Minęło kilka tygodni, a ona wciąż nie potrafiła zaakceptować rozkładu sił w domu. Nie potrafiła
zacząć traktować obecnego w nim mężczyzny jako zwykłego dodatku – konieczności, która być na miejscu musiała, a na którą nie miała wpływu. Za nic, pomimo sygnałów, nie potrafiła zmienić swojej perspektywy. Jednego dnia odpędzał ją, zachowywał się w taki sposób, że nawet ona nie miała wątpliwości, co do tego, że nie chciał towarzystwa – wtedy wyciszała się, oddawała mu przestrzeń – ale potem następował moment, który zmieniał temperaturę w pokoju – nawet jeśli minimalnie, to dla niej wystarczająco, aby się tego chwycić. I znów przysuwała się do niego emocjonalnie, z odpowiednią ostrożnością, aby potem odsunąć się na jego niewypowiedziane, ale dosadnie wyraźne żądanie.
Trochę przypominało to taniec – krok podstawowy jednego ze standardowych, który był powtarzalny i stały, a jednak w całości, pryz wszystkich figurach i zwrotach, wcale nie wyglądał na ciągle ten sam. Chociaż tam był.
Momentami gubiła się, gdy próbowała ustalić, jaka temperatura panowała w ich bliżej niedookreślonej relacji. Chociaż
on niejednokrotnie podkreślał, że żadnej relacji nie było, ona nie umiała sobie tego wybić z głowy, bo było to po prostu nielogiczne. I nienaturalne.
A może po prostu była głupia.
W ciągu tych kilku tygodni wróciła do funkcjonowania w społeczeństwie. Jej grupa znajomych pomogła jej połatać połamane serce, nigdy tak naprawdę go nie lecząc, ale traktując w ten sposób, że potrafiła funkcjonować. Potrafiła na nowo żyć.
Nieszczególnie, przynajmniej na początku, podobał jej się pomysł obchodzenia urodzin – wywoływało to w niej dziwne, gorzkie odczucia, których nie sposób było odsunąć. Urodziny były jedną z tych dat, która gwarantowała powrót jej rodziców ze zlecenia, z wykopalisk.
Teraz ta gwarancja już wygasła i świadomość tego znów wypełniła przestrzeń w niej pustką.
Ale Eugene i Lucy byli zdeterminowani, by odwrócić jej uwagę i pomimo jej protestów zorganizowali domówkę, na której pojawiła się spora część znajomych. Na co dzień trudno było zdać sobie sprawę, jak wiele osób ją otaczało i faktycznie lubiło, bo kiedy spotykali się, to nie wszyscy mieli czas i pula osób
wymieniała się. Niemniej na misję zwaną jej urodzinami dopisała znaczna większość.
Raczej nie planowała pić, na pewno nie za dużo, ale takich rzeczy z reguły nigdy się nie planuje.
Próbowała podtrzymać Lucy, która akurat ze wszystkich popłynęła najszybciej i najbardziej –
popłynęła to było dobre słowo; pływać to zaczynało jej ciało. W pewnym momencie Maelle udało się ją usadowić na kanapie (o ile pozycję, jaką przyjęła, można było nazwać siedzeniem). Bardzo szybko zmaterializował się przy niej jej szanowny kolega z Korei (ale Południowej), aby się nią zaopiekować. I to w tej faktyczny sposób.
Mając z głowy koleżankę, Lennox poszła do kuchni po coś do picia, co nie byłoby wódką zakrapianą sokiem – specjałem jej sympatycznego kolegi-gospodarza.
W tym samym też czasie przy
imprezowiczu który absolutnie nie pasował do całej reszty towarzystwa, pojawiły się dwie koleżanki. Jedna z nich, tleniona blondynka ze zrobionymi ustami i dziwnym wytrzeszczem momentami, wyciągnęła w jego stronę drinka, którego mu przyniosła.
— Oppa — zaczęła, denerwująco przeciągając jedną z głosek, szczerze wierząc, że akcentowała to
idealnie jak na język, którym postanowiła się do niego zwrócić. — Dlaczego siedzisz tutaj sam przez całą imprezę? Pobaw się trochę! — Każda sylaba, dokładnie każda, była przeciągnięta za bardzo i zbyt wyniośle. Z jej twarzą działo się coś naprawdę dziwnego, gdy mówiła i wpatrywała się w Damona z wytrzeszczem. Powieka jej drgała momentami niekontrolowanie.
Druga, stojąca tuż obok niej brunetka, parsknęła śmiechem. Albo raczej, gdyby spytać ją o definicję, uroczym chichotem.
— Daj mu spokój, może się stresuje — rzuciła, ale ton jej głosu nie miał w sobie ani grama troski. Przesunęła spojrzeniem po Damonie, zdecydowanie zbyt wolno, gdyby spytać Maelle o zdanie (kto to powiedział). — Chociaż nie wyglądasz na kogoś, kto często się stresuje.
Blondynka zachichotała, przysuwając drinka jeszcze bliżej jego dłoni.
— Właśnie. Wyglądasz raczej jak ktoś, przez kogo stresują się inni.
— Albo płaczą — dorzuciła brunetka.
— Albo jedno i drugie.
Spojrzały na siebie i wybuchnęły śmiechem, najwyraźniej zachwycone własnym dowcipem.
— Maelle mówiła, że jesteś jej... — blondynka zmarszczyła nos, próbując sobie przypomnieć. — Kuzynem?
— Nie mówiła, że aż
takim kuzynem — wtrąciła jej koleżanka, zanim tamta zdążyła dokończyć, po czym bez najmniejszego skrępowania zwróciła się bezpośrednio do niego. — Ukrywała cię specjalnie?
— Może czekał na odpowiednią okazję. — Tleniona blondynka poprawiła włosy, uśmiechając się do niego szerzej. Coś naprawdę działo się z jej powieką. — Na przykład na swoje urodziny i dwie bardzo miłe dziewczyny, które przyszły uratować go przed śmiertelną nudą.
— Jedną bardzo miłą — poprawiła ją brunetka. — Ja mam inne zalety!
— Niby jakie?
— Mogę mu pokazać później.
Damon Tae