Lucien nie rozumiał powodów, dla których Zoya miałaby zachowywać się w ten sposób. Dla niego spotkanie z przyjaciółmi nie było niczym nadzwyczajnym i jedyne, co mógł sobie w tej chwili zarzucić, to nie uprzedzenie jej o umówieniu się z nimi na miejscu.
Dlatego na słowa o
wypuszczeniu przez koleżankę niezupełnie zorientował się w intencjach Zoi. Ale gdy tylko po chwili usłyszał jej nieszczery śmiech, powoli zaczynało do niego docierać, jak działała na nią Maggie. W jego głowie zaświtała jedna, uporczywa myśl: czyżby Zoya była zazdrosna?
—
Mnie zatrzymać? Po co? — Jego zdziwienie mieszało się z coraz większym niepokojem nad tym, co dziewczyna sobie wymyśliła. Trochę się gubił, bo według niego nie zrobił niczego złego. Jej bojowa postawa i następne pytanie sprowadziło go jednak na odpowiednie tory. Tak, teraz miał już pewność, że była zła o Margaret.
Zaskoczyła go. Jego chwilowe wahanie i cisza, która wdarła się między nich, były wystarczającą odpowiedzią. Wieloletnia przyjaźń z Maggie w pewnej chwili skończyła się w łóżku. Pamiętał, jakim była dla niego oparciem po rozstaniu. Trochę alkoholu i jedna zła decyzja, po której zgodnie uznali, że to był błąd i nie warto było narażać ich relacji na szwank. Zoya nie musiała znać tych szczegółów.
—
To był jeden raz. Nic nie znaczył — wyznał ostatecznie na swoją obronę, jakby miało mu to jakkolwiek pomóc. Mimo wszystko sugerowanie mu, że Maggie nadal próbowała coś ugrać, wydawało mu się sporym nadużyciem, czego nie omieszkał osadzić w swoim względnie opanowanym głosie.
Widząc pochmurną minę dziewczyny, zaczęło go zastanawiać, czy to wycieranie torsu jego przyjaciela było również reakcją na Maggie. Właściwie nie dziwił się, czemu Weasley wpadła Henry’emu w oko. Nie sądził jednak, że jego własne wycofanie się tak go zakłuje, bo brunet wcale nie zwlekał z podchodami do niej.
Spencer sądził, że zrobił dobrze. Ich relacja nie miała być niczym więcej, jak przygodą, zwłaszcza, że mieli zostać rodzicami. Dla dobra dziecka wypadało zachować w miarę
czyste relacje. Ustalili już, że oboje nie planowali związku, a on miał przed sobą jeszcze wiele do osiągnięcia w Mercedesie, na czym zamierzał się skupić. Naturalnym więc wydało mu się, że powinien dać jej więcej przestrzeni. Utrzymać pozory, że wciąż działali w granicach rozsądku i byli
tylko przyjaciółmi. Potwierdzenie tego określenia przy pozostałych miało przypieczętować jego pewność, że potrafił zachować się odpowiedzialnie. W końcu widzieli się dopiero czwarty raz, nie powinno mu na niej zależeć bardziej, niż wymagała tego sytuacja.
A mimo to cholernie nie podobało mu się, że jakiś inny facet spoglądał z zainteresowaniem na Zoyę i wykorzystywał chwilę jej nieuwagi, żeby się do niej zbliżyć. Na samo wspomnienie o tym, jak zajmowała się macaniem torsu bruneta, czuł w żołądku nieprzyjemny ucisk.
Zaledwie trzy dni temu to j e g o mięśnie tak pieczołowicie badała. Nie mógł tego przemilczeć. Ani tak po prostu puścić jej w trakcie rozmowy, kiedy postanowiła udać, że go nie rozumiała. Wyciągnął dłoń ze szklanką po to, by zagrodzić jej drogę.
—
Może nie dla Ciebie, ale Henry nie podzieliłby Twojej opinii — odparł z krytyką w głosie. Wspomniał o przyjacielu, ale w myślach miał obrazy z wizyty na wsi, a szczególnie te spod prysznica. To zdecydowanie nie było
nic.
Jednocześnie poczuć dziwne ukłucie, widząc, jak zatrzymała się przed nim, próbując za wszelką cenę uniknąć jego dotyku. Wtedy też usłyszał krzyk Maggie i nieznacznie się skrzywił. Musiał przyznać, że dziewczyna miała idealne wyczucie czasu. Ale to, co usłyszał od Zoi, sprawiło, że zmarszczył brwi jeszcze bardziej zdumiony jej słowami, niż wcześniej.
Patrzył na nią z lekko rozchylonymi wargami, uświadamiając sobie, co miała na myśli. Maggie go podrywała? Przez wzgląd na swoje ustalenia i luźne podejście do tej przyjaźni wcale nie dostrzegał tego, że jego
koleżanka miała nadzieję na coś więcej. Dopiero teraz, po usłyszeniu sugestii Zoi i prośby zbliżającej się Margaret dotarło do niego, że to, co uważał za naturalne, wcale takie nie było.
Nigdy nie miał problemów z fizycznością, bywając dość bezpośrednim w bliskich kontaktach z kobietami, ale w tym przypadku najwyraźniej był ślepy na sygnały. Albo sam nieświadomie dawał mylne wrażenie, że za jego swobodnym stosunkiem do Maggie kryły się konkretne intencje.
Kurwa, cisnęło mu się na myśl. Teraz, nie spuszczając wzroku z Zoi, nie mógł nie zauważyć tego, jak próbowała zachować resztki opanowania, co sprawiało jej wyraźne t r u d n o ś c i.
Miał wrażenie, że jej piękny uśmiech nie zapowiadał niczego dobrego. Przeczucie go nie myliło, kiedy przeniosła spojrzenie z niego na kogoś za jego plecami. Na jej prośbę skierowaną do Henry’ego bezwiednie zacisnął mocniej szczęki, z trudem powstrzymując się przed wydaniem z siebie pomruku niezadowolenia.
Następna złośliwa uwaga Zoi i mocne klepnięcie go w pierś uderzyło go bardziej, niż chciał dać to po sobie poznać. Pod wpływem impetu odsunął się o krok do tyłu, ale było to niczym w porównaniu z rosnącą w jego żyłach złością. Teraz był już całkowicie przekonany, że dziewczyna postanowiła się na nim odegrać. A przecież nie był niczemu winien!
Odetchnął głęboko, zanim odwrócił się w stronę Maggie i posłał jej najszerszy uśmiech, na jaki było go teraz stać.
—
Potrzymaj szklanki, pomogę Ci — odparł, podając jej szkło i odsuwając jej włosy z karku, żeby zawiązać te cholerne sznureczki. Kątem oka jednak zerkał na Zoyę, która rozłożyła się na kanapie, umożliwiając Henry’emu dostęp do smarowania pleców. Ten zabrał się za to z niezwykłym zapałem.
—
Trochę za mocno, Luke — z zamyślenia wyrwał go zakłopotany głos Maggie. Mężczyzna momentalnie odwrócił wzrok na kark dziewczyny, skupiając się na zadaniu do wykonania.
—
Przepraszam — wybąkał pod nosem i sprawnie poprawił wiązanie. —
Gotowe. Teraz nie powinnaś go zgubić — uśmiechnął się i odsunął od niej ręce na bezpieczną odległość, nie chcąc dawać jej kolejnych powodów do nadziei. Niepostrzeżenie zerknął na Zoyę, która bez najmniejszych skrupułów oddawała się w ręce Henry’ego.
—
Dzięki, Luke. Nie wiem, co bym bez Ciebie zrobiła — Maggie, odwróciwszy się do niego, posłała mu wdzięczny uśmiech.
—
Hmm, poszłabyś do Ellie? — zażartował sobie, odbierając od niej szkło, dzięki czemu miała wolne ręce, by klepnąć go ze śmiechem w ramię. Niby niewinny gest, ale tym razem odczytał go bez błędu. I, jak gdyby nigdy nic zawtórował jej. Lubił się z nią droczyć, choć nie na takich zasadach, jakich by chciała. —
Wiesz, co, Mag? Pamiętasz wakacje w riwierze? — zapytał, uspokoiwszy oddech, i uśmiechnął się do niej łobuzersko. I co z tego, że byli wtedy nastolatkami, a ich wyjazd był z rodzicami? Zoya o tym nie wiedziała.
—
To dopiero były czasy — przytaknęła rozbawiona dziewczyna, zgrabnym ruchem odrzucając swoje włosy na plecy.
—
Chcesz jeszcze raz spróbować drinka, którego wtedy Ci zrobiłem? — zaproponował, unosząc wymownie brew, a w jego oczach pojawiły się zawadiackie iskry na samą myśl.
—
Czy Ty znowu chcesz mnie upić? — zmrużyła figlarnie oczy, na co zaśmiał się głośno, wracając do wspomnień. Musiał ją wtedy holować.
—
Gdzież bym śmiał — zaoponował, na sekundę podnosząc spojrzenie na Zoyę, żeby zaraz gestem wskazać drogę Maggie i pójść za nią w stronę barku.
Tam może nie ukryli się całkiem przed ciekawskimi spojrzeniami, ale ich rozmowa przynajmniej nie docierała do uszu osób trzecich. Może poza gromkimi wybuchami śmiechu, kiedy dali ponieść się wspomnieniom z tamtego wyjazdu. Dopiero teraz zaczynał dostrzegać te niuanse, jak zatrzymywanie na nim wzroku na dłużej, podtrzymywanie filuternego tonu rozmowy i
przypadkowy dotyk przy każdej możliwej okazji. Przy okazji przygotował też drinki pozostałym, które naszykował do zaniesienia, dla siebie i Zoi robiąc bezalkoholowe. Po tym pierwszym nadal trochę szumiało mu w głowie.
Ale zanim je zaniósł, zbliżył się do Maggie i westchnął ciężko, po czym w możliwie jak najprostszych słowach, z typową dla niego łagodnością, skonfrontował z nią to, co się między nimi działo. Przedstawił jej swój punkt widzenia na sprawę i przeprosił ją za to, co robił nieświadomie, jednocześnie wyrażając nadzieję, że znajdzie sobie jeszcze jakiegoś fajnego gościa, który naprawdę ją doceni. Była to trudna rozmowa, ale w gruncie rzeczy nie chciał wykorzystywać jej słabości, wolał mieć czyste sumienie.
Maggie, o dziwo, przyjęła to ze względnym spokojem. Owszem, nie potrafiła ukryć przed nim pewnego rozczarowania i zażenowania własną osobą, dlatego Lucien przytulił ją i powiedział kilka słów na pocieszenie, po czym obiecał jej taniec i zaproponował, by coś wybrała.
Wracając do towarzystwa z drinkami, rozdał opalającym się po szklance, na koniec przystając przy Zoi i podając jej bezalkoholowy napój.
—
Dobrze się bawisz? — zapytał, siląc się na naturalny ton, choć w jego głosie pobrzmiewały bliżej niezdefiniowane nuty. Widząc jej rozświetloną od kremu skórę, którą smagało słońce, w duchu cieszył się, że ominęła go chociaż część demonstracji jej niezależności. Inaczej chyba musiałby im przerwać.
Wtedy z głośników poleciała głośniejsza
muzyka. Słysząc nawoływanie przez Maggie i widząc jej taneczne ruchy, zaraz dołączył do niej, wczuwając się w rytm typowo letniej piosenki. Wygłupiali się, śpiewając ją na głos, a uśmiech nie znikał mu z ust. W pewnym momencie złapał dziewczynę za rękę i zakręcił ją, wywołując jej śmiech. Na tym mu zależało — żeby dobrze się bawiła. Nie puścił jej, nadal dobrze się bawiąc, by rozwiać w niej całą tę niezręczność, jaką przed chwilą poczuła podczas prywatnej rozmowy.
Dopiero po chwili spostrzegł, że Ellie wyciągnęła Zoyę za rękę i wszyscy dołączyli do nich, poszerzając ich kółko. Puścił więc Maggie i, tym razem złapał Ellie w talli, żeby ze śmiechem ją obrócić, ostatecznie lądując tuż przy Zoi.
Zoya Weasley