szczerego zaskoczenia. Niebieskie oczy wystające nad szklanką otaksowały sylwetkę kobiety w uważny sposób.
– Czy nasze spotkanie zakończy się tak, jak wtedy gdy odprowadzałem cię pod drzwi domu i spróbowałem uciec? – zagadnął lekko przywołując moment, gdy pijany niemal do nieprzytomności Wolfgang odprowadził do drzwi brunetkę w stanie pozbawionym świadomości. Nacisnął dzwonek i czekał, podtrzymując Zaylee ramieniem, lecz w jego pijanym umyśle narodziła się jakaś straszna i odrealniona wizja wściekłej Eviny, więc czym prędzej ułożył brunetkę o ścianę i czmychnął w stronę windy, której drzwi wciąż stały otwarte. Jego nogi odmówiły posłuszeństwa, gdy jednym susem chciał wpaść do środka, przez co odbił się od zamykających drzwi i osunął na podłogę, tracąc przytomność jeszcze zanim stek przekleństw zdążył do końca uformować się w jego głowie. Według późniejszej relacji Eviny wszedł do ich mieszkania o własnych siłach, lecz nie mógł sobie tego przypomnieć. Obudził się nazajutrz na ich kanapie, z ogromnym kacem i wielkim siniakiem na środku czoła.
– Hej – rzucił lekko, przyglądając się z troską jej twarzy. – Co się dzieje, hmm? Chcesz powiedzieć teraz, czy musisz najpierw wlać w siebie pół litra? –

zaylee miller
gall anonim
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, żeby opisać, jak wiele znaczyła dla niej relacja z Wolfgangiem. Dla niego i Adama zrobiła coś, czego absolutnie nie powinna była zrobić. Nie była pewna, czy dla kogokolwiek innego byłaby zdolna posunąć się do czegoś podobnego. I chociaż przyjaźnili się już dużo wcześniej, ta jedna decyzja sprawiła, że ich więzi nie dało się już po prostu zerwać. Połączyło ich doświadczenie, którego nikt poza nimi nie mógł w pełni zrozumieć.
Małpa.
Uśmiechnęła się pod nosem na to czułe powitanie. Słysząc to, poczuła się dziesięć kilogramów lżejsza. Jakby ktoś zdjął z jej barków niechciany ciężar. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo potrzebowała tego spotkania.
Wiesz, że makaki japońskie potrafią korzystać z gorących źródeł zimą, a to zachowanie jest przekazywane kolejnym pokoleniom? — rzuciła, skoro już o małpach mowa. Oglądała ostatnio z Sammym jakiś dokument przyrodniczy. Dzieciak pewnie nie zapamiętał nic, ale Miller chłonęła wszystko jak gąbka. Jej mózg zapamiętywał każdy, nawet nieistotny szczegół, co jednocześnie było błogosławieństwem, jak i przekleństwem.
Sięgnęła po swojego drinka i upiła kilka porządnych łyków, spoglądając na Welsha znad swojej szklanki. Dopiero, kiedy ostawiła szkło na blat, poruszyła wymownie brwiami i nachyliła się nad stołem.
Mam nadzieję — powiedziała, posługując się nieco konspiracyjnym tonem. Dobrze kojarzyła historię sprzed jakichś dwóch lat. Co prawda znała ją tylko z opowieści, bo film urwał jej się w połowie drogi do mieszkania, ale to akurat nie miało większego znaczenia. — Tym razem na twoją korzyść działa to, że odkąd kupiłyśmy dom, nie mamy już windy — puściła do niego oko. Ależ ona żałowała, że nie widziała tego spektakularnego upadku Wolfa. To znaczy, w teorii widziała, w praktyce zataczała się gdzieś w progu. Jakie było jej zdziwienie, kiedy następnego dnia obudziła się z kacem mordercą i Saharą w gębie, a na salonie w kanapie ujrzała śpiącego przyjaciela z guzem na czole wielkości jej pięści. Ona sama z tamtego wieczoru miała jedynie przebłyski - najpierw byli w barze, później załapali się na jakąś dziwaczną domówkę, a finalnie dojebali się w parku jakimiś tanimi sikaczami. To niewiarygodne, że nie skończyli wtedy na dołku.
Kolejne pytanie sprawiło, że Zaylee głośno wypuściła powietrze przez nos. Ujęła swoją szklankę i obróciła ją w dłoniach, przyglądając się jej zawartości. W pewnym momencie zagryzła nerwowo dolną wargę, aż w końcu podniosła wzrok na Welsha.
Nie uwierzysz mi, jeśli powiem, że nic i po prostu chcę się najebać. Prawda? — przymknęła na chwilę oczy. A kiedy otworzyła je, rozejrzała się po wnętrzu lokalu. Krzesła. Nisko zawieszone lampy. Obraz z wykrzywioną twarzą jakiejś kobiety. Pusty kufel przy stoliku obok, którego nikt nie zdążył sprzątnąć. Wyliczała w głowie wszystko, co zdołała dostrzec. To pozwalało jej się uziemić. — Nie wiem, Wolfgang — wróciła spojrzeniem do przyjaciela i wzruszyła lekko ramionami. — Chyba sama nie do końca wiem, co się dzieje. To pół litra nie jest wcale takim złym pomysłem — parsknęła, przystawiając szklankę do ust. Gin nie był jej ulubionym drinkiem, ale mieli z Welshem taką niepisaną zasadę, że kiedy się spotykali, to zawsze pili najpierw to. A później już wszystko jedno. — Chyba mamy z Eviną jakiś pojebany kryzys, którego nie potrafię ogarnąć. Mam wrażenie, że rozminęłyśmy się gdzieś po drodze — wyznała i naprawdę wiele kosztowało ją, żeby to z siebie wydusić. Miller nigdy nie była skora do zwierzeń, mimo że z reguły nie zamykała jej się gęba. Ale Wolf miał w sobie coś, co sprawiało, że potrafiła się otworzyć.

Wolfgang Welsh
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Na przestrzeni lat zdołał przywyknąć do faktu, że głowa brunetki zdawała się zapamiętywać niemal wszystkie zasłyszane informacje, czyniąc z niej chodzącą encyklopedią oraz niewyczerpane źródło ciekawostek. Dzięki temu pozostawała niezwyciężona na wszelkiego rodzaju pub quizach, niemniej ta umiejętność – jak i łatwość z jaką przychodziło jej sięgać do zakamarków pamięci, by móc je wydobyć w randomowym momencie – wciąż wzbudzała w nim podziw.
- Naprawdę? - rzucił z szerokim uśmiechem. - Makaki to te z długim futrem? - niepewność zabrzmiała w jego głosie, a pomiędzy brwiami pojawiła się subtelna zmarszczka, gdy starał się przypasować zasłyszaną informację do obrazu małpy, którą podpowiedział mu umysł.
Dudniący, głośny śmiech zrodzony głęboko w klatce piersiowej, wyrwał się na powierzchnię, lecz zaraz zelżał, stłumiony dłonią, która zakryła usta. Poczuł, jak całe jego ciało się odpręża, jak napięcie opuszcza ramiona, a ucisk ściskający klatkę piersiową powoli znika. Spotkania z Miller zawsze przynosiły mu ten specyficzny rodzaj ulgi, pozwalając zrzucić ciężar z barków i sprawiając, że trud dnia codziennego wydawał się bardziej znośny, mniej realny i dziwnie odległy.
- Ależ ja mam farta w życiu - zakpił upijając drinka. Jego ciało nieświadomie synchronizowało się z jej osobą, w subtelny, niewymuszony sposób, charakterystyczny dla ludzi, którzy dobrze czują się w swoim towarzystwie. Oparł łokcie na blacie i również nachyli się nad stolikiem, by skrócić dzielący ich dystans i lepiej słyszeć każde jej słowo, choć nie musiał tego robić, bo wokół nich nie panował szczególny hałas. Chciał jednak usłyszeć każdy niuans jej głosu. Na jego ustach błąkał się delikatny uśmiech, a spojrzenie z nieskrywaną uwagą przesuwało się po jej twarzy. Początkowe rozbawienie zaczęło powoli przeistaczać się w zatroskanie, gdy dostrzegł zmianę w jej postawie. Obserwował, jak uśmiech powoli gaśnie, a kąciki ust opadają lekko w dół, gdy zbierała się w sobie na odpowiedź. Nie poganiał, nie naciskał. Cierpliwie czekał na to, aż przyjaciółka zbierze się na odwagę, by wyznać, co leżało jej na sercu.
- Nie, nie uwierzę. Jednak jeżeli chcesz to możemy poudawać, że jest ok - jego głos obniżył się do kojącego szeptu. Z doświadczenia wiedział, że udawanie bywało czasem potrzebne. Niejednokrotnie to ona przymykała oko na jego krętactwa i próby ukrywania rzeczywistości, gdy żywił naiwną nadzieję, że odpowiednio często powtarzane kłamstwa zdołają wykrzywić prawdę i dopasować ją do jego narracji. Koniec końców, prawda i tak wychodziła na jaw –czy to pod postacią wlanych w siebie procentów, czy niemożności udźwignięcia kłamstw, których brzemię wydawało się cięższe niż szczerość. Pozwoliłby jej na to, gdyby tego potrzebowała – zachęcił do dopicia drinka, zamówił kolejnego, położył przed nią przekąski i spędziliby noc na przekomarzaniu się do momentu, w którym ich języki stałoby się wolniejsze od rwanych myśli w głowie, a nogi zbyt chwiejne, by nieść ich przez miasto.
Przechylił lekko w głowę bok, gdy Zaylee zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Wiedział, co robiła – sam niejednokrotnie korzystał z tej sztuczki, by zakorzenić się w rzeczywistości. Oho przemknęło mu przez myśl, bo to znaczyło, że sprawa musiała być poważna. I trudna.
Brwi Wolfganga uniosły się w górę, gdy usłyszał słowo kryzys, bo to byłaby ostatnia rzecz, jaką mógłby podejrzewać. Zaylee i Evina wydawały się nierozłączne - klikały zarówno w związku, jak i w pracy. Przez chwilę milczał nie wiedząc, co mógłby odpowiedzieć. Instynktownie chciał zapewnić ją, że to tylko etap, że kryzysy zdarzają się w każdym związku i nie trwają wiecznie. Lecz to byłoby puste pocieszenie, rzucone bardziej z potrzeby przyniesienia jej chwilowego komfortu niż z przekonania. Zamiast tego sięgnął po jej rękę leżącą na stoliku i zakrył ją wielką, ciepłą dłonią w prostym geście wsparcia.
– Zacznij od początku, hmm? – poprosił zaciskają palce na dłoni Miller. – Chodzi o pracę? O adopcję? –

zaylee miller
gall anonim
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Była ponadprzeciętnie inteligentna. Wiedziała o tym i wiedzieli to wszyscy, którzy z nią obcowali. W pracy często musiała udowadniać, że jej wiedza jest im tam niezbędna. Mężczyźni zwykle traktowali ją z przymrużeniem oka, bo przecież nie była facetem. Kobiet w męskich zawodach nikt nie traktował poważnie. Miller wielokrotnie pokazywała, że zasługuje na należyty szacunek i że doskonale radzi sobie w świecie pełnym testosteronu. Na komisariacie była nie tylko potrzebna, ale wręcz niezbędna. Uchodziła za jedną z najlepszych, jeśli nie za najlepszą koronerkę w prowincji, a z jej porad korzystali znacznie bardziej doświadczeni lekarze medycyny sądowej. Jej pamięć do szczegółów była jednak zarówno błogosławieństwem, jak i zmorą. Zapamiętywała dosłownie wszystko. Na przykład ciekawostki o makakach. Albo że Olympus Mons na Marsie jest najwyższym znanym wulkanem w Układzie Słonecznym. Albo jak powstaje obsydian. Czy było jej to do czegoś potrzebne? No chyba właśnie do tych pub quizów. Darmowa kolejka szotów drogą nie chodzi.
Skinęła głową, potwierdzając, że makaki to te z długim futrem. Takie puszyste. Pewnie miękkie w dotyku, ale też bardzo agresywne wobec ludzi. Zaraz parsknęła śmiechem, ale bez złośliwości. Rzeczywiście, z Welsha był prawdziwy szczęściarz. Umówmy się, fart omijał go szerokim łukiem. Przyjaciel miał w życiu wyjątkowego pecha. To okropne, bo przecież zasługiwał, na wszystko, co najlepsze. Zaylee, gdyby tylko mogła, uchyliłaby mu nieba. Może przynajmniej wieść o braku windy napełni go optymizmem. Zawsze lepiej się nie wyjebać niż wyjebać.
Mina szybko jej zrzedła, kiedy zaczęła myśleć o małżeńskich problemach. Trudno było udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy nic w porządku nie było. Potrafiła kłamać, ale przy Wolfie przychodziło jej to z zadziwiającą trudnością. Wystarczyło, żeby przyjaciel na nią zerknął, i już wiedział, że coś było nie tak. Mogli po prostu razem pomilczeć, zmienić temat albo założyć się, które z nich wypije więcej. A jednak postawiła na szczerość.
Ciepło jego dłoni przyniosło ukojenie i dało jej pewność, że nie będzie jej oceniał. Nigdy tego nie robił. I nigdy nie naciskał, za co była mu przeogromnie wdzięczna. Dzięki temu sama decydowała, kiedy i czy w ogóle chce się otworzyć.
O pracę, o adopcję... o wszystko. — zaczęła, próbując poukładać to sobie po kolei. Najciężej było zacząć i zrobić ten pierwszy krok, a potem już szło z górki. — Nie dogadujemy się na żadnej płaszczyźnie. Zrezygnowałam nawet ze sprawy, przy której współpracowałyśmy. Nie wiem, czy to cokolwiek naprawi, ale przebywanie ze sobą dwadzieścia cztery na siedem zaczęło doprowadzać mnie do szału. No i jeszcze adopcja, która już jest na półmetku. Co, jeśli starania nie przyniosą skutków? Co wtedy stanie się z Samem? Ma trafić z sierocińca do domu, gdzie jego matki nie potrafią się dogadać?— mówiąc to wszystko, wpatrywała się w dużą dłoń Wolfganga. Dopiero po chwili podniosła wzrok i spojrzała mu w oczy. — Mówią, że dziecko jest spoiwem, które łączy. Nie wiem, czy chcę, żeby nasze małżeństwo funkcjonowało tylko dlatego, że zdecydowałyśmy się na adopcję. A jak jednak nam nie wyjdzie? — sięgnęła po swoją szklankę i jednym haustem opróżniła jej zawartość. Zdecydowanie będzie potrzebowała o wiele więcej alkoholu. Miała tylko nadzieję, że Welsh nie pozwoli jej upić się na smutno.
Zdawała sobie sprawę z tego, że małżeństwo wymaga ciągłej pracy. Ale czasami ludzie myślą, że są dla siebie stworzeni, a dopiero później okazuje się, że potrzebują inaczej. Nie oczekiwała, że przyjaciel będzie miał dla niej jakąś sensowną radę. Miller potrzebowała to z siebie wyrzygać, zanim przemówią przez nią procenty i stwierdzi, że ma to wszystko w dupie.

Wolfgang Welsh
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Więc zaczęła. Słowami, które podrzucił jej jako pierwszy. Tematami, które wydawały się na ogół całkiem powszechne, gdy w grę wchodziły utarczki małżeńskie. Domyślał się, że temat adopcji, choć chcianej i wyczekiwanej, mógł okazać się dla nich trudny i pełen wyzwań. Wiedział od znajomych, a także z opowieści samej Zaylee, że procedury bywały zagmatwane, a testy, wywiady i szkolenia w ośrodkach zdawały się frustrujące i stawiały pary w stałej ocenie ich kompetencje. Podważały pewność siebie, przekonania i stale przypominały, że ktoś z zewnątrz ma władzę nad tym, by ocenić, czy nadają się na rodziców czy nie. Ktoś, kto nie był w stanie poznać ich całkiem na podstawie tych kilku wizyt i uzupełnionych kwestionariuszy, które miały złapać cię na kłamstwie lub zbyt częstym potakiwaniu. Dochodził również strach o dziecko – o tego małego człowieka, który jeszcze „nie był twój”, ale do którego przywiązanie zaczynało rosnąć wraz z każdą kolejną wizytą i który poniekąd był już traktowany jak członek rodziny.
Pozwolił płynąć jej słowom, słuchając w pełnym skupienia milczeniu, z głową przechyloną odrobinę w bok i kciukiem zataczającym drobne kółka po wnętrzu jej dłoni.
Jego jasne brwi uniosły się w górę, gdy usłyszał, że Zaylee zrezygnowała ze wspólnie prowadzonej sprawy. Ten krok w obliczu kryzysu wydawał się dość oczywisty i słuszny, lecz wciąż był lekkim zaskoczeniem. Evina i Miller wydawały się power couple, która działała nie tylko w prywatnej przestrzeni, tworząc szczęśliwy i pozbawiony nudy związek, ale również na gruncie profesjonalnym. Potrafiły zamykać skomplikowane sprawy, a także pysk niejednemu szowinistycznemu i homofobicznemu psu z komisariatu. No to grubo przemknęło mu przez myśl.
Przez chwilę zastanawiał się nad jej pytaniami, starając się poukładać w głowie wszystkie myśli i oswoić zaskoczenie, które wciąż czuł wywołane słowami przyjaciółki. Z doświadczenia wiedział, że przesadnie nakręcanie się i zamartwianie o przyszłość nie bywało pomocne, a jedynie potęgowało kolejne czarne scenariusze, które w głowie potrafiły urosnąć do olbrzymiej rangi, a także przeświadczeń nie mających nic wspólnego z prawdą. Ludzki umysł miał tę irytującą skłonność do wypełniania luk tym, czego człowiek obawiał się najbardziej. Najgorsze jednak było to, że te wyobrażenia nie brały się znikąd. Wyrastały z prawdziwych lęków, lecz także z rzeczy, które mogły się wydarzyć; z doświadczeń, które nauczyły człowieka ostrożności; z ran, które wciąż były świeże i wciąż podatne na wszelkie sygnały ostrzeżenia. Problem zaczynał się jednak wtedy, gdy strach przestawał być ostrzeżeniem, przybierając maskę pewności.
– Zaylee, niestety nie mogę zagwarantować, że dostaniecie Sama, choć czuję w kościach, że trafi do was. I wiem, że będzie mu u was dobrze. Może będzie świadkiem waszych kłótni i nieporozumień, ale tak właśnie działają rodziny, prawda? Nie zawsze jest kolorowo, nie zawsze jest łatwo. Jednak on trafi do domu, w którym o problemach się rozmawia, konflikty próbuje się wyjaśnić słowami, a nie przemocą. Będzie miał matki, które pomimo swoich problemów, będą umiały go wysłuchać, kiedy sam nie będzie wiedział, jak się czuje. Konflikty to nieodłączna część życia, nie uciekniesz przed tym, a on będzie mieć okazję dowiedzieć się jak radzić sobie z nimi w zdrowy sposób. To jest ważne – dodał z naciskiem na ostatnie zdanie. – Sam nie potrzebuje perfekcji ani idealnego domu, w którym nie ma kłótni i nikt nie podnosi na siebie głosu, ale poczucia, że nawet jeżeli coś idzie nie tak, to wie, że ma się do kogo zwrócić. – Idąc w jej ślady sięgnął po drinka, by go dokończyć.
– Widziałem mnóstwo par, które chciały mieć dziecko, bo przechodziły przez małżeński kryzys i ciąża miała zadziałać niczym plasterek na problemy. Wy zdecydowałyście się na nie, bo chciałyście powiększyć rodzinę, a nie nadać jej sens. – Zawahał się na chwilę, ważąc kolejne słowa, by nie wyjść na ignoranta. – A jeżeli wam nie wyjedzie? Cóż… nie życzę ci źle, skarbie, ale czasem rozstania są potrzebne. Czemu jednak sądzisz, że wam nie wyjdzie, hmm? Od kiedy trwa to wszystko? I co to sytuacja z pracą, co? Muszę przyznać, że trochę wyjebało mnie z butów, kiedy powiedziałaś, że oddałaś sprawę, bo nie chciałaś współpracować z Eviną. –

zaylee miller
gall anonim
34 y/o
DR MILLER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odkąd tylko zaczęły się spotykać, jeszcze zanim zorientowały się, że jest między nimi coś więcej, Zaylee była przekonana, że z Eviną są dla siebie stworzone. Kompatybilne pod każdym względem. Dogadywały się w pracy, w codziennych sprawach, w łóżku. Wystarczyło, żeby na siebie spojrzały, i już wiedziały, o co chodzi. Miewały problemy z werbalną komunikacją, ale seks rozwiązywał większość problemów i rozwiewał niedopowiedzenia. Teraz nawet to nie pomagało. Coś nie grało, a Zaylee nie potrafiła wyjaśnić, co i dlaczego. A ona nie lubiła nie wiedzieć. Niby wina zawsze leży gdzieś pośrodku, ale ona nie doszukiwała się jej w sobie. Nie uważała, żeby zrobiła coś nie tak. Za to bez przerwy odnosiła wrażenie, że Swanson za mało się stara. I nie chodziło tutaj o natłok spraw zawodowych, bo Miller sama była pracoholiczką. Zresztą dwa lata temu to właśnie wspólne śledztwo popchnęło je w swoje ramiona.
Wątpliwości pojawiły się znienacka. Tak nagle, że Zaylee sama była szczerze tym wszystkim zdziwiona. Potem uświadomiła sobie, że to nie było z dnia na dzień. Zbierało się od tygodni, a może nawet od miesięcy, aż w końcu skumulowało się w jedno i wypłynęło na powierzchnię. Ciężko osiadło na jej ramionach, nie pozwalając się zignorować. Istniało i nie dawało o sobie zapomnieć.
Podniosła smutne spojrzenie na Wolfganga, wsłuchując się uważnie w jego słowa. Cholera, miał rację. Często ją miewał. A Miller nienawidziła, kiedy ktoś było mądrzejszy od niej. Nie chodziło już nawet o intelekt, ale o kwestie życiowe. Lubiła w nim jego rozsądek. Pod tym względem byli do siebie podobni, chociaż to oczywiste, że Zaylee była czterysta dwadzieścia razy bardziej porywcza. No dobra, umówmy się - Zaylee Miller była po prostu pierdolnięta. Łatwo było wyprowadzić ją z równowagi i wpadła w furię, kiedy coś nie szło po jej myśli.
Ja to wszystko wiem — westchnęła ciężko, kiedy tłumaczył jej, jak to może być z Samem. — Nie boję się tego, że zawiedziemy jako matki. Zawsze będzie miał nasze wsparcie, nawet jeśli między nami będzie chujowo. Bardziej martwi mnie to, że jeśli nam nie wyjdzie i się rozstaniemy, on będzie tkwił w przekonaniu, że to przez niego. Będzie tułał się od jednego domu do drugiego, spędzając jedne święta ze mną, a drugie z Eviną. Jasne, to lepsze niż sierociniec, ale wciąż nie to, co chciałabym mu dać — sięgnęła po swoją szklankę, ale nie upiła z niej ani łyka. Wpatrywała się w resztkę trunku, zanim znów przeniosła spojrzenie na Welsha.
Znów zamyśliła się na moment, usiłując przypomnieć sobie, jak długo to wszystko trwało. Nie umiała jednak podać konkretnej daty.
Kilka... nie wiem, miesięcy? Już przed ślubem zaczęło się jebać. Na początku przekonywałam samą siebie, że to chwilowy kryzys i że przejdzie. Ale jakoś niespecjalnie widzę poprawę. Wiele pozmieniało się na przestrzeni tych kilkunastu tygodni. Co? Zabij mnie, ale nie powiem, bo nie wiem. Jest inaczej. Na pewno nie tak samo, jak kiedyś, ale też wcale nie lepiej. Jest... jakoś — musiała bardzo się postarać, żeby nie użyć określenia chujowo, choć to byłoby akurat trafne.
Przeczesała ciemne włosy palcami i zsunęła się nieco z krzesła, trochę jakby chciała schować się pod stołem. Zwierzanie się z tego wszystkiego sprawiało jej naprawdę dużo trudności. Wychodziła poza swoją strefę komfortu, ale wiedziała, że przy Wolfgangu może pozwolić sobie na takie chwile słabości. Nikt nie będzie jej tutaj oceniać.
Widywałyśmy się w domu i w pracy. Uznałam, że to niezdrowe. Zawsze dobrze nam się współpracowało, ale było mi jej za dużo. Rozumiesz, o co mi chodzi? Pomyślałam, że jeśli trochę się od siebie odizolujemy i że jak oddam śledztwo, to coś się ruszy. Ale niespecjalnie widzę efekty. Dlatego wolałam, żeby przy sprawie konsultowała się z innym koronerem. Tak jest... łatwiej — dokończyła, mimo ze wbrew pozorom nic łatwiejsze nie było. Dalej widywały się na komisariacie, ale przynajmniej nie w prosektorium. Zaylee po prostu nie wiedziała już, czy to wciąż miłość, czy zwykłe przyzwyczajenie.

Wolfgang Welsh
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
ODPOWIEDZ

Wróć do „Poor Romeo”