To był zwykły poranek - taki bez kaca i dziur we wspomnieniach, chociaż i takie wciąż mu się jeszcze zdarzały, szczególnie podczas tras koncertowych. Gdy jednak był w domu - prawie w ogóle, chyba że akurat zabalował z chłopakami, co wcale nie zdarzało się często. Tym bardziej w środku tygodnia, kiedy Theo rano wstawał do pracy, a Quentin po południu miał pacjentów. Te zwykle bywały grzeczne i leniwe, wypełnione ich rutyną, do której Val zdążył się już przyzwyczaić. Najpierw razem wypijali kawę i, jeśli mieli czas, jedli wspólne śniadanie. Potem Theo szedł do swojego korpo, a on, gdy nie miał z rana żadnych zajęć związanych z zespołem, nagraniami czy promocją, zwykle spędzał ten czas z gitarą, ewentualnie na przeglądaniu internetowych pchlich targów czy głupich memów, mając za towarzystwo przyjaźnie milczącą obecność Quentina.
Teraz Val siedział przy stole w jadalni, dojadając tosta i scrollując Kijiji w poszukiwaniu vintage’owych perełek. Miał na sobie tylko czarne bokserki i luźną, szarą koszulkę, spod rękawów której wylewały się na skórę czarne linie tatuaży. Sen ułożył mu włosy w poranny nieład. Zaczesał je do stylu niedbałym gestem, burząc na czubku palcami, zbyt skupiony na ekranie, by przejmować się tym, jak wyglada. Ta naturalność i niechlujność była częścią niego i miała w sobie coś nieświadomie seksownego.
Podrapał się po krótkim zaroście, zastanawiając się, czy opłaca mu się kupić stary, analogowy budzik z lat siedemdziesiątych. Był paskudny, ciężki i kompletnie niepotrzebny, ale właśnie przez to coś mu się w nim podobało. Ciekawe kogo budził w latach swojej świetności?
Przewinął niżej.
Stara zapalniczka Zippo. Komplet mosiężnych popielniczek. Kieszonkowy nóż. Kilka winylowych singli. Jakiś obrzydliwy komplet kryształów. Zatrzymał się dopiero przy ogłoszeniu dotyczącym gitary. Piękny Les Paul z początku lat osiemdziesiątych był wyraźnie używany - lakier na krawędziach korpusu miał przetarcia, a metalowe elementy zdążyły lekko zmatowieć. Sam diabeł wie ile kawałków na nim powstało albo ile coverów ograł. Val uśmiechnął się pod nosem. Oryginalne przetworniki, prosty gryf, niedawno wymienione progi. Sprzedający zapewniał, że elektronika działa bez zarzutu.
Nie potrzebował kolejnej gitary, już te, które miał, zajmowały zbyt dużo miejsca, ale kusiło go.
Może tylko sprawdzi, czy gość zejdzie z ceny? Jak tak, to się zastanowi.
Otworzył okienko, żeby napisać sprzedającemu wiadomość, kiedy ciszę przerwało niespodziewane pytanie Quentina. Jak zawsze aksamitne w brzmieniu.
“Jak udał ci się wyjazd?”
Ich spojrzenia spotkały się ponad otwartym laptopem. Queen siedział po drugiej stronie stołu, perfekcyjny w każdym calu, nawet o ósmej rano. Słońce prześwietlało ułożone włosy, nadając im miodowego blasku, a kołnierzyk koszuli był idealnie wyprasowany. To wszystko sprawiało, że wyglądał jakby właśnie zszedł z jednego z bilbordów drogiej marki, żeby napić się porannej kawki i zaraz miał wracać do zachwycania swoim enigmatycznym uśmiechem zmęczonych nudną egzystencją, przechodniów.
Pytanie nie było dziwne. Rzadko prowadzili z rana ożywione rozmowy, ale zwykle wymieniali się kilkoma spostrzeżeniami albo pytaniami o samopoczucie.
Val wygasił smartfona, odkładając go na blat i odchylił się na krześle.
–
Jak to z chłopakami z Ravenmouth. – Wzruszył ramionami, bo z Claudem, założycielem i gitarzystą, znali się od lat i często odgrywali sobie gościnnie jakieś partie. Zawsze była przy okazji jakaś impreza i po prostu dużo grania, nic poza tym. Rzadko jakieś większe fajerwerki. Teraz wyjechał na niecały tydzień, ale biorąc pod uwagę, jak wiele podobnych krótkich i dłuższych wyjazdów miał w skali roku, w domu bywał stosunkowo rzadko. Siłą rzeczy spędzał też mniej czasu ze swoimi facetami, a na pewno nie tak dużo, jak oni spędzali ze sobą. Val starał się nie być o to zazdrosny, bo ostatecznie działo się tak z jego winy, ale ostatnio sytuacja na tym polu, szczególnie po kłótni z Theo, była napięta. W tej jednak chwili, Val o tym nie myślał.
–
Dograłem im kilka partii, pogadaliśmy, pośmialiśmy się. Opiliśmy też kolejne rozstanie Robi’ego. Facet średnio co pół roku zakochuje się na zabój i potem chce się rzucać z mostu. Musieliśmy ponarzekać z nim na laski. Więc było, jak zwykle. Ale dostaliśmy zaproszenie żeby zagrać na imprezie z okazji ich dziesięciolecia. Jakoś we wrześniu chyba? - podrapał się po brodzie, niepewny czy dobrze pamięta. –
Może weźmiecie z Theo kilka dni wolnego i pojedziecie z nami?
Zerknął na niego spod uniesionej brwi, posyłając szelmowski uśmiech, zawsze obiecujący dobrą zabawę.
Dawno nie byli na żadnym koncercie i w ogóle nigdzie razem, a tam będą w obcym mieście, to może trochę wyluzują. Wynajmą jakiś fajny pokój, pobawią się, gdzieś przy okazji wyskoczą. Poczują się normalnie.
Quentin Emerson