29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie miał pojęcia, czy od środka grzeje go burbon, czy może jednak spojrzenie, jakie w półmroku rzucił mu mężczyzna. Laurent wstrzymał na ułamek sekundy oddech, a następnie odpowiedział leniwym uśmiechem na drapieżny grymas. Ta krótka wymiana pozbawionych znaczenia drobnostek sprawiła, że jego ciało spięło się w rozkosznym oczekiwaniu. Nawet jeśli wszystko w tej sytuacji było jedynie ubarwioną przez późną porę i mocny alkohol fantazją.
Ashcroft chciał zanurzyć się w niej po sam czubek głowy.
Wysłuchał jego rady, nie mogąc oprzeć się urokowi Logana, podczas gdy kowboj zdawał się go kompletnie nieświadomy. Było w tym coś frustrującego. Jego poważny ton brzmiał doskonale. Laurent nie spodziewał się, że będzie go podniecało, jak ktoś daje mu dobre rady. W słowach mężczyzny kryła się jednak prosta mądrości, wynikająca z doświadczenia. Jego spokój był zaraźliwy.
Powoli skinął głową, zgadzając się z tym, że zablokowanie Marcusa było najlepszą decyzją.
Możliwe. Mogę powtórzyć po raz trzeci. Zasługujesz na coś miłego, a pewnie rzadko to słyszysz — stwierdził tak po prostu i lekko wzruszył ramionami. Był przekonany, że podczas gdy przez telefon ojciec nie mógł skończyć chwalić Logana, bardzo rzadko robił to bezpośrednio wobec samego zainteresowanego, najprawdopodobniej ograniczając się do tego, by raz na jakiś czas poklepać go po plecach. — Nie mam pojęcia, jakim cudem sprawiasz, że ci kolesie cię słuchają i wszystko tu chodzi jak w zegarku — uniósł lekko szklankę z bourbonem do góry, jakby wznosił toast i upił trzeci, niewielki łyk, łapiąc kontakt wzrokowy z Loganem.
Spojrzenie mężczyzny miało ten szczególny ciężar. Było niemal namacalne. Laurent czuł mrowienie w karku, jakby za chwilę mieli nie wytrzymać napięcia i rzucić się na siebie, łącząc wargi w pospiesznym i chciwym pocałunku.
Dzieliły ich od tego ledwie ułamki sekund.
Odchrząknął i pokręcił lekko głową.
Kto by pomyślał, że jesteś zwolennikiem afirmacji — zażartował, choć wątpił, by Logan znał już memiczne pojęcie. Właściwie w tym też było coś czarującego. Zauroczenie sprawiało, że nawet pozorne wady mężczyzny zmieniały się w zalety, choć przecież Laurent przyjechał na ranczo z mocnym postanowieniem, by znienawidzić tego faceta.
Cóż, widać się nie dało.
Nie walczył o kapelusz, a jedynie podniósł na Logana zamyślone spojrzenie.
Musiałbym być masochistą, żeby zalać się tym w trupa. Możesz być spokojny — zapewnił, spoglądając na swoją wciąż pełną szklankę z rozbawieniem, a potem jeszcze obrócił się za nim przez ramię. — Dobranoc, Logan — rzucił, a następnie dopił swój bourbon.
Rzeczywiście nie zamierzał pić więcej, problem w tym, że miał naprawdę słabą głowę.
erotyka
Wrócił do swojego pokoju i pierwsze, co zrobił, to złapał za telefon, by zgodnie z radą Logana zablokować numer swojego byłego faceta i definitywnie skończyć tę farsę. Dalej to już rzeczywiście nie była jego sprawa.
Nie odłożył jednak smartfona. Zamiast tego napisał pierwszą wiadomość do Logana. Musiał się w końcu przekonać, czy jego podejrzenia na temat mężczyzny są słuszne. Sposób nie był szczególnie rozsądny, ale Laurent był smutny, napalony i pijany. Pierwsze odpowiedzi nie napawały go optymizmem, ale nie poddał się łatwo i szybko został za to przez los wynagrodzony.
Wymiana wiadomości nabrała tempa, podobnie jak oddech Laurenta. Policzki go piekły, a całe ciało pragnęło dotyku. Dzielił się z Loganem swoimi fantazjami i był gotów powtórzyć je, patrząc mu głęboko w oczy i obserwując, jak zasnuwa je powoli mrok. Wsunął dłoń pod kołdrę, wciskając potylicę w ścianę. Książka spadła z kołdry z hukiem, a spłoszony Laurent rozejrzał się wokół przestraszony. Cicho odłożył ją na bok i przez moment nasłuchiwał, ale dom pogrążony był w ciszy.
Tak bardzo pragnął po prostu pójść do pokoju obok, ale Logan nie miał pojęcia, że to z nim pisze.
Zagryzł dolną wargę, ujmując się u nasady. Wyobrażał sobie, że to szorstka, duża dłoń Callahana. Wbijał się w nią, wracając wspomnieniem do jego drapieżnego uśmiechu. Myślał o nagim torsie, zaciskając usta i wstrzymując oddech. O cichych, niskich pomrukach. Sunął dłonią po całej długości, zaciskając mocniej palce na wrażliwej główce i za wszelką cenę próbując nie wydać z siebie żadnego dźwięku.
Pocierał się szybko. Nie było w tym żadnej finezji. Nakręcała go myśl, że Logan za ścianą najprawdopodobniej robi to samo, choć nie miał pojęcia, o kim myśli w tej sytuacji. Doszedł zbyt szybko, ale jednocześnie satysfakcja sprawiła, że całe napięcie opuściło jego ciało. Musiał wcisnąć twarz w poduszkę, gdy zobaczył przesłane zdjęcie i ostatnią wiadomość. Zrobiło mu się gorąco i to nie był wstyd.
Logan myślał o nim. Wiedział. I mimo to pisał te smsy. Uśmiechnął się z satysfakcją, wycierając dłoń w chusteczkę i jeszcze raz spoglądając na perwersyjne zdjęcie. Na drugi raz nie pozwoli, żeby Logan musiał sobie radzić sam.
Na śniadanie przyszedł w doskonałym humorze. Nucąc cicho, wszedł do kuchni, gdy na stole czekała już patelnia z jajecznicą na boczku i grubo pokrojony, świeży chleb. Przypomniał sobie o owsiankach, które jadał na śniadania od ostatnich kilku lat, by zachować formę i niemal się roześmiał.
Usiadł naprzeciw Logana, a Mergy przystanęła, przyglądając mu się uważnie z założonymi na biodrach rękoma.
— A ty co się tak wystroiłeś, Larry? Znowu będziemy mieć jakiegoś niezapowiedzianego gościa? — zapytała go surowym tonem, na co Laurent odpowiedział jej szerokim uśmiechem.
Dla ciebie się tak wystroiłem — oznajmił bezwstydnie i rzucił krótkie spojrzenie na siedzącego przy stole Logana. Rano rzeczywiście wziął dłuższy prysznic, starannie ułożył włosy, wciągnął na tyłek jasne dżinsy i luźną koszulę, której pierwszych kilka guzików rozpiął. Otaczała go też dość subtelna woń perfum o świeżym zapachu, przypominającym powietrze w zimowy poranek. — Poważnie, żadnych gości dzisiaj — powtórzył, czując na sobie jej nieprzekonane spojrzenie. Ujął spracowaną dłoń kobiety i uniósł ją do ust. Dał jej całusa, tryskając tym podejrzanie dobrym humorem, ale w końcu i Mergy uległa jego urokowi.
Zaśmiała się cicho, jakby znowu miała piętnaście lat i wyrwała dłoń z jego uścisku, mamrocząc, żeby się uspokoił.
Jak spaliście? — zapytał, nakładając sobie porcję jajecznicy i spoglądając na Logana. Byli tylko w trójkę, bo Travis pojechał na noc do znajomych.
— Bardzo dobrze. W końcu było chłodniej — rzuciła wesoło gospodyni, gdy Logan nie odpowiedział od razu.
Tak? Mi wydawała się bardzo gorąco — stwierdził z bezczelnym uśmiechem, nie odrywając spojrzenia od siedzącego naprzeciw mężczyzny. — Logan, podasz mi, proszę, masło? — nie zamierzał pozwolić się ignorować.
Pobyt na ranczu okazał się znacznie bardziej interesujący, niż Laurent był w stanie kiedykolwiek przypuszczać.

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Żałował.
Obudził się o świcie i pierwsze, co zrobił, to skasował wszystkie wiadomości, jakby w ten sposób mógł wymazać całą minioną noc. Potem dłużej niż zwykle wpatrywał się w sufit. Układał myśli.
To była chwila słabości, musiał się z tym pogodzić. Ale nie zamierzał się do niej przyznawać. Nie był homo. Po prostu wypił drinka i dał się sprowokować, bo od lat z nikim nie spał - nic więcej. Nie zamierzał zaprzątać sobie tym głowy. Były tylko zły na siebie, że zdradził się ze swoją wiedzą, bo tak trudniej będzie się z tego wykręcić, jednak co się stało, to się nie dostanie. Nie było co płakać nad rozlanym mlekiem.
Wstał, ubrał się i jak co dzień ruszył na obchód rancza, nawet nie spoglądając na zamknięte drzwi do pokoju Laurenta. Niestety nie mógł dzisiaj liczyć na obecność ani żadnego, sprowadzonego tu z miasta rzeczoznawcy ani nawet pracowników rancza. W weekendy było tu tylko dwóch instruktorów, zajmujących się stałymi klientami. Resztą on zajmował się sam. Mógł jednak tak zorganizować sobie czas, by nie wpadać na Laurenta przy byle okazji. Miał też nadzieję, że młody Ashcroft sam pójdzie po rozum do głowy i nie będzie go nachodził. W końcu to nic nie znaczyło. Zresztą nie wyobrażał sobie, że Laurent sądził inaczej. Wygłupili się, to co, teraz przez chwilę będzie niezręcznie, a potem wszystko wróci do normy. Rozważał jednak czy nie pojawiać się na śniadaniu, ale to zaalarmowałoby Margy, a tego wolał uniknąć. Nikt nie był tak wścibski, jak ona.
Przyszedł więc punktualnie, niosąc na skórze woń wiatru i słońca. Położył kapelusz obok przygotowanego talerza i dziękując kobiecie skinieniem głowy, zabrał się do jedzenia. Poczuł ulgę, że Laurent jeszcze nie wstał, ale szybko się na niej zawiódł, gdy adwokat stanął w drzwiach kuchni kilka minut później, ogolony, wypachniony i wyraźnie zadowolony.
Logan łypnął na niego spod brwi i krótko skinął głową, nie przerywając jedzenia. Nic nie zdradzało jego myśli, a były wyjątkowo nieodpowiednie do śniadania. Zastanawiał się jak bardzo wczoraj w nocy Laurent różnił się od tego nieskazitelnego wizerunku z dzisiaj. Czy miał potargane włosy i zarumienione policzki? Czy na jego piersi lśniła warstewka potu, kiedy trzepał sobie do jego zdjęcia i wszystkich tych gorących fantazji? Czy rwał mu się oddech? Czy tłumił jęki?
Poczuł, że robi się twardy, więc kategorycznie odsunął od siebie te wizje. Nie odrywał spojrzenia od swojego talerza, jak co rano nie wydając się w poranne dyskusje. Wziął kolejny, duży kęs jajecznicy, a potem oblizał usta.
Czuł, jak tężeje mu kark od ich szczebiotu.
Czuł też, niemal namacalnie, spojrzenie Laurenta.
Miał dziką ochotę spojrzeć mu w twarz, ale nie zrobił tego nawet, gdy sugestywnie i wyraźnie z siebie zadowolony, nawiązał do nocy. Widać bawiło go to, ale czemu miało nie? Dla niego to pewnie chleb powszedni, trzepać sobie po nocach wymieniając się sprośnymi wiadomościami z innymi facetami.
Logan nie dał się sprowokować. Podniósł wzrok dopiero, gdy został poproszony o podanie masła. Na moment zawiesił wtedy wzrok na uśmiechniętym mężczyźnie, a potem jak gdyby nigdy nic, podał mu maselniczkę. Nie odezwał się.
– A co ty dzisiaj taki nie w sosie, Logan? - zagadnęła Margy, widząc kowboja bardziej mrukliwego niż zwykle. – Martwisz się o Travisa? - odpowiedziała sobie sama, przyzwyczajona, że Logan nigdy nie jest skóry do zwierzeń i trzeba albo losować przykłady, albo długo czekać aż się otworzy. A ona nie miała czasu. Musiała jeszcze pomyć dzisiaj szkło w kredensie.
– To już przecież mężczyzna. I tak za krótko go trzymasz.
Odpowiednio krótko - mruknął Logan odrobinę zachrypniętym głosem, którego nie użył od wczorajszego wieczoru.
– Jak się chłopak za młodu nie wyszaleje, to potem będzie szalał, jak mój Ezra. Wspomnisz moje słowa - zawyrokowała, dokrajając im chleba.
– Larry, słoneczko, zjesz tarty cytrynowej? - zagruchał do Laurenta, wrzucając do koszyka na stole porcję świeżych kromek. – Nawet nie wiesz jak się cieszę, że znowu mam w domu kogoś, kto przepada za słodkim. Bo Logan to tylko mięso i mięso. Travis też w niego poszedł. Ale ty to w tatę jak ta lala. Jak był młody, to też był taki przystojny jak ty i chudy jak palec, a wcinał ciasta na kilogramy.
Brakowało tylko żeby uszczypnęła go w policzek, jak stara ciotka.
Logan próbował nie zwracać na to uwagi, ale z chwili na chwilę coraz ciężej znosił tę paplaninę. W końcu wstał, włożył brudny talerz do zmywarki i nałożył kapelusz. Nie spojrzał na Laurenta.
Wyszedł bez słowa.
Margy popatrzyła za nim, wycierając ręce w fartuch zawiązany na dużym brzuchu.
– Z tym naszym Loganem to nie jest dobrze - zamruczała z troską. – Odkąd mu ta żona zmarła, coraz paskudniejszy się robi. A teraz, jak Luke odszedł, to już w ogóle. – Przeniosła zatroskane spojrzenie na Laurenta. – Dobrze, że tu jesteś, kochany. To miejsce potrzebuje takiego słonka, jak ty. Sam jeden Travis tego nie uciągnie - zacmokała, a potem zabrała się do krojenia cytrynowej tarty, którą zamierzała nakarmić swojego ulubionego mieszkańca Ashcroft ranch.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ich spojrzenie spotkały się na chwilę nad stołem, a Laurent próbował wyczytać cokolwiek z jego twarzy, ale Logan był tak samo poważny i niewzruszony jak zawsze. Zacisnął usta, ponieważ liczył na to, że dorosły i odpowiedzialny facet lepiej poradzi sobie z konsekwencjami swoich działań, ale wyglądało na to, że Callahan postanowił po prostu udawać, że nic się nie stało.
Lekko zmrużył oczy, bo oczywiście nie zamierzał mu na to pozwolić.
Nie będzie udawał, że nic się nie stało i Logan miał sporo szczęście, że nie był takim dupkie,m by wspomnieć o tym wprost przy śniadaniu. Nabrał na to ogromnej ochoty, kiedy tylko zorientował się, że ten facet nawet nie potrafi mu teraz spojrzeć prosto w oczy.
To zdrowo się czasem wyszaleć — wtrącił w obronie Travisa, choć tak naprawdę znów nawiązywał również do tego, co wydarzyło się między nimi w nocy. Wbijał w Logana spojrzenie, ale ten z charakterystycznym uporem milczał.
Wzmianka o ojcu na szczęście dla kowboja skutecznie zabiła w Laurencie ochotę do ciągnięcia tematu. Ciasto powinno mu poprawić humor, zanim pójdzie wyjaśnić sprawę niestosownych wiadomości.
Bo wcale nie zamierzał odpuścić.
Żadna dziewczyna nie próbowała usidlić Logana? Poza tym, że jest gburem, to wydaje się być całkiem niezłą partią — zerknął na gospodycznię kątem oka, licząc na to, że kobieta zdradzi mu gorące plotki na temat życia miłosnego Callahana. I się nie pomylił. Jadł słodką tartę, słuchając o tym, jak niejedna panna próbowała zyskać względy mężczyzny, ale ten zazwyczaj nawet nie zauważał, że któraś dobija się do jego serca.
To akurat Laurenta wcale nie zdziwiło.
Po wypiciu kawy pomógł Mergy posprzątać ze stołu. Przeszedł się po ranczu w poszukiwaniu Logana, ale ten całkiem dobrze się przed nim ukrył. Zapewne pojechał na jedną z przejażdżek. Laurenta kusiło, żeby dosiąść konia i pojechać go poszukać, ale nie czuł się dość pewnie w siodle, a nie chciał się zbłaźnić. Przystanął przy boksie Legancy i wręczył mu marchewkę, głaszcząc czule miękkie chrapy. W biurze czekał na niego wysoki stos nieuporządkowanych dokumentów.
Westchnął, uznając, że porozmawia z Loganem wieczorem.
Usiadł za biurkiem, przy którym przesiadywał jego ojciec. Zapadł się w wysłużonym fotelu i włączył wiatrak, który przy upałach niewiele zmieniał. Sięgnął do szuflady wiedziony ciekawością. W środku znalazł otwartą paczkę miętowych landrynek i kopertę. Wyjął ją i przez moment zastanawiał się, czy powinien ją otworzyć. Nie była jednak zalepiona, więc po chwili wahania wyciągnął z niej odręcznie zapisaną kartkę. Uniósł lekko brew, która wędrowała coraz wyżej wraz z każdym zapisanym na pożółkłej kartce zdaniem.
W połowie parsknął, nabierając ochotę, by zgnieść wiadomość i wyrzucić na dno kosza, ale nie potrafił tego zrobić, nawet jeśli wściekłość i rozczarowanie narastały w jego piersi z każdym odczytywanym zdaniem.
W końcu nie wytrzymał. Poderwał się ze skrzypiącego krzesełka.
Zabije go — obwieścił, spoglądając w okno i dostrzegając wychodzącego ze stajni Logana. Nie czekał. Szybkim krokiem wyszedł z biura i ruszył przez podwórko, docierając w jego połowie do mężczyzny. Policzki miał zaróżowione, oczy zaszklone, a w dłoniach miętolił kartkę papieru, którą wcisnął Loganowi pod nos. Oddychał płytko po szybkim marszu.
CO TO MA BYĆ?! — wrzasnął na niego, szarpiąc za ramię. — Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć?!
Na kartce ze starego zeszytu Logan mógł rozpoznać odręczne pismo Luke’a.

Larry i Loganie,
wiem, że nie byłem najlepszym ojcem i szefem. Nigdy nie potrafiłem wam powiedzieć, jak wiele dla mnie we dwoje znaczycie i jak bardzo dumny jestem z was dwoje. Mnie już z wami nie ma, ale nie ma co płakać, ani urządzać żałoby. Macie robotę do wykonania.
Nie chciałem was martwić sytuacją finansową rancza, ale jak Larry się już pewnie zorientowałeś, nie jest ona najlepsza. Nie mogłem zostawić cię z tym problemem samego. Loganie, ty wypracowałeś sobie moje zaufanie, sympatię i miejsce. Masz tu dom i nie mógłbym cię go pozbawić, dlatego chciałem, byście wspólnie zarządzali ranczem.
Każdy z was otrzymuje jego równą połowę.
Larry, znasz się na ludziach i pieniądzach. Zawsze byłeś ulubieńcem świata. Nie da się ciebie nie kochać, tak jak ty nigdy nie przestałeś kochać tego rancza. Masz też niezbędną wiedzę do poradzenia sobie z księgowością. Tylko ty możesz nas uratować z tarapatów, ale brakuje ci cierpliwości i doświadczenia. Jesteś kompany w gorącej głowie i potrzebujesz rozsądnej rady.
Loganie, twój spokój, podejście do koni i ciężka praca budzą szacunek pośród wszystkich. Nie spotkałem nikogo, kto wiedziałby więcej o prowadzeniu rancza i hodowli najlepszych ogierów. Byłeś mi nieocenioną pomocą i mam nadzieję, że będziesz ją również dla mojego syna.
Oboje, możecie się wiele od siebie nauczyć. Tylko razem odbudujecie ranczo.
Powodzenia,
Luke

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie musiał podnosić wzroku żeby wiedzieć, że Laurenta irytuje brak reakcji z jego strony. Słyszał to dobrze w jego zaczepkach. Teraz więcej było w nich złośliwości niż przekory.
Czego oczekiwał?
Że przy śniadaniu i Margy poruszy temat nocy?
Nie ma mowy. Nic się nie stało. Nic więcej nie może się stać, bo ich sytuacja była już wystarczająco skomplikowana i bez tego. Poza tym, co ważniejsze, Logan nie był homo. Miał syna, na litość boską, a w sercu wciąż żywe wspomnienie żony. Nie straci głowy dla dzieciaka Luke'a, nieważne jak często by o nim fantazjował.i jak świetnie wyglądałby w jego kapeluszach. Dawno przestał już być napalonym nastolatkiem z fiutem zamiast mózgu.
Wyszedł, nie dając Laurentowi kolejnych okazji do prowokacji, a kiedy oddał się pracy, prawie zapomniał o swoich kłopotach. Zawsze tak było, gdy w grę wchodziły konie. Logan wyłączał się na świat, skupiając na zadaniu. Niestety świat lubił się o niego upominać i to wcale nie tak, jakby sobie tego życzył.
Trening zajął mu większą część poranka. Zdążył popracować nad dwoma końmi, nad ich reakcją na łydkę i płynnym przechodzeniem z jednego chodu w drugi. Ostatni z nich schodził z placu wyraźnie spokojniejszy niż na początku, a Logan czuł, jak zawsze, przyjemne zmęczenie i satysfakcję z dobrze wykonanej pracy.
W siodlarni odwiesił ostatnie ogłowie na miejsce, sprawdził jeszcze raz, czy wszystko jest przygotowane na popołudniowy trening, i wreszcie wyszedł na zewnątrz. Przeciągnął się krótko, rozluźniając napięte od wysiłku mięśnie. Pachniał potem, skórą i końmi, a na butach miał jeszcze kurz z ujeżdżalni.
Laurent znalazł go właśnie wtedy, opuszczającego potężne ramiona w cieniu stajni. Wokół świerszcze dawały swój późno poranny koncert, a gdzieś za jego plecami rozlegało się ciche rżenie.
Logan widząc jak naciera na niego z furią w oczach, natychmiast się spiął.
Co ty wyprawiasz? - mruknął, kiedy Laurent bezceremonialnie szarpnął go za ramię. W głosie pojawiło się napięcie, ale nie było w nim gwałtowności. Nie poruszył się też, zupełnie jakby Laurent próbował poruszyć górę. Skóra pod jego palcami była za to gorąca od słońca i lekko wilgotna od potu, a mięśnie pod nią napięte i twarde jak stal.
Odebrał od niego zmiętą kartkę, nie mając pojęcia czego się spodziewać. Ale wystarczyło, że przeczytał pierwsze słowa spisane niechlujnym pismem Luke’a, by wiedzieć z czym ma do czynienia.
Stary Ashcroft spisał cholerny testament.
Logan czytał z kamienną twarzą, na razie za bardzo poruszony treścią, by w ogóle zastanawiać się nad złością i oskarżeniami adwokata. Czuł też niezręczność, bo bardzo dziwnie było czytać podobne wyznania od człowieka, którego w jakiś sposób się gloryfikuje. Mógłby porównać to do przyłapania go na płaczu, albo innej słabości, na którą mężczyźni tacy jak oni po prostu sobie nie pozwalają.
“Każdy z was otrzymuje jego równą połowę."
Pewnie to zdanie najbardziej wkurzyło i zawiodło Laurenta. Logan natomiast, w pierwszej chwili nie mógł w nie uwierzyć i nie potrafił się do niego ustosunkować. Wiedział, że Luke cenił jego pracę, ale nie sądził, że aż tak, by oddać mu połowę majątku, który powinien należeć do jego syna.
Zacisnął szczęki, wpatrując się w nierówne pismo.
Cholerny, szalony staruch.
Po pierwszym szoku przeszła jednak ulga. Bo może nie był pewien, czy naprawdę zasłużył na ten dar, ale Luke zza grobu pomógł mu uchronić ranczo przed sprzedażą. Jakby to przewidział.
Musiał to przemyśleć, ale na razie miał przed sobą rozgoryczonego Laurenta, którym musiał się zająć. Nie dziwił się mu. Na jego miejscu byłby równie wściekły i smutny.
Nie miałem o tym pojęcia - powiedział spokojnie, opuszczając kartkę. Spojrzał prosto w zaszklone, pełne złości i bólu oczy. – Jestem tak samo zaskoczony, jak ty.
Laurent był teraz zbyt wzburzony by docierały do niego rozsądne argumenty, dlatego w tej chwili Logan nawet nie próbował rozmawiać o przyszłości rancza. Teraz gotował się na kłótnie. A nienawidził się kłócić.
Na myśl przychodziły mu jakieś głupie zapewnienia, że nie będzie rościł sobie praw do majątku, że to nic nie znaczy, że stary był po prostu głupi, ale wyrzuty sumienia nie potrafiły uciszyć rozsądku. A ten mówił wyraźnie, że jeśli zrezygnuje i odpuści tę szansę, to wszystko co budował przez lata, a więc również przyszłość Travisa, przepadnie razem z kaprysami adwokata. Nie mógł na to pozwolić, nieważne jak bardzo wypełnione bólem, zaszklone spojrzenie, łamało mu serce. Poza tym, podobnie jak Luke, był pewien, że wspólnie naprawdę mogli uratować ten kawałek ziemi. Musieli tylko spróbować.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czekał niecierpliwie, aż Logan łaskawie przeczyta testament. Miał wrażenie, że trwało to w nieskończoność. Tak długo, że miał ochotę wyrwać kartkę z jego dłoni i wykrzyczeć każde odręcznie zapisane słowo, ale wtedy głos załamałby mu się przy drugim zdaniu. Na twarzy mężczyzny nie dostrzegł żadnych emocji, podczas gdy sam krzywił się w brzydkim i wściekłym grymasie, znajdując się gdzieś niebezpiecznie blisko granicy płaczu. Oddech mu się rwał, a serce waliło w piersi jak oszalałe.
Zazwyczaj w takich stresujących sytuacjach potrafił zachować się racjonalnie. Dystansował się i chłodno analizował możliwe opcje. Przyjmował wyniosłą pozę, która dodawała mu lat, ale w tym momencie przypomniał zrozpaczonego chłopca, bo do głosu doszedł tłumiony przez wszystkie lata żal do ojca.
Gdy Logan spojrzał mu prosto w oczy, dostrzegł w ich mieszankę łez i gorącej furii. Laurent patrzył na niego oskarżycielsko, a kiedy usłyszał jego komentarz, mrugnął z niedowierzaniem.
I tyle masz do powiedzenia? — zapytał, myśląc, że się przesłyszał. — Jesteś zaskoczony? — powtórzył natarczywie, parsknął cicho pod nosem, a następnie zwiesił głowę i nią pokręcił w wyrazie jakiejś głębokiej bezsilności. Poderwał ją jednak po chwili. — ZASKOCZONY?! — uniósł głos ze złością i dwiema dłońmi pchnął Logana, nacierając na niego tak, jakby naprawdę zamierzał sprowokować go do bójki, ale ten nawet nie ruszył się z miejsca.
Laurent sapnął, wbijając w niego zranione spojrzenie.
Jego własny ojciec wolał zapisać ranczo obcemu facetowi niż jemu. W czym Logan był od niego lepszy? Dlaczego Callahan zasłużył sobie na miłość Luke’a, której on sam nigdy nie doświadczył?
Nie jesteś zaskoczony jak ja! Przecież od początku dokładnie o to ci chodziło! Zmanipulowałeś chorego starca, żeby przepisał ci majątek! Kurwa! — jeszcze raz spróbował go popchnąć, choć to tak, jakby próbował przesunąć górę. — Za każdym razem jak dzwoniłem, musiałem słuchać, jaki jesteś zajebisty! Więc przestałem dzwonić! Bo kiedy mówiłem, że wygrałem Dicksona, on pierdolił, jak wspaniale naprawiłeś płot! JAKBY TO BYŁO JAKIEŚ OSIĄGNIĘCIE.
Logan był niewzruszony, a to tylko bardziej nakręcało Laurenta. Nawet nie zorientował się, że po jego policzkach popłynęły łzy, których nie potrafił wylać na pogrzebie. Wytarł je niedbale wierzchem dłoni, wyobrażając sobie, że Logan ma go zapewne teraz za roztrzęsioną pizdę.
Nie mógł jednak przestać krzyczeć. Nie potrafił zapanować nad falą emocji, która zalewała go tak bezlitośnie.
Boże! Ty nawet nie wiesz, jak cholernie cię nienawidziłem! Zabrałeś mi go! A teraz zabrałeś mi to pierdolone ranczo! Ja mam życie w Toronto! A teraz to wszystko się spierdoliło — oddychał ciężko, nie potrafiąc nad sobą zapanować i myśląc o swojej wymarzonej pracy. Wszystkim, na co tak ciężko pracował od lat. — On nawet nie potrafił napisać poprawnie mojego imienia w jebanym testamencie! Ojciec, kurwa, roku — łapał powietrze, które wydawało się gęste jak woda, jakby ktoś wyssał z niego cały tlen. — A ty jego syn, którego zawsze chciał. Cholerny ideał! Jeteście ciebie warci! A ty jedynie zgrywasz świętego! — zatoczył się lekko do tyłu, nie mogąc nabrać powietrza do płuc. Czuł zimno i dziwną, mdlącą pustkę w dole brzucha. — Udajesz — jego własny głos dobiegał jakby z oddali, a między słowami pojawiały się świszczące przerwy na próbę złapania oddechu. — Ale wcale nie jesteś idealny. Ciekawe, co by powiedział, gdyby zobaczył cię wczoraj, jak spuszczałeś się do fotki jego syna — każde słowo wypowiadał coraz ciszej i z większym trudem. Chciał zaśmiać się mu w twarz, ale nie był w stanie. Oparł się o płot i walczył o złapanie oddechu. Obraz przed oczami kompletnie się rozmazał, widział przed sobą jedynie zarys zakurzonych kowbojek.
To nie był pierwszy raz, kiedy doświadczał ataku paniki. Zdarzały mu się przed trudnymi egzaminami, ale nigdy w tak gwałtownym wydaniu. Laurent miał realne wrażenie, że jego bijące szybko serce nie wytrzyma tego szaleńczego tętna i pęknie.

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie był gotowy na rękoczyny. Zachwiał się, kiedy Laurent go pchnął, ale nie oddał pchnięcia, zduszając w sobie ochotę, by to zrobić. Jego spojrzenie stało się surowsze.
Przestań.
Nie zabrzmiał ostro, tylko twardo i stanowczo. Nawet nie podniósł głosu, konfrontując swój spokój z gwałtownością jego emocji. Naprawdę potrafił zrozumieć to wzburzenie, chociaż sam pewnie nie zachowałby się podobnie, bo nawet kiedy zadzwonili ze szpitala, że Harper nie żyje, nie potrafił się rozpłakać. Siedział wtedy w ich wspólnej sypialni i patrzył na jej zdjęcie, jakby w ten sposób mógł przywołać do domu jej ducha. Ale to nie znaczy, że nic nie czuł. Czuł aż za dużo i czasem zazdrościł ludziom takim, jak Laurent, łatwości wyrażania emocji.
Pchnięty drugi raz, zaparł się i złapał go za nadgarstki żeby przestał się szarpać.
Dosyć. - Pochylił się lekko, spoglądając mu prosto w oczy. - Twój ojciec nie był staruszkiem bez własnej woli. Do niczego go nie zmuszałem i nic o tym nie wiedziałem - powtórzył twardo, ponownie zderzając rozsądek z jego bezpodstawnymi oskarżeniami. Laurent jednak wcale go nie słuchał. Wyrwał się, a Logan nie próbował go powstrzymać ani się z nim kłócić. Cokolwiek by teraz powiedział, i tak nie miało znaczenia, skoro adwokat zamknął się za murem krzywdy. Zresztą co miałby odpowiedzieć na te oskarżenia? Nie miał pojęcia, że cierpienie i żal Laurenta sięgały tak daleko. Nie wiedział też, jak bardzo (nie z własnej woli) zamieszany był w rodzinny konflikt, który Luke zaognił testamentem.
Jego łzy wprawiły go w konsternację większą niż wykrzykiwane w gniewie słowa. Bo jedynym facetem, który do tej pory przy nim płakał był Travis, a jemu dopiero od roku wysypywał się pod nosem wąs, więc ciężko było nawet nazwać go mężczyzną. No i był jego synem. Nie bardzo wiedział jak się zachować. Kiepsko radził sobie z płaczącymi kobietami, a co dopiero z facetami. Tymczasem Laurent zapowietrzał się brzydko, a jego policzki pokryły się wilgocią łez i czerwonymi plamami. Wyglądał bezradnie i żałośnie. Jak skrzywdzone dziecko.
Logan zdał sobie sprawę, że właściwie był nim. Na pewno był nim w głębi serca, które przepełnione żalem, teraz dało upust emocjom we łzach i krzyku.
Laurent, wystarczy - wciął się w jego wywód, wciąż nie podnosząc głosu, ale teraz była w nim ciepła nuta współczucia i wyrozumiałości. Chciał żeby przestał, wcale nie dlatego, że raniły go jego słowa. Bardziej ranił go ten widok.
Dopiero kolejny wyrzut sprawił, że twarz mu stężała. Zacisnął szczęki, ale zamiast wybuchnąć, wziął głęboki wdech, który wypuścił rozszerzonymi nozdrzami. Właśnie tego się obawiał, że Laurent obróci tę cholerną noc przeciw niemu. I jak widać się nie pomylił. Tylko jak miałby krzyczeć na faceta, który ewidentnie nad sobą nie panował i wyglądał jakby miał atak paniki? Widywał już podobne, niedługo po tym jak Harper dostała diagnozę. Dlatego wiedział, że ani racjonalna rozmowa ani tym bardziej złość na nic się tu zda.
Przez chwilę stał i patrzył, jak młody Ashcroft z trudem łapie oddech, ale nie potrafił bezdusznie przyglądać się jego cierpieniu. Dlatego w następnej chwili był już przy nim i nawet jeśli Laurent się bronił, on zdecydowanie odepchnął jego ręce i po prostu go do siebie przytulił. Wtedy adwokat poczuł wokół siebie gorące, silne ramiona, a kolejny oddech jaki wziął, miał woń potu, skóry, koni i wiatru.
Logan pachniał jak lato i dom.
Sza, już dobrze - szepnął opierając policzek o bok jego głowy. Laurent zaskakująco dobrze pasował do jego ramion, nawet jeśli sylwetkę miał większą, masywniejszą i bardziej kanciastą od miękkich, kobiecych krągłości, do których przywykł.
Dużą, ciepłą dłonią pogłaskał go po plecach. Do tej chwili nie sądził, że kiedykolwiek będzie trzymał go w ramionach tak, jak ostatnio o tym fantazjował, ale szczerze mówiąc, wolałby zupełnie inne okoliczności i świadomość, że Laurent nie miał go za ostatniego złamasa.
Wszystko się ułoży… - mruczał to, co zawsze mruczał Harper, gdy wylewała łzy w jego koszulkę. Bo nawet gdy nic nie układało się tak, jak chcieli, właśnie to potrzebowała usłyszeć. Wierzył, że teraz, Laurent również.
Odetchnął świeżością jego perfum i wonią skóry rozgrzanej przez słońce. Była dokładnie tak przyjemna, jak myślał, że będzie.
Szkoda tylko, że miała również zapach łez.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słowa Logana nie były w stanie przebić się przez krzyk. To jak patykiem próbować zawrócić rzekę. Laurent nawet go nie słyszał, wylewając z siebie cały ten żal. Złość czyniła go zresztą zaskakująco silnym, więc bez większych trudności wyrwał dłonie z jego uścisku, by kontynuować bolesną litanię. Robił to po raz pierwszy w życiu, bo nie potrafił tak otworzyć się przed przyjaciółmi ze studiów.
Testament jednak przelał czarę goryczy, która w końcu musiała znaleźć ujście. Sam w końcu zatopił się we własnym bólu i nie mógł złapać oddechu. Zatoczył się, biorąc płytkie i chrapliwe wdechy, kiedy nagle otoczyły go silne i ciepłe ramiona. Nie próbował nawet walczyć, zanurzył się w nich.
I dopiero wtedy udało mu się zaczerpnąć powietrza. Wciągnął głęboko do płuc znajomą woń, wciskając nos w zagłębienie jego szyi. Nie był w stanie dłużej powstrzymywać rozpaczy, więc niespodziewanie się rozpłakał. Zadrżał w uścisku, a z jego oczu popłynęły łzy. Nie było w tym nic ładnego, kiedy pociągał nosem, wbijając desperacko palce w jego plecy, jakby bał się, że jeśli tylko się odsunie, to na nowo straci grunt pod nogami.
W ramionach Logana opłakiwał stratę ojca i fakt, że już nigdy nie uda mu się go odzyskać.
Wszystko to jednak trwało zaledwie kilka nieznośnie długich sekund. Laurent zorientował się, jak żałośnie w tym momencie musi wyglądać.
Dlatego nigdy nie zyskał aprobaty ojca. Płakał jak dziecko, chociaż łzy nie mogły niczego zmienić. Odsunął się gwałtownie, ocierając czerwone i mokre policzki. Pomyśleć, że jeszcze kilka godzin temu tak starannie układał włosy przed lustrem, a teraz nic z tego nie zostało.
Nie potrzebuję twojej litości — stwierdził, próbując powrócić do tego wyniosłego tonu, który Logan nie raz już słyszał w jego wykonaniu. Było to jednak niemożliwe z brzydkimi, czerwonymi plamami na twarzy i wilgotnymi od łez oczami.
Laurent musiał zdać sobie z tego sprawę, ponieważ nie powiedział nic więcej. Nie wrócił do domu, a poszedł prosto do samochodu.
Pojechał do Toronto, licząc na to, że powrót do znanego życia pozwoli mu się pozbierać, ale wraz z każdym kilometrem czuł się tylko gorzej, a łzy wcale nie chciały przestać płynąć. W wynajmowanym mieszkaniu doprowadził się do porządku, a następnie spontanicznie umówił z grupą znajomych na wypad do centrum.
Kiedy jednak usiedli razem w barze, Laurent nie umiał im powiedzieć prawdy. Zresztą, chyba tak naprawdę nikt nie był nią zainteresowany. Łapczywie popijał kolorowe szoty i udawał, że dobrze się bawi, słuchając plotek o ludziach, którzy wcale go nie obchodzili. Spoglądał w kierunku parkietu, ale nie był w nastroju do tańca. Muzyka dudniła, a on myślał o zostawionym przez ojca testamencie i silnych ramionach Logana. Odblokował telefon i jeszcze raz spojrzał na wymienione zeszłej nocy wiadomości.
— Laurent, co to za ciacho? Widać, że się nie nudzisz z wieśniakami.
— Sama bym się wybrała na jakąś agroturystykę.
Podniósł na nich odrobinę nieostre i rozbiegane spojrzenie, jakby dopiero teraz zorientował się jak nudni i płytcy byli.
Wiedzieli, że jego ojciec umarł niespełna tydzień temu, ale żaden z nich nie zapytał, jak się czuje. Dość chwiejnie podniósł się z barowego stołka, ignorując próby zatrzymania go. Odepchnął od siebie ich dłonie i spróbował przedostać przez kolorowy tłum, by dotrzeć do wyjścia, gdzie zamówił taksówkę.
Nie zastanawiał się, jak wiele będzie kosztować go ta podróż, kiedy zatrzasnął drzwi samochodu i przez szybę w milczeniu obserwował, jak miejski krajobraz powoli zmienia się w bezkresne pola, a autem zaczyna trząść na nierównej drodze.
Uznał, że akurat w tym momencie musi dokończyć rozmowę z Loganem. Oznajmić mu, że i tak sprzeda swoją połowę rancza. Jakby za wszelką cenę musiał bronić się przed tym, że przez te kilka spędzonych w domu dni czuł się spokojny i szczęśliwy.
A może nawet w jakiś sposób spełniony.
Wysiadł z samochodu bez pożegnania i dość chwiejnie wdrapał się po schodach prowadzących na ganek. Potrzebował dłuższej chwili, by wygrzebać z kieszeni klucze, a następnie długo próbował nimi trafić do zamka.
Gdy w końcu mu się to udało, swoje wejście do domu, oznajmił głośnym trzaśnięciem drzwi, po którym nastąpiło przekleństwo. Potknął się o pozostawione w progu buty, w ostatniej chwili łapiąc wiszących na wieszaku kurtek. Kowbojski kapelusz zsunął się na ziemię, a Laurent szamotał się pośród ubrań, próbując odzyskać równowagę i zapalić światło, zdeterminowany, by odbyć z Loganem poważną rozmowę.
W samochodzie już zaplanował sobie całą lawinę prawniczego bełkotu, z której ten zapewne nic nie zrozumie.
Wydostał się z przedpokoju do kuchni, zamierzając najpierw napić wody. Otwierał właśnie górną szafkę ze szklankami, kiedy usłyszał w progu ciężkie kroki. Płynnie obrócił się w kierunku Callahana, opierając dłonie na blacie. Na policzku miał ślad brokatu, a białą koszulę rozchełstaną i wymiętą.
Cudownie, że jesteś. Właśnie zamierzałem z tobą porozmawiać — oznajmił śmiało i wbił w niego spojrzenie, orientując się, że jest środek nocy, a Logan nie zdążył założyć koszulki. Pijany Laurent gapił się na niego zbyt długo, jakby właśnie zapomniał starannie przygotowaną przemowę, w której odwoływał się do bardzo wielu przepisów i używał prawniczego żargonu.
Wyprostował się, chcąc odzyskać rezon.
Pierdolę to wszystko — obwieścił, chociaż naprawdę trudno było w tym stanie wziąć jego słowa na poważnie albo zgadnąć, co dokładnie ma na myśli: ratowanie rancza czy jego sprzedaż. Zrobił zaskakująco pewny i zdecydowany krok w stronę Logana. Kierowało nim to głupie przyciąganie, nad którym nie panował. Pamiętał tylko, że jego ramiona są tak przyjemnie ciepłe. Wiele by dał, żeby znowu się w nich znaleźć. — Ciebie też — dodał dla jasności, wbijając palec w jego tors, a następnie opierając na nim dłoń i przesunął ją w górę na kark, przechylając głowę w bok, łapiąc z nim na moment kontakt wzrokowy. — I nie wierzę ci. Nie wierzę, że jesteś taki porządny — przysunął się do niego, opierając o silne ciało i wargami sięgając ucha. Laurent pachniał słodkimi perfumami, alkoholem i gorzkim dymem. Podrapał krótkie włoski na jego karku, przesuwając nosem po szyi i biorąc głęboki wdech. — Nie wierzę, że to wszystko cię nie rusza.

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

W sposobie w jaki Laurent do niego przylgnął, było coś znajomego, coś, co rozdzierało mu serce. Może to desperacja, może wrażenie, że tylko jego ramiona są w stanie utrzymać go w kupie. Logan nie walczył z tym uczuciem. Było właściwe. Pogłaskał adwokata po plecach, pozwalając by zamoczył łzami jego ramię i zdusił w nim szloch. Nic więcej nie potrafił zrobić. Nie znał też właściwych słów. Ale przeżył wystarczająco dużo, by wiedzieć, że czasem cisza i czyjeś ramiona to wszystko, czego człowiek potrzebował, by choć trochę ukoić ból.
Nie trzymał go na siłę. Gdy tylko się szarpnął, Logan wypuścił go z objęć. W jego spojrzeniu nie było ani litości ani pogardy. Był za to głęboki smutek i ciche cierpienie.
Nie zatrzymał go. Patrzył jak gniewnym krokiem oddala się coraz bardziej, by zniknąć wreszcie we wnętrzu auta, które po prawie tygodniu stania na podjeździe, zaszło już kurzem od pyłu szutrowej drogi.
Przemknęło mu przez myśl, że Laurent nie powinien prowadzić w takim stanie, ale nic nie mógł zrobić. Jakkolwiek uważałby go za dzieciaka, Ashcroft był dorosły, a on nie mógł się nim opiekować, nawet jeśli chciał.
Bo chciał.
I to zupełnie nie tak, jak zaaprobowałby to Luke, albo nawet ktokolwiek. Tutaj, ludzie wciąż żyli stereotypami. Tutaj każda inność budziła lęk albo niesmak. To był jego świat, jedyny jak znał i jedyny w jakim potrafił funkcjonować.
Laurent miał rację - nie był idealny. Ale próbował być dobrym człowiekiem. Odpowiedzialnym ojcem. I był kiedyś kochającym partnerem.
Co ja mam teraz zrobić, Harp? - szepnął do siebie.
Wiedział, co by powiedziała.
“Zrób to, co słuszne, miśku."
Tylko co, jeśli nie wiedział, co w tej sytuacji było słuszne?

Cisza pustego domu wcale mu nie służyła. Margy poszła na brydża, a Travis wciąż był u znajomych w Toronto. Nie było też Luke’a, bo leżał sześć stóp pod ziemią. Dom wydawał się pełen duchów, dlatego Logan pracował do późna, a potem szybko zamknął się w swojej sypialni, biorąc tylko krótki prysznic. Wszystko, by nie snuć się nostalgicznie po pustych pokojach.
Przez cały dzień martwił się też, czy roztrzęsiony Laurent nie rozbił się na jakimś drzewie. Rozważał nawet wysłanie mu wiadomości, ale ilekroć przechodziło mu to przez myśl, upomniał się, że nie jest za niego odpowiedzialny.
Był za to odpowiedzialny za Travisa. Posłał synowi krótką wiadomość z pytaniem czy wszystko gra, na co dostał gif jakiegoś radośnie skaczącego psa. Uznał to, za tak.
Zasypiał już, kiedy usłyszał na dole rumor. W pierwszej chwili pomyślał o włamywaczu i zrywając się z łóżka, jeszcze na golasa, sięgnął do wiszącej na ścianie strzelby. Ale potem usłyszał wyraźne przekleństwo i pijackie mamrotanie.
Laurent. Sądząc po hałasie - porządnie zalany.
Logan naciągnął na tyłek spodnie od piżamy i zszedł po schodach. Sam nie wiedział po co. Chyba musiał się przekonać, że nic mu nie jest.
I faktycznie nic nie było.
Zastał go w kuchni, trochę wymiętego, roztrzepanego, ale w pełni sił i bez uszczerbku na zdrowiu.
Logan przetarł twarz dłonią, a potem westchnął, mierząc go spojrzeniem pełnym ojcowskiej dezaprobaty. Jakąkolwiek rozmowę Laurent chciał teraz przeprowadzać, to nie był dobry czas. Zresztą adwokat wcale jej nie rozpoczął. Nagle stanął jak wyty i przez moment Logan zastanawiał się, czy w pijackim widzie nie dostrzega gdzieś za nim jakiejś mary. Dopiero po chwili dotarło do niego, co zrobiło na nim tak komiczne, oczywiste wrażenie. Gdyby nie wczorajsza noc i jego wiadomości, Logan nie miałby pojęcia o jego fascynacji, ale teraz wydawała się oczywista. Poczuł przypływ jakiejś niezdrowej satysfakcji i nie był z tego dumny. Zanim jeszcze Laurent się zbliżył, wiedział już, że powinien właśnie w tej chwili odwrócić się, zwiać na górę i zamknąć się w swojej sypialni, zanim to wszystko źle się dla niego skończy.
A jednak nie zrobił nic, gdy adwokat wbił mu palec w pierś, jak pierwszej nocy.
Nie zrobił nic, gdy tak samo, jak wtedy, położył na niej ciepłą dłoń.
Logan stężał pod tym dotykiem, zacisnął szczęki i wbił w niego ostrzegawcze spojrzenie.
Nie zdawał sobie sprawy, jak pociemniało, i że odbił się w nim pierwotny głód.
Jesteś pijany - powiedział, jakby ta oczywistość potrzebowała potwierdzenia i jakby to upomnienie miało powstrzymać Laurenta przed czymkolwiek.
Nie powstrzymało.
Dłoń bezwstydnie przesunęła się po piersi w górę i ułożyła na karku. Czuł wyraźnie jej ciepło i śmiałość, i mimowolnie pragnął dowiedzieć się, do czego jeszcze była zdolna.
Odchylił lekko głowę, gdy Laurent przylgnął do jego ciała, tak blisko, że czuł jego gorąc. Zacisnął szczęki, gdy płuca wypełnił mu silny zapach słodkich perfum, alkoholu i dymu. Bynajmniej nie dlatego, że był nieprzyjemny.
Był odurzający.
Przestań - mruknął stanowczo, odpowiadając na jego spojrzenie swoim, twardym i pozornie niewzruszonym. Potem Laurent nie widział już jego twarzy, ale Logan zacisnął powieki i poruszył zaciśniętą szczęką. Cierpiał. Całe jego ciało napięło się, powstrzymując odruch by przycisnąć go do siebie mocniej, podciągnąć koszulę, dotknąć gładkiej skóry, która musiała być tak ciepła i aksamitna, jak to sobie wyobrażał. I… sam nie wiedział, co. Ale potrzeba by go dotknąć, była niemal obezwładniająca. Czuł się idiotycznie żywy, przeczulony, zirytowany i podniecony.
Jego własną skórę pokryła gęsia skórka, a sutki stwardniały wyraźnie, gdy Laurent jednocześnie szeptał, muskając ustami płatek jego ucha i drażnił palcami kark. Logan od tak dawna nie czuł podobnego dotyku, nie słyszał ciężkiego od pożądania tonu, że nawet gdyby chciał zaprzeczyć, to ciało i tak go zdradziło.
Nie był, do cholery, z kamienia.
Wystarczyło, że Laurent przykleił do niego całe ciało, a poczuł doskonale, że nie jest obojętny. Że wystarczyło tak niewiele, by spłycić mu oddech i postawić fiuta.
Ciężko przełknął ślinę, wciąż nie pozwalając sobie go dotknąć.
Jesteś pijany, Lance - głos miał niższy, chrapliwy i napięty jak całe cialo. – Przestań. Powinieneś iść spać.
Pozwolił sobie na jeszcze kilka sekund tej bliskości, na odrobinę nierozsądnego egoizmu, zanim chwycił go za nadgarstek i odciągnął dłoń od swojego karku. Cofnął się wreszcie, łagodnie wyswobadzając z jego objęć. Nawet nie próbował ukryć ostentacyjnego namiotu w luźnych, piżamowych spodniach. Jaki był sens, skoro już widział i co gorsze - czuł? Tylko bardziej by się zbłaźnił.
Nigdy nie mówiłem, że mnie nie rusza - stwierdził, jakby na swoją obronę. Nie był aż takim hipokrytą, żeby wypierać się w żywe oczy i z tyloma dowodami. – A teraz idź spać. O czymkolwiek chciałeś gadać, możemy wrócić do tego jutro.
Próbował być odpowiedzialny i nie pakować się w tę sytuację, ani tym bardziej nie czerpać z niej przyjemności. Trzymać głupie pragnienia na wodzy.
Ale było tak cholernie trudno.
Szczególnie tutaj, w cichym, pustym domu i tej cholernej kuchni, o której obaj fantazjowali.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

erotyka
Jeżeli próbował przekonać Logana lub siebie, że jest dojrzałym i godnym dziedzicem swojego ojca, to upijając się, osiągnął odwrotny efekt. Laurent jednak od samego początku robił na przekór wzorcom, które wyznawali. Uparł się, by żyć po swojemu, a nie według wyznaczonych norm. Świadomie nie spełniał oczekiwań, więc właściwie nie powinien być zaskoczony testamentem Luke’a.
Szukał własnej drogi do szczęścia i spełnienia, ale dzisiejszego wieczoru po raz pierwszy pomyślał, że się na niej zgubił i nie miał pojęcia, dokąd z takim oślim uporem biegł.
Więc wrócił do domu.
Jego zamglone przez alkohol spojrzenie sunęło po perfekcyjnym ciele stojącego naprzeciw mężczyzny. Muśnięte brokatem policzki pokrył blady rumieniec, a wargi same głupio się rozchyliły. Callahan na żywo wyglądał jeszcze lepiej niż na zdjęciach. Wyglądał tak dobrze, że Laurent zamilkł, jakby objawiła mu się święta panienka we własnej osobie. Poważny i surowy wyraz na zabójczo przystojnej twarzy wydał mu się kusząco zabawny.
A ty trzeźwy — zamruczał z wyrzutem, jakby to w tym było coś niestosownego. Gdyby Logan też był pijany, wszystko byłoby odrobinę prostsze. Przylgnął do silnego ciała. Wsparł się na nim bez wahania.
Ufnie.
Owinął ramię wokół jego karku. W postawie mężczyzny było coś fascynująco niezłomnego, ale Laurent mu nie wierzył. Ludzie nie byli ze stali. Pożądali i cierpieli. Był na tyle blisko, by poczuć, jak sylwetka Logana spina się pod wpływem jego bliskości. Zapragnął przylgnąć do niego skórą do skóry i poczuć na swojej piersi równe bicie jego serca.
Nie potrafię przestać — dodał bezradnie z wargami tuż przy jego skórze i nosem wciśniętym w szyję tuż pod uchem. Nie umiał się powstrzymać. Nie widział też nic naprawdę niestosownego w tym, co robił. Byli dwójką dorosłych mężczyzn, a jego ojciec od niemal tygodnia nie żył, więc nie miał w tej sprawie wiele do gadania. — Potrzebuję tego — dodał ciszej, wsuwając jednocześnie palce głębiej w jego włosy.
Przysunął się jeszcze odrobinę i poczuł to, czego Logan się tak wstydził, a co jemu sprawiło tak wiele satysfakcji.
Cholera — odetchnął płytko, napierając na wybrzuszenie na jego spodniach. — Ty też tego potrzebujesz — jego szept był pełen pożądania, które zapierało dech w płucach. Przytulając się, zostawił ślad brokatu na ogorzałej skórze. — Nie zgrywaj świętego — przechylił głowę tak, że ciepły oddech przesunął się po kąciku warg Logana. Niemal sięgnął jego ust, kiedy mężczyzna wycofał się, odsuwając jego dłonie. Przez twarz Laurenta przemknął grymas niezadowolenia. Spojrzał na niego z wyraźnym wyrzutem i lekko wydął wargi. — Nie jestem aż tak pijany. Mogę zrobić jaskółkę — obwieścił, a następnie zrobił krok do tyłu i z gracją zaprezentował Loganowi, że utrzymanie równowagi wychodzi mu całkiem nieźle. — Widzisz?
Wyprostował się, oszczędnie ukłonił, a następnie w dwóch krokach pokonał dzielących ich dystans.
Ale masz rację. Pogadać możemy jutro — mruknął i zanim Logan zdążył zareagować lub błędnie odczytać jego słowa, zarzucił mu ramiona na kark i najzwyczajniej w świecie pocałował. Przywarł wargami do jego zaciśniętych ust z tłumionym westchnieniem, licząc na to, że mężczyzna odpowie. Zrobił krok do tyłu, wciąż go obejmując i ciągnąc za sobą, aż nie poczuł na pośladkach twardego rantu stołu. Jedną dłoń zostawił na jego karku, ale druga niebezpiecznie zsunęła się w dół. Dotykiem wyrażał swój zachwyt dla jego ciała. Dochodząc do wniosku, że Logan był absolutnie w jego typie. Nikt nie był w nim bardziej.
Nie miał pojęcia, kiedy ostatnio ktoś działał na niego w tak nieodparty sposób, sprawiając, że stawał się tak bezmyślny i chętny.
Nie zatrzymał się na linii spodni, ale odważnie wsunął dłoń pod nie i aż stłumił pełen uznania jęk w jego ramieniu. Wcisnął w nie usta, ujmując go u nasady.
Jesteś-
Urwał i pociągnął palcami w górę, niemal wbijając zęby w jego obojczyk i mamrocząc coś nieskładnie. Wypchnął biodra, przyciskając się do dzielącej ich dłoni.
Jesteś taki gotowy — wyszeptał, odchylając głowę, by móc na niego spojrzeć. Poprawił chwyt, łapiąc go już pewnie i zdecydowanie. Niespiesznie poruszył dłonią w górę i w dół, badając reakcję.
Tak wiele razy wyobrażał sobie ten moment, ale nic nie mogło się równać z rzeczywistością. Z tym spojrzeniem, które sprawiało, że był jednocześnie onieśmielony i napalony. Z gorącym i silnym ciałem, a nawet solidnym fiutem, którego trzymał w garści.
Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Erotyka
Logan zacisnął szczęki i pięści. Szczerość i bezradność wyznań wstrząsnęły posadami jego ułożonego, konserwatywnego świata. Wydawały się takie prawdziwe. Niemal bolesne.
I cholernie podniecające.
Słysząc je, nie mógł zarzucić adwokatowi kłamstwa ani gry. Może dlatego, że nie chciał? Zresztą, gdy tylko on przylgnął do niego całym ciałem, Logan poczuł na biodrze podniecenie, równie twarde, jak własne. Równie oczywiste.
- Chryste - wycedził przez zęby, kiedy Laurent świadomie mocniej docisnął do niego biodra, drażniąc w ten sposób także jego. Zachwyt w głosie, ciężki od pragnienia ton i gorące, lepiące się do ciała pożądanie, mąciły mu w głowie.
Nie. Nie potrzebował tego.
Ale chciał.
I przerażało go, jak bardzo.
Balansował na granicy. Naprawdę niewiele więcej potrzebował, by pójść za przykładem słów Laurenta, pierdolnąć to wszystko i przestać zgrywać świętego. Dlatego ostatkiem siły woli zmusił się do zrobienia kroku w tył i oderwania od siebie ciepłego, tak fascynująco chętnego ciała. Cholernie nie spodobało się to jego fiutowi. Ale na boga, nie był przecież napalonym małolatem. Poza tym Laurent był pijany, a on, nawet gdyby miał do czynienia z chętną dziewczyną, nigdy nie zabrałby jej do łóżka w takim stanie. Przynajmniej nie, gdy formalnie nie była jego dziewczyną.
Przetarł palcami oczy, rozdrażniony i oszołomiony intensywnością własnych pragnień. Koniec tej szopki. W ogóle nie miał na to ochoty, ale jutro naprawdę będzie musiał z nim porozmawiać. Dać jasno do zrozumienia, żeby przestał.
Już się odwracał, kiedy Laurent zrobił “jaskółkę”, udowadniając jedynie, że naprawdę jest pijany. Nikt na trzeźwo nie robił cholernej jaskółki.
Logan pokręcił z niedowierzaniem głową, a potem cmoknął zniecierpliwiony. Nie był jednak tak bezdusznym, zimnym skurwielem, by odepchnąć go od siebie, gdy nagle uwiesił mu się na szyi.
Odruchowo przytrzymał go, co było błędem, bo jego bliskość mieszała mu w głowie.
- Laurent, do cholery! - warknął półgłosem, prosto w jego rozchylone wargi, sekundę przed pocałunkiem, jakby podniesionym tonem mógł zbudzić pusty dom.
Wargi uciszyły dalszy protest.
I na moment uciszyły też wszystkie racjonalne myśli.
Logan warknął gardłowo, dając upust złości i temu, co od zbyt długiego czasu trzymał na za krótkiej smyczy. Pragnienie zerwało się z niej i nie było już żadnej myśli, która potrafiłaby je powstrzymać. Przechylił głowę, rozchylając wargi i wziął to, co Laurent z takim uporem mu podsuwał. Wziął jego chętne usta, wziął język i zabrał oddech. W zamian wtłoczył do płuc niski jęk pełen frustracji i niepohamowanej żądzy. I w tamtym momencie nie żałował ani sekundy. Bo wreszcie zrobił to, czego pragnął od dawna.
Sam naparł na Laurenta, dociskając do brzegu stołu tak gwałtownie, że nogi mebla zaskrzypiały na drewnianej podłodze. Nie mógł przestać. Nie chciał. Całował zachłannie i głęboko, jakby zamierzał w kilka sekund nadrobić wszystkie lata samotności. Lizał się z nim, pożerał go. Zawłaszczył. Wszystko przy wtórze wilgotnych mlaśnięć, pomruków i niskich pomruków. Pełnych desperacji i gniewu. Czystej żądzy.
Nie myślał, nie zastanawiał się, gdy chwytał go za kark, drugą dłoń opierając na jego policzku. Jedyne co wiedział na pewno - że chce więcej. Więcej śliskiego języka, więcej tych tłumionych westchnień, więcej bliskości. Nawet nie przyszło mu do głowy, jak różne było ciało w jego ramionach od tego, do czego przywykł. To nie miało znaczenia, skoro podniecało go tak samo. Skoro było równie chętne.
Dyszał, kiedy na moment rozdzielili wargi. Cały spokój, z jakim zwykle podchodził do rzeczywistości, teraz nie istniał. Żądza wyostrzyła jego rysy i rozpaliła oczy. Wyglądał jak wygłodniała bestia, zdolna pożreć go do ostatniej kosteczki. Ich twarze dzielił tylko oddech. Laurent widział wszystko jak na dłoni, również moment, w który wdarło się oszołomienie.
Boże, co on wyprawiał?
Ciężko przełknął ślinę. Ale nie zdążył nawet opuścić dłoni, którymi wciąż obejmował jego kark i policzek, bo palce Laurenta już wsuwały się za luźną gumkę spodni.
Wstrzymał oddech, kiedy dotknęły twardego fiuta. Szeroko otworzył oczy, odwykły od czyjegokolwiek dotyku. Przez to wydawał się dwa razy intensywniejszy. Potem zamrugał i poddając się, westchnął. Wciąż w oszołomieniu przytulił do siebie jego głowę. Nie powinien. Wiedział, że nie powinien. Ale tak dobrze było czuć jego dotyk i gorący oddech na szyi. Trzymać go w ramionach. Słyszeć bezradne, zachwycone słowa.
Kiedy ich spojrzenia ponownie się spotkały, Logan wyglądał na rozdartego. Całe jego ciało było napięte, biodra nie chciały współpracować z rozsądkiem, a oddech co chwila się urywał. Bez wątpienia było mu przyjemnie, ale w oczach zachwyt i pragnienie mieszały się z frustracją. Gorące fale przyjemności utrudniały skupienie, ale... musieli przestać. Zanim wszystko skomplikuje się jeszcze bardziej.
- Wystarczy - sapnął słabo, zdając sobie sprawę, że ta chwila zapomnienia będzie kosztować ich więcej niż są w stanie poświęcić. Laurent był pijany, pewnie wciąż cierpiący po rozstaniu i testamencie. Chciał odreagować. A jutro będzie tego żałował, szczególnie, że nie byli dwójką obcych sobie gości, którzy po wszystkim mogli pójść w swoje strony.
A on nie mógł pozwolić, żeby ktokolwiek się dowiedział. Nie mógł pozwolić, żeby Travis cokolwiek podejrzewał.
Nie mógł jeszcze bardziej skomplikować sobie życia.
Przycisnął do siebie ich czoła. Zacisnął szczęki i pokręcił głową. Nie chciał przestawać. I w tamtej chwili nie chciał mieć racji.
- To się nie uda - szepnął z bólem.
W tym jednym zdaniu zawarło się wszystko. I nie chodziło wcale o wyparcie się pragnień.
Chwycił go za nadgarstek i zdecydowanie, najłagodniej jak potrafił, oderwał od siebie jego rękę. Nie odepchnął go. Zresztą Laurent był uwięziony pomiędzy nim a stołem.
Wziął w dłonie jego twarz, zaglądając mu w oczy. Był taki śliczny z rozpalonymi policzkami lśniącymi od brokatu, tymi niedorzecznie długimi rzęsami i zaczerwienionymi po pocałunkach ustami. Nigdy nie sądził, że kiedykolwiek pomyśli w ten sposób o jakimś facecie, ale tak właśnie było. Laurent był śliczny. Emocjonalny i zraniony. I nie powinien sypiać z wrakiem faceta, który nigdy do końca nie przeżył żałoby, nie potrafił nawet przyznać się przed sobą do własnych pragnień i do którego w głębi duszy miał żal.
I z którym dzielił połowę rodzinnego majątku.
- Zasługujesz na kogoś lepszego. - Banał, ale tak właśnie myślał. Potarł kciukiem jego policzek. Miał ogromną ochotę jeszcze raz go pocałować, a potem już nigdy nie przestawać. - Od niewiernego pogodynka i zgorzkniałego wdowca - uściślił. Uśmiechnął się krzywo, ale był to smutny uśmiech. Potem uwolnił go od swojej bliskości, bojąc się, że jeśli przeciągnie tę sytuację dłużej, naprawdę straci resztki rozsądku.
Laurent Ashcroft
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ashcroft Ranch”