ODPOWIEDZ
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
Bad habits look good on me.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

To był zwykły poranek - taki bez kaca i dziur we wspomnieniach, chociaż i takie wciąż mu się jeszcze zdarzały, szczególnie podczas tras koncertowych. Gdy jednak był w domu - prawie w ogóle, chyba że akurat zabalował z chłopakami, co wcale nie zdarzało się często. Tym bardziej w środku tygodnia, kiedy Theo rano wstawał do pracy, a Quentin po południu miał pacjentów. Te zwykle bywały grzeczne i leniwe, wypełnione ich rutyną, do której Val zdążył się już przyzwyczaić. Najpierw razem wypijali kawę i, jeśli mieli czas, jedli wspólne śniadanie. Potem Theo szedł do swojego korpo, a on, gdy nie miał z rana żadnych zajęć związanych z zespołem, nagraniami czy promocją, zwykle spędzał ten czas z gitarą, ewentualnie na przeglądaniu internetowych pchlich targów czy głupich memów, mając za towarzystwo przyjaźnie milczącą obecność Quentina.
Teraz Val siedział przy stole w jadalni, dojadając tosta i scrollując Kijiji w poszukiwaniu vintage’owych perełek. Miał na sobie tylko czarne bokserki i luźną, szarą koszulkę, spod rękawów której wylewały się na skórę czarne linie tatuaży. Sen ułożył mu włosy w poranny nieład. Zaczesał je do stylu niedbałym gestem, burząc na czubku palcami, zbyt skupiony na ekranie, by przejmować się tym, jak wyglada. Ta naturalność i niechlujność była częścią niego i miała w sobie coś nieświadomie seksownego.
Podrapał się po krótkim zaroście, zastanawiając się, czy opłaca mu się kupić stary, analogowy budzik z lat siedemdziesiątych. Był paskudny, ciężki i kompletnie niepotrzebny, ale właśnie przez to coś mu się w nim podobało. Ciekawe kogo budził w latach swojej świetności?
Przewinął niżej.
Stara zapalniczka Zippo. Komplet mosiężnych popielniczek. Kieszonkowy nóż. Kilka winylowych singli. Jakiś obrzydliwy komplet kryształów. Zatrzymał się dopiero przy ogłoszeniu dotyczącym gitary. Piękny Les Paul z początku lat osiemdziesiątych był wyraźnie używany - lakier na krawędziach korpusu miał przetarcia, a metalowe elementy zdążyły lekko zmatowieć. Sam diabeł wie ile kawałków na nim powstało albo ile coverów ograł. Val uśmiechnął się pod nosem. Oryginalne przetworniki, prosty gryf, niedawno wymienione progi. Sprzedający zapewniał, że elektronika działa bez zarzutu.
Nie potrzebował kolejnej gitary, już te, które miał, zajmowały zbyt dużo miejsca, ale kusiło go.
Może tylko sprawdzi, czy gość zejdzie z ceny? Jak tak, to się zastanowi.
Otworzył okienko, żeby napisać sprzedającemu wiadomość, kiedy ciszę przerwało niespodziewane pytanie Quentina. Jak zawsze aksamitne w brzmieniu.
“Jak udał ci się wyjazd?”
Ich spojrzenia spotkały się ponad otwartym laptopem. Queen siedział po drugiej stronie stołu, perfekcyjny w każdym calu, nawet o ósmej rano. Słońce prześwietlało ułożone włosy, nadając im miodowego blasku, a kołnierzyk koszuli był idealnie wyprasowany. To wszystko sprawiało, że wyglądał jakby właśnie zszedł z jednego z bilbordów drogiej marki, żeby napić się porannej kawki i zaraz miał wracać do zachwycania swoim enigmatycznym uśmiechem zmęczonych nudną egzystencją, przechodniów.
Pytanie nie było dziwne. Rzadko prowadzili z rana ożywione rozmowy, ale zwykle wymieniali się kilkoma spostrzeżeniami albo pytaniami o samopoczucie.
Val wygasił smartfona, odkładając go na blat i odchylił się na krześle.
Jak to z chłopakami z Ravenmouth. – Wzruszył ramionami, bo z Claudem, założycielem i gitarzystą, znali się od lat i często odgrywali sobie gościnnie jakieś partie. Zawsze była przy okazji jakaś impreza i po prostu dużo grania, nic poza tym. Rzadko jakieś większe fajerwerki. Teraz wyjechał na niecały tydzień, ale biorąc pod uwagę, jak wiele podobnych krótkich i dłuższych wyjazdów miał w skali roku, w domu bywał stosunkowo rzadko. Siłą rzeczy spędzał też mniej czasu ze swoimi facetami, a na pewno nie tak dużo, jak oni spędzali ze sobą. Val starał się nie być o to zazdrosny, bo ostatecznie działo się tak z jego winy, ale ostatnio sytuacja na tym polu, szczególnie po kłótni z Theo, była napięta. W tej jednak chwili, Val o tym nie myślał.
Dograłem im kilka partii, pogadaliśmy, pośmialiśmy się. Opiliśmy też kolejne rozstanie Robi’ego. Facet średnio co pół roku zakochuje się na zabój i potem chce się rzucać z mostu. Musieliśmy ponarzekać z nim na laski. Więc było, jak zwykle. Ale dostaliśmy zaproszenie żeby zagrać na imprezie z okazji ich dziesięciolecia. Jakoś we wrześniu chyba? - podrapał się po brodzie, niepewny czy dobrze pamięta. – Może weźmiecie z Theo kilka dni wolnego i pojedziecie z nami?
Zerknął na niego spod uniesionej brwi, posyłając szelmowski uśmiech, zawsze obiecujący dobrą zabawę.
Dawno nie byli na żadnym koncercie i w ogóle nigdzie razem, a tam będą w obcym mieście, to może trochę wyluzują. Wynajmą jakiś fajny pokój, pobawią się, gdzieś przy okazji wyskoczą. Poczują się normalnie.

Quentin Emerson
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
36 y/o
For good luck!
182 cm
psychoterapeuta prywatny gabinet
Awatar użytkownika
Your limits are my starting point.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dla większości ludzi poranki są dramatyczną walką o przetrwanie, podczas gdy Quentin w sposób imponująco pozbawiony wysiłku nawet o siódmej rano wyglądał nienagannie. Nigdy nie siadał do pracy w dresie, który zakładał tylko podczas wizyty na siłowni. Na co dzień i o każdej porze zresztą sprawiał wrażenie zrelaksowanego, jakby właśnie cieszył się wczasami nad basenem w drogim kurorcie. Bardzo rzadko się spieszył, a wyprowadzenie go z równowagi było prawdziwą sztuką, którą Vega opanował jako jeden z nielicznych, choć i dla niego musiało stanowić to wyzwanie.
Odkąd zamieszkali razem nie miał własnej przestrzeni. Mógłby pojechać i pracować z gabinetu, ale to oznaczałoby spędzanie całych dni poza domem, z dala od swoich partnerów, dlatego na razie zadowalał się miejscem przy kuchennym stole, choć z coraz większym przekonaniem myślał o zakupie większego mieszkania albo nawet domu z ogrodem.
Siedział pochylony nad laptopem. Kołnierzyk jego białej koszuli był rozpięty, co było jedynym odstępstwem od ideału. Włosy miał perfekcyjnie ułożone, a policzki gładko ogolone. Bezwiednie unosił do ust filiżankę ze słodką kawą, a następnie oblizywał wargi z pianki. W końcu jednak oderwał spojrzenie od ekranu. Valentin wyglądał nie tyle jak jego przeciwieństwo, co idealne dopełnienie. Nie dziwił się, że miał takie powodzenie wśród swoich fanów. Trudno było pozostać obojętnym na ten urok niegrzecznego chłopca, który stawał się jeszcze trudniejszy do odparcia, gdy tylko Vega otwierał usta.
Pytanie Quentina było pozornie pozbawione znaczenia, choć tak naprawdę Emerson zastawił pułapkę. Od około miesiąca zastanawiał się, czy jedna z jego pacjentek nie opowiada o Valentinie. Dosłownie dzień wcześniej uzyskał potwierdzenie swoich przypuszczeń, kiedy kobieta z dumą zaprezentował ich wspólne zdjęcie z imprezy.

— Jest absolutnie nieziemski. Widział pan kiedyś takie oczy? Nie mogę patrzeć na to, jak męczy się w związku. Nic o nim nie mówi, ale widzę, że jest w nim nieszczęśliwy. Ja bym go uszczęśliwiła. Dałabym mu wszystko.
— Czy wydarzyło się coś między wami?
Nie powinien zadawać pacjentce tego pytania, ponieważ jego intencje nie był wcale czyste. Poczuł, że dyskretnie zaciska palce na podłokietniku, ale natychmiast je rozluźnił.
— Rozmawialiśmy całą noc, a potem on mnie pocałował. O. Proszę zobaczyć. To my razem.
Kobieta zaprezentowała selfie, na którym obejmuje Valentina za szyję i dociska wargi do jego policzka. Muzyk na zdjęciu wyglądał na porządnie pijanego. W tle ciemność rozświetlały klubowe neony.


A ty miałeś na co narzekać? — wtrącił, a kącik jego ust uniósł się w tym leniwym uśmiechu. Rzucił mu przeciągłe i odrobinę rozbawione spojrzenie, rozpierając się wygodnie na kuchennym krześle. Pewność siebie Quentina nie była zbyt nachalna czy ostentacyjna, ale wyczuwalna. — Wiesz, że zawsze z przyjemnością oglądam się na scenie i chętnie pomogę przekonać Theo do tego pomysłu — odpowiedział mu już szerokim i wilczym uśmiechem, a następnie zamknął laptopa z notatkami i położył łokieć na podłokietniku, opierając policzek na zwiniętej w pięści dłoni. Rzucił mu znużone spojrzenie. — Naprawdę nic ciekawego się nie wydarzyło? Myślałem, że gwiazdorzy potrafią się lepiej zabawić — zasugerował, nie przestając się uśmiechać, choć na wysokości mostka czuł nieprzyjemny uścisk.
Nie powinien podejrzewać Valentina, a jeśli miał jakieś wątpliwości, należało je skonfrontować wprost, ale… w tej sytuacji było to niemożliwe. W ich relacji od pewnego czasu rzeczywiście panowało wyczuwalne napięcie, a Vega jeszcze niedawno prowadził całkiem bujne życie erotyczne.

Valentin Vega
Beza
whatever you want, bby
32 y/o
For good luck!
185 cm
Muzyk Wokalista "Reliq"
Awatar użytkownika
Bad habits look good on me.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracjiTrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Wtrącenie Queena sprawiło, że Val uniósł jedną brew, aż lekko zmarszczyło mu się czoło. Po ostatnich rewelacjach był uczulony na podobne teksty. Bo tak, miał na co narzekać. Miał przynajmniej jeden, kurwa, porządny powód, o który wiecznie toczyli boje.
Czy pieprzony Queen zamierzał podnosić mu ciśnienie z samego rana?
Ale to było do niego niepodobne.
Zwykle, jak coś chciał przegadać, nie zaczynał od prowokacji. Nie wbijał szpileczek, nie robił podchujek. Właśnie to Val bardzo w nim cenił, bo chociaż czasem lubił się porządnie pokłócić, to szczerość była u niego na pierwszym miejscu. Nawet podana w chłodny i wyważony sposób. A nie znał człowieka bardziej do niej skłonnego, niż Quentin. Val lubił też jego rzeczowość bo jako prosty facet, najlepiej rozumiał jasne, krótkie i logiczne komunikaty, którymi Queen zwykle się porozumiewał. Dlatego mogli w ogóle do siebie nie pasować, ale Val czuł się przy nim… właściwie.
Ale nie zawsze właściwie się zachowywał.
Oblizał wargi i pochylił się, opierając przedramiona na blacie. Przymrużył oczy.
- Tak się składa, że obecnie umawiam się z facetami, więc nie wpasowałbym się w klimat - odparł w znajomo prowokacyjnym tonie, a potem, jak gdyby nigdy nic, kontynuował swoją opowieść, nie podejrzewając Quentina o żadną manipulację. Jego królowa przecież nie bawiłaby się z nim w takie brzydkie gierki, skoro zawsze grała według zasad.
To popieprzone, jak doskonale potrafiła prezentować się o poranku. Val miał lepszy widok, gdy Quentin zamknął laptop, dając w ten sposób sygnał, że w pełni zamierza skupić się na rozmowie. Więc patrzył, jak zawsze nie kryjąc uznania.
Pochylił się, opierając policzki na zwiniętych dłoniach i odpowiedział na wilczy uśmiech swoim, leniwym i zadowolonym. Cieszyła go perspektywa wspólnego wyjazdu. Przekonanie Theo nie powinno być trudne, chyba że akurat będzie miał w robocie jakieś pożary do ugaszenia. Pozostawało mieć nadzieję, że wyrwie się ze szponów swojego nudnego korpo i trochę się z nimi zabawi. Val widział już oczyma wyobraźni jak po koncercie szaleją na imprezie, potem pieprzą się w jacuzzi z jakimś zajebistym widokiem na nocne miasto i siedząc do świtu, gadają o pierdołach, jak z początku znajomości. W końcu było jeszcze tyle rzeczy, których o sobie nie wiedzieli, był tego pewien.
Znudzony komentarz Queena śmierdział Valowi prowokacją.
Albo był przewrażliwiony, to też możliwe.
Bardziej jednak, wyczuwał że coś się kroiło. Nie wiedział jeszcze co, ale już czuł w kościach, że to jakieś gówno.
Odchylił się na krześle i przechylił głowę. Jego twarz przeciął bezczelny, uwodzicielski uśmiech.
- Mogę ci pokazać, jak potrafią się zabawić po godzinach - mruknął tym swoim niskim, szorstkim tonem, który sam w sobie był jak pieszczota. Czy zrobiłby to teraz po to, żeby wymigać się od jakiejś poważnej rozmowy? Oczywiście. Ale nie chował się za zboczonymi aluzjami. Właściwie w ogóle się nie chował, bo nie wiedział nawet, że powinien.
Przez chwilę mierzył go spojrzeniem, ale wreszcie założył ręce za głowę i lekko uniósł podbródek.
Przechylił się na krześle, tak że zaczęło balansować na dwóch nogach, upodabniajac go do łobuza mającego w dupie, że jest na dywaniku u dyrektora.
- A może chcesz usłyszeć, że zerżnąłem każdą chętną dziurę w promieniu kilku kilometrów, bo przecież tak bawią się gwiazdorzy?
Tak, to była prowokacja.
Tak to się robi, królewno.
Uśmiechnął się bezczelnie, ale po chwili odpuścił. Westchnął mrukliwie i poprawił się na krześle. Nogi stuknęły o podłogę.
- Co jest, Queen? - Głos przybrał poważniejszy ton, a spojrzenie stało się uważne. - Naprawdę pytasz dlaczego jesteśmy bandą nudnych zgredów czy chodzą ci po głowie głupie pomysły? Bo nigdy nie naciskasz tak sobie. Za dobrze cię znam.
Taka była prawda. Quentin nigdy nie zadałby takiego pytania, bo dobrze wiedział, jak wyglądają ich imprezy. Nie raz na takiej był.

Quentin Emerson
Jaga
Dram, które wychodzą poza rozgrywki i nie uzgodnionego sterowania moją postacią. Reszta mnie nie rusza.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#32”