W sposobie w jaki Laurent do niego przylgnął, było coś znajomego, coś, co rozdzierało mu serce. Może to desperacja, może wrażenie, że tylko jego ramiona są w stanie utrzymać go w kupie. Logan nie walczył z tym uczuciem. Było właściwe. Pogłaskał adwokata po plecach, pozwalając by zamoczył łzami jego ramię i zdusił w nim szloch. Nic więcej nie potrafił zrobić. Nie znał też właściwych słów. Ale przeżył wystarczająco dużo, by wiedzieć, że czasem cisza i czyjeś ramiona to wszystko, czego człowiek potrzebował, by choć trochę ukoić ból.
Nie trzymał go na siłę. Gdy tylko się szarpnął, Logan wypuścił go z objęć. W jego spojrzeniu nie było ani litości ani pogardy. Był za to głęboki smutek i ciche cierpienie.
Nie zatrzymał go. Patrzył jak gniewnym krokiem oddala się coraz bardziej, by zniknąć wreszcie we wnętrzu auta, które po prawie tygodniu stania na podjeździe, zaszło już kurzem od pyłu szutrowej drogi.
Przemknęło mu przez myśl, że Laurent nie powinien prowadzić w takim stanie, ale nic nie mógł zrobić. Jakkolwiek uważałby go za dzieciaka, Ashcroft był dorosły, a on nie mógł się nim opiekować, nawet jeśli chciał.
Bo chciał.
I to zupełnie nie tak, jak zaaprobowałby to Luke, albo nawet ktokolwiek. Tutaj, ludzie wciąż żyli stereotypami. Tutaj każda inność budziła lęk albo niesmak. To był jego świat, jedyny jak znał i jedyny w jakim potrafił funkcjonować.
Laurent miał rację - nie był idealny. Ale próbował być dobrym człowiekiem. Odpowiedzialnym ojcem. I był kiedyś kochającym partnerem.
–
Co ja mam teraz zrobić, Harp? - szepnął do siebie.
Wiedział, co by powiedziała.
“Zrób to, co słuszne, miśku."
Tylko co, jeśli nie wiedział, co w tej sytuacji było słuszne?
Cisza pustego domu wcale mu nie służyła. Margy poszła na brydża, a Travis wciąż był u znajomych w Toronto. Nie było też Luke’a, bo leżał sześć stóp pod ziemią. Dom wydawał się pełen duchów, dlatego Logan pracował do późna, a potem szybko zamknął się w swojej sypialni, biorąc tylko krótki prysznic. Wszystko, by nie snuć się nostalgicznie po pustych pokojach.
Przez cały dzień martwił się też, czy roztrzęsiony Laurent nie rozbił się na jakimś drzewie. Rozważał nawet wysłanie mu wiadomości, ale ilekroć przechodziło mu to przez myśl, upomniał się, że nie jest za niego odpowiedzialny.
Był za to odpowiedzialny za Travisa. Posłał synowi krótką wiadomość z pytaniem czy wszystko gra, na co dostał gif jakiegoś radośnie skaczącego psa. Uznał to, za tak.
Zasypiał już, kiedy usłyszał na dole rumor. W pierwszej chwili pomyślał o włamywaczu i zrywając się z łóżka, jeszcze na golasa, sięgnął do wiszącej na ścianie strzelby. Ale potem usłyszał wyraźne przekleństwo i pijackie mamrotanie.
Laurent. Sądząc po hałasie - porządnie zalany.
Logan naciągnął na tyłek spodnie od piżamy i zszedł po schodach. Sam nie wiedział po co. Chyba musiał się przekonać, że nic mu nie jest.
I faktycznie nic nie było.
Zastał go w kuchni, trochę wymiętego, roztrzepanego, ale w pełni sił i bez uszczerbku na zdrowiu.
Logan przetarł twarz dłonią, a potem westchnął, mierząc go spojrzeniem pełnym ojcowskiej dezaprobaty. Jakąkolwiek rozmowę Laurent chciał teraz przeprowadzać, to nie był dobry czas. Zresztą adwokat wcale jej nie rozpoczął. Nagle stanął jak wyty i przez moment Logan zastanawiał się, czy w pijackim widzie nie dostrzega gdzieś za nim jakiejś mary. Dopiero po chwili dotarło do niego, co zrobiło na nim tak komiczne, oczywiste wrażenie. Gdyby nie wczorajsza noc i jego wiadomości, Logan nie miałby pojęcia o jego fascynacji, ale teraz wydawała się oczywista. Poczuł przypływ jakiejś niezdrowej satysfakcji i nie był z tego dumny. Zanim jeszcze Laurent się zbliżył, wiedział już, że powinien właśnie w tej chwili odwrócić się, zwiać na górę i zamknąć się w swojej sypialni, zanim to wszystko źle się dla niego skończy.
A jednak nie zrobił nic, gdy adwokat wbił mu palec w pierś, jak pierwszej nocy.
Nie zrobił nic, gdy tak samo, jak wtedy, położył na niej ciepłą dłoń.
Logan stężał pod tym dotykiem, zacisnął szczęki i wbił w niego ostrzegawcze spojrzenie.
Nie zdawał sobie sprawy, jak pociemniało, i że odbił się w nim pierwotny głód.
–
Jesteś pijany - powiedział, jakby ta oczywistość potrzebowała potwierdzenia i jakby to upomnienie miało powstrzymać Laurenta przed czymkolwiek.
Nie powstrzymało.
Dłoń bezwstydnie przesunęła się po piersi w górę i ułożyła na karku. Czuł wyraźnie jej ciepło i śmiałość, i mimowolnie pragnął dowiedzieć się, do czego jeszcze była zdolna.
Odchylił lekko głowę, gdy Laurent przylgnął do jego ciała, tak blisko, że czuł jego gorąc. Zacisnął szczęki, gdy płuca wypełnił mu silny zapach słodkich perfum, alkoholu i dymu. Bynajmniej nie dlatego, że był nieprzyjemny.
Był odurzający.
–
Przestań - mruknął stanowczo, odpowiadając na jego spojrzenie swoim, twardym i pozornie niewzruszonym. Potem Laurent nie widział już jego twarzy, ale Logan zacisnął powieki i poruszył zaciśniętą szczęką. Cierpiał. Całe jego ciało napięło się, powstrzymując odruch by przycisnąć go do siebie mocniej, podciągnąć koszulę, dotknąć gładkiej skóry, która musiała być tak ciepła i aksamitna, jak to sobie wyobrażał. I… sam nie wiedział, co. Ale potrzeba by go dotknąć, była niemal obezwładniająca. Czuł się idiotycznie żywy, przeczulony, zirytowany i podniecony.
Jego własną skórę pokryła gęsia skórka, a sutki stwardniały wyraźnie, gdy Laurent jednocześnie szeptał, muskając ustami płatek jego ucha i drażnił palcami kark. Logan od tak dawna nie czuł podobnego dotyku, nie słyszał ciężkiego od pożądania tonu, że nawet gdyby chciał zaprzeczyć, to ciało i tak go zdradziło.
Nie był, do cholery, z kamienia.
Wystarczyło, że Laurent przykleił do niego całe ciało, a poczuł doskonale, że nie jest obojętny. Że wystarczyło tak niewiele, by spłycić mu oddech i postawić fiuta.
Ciężko przełknął ślinę, wciąż nie pozwalając sobie go dotknąć.
–
Jesteś pijany, Lance - głos miał niższy, chrapliwy i napięty jak całe cialo. –
Przestań. Powinieneś iść spać.
Pozwolił sobie na jeszcze kilka sekund tej bliskości, na odrobinę nierozsądnego egoizmu, zanim chwycił go za nadgarstek i odciągnął dłoń od swojego karku. Cofnął się wreszcie, łagodnie wyswobadzając z jego objęć. Nawet nie próbował ukryć ostentacyjnego namiotu w luźnych, piżamowych spodniach. Jaki był sens, skoro już widział i co gorsze - czuł? Tylko bardziej by się zbłaźnił.
–
Nigdy nie mówiłem, że mnie nie rusza - stwierdził, jakby na swoją obronę. Nie był aż takim hipokrytą, żeby wypierać się w żywe oczy i z tyloma dowodami. –
A teraz idź spać. O czymkolwiek chciałeś gadać, możemy wrócić do tego jutro.
Próbował być odpowiedzialny i nie pakować się w tę sytuację, ani tym bardziej nie czerpać z niej przyjemności. Trzymać głupie pragnienia na wodzy.
Ale było tak cholernie trudno.
Szczególnie tutaj, w cichym, pustym domu i tej cholernej kuchni, o której obaj fantazjowali.
Laurent Ashcroft