29 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Dorosłość była dziwną bestią. W dzieciństwie, opowiadano im o niej legendy – czasem straszne, czasem przepełnione heroizmem, najczęściej zaś pozbawione jakiegokolwiek większego sensu. Ostrzegano ich przed nią, jak przed dzikim i nieprzewidywalnym zwierzęciem, które, zależnie od nastroju, potrafi łasić się i okazywać miłość, ale wystarczy też jeden, nieostrożny krok, by odgryzło komuś rękę albo nogę. Kilku-, i kilkunastoletniemu Ollie'mu, trudno było wyobrazić sobie jej naturę i kształt, słysząc o niej niby bezustannie, ale jednocześnie tylko w teorii – od ludzi starszych i podobno mądrzejszych od niego, a jednak nadal często sprawiających wrażenie, jakby przez większość czasu zwyczajnie nie mieli pojęcia co tak naprawdę robią. Nikt, wydawało się, nie potrafił jej tak naprawdę okiełznać.
Dopiero jego własne dojrzewanie, i wszystko co przyszło po nim - z tym pierwszym, najboleśniejszym złamaniem serca na czele, i feerią kilku innych relacyjnych porażek, z tektonicznym w swojej skali zakończeniem jego kariery i wszystkim, z czym musiał zmierzyć się po wypadku - Oleander zrozumiał, że wszyscy, a przy tym nawet ci, na których w dzieciństwie spoglądał z podziwem, nadzieją i najwyższą formą szacunku, byli w życiu w zasadzie dokładnie takimi samymi nowicjuszami. Z jednej strony pozwalało mu to czuć względem innych - i, czasami, nawet samego siebie - trochę więcej empatii i wyrozumiałości. Z drugiej, tego typu świadomość naprawdę mogła czasem odebrać człowiekowi nadzieję. No bo skoro nikt tak naprawdę nie miał pojęcia o co w tym wszystkim chodzi, nie było co liczyć, że ktoś nagle podrzuci nam jakąś instrukcję, która rozwiązałaby za jednym zamachem wszystkie problemy, i odpowiedziała na wszelkie egzystencjalne pytania. Oraz, co może najważniejsze, pozwoliła uniknąć popełnienia tych błędów, na których człowiek niczego się w zasadzie nie nauczył, ale i tak żałował ich do końca życia...
- Może żałośnie, ale szczerze - Wzruszył ramionami, nie potrafiąc wyzbyć się jakiegoś cienia satysfakcji na myśl, że Malcolm jakimś cudem złapał tę jego nieporadną przynętę. Nawet, jeśli za jakiś czas Everhart miał się obudzić i uświadomić sobie, że wszystko to było tylko nocną halucynacją (nie byłby to pierwszy raz), i tak było warto. Być znowu blisko. Choćby na chwilę.
Ollie zamrugał, jakby wytrącając się z tej melancholijnej (i trochę tandetnej, w gruncie rzeczy), wewnętrznej narracji.
- Korzystaj z okazji, zanim zmienię zdanie... - Rzucił, w głębi duszy chyba już zaczynając z wolna żałować złożenia Bremersowi tej propozycji. Tak, wyglądało na to, że strategia Ollie'go zadziałała - i świetnie. Problem polegał na tym, że wdrażając ją w życie chyba nie zdążył zastanowić się na tym, jaką historią zdecyduje się podzielić z Malcolmem w zamian za jego własną. I, co jeszcze ważniejsze, wcale nie spodziewał się tego, co miał zaraz od szatyna usłyszeć.
- Mhm... - Potaknął, kiwając wolno głową na znak, że uważnie słucha, ale zaraz zwyczajnie zastygł w nagłym bezruchu, w reakcji na moment, w którym Malcolm dotarł do wzmianki o ojcostwie. Początkowo Oleandrowi wydawało się, że może się przesłyszał, albo zwyczajnie nie zrozumiał, z umysłem zamglonym wszystkimi tymi emocjami związanymi ze spotkaniem po latach. Kolejne słowa Bremersa utwierdziły go jednak w przekonaniu, że nie - wcale się nie pomylił. Nie potrafił powstrzymać ruchu brwi, zbiegających się u nasady nosa w marsowym wyrazie skonfundowania i...
Smutku? Nie, to nie był smutek. Współczucie, może, choć z samego tonu Malcolma nie potrafił wywnioskować, czy to, o czym mężczyzna mu opowiadał, uważać należało za tragedię, czy raczej źródło jakiegoś rodzaju wstydliwej ulgi.
Podczas gdy Mal spoglądał w przestrzeń przed sobą, Ollie patrzył po prostu na niego, na nerwowość jego ruchów, na ten napięty gest dłoni wygładzającej materiał ubrania. W takich chwilach – w przeszłości, w której przyczynami stresu u Malcolma były zwykle rzeczy równie błahe jak spóźniający się autobus albo jakiś głupi, niejednoznaczny komentarz zrobiony przez któregoś ze znajomych, który można było potem jednak mielić i rozkładać na czynniki pierwsze w głowie dosłownie w nieskończoność – szatyn zawsze przypominał Ollie’mu neurotycznego psa, mieszańca będącego rzadką fuzją labradora i border collie, już nie szczeniaka, ale równocześnie stworzenie na tyle młode, że czasem nie mogło poradzić sobie z samym sobą. I w takich chwilach – w przeszłości, w której uzurpowanie sobie do tego prawa wydawało się Everhartowi najbardziej naturalnym z możliwych instynktów, nie zaś niezręczną formą przekroczenia interpersonalnych granic jak dzisiaj – brunet zawsze miał nieodpartą potrzebę by się wówczas Malcolmem zaopiekować.
Ale dzisiaj?
Nie miał pojęcia, do czego wolno mu było się posunąć. Na pewno nie do dotyku - dotyk, nawet krótkie ściśnięcie dłoni, albo pogładzenie Bremersa po ramieniu - byłby dla Oleandra trudny do zniesienia, zbyt bliski, zbyt intymny. Nie chciał też jednak serwować Malcolmowi bezosobowych sloganów, bardziej niż rozmowy między dawnymi kochankami przyjaciółmi, godnych ulotek rozrzucanych w szpitalnych poczekalniach i klinikach leczenia niepłodności. Nie jesteś sam! Nie trać nadziei! Ból jest faktem, cierpienie jest wyborem.
- Kurwa, Mal - Udało mu się zatem wydukać, co w zasadzie brzmiało przynajmniej autentyczniej niż wszystkie te wyświechtane kurtuazje - Kiedy? Kiedy... się to wszystko stało...?

malcolm bremers
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
29 y/o
For good luck!
180 cm
inżynier oprogramowania w avalon global industries
Awatar użytkownika
you were all at once, 'til the fade to black
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiobojętne
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaśmiał się na tę groźbę, chociaż musiał postarać się, by zabrzmiało to weselej, niż gdyby pozwolił sobie na to, by ten dźwięk opuścił jego usta w naturalny sposób. Mało było w nim wesołości ostatnio. Może przez to, że niewiele powodów dostrzegał, by ją poczuć, może to przez ten przygniatający dyskomfort, który odczuwał w związku z Olliem, a może dlatego, że nie do końca było go już na nią stać. Wymagała jakiejś większej przychylności i mniejszego zgorzknienia, a to przykleiło się już jakiś czas temu do jego imienia i nie chciało puścić.
Chociaż prawdą było, że Malcolm nie do końca szukał sposobu na to, by się jej pozbyć.
Gdyby jednak Oleander wcielił w życie to, co mu zapowiedział — gdyby się wycofał i nie pozwolił mu mówić, może przynajmniej Mal wiedziałby, jak ulokować to spotkanie w swojej głowie, jak je określić (mianem tak nieudanego, na jakie zasługiwał) i umiałby jakoś się z tym pogodzić. Zaznajomiłby się z tym wnioskiem i go przetrawił. Może też poczułby się głupio, ale prawdą było, że to nie jedyne uczucie, jakie powinno go w związku z tą rozmową nawiedzić. Wiedział, że zapracował sobie na paskudniejsze przyjęcie i niechęć do rozmowy, nawet jeśli żal miał sięgać tych ponad dziesięciu lat wstecz.
Chciałby mieć odwagę, by poruszyć ten temat z osobą, z którą przede wszystkim należało to omówić. By umiał przyznać Sarah, jak czuł się w poszczególnych momentach, bo był jej winien coś więcej, niż niedopowiedzenia i urwaną historię. Wiedział, że poczułby się wtedy lepiej i może właśnie przez to, bardzo samolubnie, takie stwierdzenia nadal nie padły z malcomowych ust. Nigdy nie walczył ze swoją męczeńską naturą, chociaż był jej świadomy — dziś, rozmawiając z Oleandrem wyraźniej, niż kiedykolwiek, skoro tak biczował się żałośnie w głowie, ignorując wciąż te rozwiązania, które prawie nasuwały się same.
Nawet te nerwowe gesty i desperackie próby regulowania własnych emocji, przez szybki dotyk i nerwowe wygładzanie materiału, zdały się na nic. Był tak ogromnym kłębkiem nerwów, że już trzy pełne minuty temu, przestał zdawać sobie sprawę z połowy rzeczy, które robił. Utkwił wzrok w krajobrazie na tyle uparcie, że miał wrażenie, że jego głowa skupiała się tylko na tym jednym drzewie, na które patrzył. Nie na fakturze materiału, nie na słowach, które wypowiedział i nawet nie na tej ciszy, do której w końcu doprowadził, a którą Ollie przerwał prawie tak gwałtownie, że zerknął na niego zaskoczony. Jakby zdążył zapomnieć, że siedział obok.
Ściągnął lekko brwi, mając wrażenie, że najsłuszniejszą odpowiedzią byłoby kiedy stąd wyjechałem. Wszystko to stało się w tym czasie, gdy poukładał swoje życie nie tak, jak powinien. Zabrzmiałoby to jednak trochę zbyt patetycznie i nieodpowiednio, skoro doskonale wiedział, o co pytał.
— Jakoś rok temu — wyjaśnił, bez precyzowania ilości miesięcy. Nie było to konieczne, czy potrzebne. Dawał mu ogólny, najważniejszy zarys.
Niby zerknął przy tym na Olliego, ale tak skutecznie unikał jego wzroku, jakby bał się, że zahaczając o oczy, dostrzeże w nich to, co dostrzec powinien, skoro opowiedział mu o swoim największym i uwierającym wstydzie. Rozczarowanie, bo nie był człowiekiem, za którego kiedyś sam się uważał.
Zdobył się na to dopiero po chwili, prostując jednocześnie ręce na swoich nogach i uśmiechnął się nerwowo, jakby było gdzieś pomiędzy jego słowami w ogóle coś, co mogło wywoływać rozbawienie.
— Idealna historia na urodziny, co? — rzucił żartobliwie, starając się zabić tę powagę, która niewygodnie ułożyła się między ich ciałami na tej ławce. Nie mógł zlikwidować jej całkowicie, ale próbował, udając, że w momencie, w którym te słowa zawisły między nimi, przestał czuć się tak niezręcznie. Robił też drogę ewakuacyjną dla Olliego, by ten mógł wycofać się w wygodny sposób, nie czując presji, by znaleźć jakiekolwiek mądre słowa. Chociaż na pewno poradziłby sobie z tym lepiej od Malcolma.


oleander everhart
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
mal
błędnego używania wyszukanych słów
ODPOWIEDZ

Wróć do „David Dunlap Observatory”