25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mógł jeszcze nie tak dawno temu rozważać, czy lepszą opcją na wyjaśnienie jej, że nie potrzebował żadnego lekarza było rzucenie jej na pożarcie szopom, czy może jednak ogłuszenie i wrzucenie do jeziora. Mógł też rozważać tę nieco mniej ostateczną wersję, wedle której miałby po prostu zostawić ją w samochodzie i zaczekać aż sama miałaby dojść do wniosku, że nie było sensu dalej się upierać. Ale jednocześnie chyba ani przez moment nie zakładał nawet, że przez tę idiotyczną sprzeczkę mieliby się rozstać. Spakować psy i bagaże z powrotem do bagażnika, dochodząc do wniosku, że jednak woleli wściekać się na siebie w domu niż tutaj – być może. Ale… skoro potrafili zejść się ponownie po tym, jak wyjechał i przepadł bez wieści na ten nieco przydługi rok, to chyba śmiało można było założyć, że podobna głupota nie powinna realnie zagrażać ich relacji…
I tak, niewątpliwie miał te irytującą przypadłość – żeby to jedną... – przez którą miał w zwyczaju bagatelizować wszystko, co mogłoby dotyczyć jego samego. Nawet jeśli lekarz również potwierdził, że gdyby faktycznie zamierzał czekać z wizytą do kolejnego dnia, sytuacja prezentowałaby się nieco mniej kolorowo niż na świeżo. Może i wciąż jeszcze obeszłoby się bez amputacji, ale potencjalnie rozwijające się zakażenie – a podobno wiele wskazywało na to, że jak najbardziej powinien się go spodziewać – trudno byłoby już zignorować i udawać, że absolutnie nic się nie stało. Widocznie wciąż jednak było to za mało, żeby miał tak po prostu przyznać, że to nie on miał rację i że – wbrew jego wcześniejszym protestom – dobrze się składało, że Elsa była tak uparta.
Chyba też niespecjalnie brał pod uwagę to, co ona sama zdążyła już zauważyć, a co mogło chyba zalatywać swego rodzaju hipokryzją. Bo oczywiście, że gdyby odwrócić sytuację i gdyby to ona została pogryziona przez szopa, czy choćby jakiegoś bezpańskiego psa, najpewniej nawet nie pytając jej o zdanie zapakowałby ją do samochodu i wywiózł do najbliższego szpitala. Ale to przecież było zupełnie co innego. Przynajmniej wedle jego wyjątkowo pokrętnej logiki, zgodnie z którą takie działanie może i byłoby tym najbardziej oczywistym gdyby to jej coś się stało. Tymczasem póki sprawa dotyczyła jego… mógł dalej upierać się przy tym, że nie wydarzyło się absolutnie nic. A przynajmniej nic, czym należałoby się jakoś bardzo przejmować i co miałoby usprawiedliwiać marnowanie czasu na wizyty u lekarza.
Nie zamierzał zmieniać zdania również w momencie, gdy odczytała mu ten lekarski bełkot, wysłuchując go z uwagą porównywalną do tej, z jaką tych parę lat temu mógłby słuchać jej wykładu na temat jakichś wybitnie nudnych matematycznych wzorów. Możliwe, że nawet rytm wybijany palcami o tapicerkę mógł być bardzo podobny do tego stukania o blat stołu, które niejednokrotnie miała okazję słyszeć w szkolnej bibliotece, gdy zaczynał naprawdę niecierpliwić się tym, że wciąż musiał tam siedzieć. Bez słowa – jeśli nie liczyć tego wymruczanego pod nosem, które mogłoby brzmieć mniej więcej jak bzdury – zgarnął te cholerne papiery z deski rozdzielczej, wciskając je zaraz do schowka. Bo jednak istniała jakaś szansa na to, że właśnie tam podzielą los tych wszystkich rzeczy, które po wsadzeniu ich w to miejsce jakby przestawały istnieć i odnajdywały się po latach, kiedy ktoś w trakcie porządków decydował się przekopać ukryte tam skarby. Albo – jak w tym wypadku – śmieci.
I oczywiście, że czuł się dostatecznie dobrze, żeby odkurzyć tę cholerną kanapę! A fakt, że ledwie po chwili wciągania psich chrupek musiał jednak zacząć posługiwać się lewą ręką… z pewnością można było usprawiedliwić tym, że prawa po prostu się zmęczyła. Na pewno nie chodziło o to, że pozostawiona przez szopa pamiątka mogłaby zacząć mu jakkolwiek dokuczać. Skądże…
Wcale nie gwia… – zaczął, nadal zamierzając posługiwać się tym samym mrukliwym tonem głosu, którego pewnie nie powstydziłby się żaden obrażony pięciolatek, jednak… zanim miałby okazję dokończyć swoją wypowiedź, odwrócił się w jej stronę. A jednak trudno byłoby nadal utrzymywać ten sam ton, widząc jednocześnie ten malujący się na jej twarzy uśmiech. No i zapiekankę, która faktycznie wyglądała nie najgorzej. A już na pewno zdecydowanie lepiej niż wszystko to, co mogliby zjeść po powrocie do domku. Naburmuszenie musiało więc ustąpić miejsca krótkiemu westchnięciu – tym razem już zdecydowanie będącego oznaką kapitulacji, co do tego trudno byłoby mieć jakiekolwiek wątpliwości. Zwłaszcza, że zaraz po nim nachylił się nad tą swoją cholernie upartą dziewczyną, żeby cmoknąć ją czule w policzek.
I tak mam zamiar powiedzieć Murphy’emu, że to przez ciebie prawie cała jego karma wylądowała w odkurzaczu, z którego już nie da rady jej odzyskać – oznajmił, tym razem przynajmniej pozwalając sobie na uśmiech i na to, żeby w jego wypowiedzi wybrzmiało już to typowe rozbawienie. Na pewno nie zamierzał też gardzić ani zapiekanką, ani tym schłodzonym energetykiem, obie te rzeczy odbierając od niej wraz z kolejnym buziakiem, tym razem pozostawionym w kąciku jej ust.
Choć oczywiście jednocześnie najwyraźniej nie miał też najmniejszego zamiaru przyznawać nagle, że to faktycznie ona miałaby mieć rację podczas tej idiotycznej sprzeczki. Bo przecież o wiele lepszym rozwiązaniem było przejście nad tym do porządku dziennego i uznanie, że zupełnie nic się nie wydarzyło, a oni mogli po prostu wrócić nad to cholerne jezioro i spędzić tam pozostałą część weekendu. Ale… chyba nawet nie powinna jej zbytnio dziwić ta strategia, prawda…?

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Możliwe, że miał większą wprawę w kłótniach z innymi ludźmi, będąc z nimi w różnorakich relacjach i dlatego byle sprzeczka nie robiła na nim żadnego wrażenia. Ale dla niej był to jasny znak, że coś się psuło i jeśli ONA tego nie naprawi to będzie mogła się pożegnać z daną osobą. Pewnie dlatego tak bardzo przeżywała ich pierwsze rozstanie, kiedy nie wiedziała dlaczego tak nagle urwał kontakt i przestał odpisywać i odbierać telefony. Milion razy przepraszała go w myślach za każdą głupotę, której się dopuściła i która to mogła wpłynąć na jego decyzję. Ale odezwał się… po kilku latach. W klubie. Proponując jej drinka w ramach podziękowań za uratowanie tyłku i złagodzenie konfliktu z panem byczkiem. Swoją drogą, wtedy też upierał się jak osioł, ewentualnie jak małe dziecko, że chciał jeszcze zostać, pobawić się, wypić kilka kolejek… jednak jakimś cudem udało jej się wyprowadzić go z tego miejsca i odwieźć do domu. Wtedy też postawiła na swoim, bo miała na uwadze jego dobro i stan w jakim się znajdował jasno wskazywał, że dalsze picie i imprezowanie nie mogło się dla niego dobrze skończyć. Podobnie jak bagatelizowanie tego pogryzienia przez szopa.
Ale co ona tam pomogła wiedzieć. Przecież Dante był najmądrzejszy na świecie i pozjadał wszystkie rozumy.
Obserwowała z lekko uniesioną brwią jak chował swoją dokumentację medyczną do schowka po stronie pasażera. Czy on naprawdę myślał, że to miało tam zostać już na zawsze bądź do gruntownego sprzątania auta przed jego ewentualną sprzedażą? Może porozwalane na tylnych siedzeniach psie chrupki wcale na to nie wskazywały, ale Elsa naprawdę pilnowała porządku w swoim aucie. No i coś, o czym chłopak powinien wiedzieć, w papierach przede wszystkim. To było trochę jak z jej szkolnymi notatkami — wszystko było poukładane, posegregowane. Może nie zdawał sobie z tego sprawy, ale gdy rozpakowywali jego pudła i znalazły się w nich jakiekolwiek dokumenty, Norweżka je włożyła do koszulek, a potem do odpowiednich teczek i segregatorów, aby wszystko miało swoje miejsce oraz nie musieli ich szukać w razie nagłej potrzeby. Z tego też powodu, cały plik kartek z dzisiejszej wizyty u lekarza również miał wylądować na swoim miejscu w tym całym katalogu. I nie, na pewno nie zamierzała o tym zapomnieć.
Widziała, że kończył odkurzanie lewą ręką i… nie, nie pomyślała o tym, że prawa ręka się po prostu zmęczyła. Ale czy był sens mu to wypominać? Oczywiście. Tylko może jeszcze nie w tym konkretnym momencie.
Uśmiechnęła się lekko, gdy nachylił się i uraczył jej policzek buziakiem. Czyli dary zostały przyjęte a traktat pokojowy podpisany.
— Och… czyli znów mnie kochasz? — Poszerzyła swój uśmiech i odłożyła zarówno puszki jak i zapiekankę na maskę samochodu , samej chwytając jego obandażowaną rękę i składając na niej czuły pocałunek.
— Nie przeciążaj jej chociaż dziś… jest strasznie ciepła — odparła spokojnie, gładząc wierzch dłoni palcami tak jakby liczyła, że miałoby to pomóc w szybszym zagojeniu się rany. Słysząc jednak jak mówił o planach poskarżenia się Murphy’emu odnośnie niewielkich ubytków w jego karmie, skrzyżowała ramiona pod biustem i spojrzała na niego z wymownie uniesionymi brwiami.
— I tak by mi wybaczył… pewnie w chwili, gdy wstałabym skoro świt, żeby pójść z nim pobiegać na plaży. Chyba że ty bierzesz na siebie poranny spacer z psami? Skoro to ja jestem ta zła… — Wzruszyła obojętnie ramionami, a na jej ustach zagościł zadziorny uśmieszek, który poszerzył się, gdy nagle wyciągnęła z kieszeni spodni lizaka. Ale to nie byle jakiego! Był to lizak gwizdek, a na jego opakowaniu został narysowany… szop.
— Chciałam to dać jednemu dzielnemu pacjentowi, że tak super zniósł wizytę u lekarza i w ogóle był hiper mega niesamowity podczas badania! Ale najpierw musiałby mi podziękować, powiedzieć, że miałam rację i że jestem najwspanialsza i najcudowniejsza na świecie i jeszcze raz przyznać, że to ja miałam rację, a on się mylił. — Wyciągnęła od razu głowę w jego stronę, zamykając przy tym oczy, a usta formując w charakterystyczny dzióbek. Bo choć te całusy w kącik warg czy w policzek były niesamowicie przyjemne… to było zdecydowanie za mało, aby tak po prostu wręczyła mu lizaka. Musiał się jeszcze trochę o niego postarać. Powinien bowiem włożyć w to przynajmniej tyle wysiłku, ile ona włożyła, namawiając go na wizytę w tym cholernym szpitalu. A taki pełnoprawny całus w usta mógłby być całkiem dobrym początkiem.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jasne, że miał całkiem sporą wprawę, jeśli chodziło o wszelkiej maści sprzeczki, kłótnie i inne słowne przepychanki. Przecież trenował to od dziecka, najpewniej od momentu, kiedy tylko ogarnął zasób słownictwa na tyle, żeby poszerzyć go ponad tych kilka podstawowych wyrazów… Gdyby więc zamierzał tak na poważnie przejmować się każdą z nich… mogłoby już zabraknąć mu czasu na cokolwiek innego. Nad zdecydowaną większością można było więc śmiało przejść do porządku dziennego i zapomnieć o nich jeszcze tego samego dnia – zwłaszcza, jeśli dotyczyły jakichś kompletnych głupot. Jak na przykład pogryzienie przez szopa i to, czy takowe wymagało konsultacji z lekarzem, czy jednak można było je po prostu olać…
I tak, oczywiście, że wychodził z założenia, że jeśli już te nikomu niepotrzebne papiery trafiły do schowka, to powinny tam pozostać. Widocznie zdążył już zapomnieć o tym, z jaką precyzją Elsa wychwytywała spośród rzeczy przeniesionych przez niego z mieszkania wszystkie te świstki, które rzekomo miałyby okazać się ważne. Nieco wymięty i dawno zapomniany wypis ze szpitala? Nic istotnego, sam się w zasadzie dziwił, że ten nie wylądował w koszu na śmieci jeszcze przed tą jego oficjalną przeprowadzką. Podobnie jak parę innych nieistotnych kartek, które w zasadzie mógłby albo beztrosko wyrzucić, albo znów upchnąć gdzieś, gdzie zapomniane mogłyby przeleżeć do momentu ich ponownego przypadkowego odnalezienia. Gdyby Elsa nie przechwyciła każdej z nich, z jakiegoś powodu uznając, że faktycznie zasługiwały na miejsce w segregatorze – jakby naprawdę kiedykolwiek mogły być komuś do czegoś potrzebne…
Jasne, że cię kocham – wywrócił oczami, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Bo… w zasadzie była. Nawet jeśli od czasu do czasu mógł zastanawiać się, czy udałoby mu się w dość przekonujący sposób wytłumaczyć jej nagłe zniknięcie, by można było uznać to za nieszczęśliwy wypadek… Albo przynajmniej żeby winą za potencjalne morderstwo dało się obarczyć kogoś innego. Nadal przecież ją kochał i co do tego nie miał wątpliwości ani w momencie kiedy wściekał się na nią, że tak uparcie obstawała przy tym niepotrzebnym wyjeździe do szpitala, ani przez tych kilka nieco dłuższych chwil, kiedy nie odzywali się do siebie w ogóle albo posługiwali się krótkimi mruknięciami i prostymi zdaniami. Ani też wtedy, gdy postanowiła przypomnieć mu o tym, że nie powinien przeciążać tej zranionej ręki, czego… tym razem przynajmniej postanowił nie komentować w żaden sposób. Zwłaszcza, że chwila spędzona z odkurzaczem mogła mu jednak poniekąd uświadomić, że może jednak pod tym względem to właśnie ona mogła mieć rację.
Co jednak nie oznaczało wcale, że miałby jej tę rację przyznawać na głos. Co to, to nie.
To ty sobie u niego nagrabiłaś, przecież nie będę cię pozbawiał tej możliwości, żeby jakoś mu to wynagrodzić… – uśmiechnął się nieco szerzej w odpowiedzi na jej słowa dotyczące porannego spaceru z psami. Ale to, że jakoś niespecjalnie garnął się do tego, by zrywać się o jakiejś nieludzkiej porze, chyba nawet nie powinno jej za bardzo dziwić. Oczywiście, że poranne spacery to właśnie jej wychodziły zdecydowanie lepiej. Zwłaszcza, że jego osobista definicja poranka mogła dość mocno rozmijać się z tą, którą psy mogłyby uznać za słuszną…
Przenosząc spojrzenie na lizaka, którego wyciągnęła w kolejnej chwili z kieszeni – oraz dając sobie tych parę sekund na przyswojenie, na co właśnie patrzył – chyba po prostu nie mógłby zareagować inaczej, jak tylko krótkim śmiechem. Zwłaszcza zauważając to jakże trafnie dobrane opakowanie… I nawet jeśli słysząc jej wypowiedź mógł na moment unieść wymownie brwi, wcale nie sprawiło to, że wyraz szczerego rozbawienia miałby tak zupełnie zniknąć z jego twarzy. Właściwie… chyba nawet można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że wypowiedziane przez nią słowa jedynie ten wyraz utrwaliły, sprawiając przy okazji, że nieco wysiłku rzeczywiście musiał w tę sytuacje włożyć – po to, by przypadkiem nie roześmiać się zbyt szybko ponownie.
Jesteś najwspanialsza i najcudowniejsza na świecie – uśmiechnął się, zanim krótko cmoknął ją w ten dzióbek. I czy on właśnie sprytnie wybrał spośród jej słów tylko te, które rzeczywiście mu odpowiadały…? Być może. – Zazwyczaj…
Oczywiście, że po tym, jak z rozbawieniem dodał na koniec to jedno słowo, nie dał jej przy okazji zbyt wiele czasu na ewentualną reakcję. Nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, po prostu przyciągnął ją bliżej siebie, racząc ją tym razem dłuższym pocałunkiem, któremu raczej nie powinna zarzucić, że mógłby być w jakiś sposób niewystarczający. I który przy okazji miał jej przynajmniej w jakiś sposób wynagrodzić tę wcześniejszą kłótnię. Przyznanie się do tego, że tym razem może jednak jakimś cudem to nie on miał rację może wciąż to nie było, ale… może jednak naprawdę lepiej było nie liczyć na coś podobnego z jego strony. Zwłaszcza, że przecież nie powinna mu grozić jakaś gorączka przez potencjalnie zakażoną ranę, skoro tą zajął się już lekarz. Majaczenie nie za bardzo wchodziło więc w grę.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Może Dante wprowadził się do niej. Może zgarnął z mieszkania wszystko, co w nim zostało i co potencjalnie mogło być jego, ale nie dało się ukryć, że tak jak pakowaniem ich na wakacje tak wszelakim rozpakowywaniem zajmowała się Elsa. Ona segregowała, co powinno pójść w której kolejności do prania, co można było odłożyć na którą półkę w lodówce i inne takie. I oczywiście, że podczas opróżniania kartonów i walizek, które chłopak przyniósł ze swoimi rzeczami z wynajmowanych metrów kwadratowych, nie chciała, aby to wyglądało, że musiał się dostosowywać do jej rozkazów i układać wszystko to jak ona sobie tego życzyła, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że może poza kilkoma koszulkami czy ulubionym kubkiem to reszta mogłaby według jego mniemania wylądować w śmieciach. A na to pozwolić nie mogła. Dlatego na każdą pierdołę znajdowała przestrzeń, pytając się oczywiście czy miałby coś przeciwko, gdyby dana figurka bądź inny bibelot wylądował w takim a nie innym miejscu. Bo to miał być też jego dom. Ich. Całej czwórki. I może kiedyś piątki… jakby się oczywiście zdecydowali na trzeciego psa! Bo przecież na co innego…
W każdym razie, wszystkie jego dokumenty leżały grzecznie w segregatorze, czekając aż będą kiedyś potrzebne. Bo będą. Nawet ten wypis ze szpitala, nad którym Elsa zawiesiła spojrzenie nieco dłużej niż nad pozostałymi świstkami, czytając dokładnie, co mu się wtedy stało. Złamany obojczyk i pęknięte żebra zdawały się już dawno zrosnąć, co nie zmieniało faktu, że zainteresował ją ten cały powód — wypadek komunikacyjny, potrącenie przez samochód. Zamierzała do tego wrócić, ale zaraz po tym jak pranie miało przestać wirować, jak wrzuciliby kolejną partię z jasnymi ciuchami i jak pojechaliby do sklepu… no ale zapomniała. Najwyraźniej ta rozmowa musiała poczekać do momentu aż w tej samej koszulce segregatora miała wylądować kolejna dokumentacja medyczna pana Levasseura.
Uśmiechnęła się szeroko, kiedy potwierdził, że ją kochał. Co prawda, zadała nieco inne pytanie, będąc ciekawą jakby z tego wybrnął, ale nie zamierzała wybrzydzać. Jasne, że cię kocham wypowiedziane w ten jego charakterystyczny sposób, gdy musiał mówić coś nad wyraz oczywistego… no ale miał problem. Bo Elsa uwielbiała, kiedy jej to powtarzał, kiedy w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach nachylał się nad jej uchem, aby wyszeptać do niego te dwa magiczne słowa, albo kiedy z cierpliwością tybetańskiego mnicha musiał odpowiadać dziesiątki razy na to samo pytanie dotyczące jego uczuć. I to nie tak, że była przestraszona, że to wszystko miałoby z sekundy na sekundy prysnąć, więc potrzebowała regularnego utwierdzania w tym. Po prostu, w chwili gdy on to mówił, nieważne jakim tonem, przechodził ją po całym ciele dreszcz, a motylki muskały jej żołądek swoimi skrzydłami.
— I znowu ja mam wychodzić na tą złą? Przypominam ci, że to na mnie strzela focha jak widzi gabinet weterynarza. — Bo to też zazwyczaj ona chodziła z całą dwójką na podobne wizyty. Olive była dziwnym stworem, bo ze stoickim spokojem wskakiwała na kozetkę i dała sobie obciąć pazury, zbadać, dać zastrzyk… a Murphy? Murphy nawet ważyć się nie chciał i trzeba było go ganiać po całym gabinecie. Ewidentnie wychodził z założenia, że nie opłacało się brać przykładu ze starszej siostry, bo musiała być najzwyczajniej w świecie nienormalna.
Zmarszczyła lekko brwi, kiedy dostała tylko buziaka, a chyba w sumie cmoknięcie, w ten piękny dzióbek. Zdecydowanie liczyła na coś więcej. Ale gdy wymienił tylko te dwie z trzech rzeczy, których od niego wymagała, uniosła palec, aby dźgnąć go w brzuch — jak to miała w zwyczaju, kiedy chciała go boleśnie pozaczepiać — i już otwierała usta, aby mu to wypomnieć, zwłaszcza to wypowiedziane po chwili "zazwyczaj", ale zamiast potoku słów, mógł usłyszeć tylko żałosne jęknięcie, które i tak w znacznej mierze stłumiły jego wargi.
Było jej… tak dobrze.
Tylko dlaczego znów musiało dochodzić między nimi do takich sytuacji w miejscu publicznym, gdzie nie mogli sobie pozwolić na nic więcej? Chociaż Elsa w ogóle nie krępowała się, aby wsunąć dłonie pod koszulkę chłopka i początkowo musnąć jego skórę palcami, aby po chwili przejść do delikatnego dźgania mięśni brzucha.
— Zjedz i wracamy do dzieci — wymruczała, gdy po dłuższym czasie oderwali się od siebie. I zaraz usiedli na pobliskiej ławce, gdzie Dante mógł spałaszować zapiekankę i wypić zimnego energetyka. Oczywiście nie pozwoliłaby mu na jedzenie w aucie, nie kiedy dopiero co w nim posprzątał. A gdy już skończył całą konsumpcję, wsiedli do auta, aby już jak najszybciej wrócić do psów i upewnić się, że nic głupiego nie zrobiły podczas ich nieobecności.
Gdy dotarli na miejsce, zaparkowali samochód w tym samym czasie, a dziewczyna poszła od razu otworzyć drzwi do domku, z którego to jak burza wyleciał szczeniak i zaczął głośno obszczekiwać auto… znalazł się bohater.
— Murphy… spokojnie, szopów już nie ma. Nie musisz się martwić. Tylna kanapa jest już tylko twoja i Olive. — Uśmiechnęła się lekko i kucnęła przed kundelkiem, aby zacząć go drapać za uchem, co chyba było jego ulubioną pieszczotą. — Tak w ogóle… widziałam na plaży wypożyczalnie rowerków wodnych. Popłyniemy wieczorem? Mieli chyba nawet kamizelki dla psów. Na pewno wzięłabym dla Olive, bo ona średnio sobie radzi w wodzie… — zapytała spokojnie, spoglądając od razu na Dantego. Koniecznie chciała skorzystać z tej atrakcji. Była w końcu na jej wakacyjnej liście sprzed kilku lat.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nic dziwnego, że postanowiła zaangażować się w rozpakowywanie jego rzeczy – istniała przecież spora szansa na to, że gdyby miał zająć się tym samodzielnie… spora ich część po prostu zostałaby nieruszona w kartonach, podzielając los chociażby tych wszystkich przedmiotów, które w jakimś pudełku spędziły ostatnich parę lat, a które przed tym nieciekawym losem postanowiła uchronić dopiero Elsa. I chociaż on sam rzeczywiście mógł wychodzić z założenia, że większość zwiezionych do niej rzeczy równie dobrze mógłby po prostu zostawić w mieszkaniu – przecież te, które naprawdę uważał za potrzebne i tak od dłuższego czasu znajdowały się już u niej w domu – nie zamierzał jakoś mocno protestować co do tego, by dać im jednak szansę i zamiast na śmietniku, poszukać im miejsca na którejś z półek lub w jakiejś szafce.
Jednocześnie nie zamierzał też niektórym z nich poświęcać zbyt wiele uwagi – jak chociażby temu nieszczęsnemu wypisowi ze szpitala, którego zdecydowanie nie uważał za wart rozwijania tematu. Ten był przecież wyjątkowo nieskomplikowany – najpierw jak skończony idiota wpakował się pod samochód chcąc uchronić przed tym psa, który z całego zdarzenia nawet bez tej niepotrzebnej interwencji wyszedłby zupełnie bez szwanku, a później… wyszedł na jeszcze większego idiotę, pozwalając sobie uwierzyć w to, że jego poprzedni związek można było jeszcze uratować, skoro Ivy zainteresowała się jego stanem po tym wszystkim. I chociaż ostatecznie trudno byłoby nie zgodzić się z tym, że całkiem szczęśliwym zrządzeniem losu było to, że tamta relacja nie przetrwała następnie zbyt długo… wciąż jakoś nie był to temat, do którego miałby jakoś chętnie powracać.
Nie było sensu dłużej marnować czasu na stacji benzynowej, która zdecydowanie nie była przecież ich miejscem docelowym – nawet jeśli trudno byłoby uznać ten pocałunek, czy dłonie wsunięte przez nią pod materiał jego koszulki za marnowanie czasu… Wciąż jednak tak samo trudno byłoby uznać to konkretne miejsce za odpowiednie do podobnych czułości. Tym bardziej, że powrót do dzieci faktycznie wydawał się dość rozsądną opcją. Zwłaszcza, że Murphy chyba i tak miał już dostatecznie wiele czasu, by zająć się urządzaniem wnętrza domku zgodnie ze swoim niezawodnym zmysłem dekoratorskim… A dość mało prawdopodobne wydawało się, by ten nowy wystrój miał przypaść do gustu komukolwiek poza nim…
Przynajmniej powrót nad jezioro pozbawiony był już tej wcześniejszej napiętej atmosfery, jaka towarzyszyła im podczas jazdy w drugą stronę. I chyba żadne z nich nie miało już najmniejszych wątpliwości co do tego, że faktycznie zamierzali spędzić w tym miejscu całą resztę weekendu, kiedy już samochód stanął ponownie pod domkiem, a oni mogli z niego wysiąść. Tym razem upewniając się przynajmniej co do tego, że wszystkie drzwi były dokładnie zamknięte. A także pamiętając o tym, by zabrać ze sobą tę resztkę karmy, do której szopy nie zdążyły się dobrać i która ocalała w paczce.
W przeciwieństwie do żarcia. Zgadnij przez kogo zostało go tylko tyle – dopowiedział, zwracając się w stronę psa i oczywiście nie zapominając o swojej groźbie naskarżenia na Elsę. Chociaż raczej nie wyglądało na to, by zwierzak przejął się jakoś szczególnie kierowanymi do niego słowami, będąc zdecydowanie zbyt przejętym ich powrotem, żeby zawracać sobie głowę czymkolwiek jeszcze.
Odłożywszy paczkę z resztką karmy na maskę samochodu – oby pamiętali również o tym, by zabrać ją stamtąd… – spojrzał na swoją dziewczynę, gdy ta wspomniała o pomyśle na spędzenie wieczoru. Biorąc pod uwagę to, że jeszcze nie tak dawno temu obydwoje mogli dość mocno zwątpić, czy ich dalszy pobyt nad jeziorem miał w ogóle jakiś sens, wypożyczenie rowerów wodnych brzmiało naprawdę dobrze. Choć pewnie brzmiałoby tak samo nieźle i bez tej niedawnej kłótni i wiszącego nad nimi widma szybszego powrotu do domu w nieco gorszych nastrojach. Nie musiał więc ani przez moment zastanawiać się nad tym pomysłem – trudno byłoby spodziewać się czegokolwiek innego… – reagując na niego szerokim uśmiechem, który sam w sobie mógł już chyba wystarczyć za przytaknięcie.
Popłyniemy – odezwał się, zerkając przy okazji na Murphy’ego, który – po jeszcze jednym krótkim szczeknięciu w kierunku samochodu tak na wszelki wypadek – mógł całkowicie skupić się entuzjastycznym powitaniu swoich ludzi. Dokładnie takim, jakiego należało spodziewać się po tym, jak już zdecydowali się do niego wrócić po zostawieniu jego i Olive na całą wieczność. – Jemu też chyba podoba się pomysł. Chociaż pewnie jeszcze nie wie, że też dostanie swoją kamizelkę. O ile da się w nią zapakować…
Bo może i szczeniak zdążył już pokazać im, że w wodzie radził sobie całkiem nieźle, ale… chyba nie było się co łudzić, że miałby rzeczywiście grzecznie przesiedzieć na rowerze wodnym całą tę wyprawę. A pewnie lepiej byłoby nie testować jego umiejętności pływackich w momencie, gdy akurat znajdowaliby się zdecydowanie zbyt daleko od brzegu, by ten mógł bez wysiłku do niego dopłynąć.
Skoro jednak do wieczora mieli jeszcze nieco czasu – widocznie mogła mieć rację również co do tego, że durna wizyta w szpitalu wcale nie miała zająć aż tak długo – wypadało zająć się jeszcze jedną kwestią. Podszedł do niej, kiedy już Murphy znudził się najwyraźniej radosnym bieganiem pomiędzy nimi, a zamiast tego postanowił skupić się na uważnym obwąchiwaniem samochodu.
Ale tak się składa, że dalej masz na sobie moją koszulkę – zauważył z uśmiechem, obejmując ją i nachylają się lekko, żeby pozostawić na jej wargach krótkiego buziaka. – I nawet sobie nie myśl, że będziesz mogła zatrzymać ją na stałe. Tę akurat lubię.
Choć pewnie można było mieć całkiem uzasadnione wątpliwości co do tego, czy rzeczywiście chodziło o odzyskanie koszulki, czy może jednak o to, by po prostu ją z niej ściągnąć. Zwłaszcza, że tym razem to on pozwolił sobie na to, by przesunąć palcami wzdłuż jej talii, wsuwając dłonie pod materiał.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie dało się ukryć, że Else ciągle trapił ten jeden konkretny temat. Dosyć regularnie miała przed oczami nieszczęsny widok Dantego i Ivy — stali razem, uśmiechali się do siebie i wyglądali na naprawdę szczęśliwych. I choć już wielokrotnie ją zapewniał, że przecież już dawno zamknął ten rozdział swojego życia to jednak nadal ją to trapiło. W końcu już kiedyś zapewniał ją o swojej miłości, o tym, że rok rozłąki minie im niezwykle szybko i do niej wróci… a jednak nie wrócił. To znaczy wrócił, ale nie do niej, a do Toronto i nie sam, a z nową ukochaną. I choć uwierało ją to niesamowicie to trzymała to głęboko w sobie, robiąc wszystko, aby tylko nie pozwolić tym starym ranom się otworzyć i wywołać kompletny emocjonalny armagedon.
I może nawet nieświadomie chciała się upewnić, że w tych wszystkich rozpakowywanych rzeczach nie znalazłaby jakiejś pamiątki po jego poprzednim związku. Czy gdyby znalazła zdjęcie to czy byłaby w stanie wyrzucić je bez wiedzy chłopaka? Pewnie nie. Pewnie podałaby mu je i powiedziała, żeby położył sobie, gdzie by uznał za słuszne. Bez żadnych ukrytych intencji. W końcu… to tylko fotografia, a Ivy była dosyć długim i intensywnym rozdziałem w jego życiu, więc nie miałaby prawa wymagać od niego, żeby go tak po prostu zapomniał. Zresztą… chyba nie była aż tak terytorialna… prawda? Dostał od niej bransoletkę, ale wiadomość została dosyć skutecznie ukryta, a przecież mogła umieścić grawer na wierzchu! Nie zmuszała go, żeby ustawił sobie jej bądź ich zdjęcie na tapecie, a jedynie psów, ale to tylko dlatego, że wyglądały na nim przesłodko! No i może jak razem wychodzili i jakaś dziewczyna się za długo na niego patrzyła to może tak kompletnie nieświadomie wpijała się namiętnie w jego usta. Ale to pewnie dlatego, że akurat w tej konkretnej chwili miała na to ochotę. Zazdrość i potrzeba zaznaczenia terenu nie miała wtedy nic do rzeczy.
Mhm…
Jednak w tym momencie nie powinna zawracać sobie głowy takimi rzeczami. Przecież był z nią i zwierzakami nad jeziorem. I nawet jeśli jeszcze nie tak dawno zapowiadało się, że spakują swoje walizki z powrotem do samochodu i wrócą do siebie w paskudnych humorach, tak teraz, gdy już zaparkowali pod domkiem, a Murphy z radością oddawał się pieszczotom Elsy, wszystko jakby wróciło do normy. No… może gdyby Dante zaraz jej nie sprzedał w związku ze sprzątniętą karmą.
— Kabel… — mruknęła, będąc jednak wdzięczną, że psiak najwyraźniej miał gdzieś ile żarcia zostało. Dobrze wiedział, że przecież w domu czekała na niego wielka paka! Nie wspominając o tych wszystkich smaczkach, które dostawał. I pewnie mogłaby udawać wielce obrażoną — znowu — ale przecież chciała z nim popłynąć tym rowerkiem wodnym, który siedział jej w głowie przez ostatnie lata i choć miała okazję z niego skorzystać ze znajomymi to zawsze odmawiała. Raczej nie dlatego, że naiwnie czekała aż Dante do niej wróci i spełni daną obietnicę, a po prostu… chyba samo patrzenie na nie sprawiało, że robiło jej nostalgicznie smutno.
— Jakoś go wciśniemy. Najwyżej dostanie nadprogramowego smaczka, żeby miał się czym zająć i weźmiemy go z zaskoczenia. — Zaśmiała się cicho na samo wyobrażenie tej sytuacji. Olive była nauczona i przyzwyczajona do podobnych przebieranek. W końcu zakładała także szelki i specjalną kurtkę, żeby nie zmarzła zimą.
Odwzajemniła od razu tego słodkiego buziaka, po chwili skupiając się na brązowych oczach Dantego, w których to totalnie przepadła.
— Och, naprawdę? Jest tak wygodna, że zdążyłam zapomnieć, że jest twoja — odpowiedziała mu z zadziornym uśmieszkiem. Czując jednak jak wsuwa dłoń pod materiał koszulki i palcami muska jej skórę, jej ciało przeszedł momentalnie dreszcz, ale ona sama nie zamierzała po sobie poznać, że jakkolwiek to na nią działało. Wychodziło jej to raczej słabo, bo kto jak kto, ale on doskonale znał jej wyraz twarzy, kiedy dany dotyk jej się podobał… i dokładnie w tej chwili taki miała. Błyszczące oczy, lekko rozchylone wargi, delikatne rumieńce kwitnące na policzkach…
— A chcesz się o nią bić? Wiesz… tak na gołe klaty. — Nie była pewna jakim cudem nie parsknęła głośnym śmiechem. Co więcej, ton głosu miała poważny, jednak z tą charakterystyczną flirciarską nutką. — Jeszcze ta twoja biedna, chora rączka… Zabierz Murphy’ego do domku. Będę czekać w środku — wyszeptała mu do ucha, po czym wymknęła mu się z ramion i uciekła do tej drewnianej chatki, a tam… ukryła się za framugą drzwi i ściągnęła jego koszulkę, zawieszając ją sobie zaraz na palcu i machając nią tak, aby Dante mógł dostrzec i zorientować się w całej sytuacji. A dalej już tylko grzecznie czekała na jego dalszy ruch.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie musiała w żaden sposób martwić się o jego poprzedni związek – ten przecież uważał za definitywnie zakończony już w momencie, gdy przypadkowo wpadli na siebie w klubie i kiedy to Elsa miała okazję – znów – zadbać o to, żeby wszystkie jego zęby pozostały na swoim miejscu, a nos nie wymagał w najbliższym czasie interwencji chirurga… Nawet jeśli nie zakładał jeszcze wtedy, że ponownie spotkanie z nią miałoby doprowadzić do wspólnego mieszkania, weekendu nad jeziorem, czy czegokolwiek wspólnego, to… ostatnim, co mógłby zakładać, byłoby jego ponowne zejście się z Ivy. Zdecydowanie nie po tym, jak potoczyła się ich ostatnia rozmowa i do jakich wniosków mógł po niej dojść. Raczej więc nie powinno dziwić, że również wśród rzeczy przeniesionych do domu Elsy, nie mogły znaleźć się żadne pamiątki z tego poprzedniego związku – a przynajmniej nie takie, które faktycznie jednoznacznie miałyby się z nim kojarzyć, jak jakieś wspólne zdjęcia, czy cokolwiek innego, przy czym Dante na pewno nie zawracałby sobie głowy czymś tak niedorzecznym, jak szukanie dla nich odpowiedniego miejsca. I pewnie nawet nie miałby nic przeciwko, gdyby Elsa rzeczywiście po prostu wyrzuciła takie zdjęcie – jeśli już jakieś by znalazła – nie informując go o tym. Bo sam też raczej nie miałby żadnego innego pomysłu, co można byłoby z nim zrobić.
I chociaż faktycznie nie dałoby się raczej szczerze stwierdzić, że tak po prostu mógłby kompletnie zapomnieć o tym poprzednim związku – nawet jeśli absolutnie nie zakładał ponownego pakowania się w niego… – to chyba jednak śmiało można było uznać, że był to jeden z ostatnich tematów, na jakich chciałby się skupiać. Zarówno na co dzień, jak i – zwłaszcza – podczas tego wspólnego weekendu. Zwłaszcza, że ten najwyraźniej wciąż jeszcze miał szanse potoczyć się całkiem nieźle. Nawet mimo tej nieplanowanej wycieczki do szpitala, związanej z nim kłótni, czy próbie nakablowania psu o przyczynie ubytków w jego karmie… Tym bardziej, że tym ostatnim rzeczywiście Murphy nie przejął się ani trochę. Podobnie zresztą jak tą zapowiedzią zapakowania go w kamizelkę podczas pływania na rowerkach wodnych… Ewidentnie wciąż po prostu cieszył się tą swoją psią nieświadomością, której pewnie można byłoby mu pozazdrościć w niektórych sytuacjach…
Nie sądził wprawdzie, by ten nadprogramowy smaczek miał okazać się jakoś bardzo pomocny podczas próby założenia psu kamizelki, ale… chyba i tak nie mieli innego wyjścia, jak tylko spróbować. I liczyć na to, że tym razem Murphy mógłby ich jednak pozytywnie zaskoczyć swoją chęcią współpracy. Albo na to, że dotychczasowe doświadczenie nabyte podczas wizyt u weterynarza, czy choćby prób wykąpania go, miałoby okazać się wystarczające, żeby poradzić sobie także z tym zadaniem.
Ale tym niekoniecznie musieli martwić się już teraz, skupiając się na tym, co zdecydowanie było znacznie bardziej istotne – na koszulce, oczywiście. Bo wciąż chodziło przecież właśnie o nią, nic innego.
I chociaż jej może i udało się nie roześmiać po tym pytaniu o chęć walki o koszulkę na gołe klaty, zdecydowanie tego samego nie udało się dokonać jemu.
No jasne, tak łatwo ci jej przecież nie oddam – przytaknął więc z rozbawieniem, jednak zanim miałby zasugerować, że wobec tego powinna ściągnąć ją już teraz – jeśli chciała trzymać się ustalonych przez siebie zasad – wymknęła się do domku, polecając mu zabrać do środka Murphy’ego. O czym chyba rzeczywiście mógłby zapomnieć, zwłaszcza zerkając na moment w kierunku drzwi, za którymi zniknęła Elsa i nie mogąc nie zauważyć koszulki, która ewidentnie nie znajdowała się już na niej. Naprawdę sądziła, że w takiej sytuacji mógłby mieć ochotę na uganianie się za szczeniakiem, który raczej nie miał w zwyczaju współpracować i zdecydowanie bardziej wolał realizować swoje psie plany…?
Prawdopodobnie jednak nie miał wyboru. Może i przez moment przeszło mu przez myśl, że przecież nie stałoby się nic złego, gdyby Murphy dostał nieco czasu na samodzielne rozejrzenie się po okolicy, ale… tym razem zdrowy rozsądek musiał jednak zyskać dostateczną siłę przebicia. Wciąż więc z uśmiechem na twarzy, niechętnie odwrócił wzrok od koszulki, którą wymachiwała Elsa, by przenieść go na wciąż kręcącego się wokół samochodu psa. Możliwe zresztą, że ten w jakiś sposób musiał wychwycić tę niewypowiedzianą na głos informację, że to stanowczo nie był dobry moment na prezentowanie swojej psiej niezależności, bo rzeczywiście zareagował już na to pierwsze krótkie gwizdnięcie, po którym podbiegł do Dantego. Chociaż chyba nie do końca spodziewał się, że ledwie chwilę później miałby zostać podniesiony i odstawiony tuż za progiem domku – bo przecież lepiej było nie ryzykować, że po tej niespodziewanej chęci współpracy, Murphy’emu miałoby się jednak odwidzieć…
Oszukujesz, nie było mowy o tym, że sama masz ją ściągnąć – poświęcając ledwie chwilę na zatrzaśnięcie za sobą drzwi, odwrócił się od razu w stronę Elsy, przy okazji przejmując od niej tę koszulkę. Choć to akurat tylko po to, by ta mogła po prostu wylądować na podłodze. Co może i nie do końca zgadzało się z jego wcześniejszym stwierdzeniem, że miałby tę konkretną część garderoby lubić, ale… przecież musiał mieć wolne ręce, by móc zająć je czymś zdecydowanie przyjemniejszym niż jakaś tam koszulka
A chociaż mógł zarzucić jej to rzekome oszustwo, to chyba jednak niespecjalnie mu ono przeszkadzało. A przynajmniej trudno byłoby coś podobnego wywnioskować po tym pocałunku, w którym na dłuższą chwilę złączył ze sobą ich usta, czy też po tych kolejnych, nieco niecierpliwych, z którymi postanowił zejść niżej.
W każdym razie… chyba przegrałaś – odezwał się jeszcze, wciąż z ustami tuż przy jej skórze. Chociaż może bardziej trafnym spostrzeżeniem byłoby to, że walka musiała mimo wszystko pozostać nierozstrzygnięta, skoro raczej niewiele wskazywało na to, by którekolwiek z nich faktycznie miało jeszcze zwracać uwagę na jakiś walający się po ziemi materiał…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie dzieliła się w ogóle z Dantem swoimi przemyśleniami. Bo to nawet nie były wątpliwości, a po prostu głupie rozważania, które nawiedzały jej kolorową głowę w najmniej spodziewanych — a już na pewno odpowiednich — momentach. Tak naprawdę nawet nie wiedziałaby, co powinna mu powiedzieć. "Myślę czasami, że któregoś dnia wrócą do ciebie wszystkie miłe chwile z Ivy i uznasz, że jednak była dla ciebie lepszą partnerką niż ja"? I czego by od niego oczekiwała? Że po raz dziesiąty by ją zapewnił, że to ją kochał, a tamten rozdział zamknął? No… no nie. Z tym musiała sobie poradzić jakoś sama. Bo to też nie tak, że uważała, że na tle jego byłej wypadało jakoś blado. Znała swoją wartość, miała lustro i nie cechowała się jakąś niesamowitą skromnością! Widziała swoją ładną buźkę, pełne usta, błyszczące oczy… zgrabna figura, na którą sobie zaplanowała godzinami spędzonymi na basenie i siłowni. No i chyba mimo wszystko Dante nie był aż tak zdesperowany, żeby rzucić się na byle co zaraz po rozstaniu. Zwłaszcza, że przecież zanim w ogóle odważył się ją pocałować, musiał się trochę pobawić w podchody. Wyglądało więc na to, że nadal dosyć głęboko siedziało w niej przekonanie, że skoro raz ją zostawił i związał się z inną, mogło się to wydarzyć jeszcze raz. Ale był to jej problem, z którym musiała sobie sama poradzić. Bo przecież tak jak słusznie zauważył we Włoszech, zaręczyny czy nawet ślub chyba nie były magicznym lekarstwem na jej obawy. Przecież z pierścionkiem czy obrączką mógłby równie łatwo zniknąć. Chociaż, może wcześniej zapytałby czy mogłaby mu oddać biżuterię — w końcu za coś trzeba było kupić bilet na pociąg.
Ale nie mogła teraz o tym rozważać. Nie kiedy przez firanki podglądała jak Dante łapał szczeniaka i zapewniał mu transport drogą powietrzną do domku. Całe szczęście, że nie postanowił jednak zostawić go na dworze. Wtedy to już w ogóle mógłby zapomnieć o jakiejkolwiek walce — tej na gołe klaty jak i w pełnym umundurowaniu również.
— Nie było też mowy o tym, że mam ją zostawić… przecież miało być na gołe klaty i jeszcze chciałam oszczędzić twoją łapkę, żebyś jej nie nadwyrężał. — To były chyba najszybciej wypowiedziane słowa w całym jej życiu, bo zdążyła postawić ostatnią kropkę w chwili, gdy usta Dantego postanowiły ją… przytkać. Nawet nie zwróciła uwagi na to, że ten jej chwilę wcześniej wyrwał koszulkę i bezczelnie rzucił na podłogę. Była zbyt zajęta pozbywaniem go tej, którą sam miał na sobie, a następnie naprowadzaniem go do pokoju, który miał służyć za ich sypialnie.
— Chyba Ty… — wymruczała jeszcze, zamykając za nimi drzwi. Tak na wypadek, gdyby psy postanowiły przeszkodzić im w zabawie.
I choć gdy pierwszy raz zobaczyła to łóżko nie była przekonana, co do jego czystości tak teraz, leżąc z głową na klatce piersiowej chłopaka, nie miała ochoty w ogóle się z niego ruszać. Z szybko bijącym sercem próbowała złapać i unormować oddech, ale całe to zadanie utrudniał jej fakt, że serce Dantego biło w tym samym, przyspieszonym rytmie.
Ale oczywiście, nim w ogóle pozwoliła sobie dotknąć prześcieradła choćby koniuszkiem palca, musieli je dodatkowo zasłonić przywiezionym z domu kocem.
— Jak twoja ręka…? Nie przeciążyłeś jej może? — zapytała z szerokim uśmiechem, podnosząc przy tym głowę, aby złożyć na jego żuchwie krótkiego buziaka. Zaraz jednak postanowiła wstać i założywszy na tyłek swoje majtki, wyszła z pokoju, jednak tylko na moment. Dosłownie po kilkudziesięciu sekundach wróciła z dwiema zimnymi puszkami piwa — zwykłym dla niego i smakową zerówką dla siebie — i jedną z nich przyłożyła do rozgrzanej skóry jego ramienia. W tym wszystkim chyba najciekawsze było to, że Elsa znów miała na sobie jego koszulkę.
I kto jednak wygrał…?

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tak samo jak we Włoszech, tak pewnie i teraz nie wiedziałby nawet, jaki sposób mógłby naprawdę przekonać ją, że nie miał zamiaru popełniać więcej tak idiotycznego błędu jak wtedy i zostawiać jej z jakiegokolwiek powodu. Mógł powtarzać jej to do znudzenia, tak często, jak uznałaby to za słuszne. Tylko… czy te zapewnienia w ogóle cokolwiek zmieniały? Nie mając pojęcia o tym, że wciąż w jakiś sposób jej to ciążyło, mógł przynajmniej łudzić się, że tak. Że tamta emocjonująca rozmowa na pomoście rzeczywiście cokolwiek zmieniła i że może jakimś cudem Elsa wreszcie przestała wyczekiwać tego momentu, w którym miałby oznajmić jej, że wszystko to wcale nie było na poważnie. Albo że znów musiał wyjechać na trochę, obiecując wcześniej, że nic się podczas jego nieobecności nie zmieni oraz zapominając o tej obietnicy niewiele później.
Bo przecież łatwo było uwierzyć, że wszystko było już jak najbardziej w porządku – zwłaszcza mając przed sobą widok, który zdecydowanie nie miał prawa mu się znudzić, niezależnie od tego, ile razy mógłby go widzieć – a także od tego, jak wiele zastrzeżeń do tegoż widoku mogłaby mieć sama Elsa… Łatwo było też ponownie skupić się tylko i wyłącznie na niej, zapominając przy tym o wszystkim innym. Włączając w to choćby wcześniejsze własne żarty na temat łóżka i jego potencjalnej historii – bo chociaż może i nie było ono absolutnie konieczne do tej ich zabawy, to też nie zamierzał go tak zupełnie skreślać. Niezależnie od tego, czy miałoby mieć na sobie ten bezpieczny, przywieziony z domu koc, czy też jedynie prześcieradło, któremu wciąż trudno byłoby cokolwiek zarzucić.
I również, podobnie jak ona, niespecjalnie miał ochotę ruszać się z tego łóżka dokądkolwiek. Zwłaszcza czując na swojej klatce piersiowej ciężar jej głowy, a we wciąż nierównym oddechu nadal czując emocje sprzed chwili. Ale… w końcu nie musieli się nigdzie spieszyć. Mieli przecież spędzić tutaj spokojny, leniwy weekend, a skoro tak… prawdopodobnie nic nie stało na przeszkodzie, żeby spędzić w ten sposób jeszcze chwilę lub dwie. Nawet te nieco przydługie.
Buziak i zadane pytanie skłoniły go do tego, by przenieść spojrzenie na jej twarz, podczas gdy palcami lewej ręki wciąż leniwie – i chyba nie do końca świadomie, bo widoczne pewne przyzwyczajenia miały pozostać właśnie takie – bawił się jej włosami, przeczesując je i nawijając sobie na palec. Ręka…? Zdecydowanie przez tę dłuższą chwilę nie przejmował się nią w ogóle, mimo obrażeń całkiem sprawnie radząc sobie zarówno z pozbawieniem Elsy tych ubrań, które wciąż miała na sobie, jak i znalezieniem dla kontuzjowanej dłoni odpowiedniego zajęcia także wtedy, gdy już nie miała na sobie żadnych. W odpowiedzi na jej pytanie mógł więc co najwyżej uśmiechnąć się, absolutnie nie zamierzając się skarżyć – nawet gdyby rzeczywiście mógł w jakikolwiek sposób tę nieszczęsną rękę nadwyrężyć.
Obejdzie się chyba bez kolejnej wizyty w szpitalu – stwierdził z rozbawieniem, widocznie dochodząc do wniosku, że minęło już dostatecznie wiele czasu od tej ich idiotycznej sprzeczki, by można było zacząć z tego tematu żartować. – Chyba, że masz zamiar wytłumaczyć lekarzowi, jak miałoby dojść do tego przeciążenia…
Uniósł wymownie brwi, po chwili odprowadzając ją wzrokiem – może tylko trochę zawiedziony faktem, że postanowiła iść dokądkolwiek – i raczej nie planując również się podnosić. Co zresztą dość szybko okazało się całkiem słuszną decyzją, skoro już po chwili Elsa wróciła do pokoju. W koszulce, na widok której trudno byłoby nie parsknąć krótkim śmiechem.
Wiesz, że później i tak ją z ciebie ściągnę, prawda…? – zdążył się jeszcze uśmiechnąć, zanim mimowolnym syknięciem zareagował na to niespodziewane zetknięcie zimnej puszki z jego rozgrzaną skórą. – Na przykład chwilę przed tym, jak wyrzucę cię do jeziora, żeby cię w nim utopić…
W porządku, to nie mogło zabrzmieć jak zbyt przekonująca groźba. I to nawet nie dlatego, że utopienie jej prawdopodobnie wymagałoby nieco więcej zachodu, skoro z pływaniem radziła sobie zdecydowanie nie najgorzej… Ale nawet nie starał się ukryć ewidentnego rozbawienia, któremu nie mogło zaszkodzić nawet to chwilowe zaskoczenie. Niezbyt przekonując jako groźba – czy też jakikolwiek odwet – musiało być również to, jak w kolejnej chwili chwycił ją za przedramię, pociągając w swoją stronę i mocno do siebie przytulając. Zwłaszcza jeśli tym całym odwetem miałby buziak w skroń, jakim ostatecznie ją uraczył.
Także może lepiej nie zabieraj ze sobą nic cennego na ten rowerek wodny… No wiesz, szkoda byłoby utopić przy okazji telefon, a zanim ktoś cię wyłowi, to niewiele już z niego zostanie… – dodał jeszcze, tym bardziej przynajmniej wysilając się na tyle, by przynajmniej postarać się zabrzmieć poważnie. Może i tak nie mogło się to udać, ale… przynajmniej próbował. Nieważne, że z kiepskim skutkiem.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

W takich chwilach naprawdę chciała wierzyć we wszystko, co tylko by jej obiecał. Już podczas ich wspólnego chlapania w jeziorze dała się wciągnąć w tą bańkę marzeń o wspólnej przyszłości, bo wystarczyło przecież, że przyznał, że chciałby z nią spędzić całe życie. I może jej mózg jeszcze nie podsuwał jej obrazów jak ganiają się z ich małymi kopiami po ogrodzie, ale widziała wyraźnie jak razem odpoczywają na huśtawce, jak ona sprząta w salonie, podczas kiedy on przygotowywał im obiad. Wspólne wieczory spędzone na oglądaniu filmów w domu bądź wyjściu na miasto już jakiś czas temu przestały być wyjątkową okazją, a raczej codziennością z wyłączeniem tych nocy, które Dante poświęcał na spotkania ze znajomymi. Zwykła rzeczywistość, ale jej się jawiła jako naprawdę szczęśliwe życie.
Tylko oczywiście do czasu, bo wystarczył mały zgrzyt, a jej mózg przeradzał go w największą katastrofę i coś, co jeszcze nie tak dawno było pewne, zaczynało chodzić na cieniutkich nóżkach, które najmniejszy podmuch wiatru mógł złamać w pół. Nie trzeba było daleko szukać, bo przecież sytuacja z szopem i szpitalem byla idealnym przykładem. Wystarczył podniesiony ton głosu, a ona już oczami wyobraźni widziała jak się pakują i kończą ten pięknie zapowiadający się weekend. Bo ten cały strach i niepewność przedostawały się przez najmniejszą szczelinę w tym ich pięknym życiu i robił istny zamęt.
Ale na szczęście jakimś cudem póki co udawało im się dogadać i chyba jeszcze nie zdarzyło się pokłócić na dłużej niż jeden dzień, z czego to większość czasu Dante i tak odsypiał po zakrapianej imprezie. Zresztą, jeszcze nic złego też żadne z nich nie zrobiło, choć przynajmniej już jedna sytuacja wyglądała zbyt podobnie do tych w liceum, kiedy to pół rocznika wymyślało wszelakie dziwne plotki, aby tylko rozdzielić te na pierwszy rzut oka w ogóle do siebie nie pasującą parę.
I pewnie okazałaby się dosyć monotematyczną dziewczyną, ale naprawdę wierzyła, że to tkaczki losu splotły ich nicie ze sobą i sprawiały, że za każdym razem wracali do siebie. Niezależnie od kalibru sprzeczki. Zresztą, skoro udało im się zejść po tych kilku latach, podczas których zdarzyło się naprawdę wiele zarówno w jego jak i jej życiu, to najwyraźniej byli w stanie pokonać wszystko, co miało stanąć im na drodze przez najbliższe całe życie. Zwłaszcza, że teraz mogła leżeć, w tym wątpliwej jakości łóżku, przy nim, uśmiechając się z zadowoleniem, gdy tak bawił się jej włosami. Bo choć na co dzień to raczej ona zajmowała się kłakami innych ludzi to nie dało się ukryć, że będąc po tej drugiej stronie, doskonale rozumiała jaką przyjemność sprawiała swoim klientom.
— Myślisz, że jakbym powiedziała, że miałeś rękę pełną roboty to uznałby, że byłeś zajęty mną czy po prostu jechałeś na ręcznym? — zapytała z niewinnym uśmieszkiem. Bo chyba nie podejrzewał, że po jego słowach zalałaby się rumieńcem i zakryła kołdrą, żeby czasem ich nie zobaczył? Przecież jeśli chodziło o głupie teksty wymyślane na poczekaniu to zajmowała zaszczytne drugie miejsce — oczywiście zaraz po nim.
Koszulkę z kolei założyła z kilku powodów. Po pierwsze, oczywiście, że zamierzała mu udowodnić, że mógł ją chyba już spisać na straty i przyzwyczaić się do tego, że od dzisiaj będzie ją widywał na jej półce w szafie. Po drugie, biedna leżała na podłodze, więc chciała ją ocalić przed Murphym, który z dziwnych powodów zajął się w tym czasie rozpracowywaniem nowego gryzaka i wkurzaniem Olive jego piszczeniem. A po trzecie… chyba nie była przyzwyczajona do zbyt długiego paradowania nago po domku, czy to tym wynajętym nad jeziorem czy tym własnym, w którym mieszkała już dobre trzy lata.
— Znów chcesz się o nią bić? — zapytała z niewinnym uśmieszkiem, aby po chwili przyłożyć zimną puszkę do jego ramienia. Zaraz z jej ust jednak wydobył się rozbawiony pisk, kiedy to Dante tak nagle pociągnął ją na łóżko, a raczej na siebie, tym samym sprawiając, że wypuściła z obu dłoni przyniesione piwa, które potoczyły się od razu pod łóżko. Cóż, najwyraźniej mogli je już spisać na straty, bo z pewnością karaluchy zamierzały zabrać je na swoją imprezę.
— To nie zapomnij założyć mi betonowych bucików czy coś… inaczej mógłbyś mieć z tym problem. — Parsknęła cichym śmiechem. Jesli ją pamięć nie myliła to jej ojciec, po tym jak dowiedział się, że ta dwójka zaczęła się ze sobą spotykać w liceum, zapytał Dantego o rozmiar buta, żeby mógł zamówić odpowiednie betonowe buciki, które z przyjemnością mu założy, gdy jego córcia wyleje przez niego chociaż jedną łzę.
— Ale w takim razie ty weź sobą telefon, chyba bym sobie nie wybaczyła, gdybyśmy nie zrobili psom jakichś uroczych zdjęć w tych kamizelkach. Może nawet na zachód słońca trafimy! — odparła podekscytowana i mocniej się w niego wtuliła. — Potem możesz mnie topić… i ratować. Pamiętaj o usta-usta — dodała po chwili, nieświadomie podsuwając głowę pod jego dłoń, aby wrócił do wcześniejszej zabawy jej włosami. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz spędziła taką leniwą sobotę. Bez sprawdzania telefonu co pięć minut, bez napiętego kalendarza, czy bez stresowania się, że jakiś nawiedzony Włoch znów będzie miał milion uwag do jej pracy. Było… naprawdę cudownie.
— Dante… — wymruczała leniwie, podnosząc się po chwili na łokciach i zaczynając palcem naznaczać kształty jego tatuaży, które miał na klatce piersiowej. — Pamiętasz może taką sytuację w liceum… nie wiem, to chyba były nasze piąte albo szóste korepetycje… i wydarłam się na ciebie, że masz przestać dotykać moje włosy? Byłam wtedy strasznie niewyspana i rozdrażniona i… no nie mówiłam ci tego wcześniej… — Nachyliła się nad jego żebrami i delikatnie pocałowała znajdującą się na nich ćmę. Zaraz jednak podniosła głowę i z zadziornym uśmiechem złapała jego brązowe spojrzenie swoim. — Tej nocy śniło mi się, że byliśmy na tych korkach i też nawijałeś sobie moje włosy na palce, a potem pocałowałeś i zaciągnąłeś między regały. Pamiętam nawet, że kiedy w tym śnie wsuwałeś dłonie pod moją spódnicę to spadła książka o Wojnie Dwóch Róż… nawet nie wiesz jak nie mogłam się skupić na historii , kiedy McKenny o niej opowiadała… — Zagryzła lekko dolną wargę. Wtedy uważała ten sen za żenujący. W końcu, jak jej podświadomość mogła fantazjować o chłopaku, który wkurzał ją częściej niż pojawiał się w ogóle w szkole? Wówczas zwaliła to na oglądany po odrobionych lekcjach jakiś serial z wątkiem romantycznym. Nie spodziewała się przecież, że za parę miesięcy miała kompletnie stracić dla niego głowę. I to nie tylko między regałami biblioteki.
— I to nie był ostatni erotyczny sen, który mi się śnił… z twoim udzialem… i nie pytaj czemu ci teraz o tym mówię. Chyba to bawienie się moimi włosami przypomniało mi o tej absurdalnej sytuacji… — dodała po chwili. Co chyba było bardziej żenujące według Elsy z przeszłości to fakt, że Dante pojawiał się co jakiś czas w jej snach, a po tych kilku miesiącach także i w jej pokoju, a ona uciekała przed intensywniejszymi pieszczotami, choć przecież na jawie był bardziej delikatny i uważny. Mimo to, musiał trochę poczekać zanim Elsa pozwoliła mu na przekroczenie tej ostatniej granicy.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
ODPOWIEDZ

Wróć do „Summer by the Lake”