40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— dwa —
If you can't wake up from the nightmare,
maybe you're not asleep.
styczeń 2015
The Fifth Social Club, Toronto

Sawyer zdecydowanie zasiedział się na południu. I bynajmniej nie chodziło o brak ruchu ani o zesztywniałe mięśnie; wręcz przeciwnie, w Wenezueli w minionym roku pracy dla najemnika nie brakowało, biorąc pod uwagę burzliwe zmiany targające tym narodem politycznie i gospodarczo. Mieli z Alfiem ręce pełne roboty i rzadko zdarzała się chwila na spokojniejszy oddech, teraz jednak pluł sobie w brodę za własną naiwność: że przyzwyczaił się do wysokich temperatur. Zbyt długo przebywał w krajach, w których tropikalne noce były oczywistością, dzień zaczynał się od zimnego prysznica, żeby w ogóle dało się przeżyć poranek, a jedyną prawdziwą ulgę o każdej porze dnia dawały klimatyzowane pomieszczenia.
Powodów do narzekań miał więcej szczególnie teraz, kiedy grubo po północy szedł zaśnieżoną ulicą Toronto, z rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie zwykłej, letniej kurtki, a temperatura powietrza spadała do piętnastu stopni poniżej zera. Oddech zamarzał mu przed twarzą w kłębach pary wodnej, rzęsy zdawały się być pokryte regularnym szronem, a lodowaty wiatr wdzierał się pod ubrania i przenikał go aż do szpiku kości. Tak, cholernie żałował swojej opieszałości. Wygody. Lenistwa.
Wcale nie chodzi ci, kurwa, o zimno.
Stłumił tę myśl, zanim zdążyła świadomie pojawić się w jego umyśle, chociaż oczywiście, pozostawanie całymi długimi miesiącami w Ameryce Południowej wiązało się również z innymi… komplikacjami.
Wreszcie zauważył szyld, a później cały przybytek i przyspieszył kroku, żeby jak najszybciej znaleźć się w środku.
Jest Daniel? — zapytał rzeczowo barmana, kiedy wreszcie się do niego dopchał między grupami napalonych samców zamawiających horrendalnie drogie drinki.
Mężczyzna podniósł głowę znad przygotowywanego właśnie z wprawą Negroni kosztującego tyle, że Sawyer mógłby się za tę kwotę — wydaną przez jakiegoś playboya w garniturze lekką ręką i bez spojrzenia na cenę — żywić przez tydzień. I to bynajmniej nie w najgorszych spelunach.
Zależy kto pyta — odparł tamten, ale jego wzrok się zmienił; wyraźnie się wyostrzył.
Sawyer wyciągnął z kieszeni złożoną na cztery kartkę papieru i przesunął ją wolno po blacie w jego kierunku. Nienawidził załatwiać interesów na oczach postronnych ludzi — chociaż mężczyźni wokół niego i tak byli bardziej zainteresowani alkoholem i półnagimi tancerkami na podestach, zbyt zainteresowani, żeby zauważyć czołg — ale nie miał wyjścia. Miał tylko nazwisko i obietnicę; poza tym żadnych argumentów, które pozwoliłyby mu przedostać się prosto do właściciela.
Poczekam — dodał beznamiętnie, kiedy tamten wziął papier i przebiegł spojrzeniem po tekście.
Zaraz zamykamy. — Barman wyglądał na niewzruszonego, ale może był po prostu dobrym aktorem. Skończył przygotowywać drinka, przesunął go w stronę lalusia i uważnym spojrzeniem zlustrował Sawyera od stóp do głów. — W takim razie zrób to na tyłach. Ktoś się z tobą skontaktuje.
Nie zgrzytnął zębami, chociaż miał kurewską ochotę; no jasne, na tyłach. Bo nie był wystarczająco dobrze ubrany, bo nie pasował do pełnego przepychu wystroju wnętrz i typowego klienta, jakiego obraz chciano tu najwyraźniej utrzymać.
Na tyłach, to jest: . n a . z i m n i e .
Sawyer zdołał zatrzymać przekleństwa za zębami, chociaż poczuł, jak w jego ciele niebezpiecznie narasta irytacja i jak powoli podnosi temperaturę krwi, niemal doprowadzając ją do wrzenia, co, niestety, nie miało nic wspólnego z fizycznym ciepłem. Wycofał się z zaciśniętymi szczękami i nie rzucając nawet przelotnego spojrzenia w stronę nagich, gibkich ciał poruszających się do hipnotycznej, transowej muzyki w świetle neonów, wyszedł z powrotem na mróz. Po upłynięciu kolejnych trzydziestu minut — i zbyt wielu fajek — poczuł, jak irytacja zamienia się w czyste wkurwienie w reakcji na własną żałosną bezsilność i tłumiony żal.
Alfie wiedziałby, co zrobić.
I natychmiast przyszło sprostowanie: że sam też to przecież wie. Musi tylko…
Właśnie wtedy wreszcie otworzyły się tylne drzwi. Ale zamiast zobaczyć w nich gangstera, którego mu opisano, spojrzenie Sawyera zatrzymało się na zdecydowanie . k o b i e c e j . sylwetce. Przez chwilę patrzył na niczego nieświadomą dziewczynę wychodzącą z budynku i rozważał różne opcje, ale ostatecznie zrezygnował z każdej. Nawet wkurwiony, Sawyer z reguły nie krzywdził osób, za których skrzywdzenie mu wcześniej nie zapłacono. Dlatego pozostał w cieniu budynku poza zasięgiem ulicznej lampy, oparty plecami o ścianę pomiędzy hałdami burego śniegu zgarniętego z ulicy. Dziewczyna odeszła — a on prawie zapomniał o jej istnieniu — i dopiero wtedy zauważył inny cień.
Cień mężczyzny, którego Sawyer do tej pory przegapił, a który ruszył za nią. Dopadł do dziewczyny w kilku długich krokach, szarpnął ją, a później popchnął na ścianę i chociaż Sawyer nie słyszał dokładnych słów, zbyt dobrze znał ten schemat. Wściekłość — nie na tamtego faceta ani na to, co mógłby zrobić ze striptizerką, bo to nie była jego sprawa, ale ta noszona przez Sawyera już od tygodni pod mostkiem — na moment przesłoniła mu widok i wymusiła na tętnie dziki galop.
Rozsądek radził trzymać się z daleka, ale emocje po raz pierwszy od lat wzięły górę. Dlatego odepchnął się od ściany, wyciągnął ręce z kieszeni i ruszył w ich stronę z zamiarem, który był wyraźny tylko dla niego. Podjął już decyzję, chociaż głupią.
Słabość. Cholerna . s ł a b o ś ć . będąca oczywistym następstwem wygody.
Ale Sawyer miał teraz zbyt wyjebane, żeby się nią przejąć.
Przecież mówiłem, że chcę tylko z tobą porozmawiać, to po co się tak upierać i walczyć, co? Wyrzucili mnie przez ciebie z klubu, ale nie martw się, już ci wybaczyłem. — Usłyszał faceta, przyciskającego teraz dziewczynę do ściany ciężarem swojego ciała. Kolejne słowa wypluwał jej prosto w twarz, nie zważając na jej dyskomfort, a był ich cały chaotyczny potok. — Bo jesteśmy sobie przeznaczeni, czuję to, poczułem taki ucisk kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy na podeście, wiesz? Ale nie możesz tak dalej. To mnie rani, jasne? Nie chcę, żeby inni faceci cię taką widzieli. — Zająknął się i chociaż Sawyer nie widział jego twarzy, wyobraził sobie wściekłość przecinającą ją w dzikim grymasie. — Bo będę musiał im zrobić krzywdę, a tego bym nie chciał. I ty też byś nie chciała, żebym kogoś przez ciebie skrzywdził, prawda? Prawda?!
Uniósł się w ostatnich słowach. I właśnie wtedy Sawyer zbliżył się do nich wystarczająco, żeby przestać udawać zwykłego przechodnia; zatrzymał się za jego plecami, poza zasięgiem ręki, ale wystarczająco blisko, żeby w razie potrzeby móc do niego doskoczyć. Mimo to czekał. Tylko spojrzenie wbił ponad ramieniem napastnika w twarz dziewczyny.
Ja ją widziałem — skłamał swobodnie, niemal rozbawionym tonem głosu, chociaż jego oczy płonęły furią, a zwykle jasne tęczówki zdawały się być czarne, połknięte w całości przez źrenice rozszerzone w ciemności. — Więc możesz od razu spróbować z kimś ze swojej kategorii wagowej, skurwysynu.
Jego głos był lodowaty; zimniejszy niż otaczająca ich prawdziwa, kanadyjska zima.

Darcy Bowman
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
34 y/o
DARCY
171 cm
właścicielka The Fifth Social Club
Awatar użytkownika
And I bet you think about me...
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spojrzała na swoje odbicie w lustrze i cicho westchnęła, zdając sobie sprawę, że walka z warstwą brokatu na jej policzkach jest bezskuteczna, że nie uda się jej go pozbyć tylko przy pomocy tej przeklętej chusteczki do demakijażu. Szlag. Nie lubiła tak wracać do domu, nie lubiła zwracać na siebie uwagi… nie w ten sposób i nie w takich okolicznościach. Nie oszukujmy się - Toronto po zmroku nie było najbezpieczniejszym miejscem dla dwudziestodwulatki szlajającej się samej po ulicach. Ale w życiu nie przypuszczała, że niebezpieczeństwo czeka już za drzwiami klubu i to, że miała na sobie resztki scenicznego makijażu nie miało najmniejszego znaczenia.
Wyszła tylnym wyjściem z typową dla siebie pewnością. Zatrzymała się tylko na moment, żeby z dna torby wygrzebać paczkę papierosów i jednego z nich zapalić. Nie paliła… oczywiście, że nie paliła. To był po prostu jeden z tych wieczorów, że chyba tylko tak mogła odreagować. Drzwi do klubu zatrzasnęły się za nią z głośnym hukiem i dopiero wtedy ruszyła dalej. Krok, dwa, pięć? Sama nie wiedziała ile udało jej się ich pokonać, gdy poczuła gwałtowne szarpnięcie. Papieros wypadł jej z dłoni, a ona na ułamek sekundy zapomniała jak się oddycha. Na krótką chwilę wpadła w panikę i nawet nie próbowała tego ukryć. Nie miało to najmniejszego sensu.
Uderzyła potylicą w ścianę budynku, aż pociemniało jej przed oczami i potrzebowała chwili, żeby odzyskać ostrość widzenia i skupić wzrok na mężczyźnie, którego słowa docierały do niej z lekkim opóźnieniem. Znała ten głos? Nie… Nie potrafiła sobie też przypomnieć tej twarzy. Widywała takich dziesiątki jeśli nie setki, niczym nie wyróżniał się na tle innych gości klubu. Ale to, co mówił? Uparcie próbowała sobie przypomnieć sytuację, do której nawiązywał i nagle dostała olśnienia. Kolejny wariat… nie przypuszczała jednak, że mógłby się posunąć tak daleko. Podstawowy błąd – nie doceniła przeciwnika i teraz musiała ponieść tego konsekwencje.
- Wybaczyłeś mi? – rzuciła z niedowierzaniem wtrącając się w monolog mężczyzny, ściągając mocniej brwi i chociaż rozsądek podpowiadał jej, że lepiej byłoby się ugryźć w język. Ale on nawet sobie nie przerwał, kontynuował swój wywód, a jej coraz trudniej było uwierzyć w to, co słyszała. Przeznaczenie? Nie chciał, żeby taką ją widzieli? Na boga… sam widział ją przez może dwie minuty! Zdała sobie sprawę, że ma do czynienia z psychopatą, a serce znacząco jej przyspieszyło. Tym bardziej, że z każdym kolejnym słowem coraz silniej zaciskał na niej swoje łapy, coraz mocniej przyciskał ją do tej nieszczęsnej ściany…
Mogłaby krzyczeć… tylko czy coś to da? W klubie ciągle było głośno, nikt jej tam nie usłyszy. Monitoring na tyłach był mocno ograniczony z oczywistych powodów i bardzo szybko to zrozumiała. Może ktoś zaraz wyjdzie? Powinien… ale w takim razie ona powinna przeciągnąć tą rozmowę. Dać sobie szansę.
I wtedy ponad ramieniem psychopaty zobaczyła męską twarz, a jej serce przyspieszyło jeszcze bardziej. Nie znała go, pierwszy raz widziała go na oczy i równie dobrze mogła wpaść w jeszcze większe kłopoty… z całym szacunkiem – nie wyglądał na porządnego gościa. Znalazł się też w miejscu, w którym porządni goście nie bywają. Mimo wszystko…
Odwrócił uwagę mężczyzny, który ją trzymał. Rozproszył go i sprawił, że ten poluźnił uścisk i odwrócił głowę w jego stronę. Wykorzystała swoją okazję i po prostu go kopnęła. Mogła postarać się bardziej, ale najpierw wycelowała w męską piszczel, a jak tylko odzyskała tym odrobinę przestrzeni uderzyła kolanem w jego krok. Zawył żałośnie i puścił uścisk, żeby zgiąć się w pół. To jej wystarczyło, żeby się odsunąć z zasięgu jego odrażających łap. Spojrzał na nią z wściekłością.
- Znasz go kurwa? – patrzył na nią, ale wycelował dłoń w stronę Sawyera. Miała sekundę na podjęcie decyzji… zerknęła na Wrighta, ale nie oczekiwała jego decyzji – Znam, więc daj spokój – skłamała gładko, chociaż prawdopodobnie zupełnie niepotrzebnie - Puszczasz się z nimi wszystkimi, tak? Jesteś taka sama jak wszystkie… zwykła dziwka! Dlaczego mi to kurwa robisz?! – nie potrafiła powiedzieć, czy był wściekły, czy załamany… ale niewątpliwie był w amoku. Bo nagle w bladym świetle ulicznej lampy błysnęło ostrze niewielkiego noża, który wyjął z kieszeni – Przestań, nie rób tego – szepnęła, robiąc kolejny krok do tyłu, święcie przekonana, że to ona stanie się celem jego ataku - Dlaczego mnie do tego zmuszasz? Nie chciałem nikomu robić krzywdy… nie chciałem. – mamrotał, odwracając się w stronę Sawyera i ruszając na niego z tym nieszczęsnym małym nożykiem.
Zamarła. Chciała krzyknąć, ale przyłożyła tylko dłoń do ust i w ten sposób zagłuszyła jakikolwiek dźwięk, który miał się z nich wydostać.
Czy to wszystko musiało być takie pojebane?!


Sawyer Wright
darsi
nie lubię postów o niczym i braku obustronnego pchania fabuły do przodu, a tak to się dogadamy
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przemoc :stickwstydek:
Ich spojrzenia się skrzyżowały, jeszcze zanim facet zdążył drgnąć. I przez bardzo krótką chwilę Sawyer patrzył jej w oczy z wściekłością, która sięgała daleko poza tę uliczkę, to miasto, a nawet państwo i kontynent. Właściwie ledwie widział dziewczynę przyciśniętą bezlitośnie do ściany zza zalewającej jego wizję ściany krwistej czerwieni; żądzy krwi wżerającej się w każdą tkankę ciała. Sawyer mrugnął tylko raz i zogniskował wzrok na prawdziwym celu i powodzie, dla którego w ogóle się odezwał.
Później wszystko potoczyło się — jak zwykle w takich sytuacjach — błyskawicznie. On jednak był do tego przyzwyczajony; spięty i gotowy do ataku w ułamku sekundy, obserwował ich ciała i wyłapywał intencje, kiedy ich ruch był jeszcze tylko impulsem przesyłanym z mózgu do mięśni. Patrzył na dłonie i stopy, kąt ustawienia torsu, kierunek spojrzenia, na grymasy przecinające twarz.
Musiał przyznać, że nieźle sobie z nim poradziła.
Jak na . a m a t o r a , . rzecz jasna.
Jej kłamstwo zmieszało się z jego wrzaskiem i przekleństwami, a Sawyerowi jeszcze bardziej zaimponował fakt, że nieznajoma przyznała się do znajomości z nim; wiedział doskonale, jak wyglądał. Wiedział, że zaufanie to ostatnie uczucie, jakie swoją aparycją mógłby wzbudzić w porządnych obywatelach. Pytanie, na ile striptizerka mogła być porządnym człowiekiem, zostawił na później, bo nagle ciężar tego spotkania gwałtownie się zmienił.
Sawyer się uśmiechnął, zanim zdał sobie z tego sprawę; grymasem złym, ponurym, niebezpiecznym.
Bo nóż w ręce napastnika był tylko żałosnym pretekstem dla prawdziwego zamiaru; wymówką dla furii krążącej w ciele i wypalającej żyły od wewnątrz, dla bólu, który nie miał nazwy, początku ani końca, dla irytacji, która przelewała się przez niego od tamtej nocy w Caracas. Nie był bohaterską próbą uratowania obcej mu dziewczyny, która — najwyraźniej — mogłaby próbować poradzić sobie z nim sama. Tylko cholernie marnym pretekstem, niczym więcej: że ten człowiek był niebezpieczny. Że trzeba się go pozbyć. Że świat będzie lepszy bez takiego ścierwa.
Był perfekcyjnie świadomy faktu, że wszystko, co zaraz zrobi — zrobi tylko dlatego, że sam tego kurewsko . c h c i a ł .
Głupia decyzja — mruknął pod nosem, kiedy facet odwrócił się w jego stronę, nie przestając się przy tym lekko uśmiechać. — Odważna. Ale głupia.
Napastnik zignorował jego słowa, zamachnął się z gardłowym warknięciem i ciął płasko na odlew; stal zabłysnęła złowrogo w żółtym świetle ulicznej latarni. Sawyer miękko odskoczył do tyłu, bez problemu unikając pierwszego ciosu, bo mężczyzna i tak od początku był poza zasięgiem swojego celu. Następny przyszedł zaraz później i zmusił go do jeszcze jednego kroku w tył. Trzeci — całkiem potężny, zresztą facet był od niego wyższy i prawdopodobnie cięższy — niespodziewanie rozdarł materiał letniej kurtki, chociaż nie sięgnął skóry pod nią. Sawyer zasyczał, wściekłość przelała się przez jego ciało falą, która nie miała nic wspólnego z rozprutym materiałem.
Chociaż brzmiał na pewnego w swojej ocenie, problem z ludźmi uzbrojonymi w nóż był prosty: facet mógł być wolniejszy, słabszy, mógł nie mieć właściwie żadnej techniki, ale wystarczył jeden błąd stojącego naprzeciw niego, dobrze wyszkolonego człowieka, żeby nawet przypadkowy cios okazał się śmiertelny. Kilka minut — tyle czasu zostawiała dobrze zadana rana kłuta, zanim utrata krwi odbierze świadomość, a potem życie. I Sawyer był tego do bólu świadomy. Dlatego nie ryzykował. Cofał się. I czekał, aż to tamten się pomyli, z nadzieją, że zrobi to pierwszy.
Przynajmniej cofali się od miejsca, w którym stała dziewczyna, przebiegło mu tylko przez myśl.
Aż wreszcie znalazł lukę; tamten potknął się na nierówności chodnika, stracił równowagę i zaklął pod nosem. Sawyer wykorzysał ją bezlitośnie, z precyzją drapieżnika, który nigdy nie waha się przed atakiem. Dopadł do niego w jednym skoku, złapał za nadgarstek i wykręcił go pod absurdalnym kątem. Staw zachrzęścił mu pod palcami w znajomy sposób, wrzask napastnika ponownie rozlał się po ciemnej ulicy. I wtedy dokręcił mocniej. Zanim nóż upadł na ulicę z metalicznym brzękiem, Sawyer uderzył go dwa razy — w splot słoneczny, a później hakiem w szczękę, kiedy ten zgiął się wpół — wszystko to, nie puszczając jego prowadzącej ręki. Dopiero wtedy wyminął go płynnym półobrotem, z nadgarstkiem wciąż w uścisku, wykręcając mu cały bark i jednym prostym podcięciem odbierając punkt oparcia. Napastnik wylądował twarzą do ziemi, przyciśnięty paskudną dźwignią i jego ciężarem ciała.
Może to sprawi, że następnym razem zastanowisz się dwa razy, zanim zaczepisz dziewczynę na ulicy — wycedził mu do ucha chrapliwym głosem, a później bez cienia litości—
— s z a r p n ą ł .
Paskudny trzask kości wyłamywanej ze stawu zmieszany ze zwierzęcym wyciem ofiary był symfonią dla jego uszu. I chociaż zaspokoił bestię żyjącą w klatce piersiowej tylko częściowo, dzisiaj musiał zadowolić się okaleczeniem; problem z ciałem w środku miasta i świadkiem morderstwa był grą niewartą chwilowej satysfakcji. Podniósł się niespiesznie, nie spuszczając go z oczu i cofnął się po nóż upuszczony na ulicę.
Kurwa, nie… — zaczął facet, kiedy wycie przeszło w szloch — nie cz-czuję rękiii… Ja pierdolę, kurwa mać jebana, moja rę-ęka… Boże, kurwa, co ty… mi zrobiłeś?
Sawyer nie poczuł nawet grama żalu.
Wypierdalaj, zanim zmienię zdanie — warknął w jedynej odpowiedzi, zwinnie obracając nóż w palcach.
Dopiero wtedy odwrócił się do dziewczyny, nie tracąc przy tym z pola widzenia napastnika zwijającego się na chodniku, jęczącego przeciągle i mamroczącego pod nosem. Zrobił w jej stronę kilka niespiesznych kroków, po drodze uspakajając ciężki od wysiłku oddech i szalejące tętno. Zatrzymał się w odległości, która nie była agresywna — ale też wcale nieprzesadnie duża — i najpierw zlustrował ją spojrzeniem w milczeniu.
Zrobił ci krzywdę? — zapytał wreszcie, podnosząc wzrok, żeby spojrzeć jej w oczy.
Zapomniał, że przed chwilą było mu zimno.

Darcy Bowman
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
34 y/o
DARCY
171 cm
właścicielka The Fifth Social Club
Awatar użytkownika
And I bet you think about me...
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie podejrzewała, że dojdzie do eskalacji. Moment, w którym zobaczyła nóż w ręce mężczyzny był tym, w którym strach ją sparaliżował. Chciała krzyknąć, ale nie potrafiła. Jakiś cichy głosik z tyłu głowy podpowiadał jej też, że powinna stąd odejść – nie chciała problemów, nie chciała być świadkiem czegoś, co nie powinno się tu wydarzyć. Mogłaby też wrócić do klubu i poprosić ochronę o interwencję… ale nie drgnęła. Wpatrywała się w dwójkę szarpiących się mężczyzn i nie potrafiła oderwać od tego oczu. Nie dlatego, że lubiła przemoc – absolutnie nie, miała jej wystarczająco w swoim życiu. Po prostu ta sytuacja była tak… absurdalna, a do tego czuła się winna. To wszystko działo się przez nią, nawet jeśli doprowadziła do tego zupełnie całkowicie nieświadomie.
Gdy wyrzucali gościa z klubu nie zdawała sobie sprawy, że ma nierówno pod sufitem. Była pewna, że to jeden z tych, którzy przesadzili z ilością alkoholu i kobieta w negliżu robiła na nich większe wrażenie niż powinna przez co nie potrafił utrzymać rąk przy sobie. Poczuła się niekomfortowo i dlatego poprosiła o interwencję. Może gdyby poświęciła mu kilka sekund więcej zwróciłaby uwagę na jego niepokojące zachowanie. Albo dzisiaj, wychodząc z klubu… może powinna się częściej obracać przez ramię? Albo powinna nosić ten nieszczęsny gaz pieprzowy?
Cokolwiek, żeby nie stać tutaj bezradnie w momencie, gdy dwóch mężczyzn szarpało się w wąskiej uliczce za klubem, na której nie było działającego monitoringu. To naprawdę mogło skończyć się źle. I kimkolwiek był mężczyzna, który stanął w jej obronie wyjdzie z tego cało…
Dość szybko jednak się zorientowała, że nie tylko nie wyglądał na porządnego gościa. Tak też się nie zachowywał i przede wszystkim – tak nie walczył. Serce na chwilę jej stanęło, gdy usłyszała krzyk tego pojeba w momencie, gdy jego ręka wygięła się pod bardzo nienaturalnym kątem. Lawirowała spojrzeniem od jego mężczyzny do drugiego i z powrotem. W tym momencie naprawdę nie miała pewności, który z nich jest dla niej większym zagrożeniem.
Dlatego, gdy spojrzenie jej rycerza w lśniącej zbroi się na niej zatrzymało – znowu poczuła nieprzyjemny dreszcz i zupełnie nieświadomie zrobiła krok do tyłu. Nie spuszczając przy tym jednak z niego spojrzenia – zupełnie tak jak obserwuje się drapieżnika przed atakiem, jakby chciała mieć pewność, że niczego nie przegapi, że zdąży uciec. Naiwne… oczywiście, że by nie zdążyła. Gdyby chciał jej zrobić jakąkolwiek krzywdę – nie miała najmniejszych szans… jeśli bez problemu poradził sobie z wariatem z nożem ona byłaby dla niego przeciwnikiem pokroju szmacianej lalki. Natomiast mężczyzna, który ją zaatakował wziął sobie do serca radę, którą usłyszał – i spierdolił. Darcy naprawdę miała nadzieję, że nigdy więcej nie będzie musiała go oglądać. Nie interesowało ją, co się z nim teraz stanie i czy poradzi sobie z obrażeniami… teraz całą uwagę skupiła na Sawyerze.
- Nie wiem kim jesteś, ale nie potrzebuję pierdolonego bohatera… albo psychopaty. – bo do tych jak widać miała specjalność! – Niepotrzebnie się wtrącałeś. – warknęła, ale cóż… gówno prawda. Oczywiście, że dobrze, że się wtrącił… bo skończyłaby z głową rozbitą o ten przeklęty mur, do którego tamtej ją przygniatał. Nikt inny by jej nie pomógł, więc powinna się ugryźć w język. Przesunęła spojrzeniem po męskiej sylwetce, czujnie i uważnie. Przede wszystkim jednak - podejrzliwie - I nie, nic mi nie jest. – odpowiedziała więc na jego pytanie. Przez chwilę zastanawiała się jeszcze nad dziękuję, ale ostatecznie sobie darowała. Nadal za bardzo ją przerażał – Tobie nic się nie stało? – sunąc spojrzeniem po jego sylwetce nie zauważyła żadnych widocznych ran i śladów po spotkaniu z nożem. Wyglądał na całego… i ubranego nieadekwatnie do pogody, ale może psychopaci tak mają. A to i tak nie był dobry moment na żarty.


Sawyer Wright
darsi
nie lubię postów o niczym i braku obustronnego pchania fabuły do przodu, a tak to się dogadamy
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wystarczyło jedno spojrzenie, nawet w półmroku na tyłach klubu ze striptizem, nawet poza zasięgiem światła latarni, tylko krótki rzut oka na jej sylwetkę i postawę, żeby stwierdzić oczywistość i wcale nie trzeba było do tego posiadać wybitnych zdolności obserwacyjnych:
Bała się go.
R o z s ą d n i e .
Bo cofnęła się, kiedy się przed nią zatrzymał, nie spuszczając z niego wzroku. A on nie zrobił niczego, żeby ten strach stępić; żadnego neutralnego, uspokajającego gestu w stylu podniesienia dłoni wnętrzem w jej stronę albo zrobienia pół kroku w tył, żeby dać jej więcej przestrzeni. Nie; Sawyer stał nieruchomo, kątem oka obserwując napastnika, który zbierał się z asfaltu, ale główną uwagę koncentrując na dziewczynie. Aż wreszcie się odezwała i na moment dodatkowo zachwiała jego i tak już rozhuśtaną tym dniem — albo całymi ostatnimi tygodniami — równowagą.
Najpierw przez chwilę milczał, analizując jej słowa i zastanawiając się, czy się aby przypadkiem nie przesłyszał. A później, zamiast się wkurwić, parsknął śmiechem i wolno pokręcił głową na boki. Rozprostował palce lewej dłoni dotąd zaciśniętej w pięść i zgiął je z powrotem, a w prawej znowu obrócił rękojeść noża zebranego z ulicy.
Cholernie . n i e r o z s ą d n i e , . ale dzięki temu interesująco.
Twój drugi strzał? — rzucił i na ułamek sekundy zawiesił głos, nawiązując w ten sposób oczywiście do psychopaty. — Zadziwiająco blisko — przyznał, nie przestając bawić się nożem jak przypadkową zabawką zebraną z chodnika; wciąż obracał go zwinnie w palcach, nie patrząc w dół, a jednak nie kalecząc palców ostrzem. — Ale kurewsko przestrzeliłaś, zakładając, że zrobiłem cokolwiek dla ciebie. Efekt uboczny, sama rozumiesz.
To było tylko czyste, uczciwie stwierdzenie faktu; ani nie starał się jej straszyć, ani szczególnie nie zależało mu na ściągnięciu jej na ziemię z tego wieżowca dumy, na jakim się znalazła, skoro zakładała, że ktoś pokroju Sawyera może robić cokolwiek dla innych. A w tym przypadku; dla niej. Zupełnie obcej, kompletnie obojętnej.
Ta przypadkowa — przynajmniej dotąd przypadkowa, bo swoją odwagą naprawdę zwróciła na siebie jego uwagę — dziewczyna była tylko skutkiem ubocznym dla potrzeby, która tygodniami rozszarpywała mu żyły od środka. Nie dlatego, że zależało mu na jej cnocie, zresztą Sawyer zobaczył w swoim życiu wystarczająco skurwysyństwa, żeby wypłukać z niego wszelką wątpliwą naiwność; dlatego wątpił, żeby jakakolwiek striptizerka jeszcze jakąś miała.
W każdym razie: nie ma za co, księżniczko — dodał z przekąsem na słowo, które oczywiście nigdy między nimi nie padło, zamiast odpowiedzieć na nieistotne pytanie, jakie faktycznie usłyszał z jej ust. Poza rozdartą kurtką i delikatnym zadrapaniem na brzuchu nic mu nie było, ale to nie miało teraz żadnego znaczenia; nawet gdyby był ranny, nauczył się już znosić ból. — Cała przyjemność i tak jest po mojej stronie. — Zaakcentował jedno to słowo w szczególny sposób, nie pozostawiając złudzeń co do tego, że przyjemność w tym stwierdzeniu nie była potocznym, ironicznym zwrotem, ale faktycznym stanem rzeczy
Nie, żeby czekał na jakieś podziękowania. Bohater był z niego żaden i nigdy nie aspirował do tego miana, bo bohaterowie zadziwiająco często kończyli z ośmioma gramami ołowiu w mózgu.
I wtedy nagle do głowy przyszedł mu inny pomysł; adrenalina spowodowana krótką walką już nieco ustąpiła, a chociaż wściekłość nie zniknęła całkiem, to usunęła się w cień wystarczająco, żeby pozwolić mu myśleć. Przynajmniej względnie logicznie. Dlatego ostatni raz obrócił nóż, a później zatrzymał go leniwie w dłoni.
Pracujesz dla Daniela — stwierdził, a nie zapytał, pozwalając spojrzeniu ześlizgnąć się po policzkach upstrzonych brokatem i dalej w dół, po ciele teraz zakrytym zimowym płaszczem. — Może jest jedna rzecz, którą mogłabyś dla mnie zrobić, księżniczko. W ramach szeroko pojmowanej wdzięczności — przeciągnął sylaby ostatniego słowa i uśmiechnął się krzywo.
Nie przeszkadzało mu bynajmniej, że dziewczyna nawet przelotnie nie zasugerowała chęci rewanżu.

Darcy Bowman
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
34 y/o
DARCY
171 cm
właścicielka The Fifth Social Club
Awatar użytkownika
And I bet you think about me...
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedziała, że trafiła. Kolejny pierdolony psychopata.
Z tym, że każda jedna komórka jej ciała podpowiadała jej, że ten był jeszcze gorszy, że tego naprawdę powinna się bać… mimo wszystko została. Nawet jeśli w pierwszej chwili zrobił krok do tyłu to została. Nie skuliła się w sobie, nie uciekała przed nim spojrzeniem. Jakby chciała sprawiać wrażenie bardziej odważnej niż była w rzeczywistości. A może po prostu brakowało jej instynktu samozachowawczego. Szanse na każde z tych rozwiązań były wyrównane. Tym bardziej, że nawet jeśli ostrze noża znowu błysnęło w bladym świetle ulicznej lampy i dostrzegła to kątem oka – nie oderwała spojrzenia od jego twarzy. Także szanse na bycie odważną i głupią były dokładnie takie same.
Ściągnęła mocniej brwi, gdy nazwał ją księżniczką, ale nie wyprowadziła go z błędu. Nie wspomniała nawet o tym, że księżniczki nie bywają w tego typu miejscach… opuszczonych przez boga i bez grama przyzwoitości. A co on tu robił? Czekał na kogoś? Na inną tancerkę? Nie… nie wyglądał na kogoś, kto korzysta z takich usług. Naprawdę sprawiał wrażenie jakby zrobienie krzywdy temu człowiekowi przyniosło mu więcej przyjemności niż oglądanie nagiego kobiecego ciała. I mogła być w tym momencie zajebiście niesprawiedliwa, ale… cóż. Sam był sobie winny.
Nie zdążyła jednak nawet wyartykułować swojego pytania i wątpliwości. Sam rozwiązał zagadkę, która pojawiła się w jej głowie. Daniel. Jeśli pojawiały się kłopoty… zawsze musiało chodzić o Daniela. Aż przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz, gdy o nim pomyślała. Mimo wszystko nawet nie drgnęła. Nawet nie zdawał sobie sprawy jak dobrze trafił. Oboje mieli wyjątkowe szczęście, że na siebie wpadli. Jeśli czegoś od Daniela chciał to cóż… przed nim stała ku temu droga. Zdawała sobie sprawę z bycia jego ulubienicą… i przynosiło to tyle samo pożytku, co problemów.
- Nie przypominam sobie, żebym oferowała jakąś przysługę w ramach wyrazu w d z i ę c z n o ś c i… zresztą podobno nie zrobiłeś tego dla mnie, więc chyba nie ma takiej potrzeby. Efekt uboczny. – przypomniała mu jego własne słowa, sunąc uważnie spojrzeniem po jego twarzy. Igrała z ogniem, wiedziała… ale miała niewyparzony język i może też ciągle z tyłu głowy myśl, że zaraz ktoś wyjdzie z klubu, że może wreszcie zainteresują się zamieszaniem na tyłach. Zresztą świadomość, że szukał jej szefa też dodała jej pewności… przecież nie mógł zacząć robienia wspólnych interesów od uszkodzenia ulubionej zabawki drugiej strony, prawda? To byłoby idiotyczne. Nawet ona to wiedziała, a nie była w tym świecie długo.
- Ale powiedzmy, że może mogłabym ci pomóc. – kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu… zabawnie było odwrócić sytuację, w której to nagle ona jemu oferowała pomoc. Jak to szybko się wszystko zmieniało, prawda? I nawet nie ukrywała, że sprawiało jej to odrobinę satysfakcji. Dużo lepiej odnajdywała się w tej roli niż damy w opałach. Księżniczki. – Więc? Czego chcesz od Daniela? I dlaczego czekasz na niego przy tylnych drzwiach zamiast w loży z najlepszymi dziewczynami? Zazwyczaj tak przyjmuje w a ż n y c h gości. – brew drgnęła jej do góry i zmierzyła go spojrzeniem od stóp do głów, jakby właśnie oceniała, czy był wystarczająco ważny.
Przerażający… ale czy istotny? I czy naprawdę chciała się wychylać, żeby mu pomóc?



Sawyer Wright
darsi
nie lubię postów o niczym i braku obustronnego pchania fabuły do przodu, a tak to się dogadamy
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zawsze miał słabość do kobiet z charakterem.
Akurat ta przed nim była jeszcze bardziej dziewczyną niż kobietą, kiedy tak na nią patrzył; chociaż Sawyer zdawał sobie sprawę, że praca w takim środowisku i w takiej . r o l i . wymuszała na ludziach dorosłość wcześniej niż wskazywałaby na to metryka. Zresztą wiek nie miał dla niego większego znaczenia. W końcu sam należał do tych ludzi, którzy w wieku dwudziestu pięciu lat zebrali życiowego doświadczenia więcej niż niejeden starzec; których życie skończyło się, zanim zdążyło się zacząć, a potem była już tylko niekończąca się walka o przetrwanie. A ona? Być może należała do tego samego grona.
W każdym razie oczywistym było, że ani charakteru, ani zuchwałości nie można jej było odmówić. Bo fakt, że nieznajoma nie tylko nie zwiała w pierwszej chwili, kiedy miała ku temu okazję, już świadczył, że posiada ich obu aż nadto. A teraz jeszcze dodatkowo pyskowała w środku nocy obcemu facetowi z nożem w ręce — takiemu, którego możliwości widziała kilka minut wcześniej.
Dlatego intrygowała go, a jednocześnie irytowała. Przykładowo tym, że używała jego własnych słów przeciwko niemu — na dodatek denerwująco sensownie.
Uboczny czy nie, efekt jest taki, że ty jesteś wolna, a twój kochaś prawdopodobnie nie odzyska pełni władzy w ręce i nie zamachnie się już nożem w żadnym zaułku. To znaczy, że nie wróci też po ciebie. A wyglądał mi na zdeterminowanego — odparł swobodnie, właściwie całkiem rozbawiony. Echo wściekłości, przemarznięcia, zmęczenia szarpiącego każde ścięgno w ciele i żałoby wciąż było w nim żywe, ale rozmowa z tą dziewczyną zadziwiająco poprawiała mu humor. Co zaskakująco, bo zwykle kontakty z ludźmi były dla niego co najwyżej utrapieniem. — Jak na mój gust cena i tak jest mocno zaniżona.
Bo naprawdę nie potrzebował od niej wiele. Prawie nic. Właściwie była tylko . k l u c z e m .
Po jej następnych słowach poczuł niesmak w ustach, jednak nie skrzywił się ani nie cmoknął z dezaprobatą. Przyzwyczaił się już do faktu, że ludzie są skończonymi ślepcami albo głupcami, a najczęściej obiema tymi rzeczami naraz. Widział to u wielu starszych i zapewne również bardziej doświadczonych od dziewczyny, zresztą oczekiwania miał właściwie zerowe, a jej opinia nie miała znaczenia.
Jesteś tu nowa? — zapytał, ale było to pytanie retoryczne. I Sawyer nie czekał na jej odpowiedź nawet sekundy. — Mylisz się. W ten sposób przyjmuje snobów, którzy lubią czuć się ważni. Biznesmenów, inwestorów, kogokolwiek z wypchanym portfelem, komu jest potrzebny — I tu była kwintesencja tego, co różniło Sawyera od wszystkich tych żałosnych skurwieli: Sawyer nie potrzebował nikogo. To jego . p o t r z e b o w a n o . .A w tym układzie? To Daniel potrzebuje mnie. Tyle że twój kolega przy barze najwyraźniej ma jeszcze mniej rozumu niż ten skurwysyn z nożem.
Z tymi słowami Sawyer zrobił ostatnie dwa, krótkie kroki, które sprawiły, że zatrzymał się tuż przed nią. Ich kurtki ledwie się musnęły, ale i tak był to dystans zdecydowanie zbyt krótki jak na zupełnie obcych ludzi, których znajomość zaczęła się od obicia komuś mordy. Jednak Sawyer miał w tym cel i bynajmniej nie zrobił tego dla przyjemności.
Nie tylko.
Więc bądź tak miła… — Dodał nagle niskim, cichym głosem, przesuwając płazem noża nonszalancko po materiale jej kurtki od łokcia w stronę nadgarstka, żeby w dole zwinnie obrócić go w palcach o sto osiemdziesiąt stopni i wepchnąć kobiecie jego rękojeść w dłoń; w ten sposób, że teraz umiejscowił go ostrzem w swoją stronę. Uśmiechnął się przy tym. Chociaż raczej paskudnie. — I zaprowadź mnie do niego — wymruczał, krótko mrużąc oczy i jeszcze przez kilka szybkich uderzeń serca patrząc z bliska prosto w te jej, o kolorze tak ciemnym, że w półmroku nocy nie dało się określić, gdzie kończy się źrenica, a gdzie zaczyna tęczówka. — Bez zbędnych pytań, jeśli łaska.
Dopiero po tych słowach Sawyer cofnął się o pół kroku, które pozwoliło przestrzeni między nimi na pełniejszy oddech, a następnie odwrócił się w stronę tylnego wyjścia jakby nigdy nic. Jakby to się nie wydarzyło, a ona nie miała noża w dłoni. Jakby nie wierzył, że może go użyć.
I w rzeczy samej; . n i e . w i e r z y ł .
Masz klucz do tych drzwi? Miejmy to już z głowy, księżniczko.

Darcy Bowman
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
34 y/o
DARCY
171 cm
właścicielka The Fifth Social Club
Awatar użytkownika
And I bet you think about me...
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kącik ust drgnął jej w rozbawieniu. Tak… w całej tej mieszance bardzo dziwnych uczuć, w których oczywiście dominował strach (którego okazywać nie chciała najbardziej), dotarła również do rozbawienia. Nie dlatego, że sama sytuacja była w jakimkolwiek stopniu komiczna, bo… nie. Ani trochę nie była. Poczuła jednak, że odniosła małe, malutkie i właściwie nic nie znaczące, ale zwycięstwo. I to tylko dlatego, że przywołał w tym wszystkim gościa sprzed paru chwil i dość problematyczną sytuację, w której się znalazła, a z której ją wyciągnął…
Czyli jednak oczekujesz wdzięczności. – skwitowała, uśmiechając się pod nosem, bo jej zdaniem cena wcale nie była taka zaniżona. Czy miała jednak do niego o to pretensje? Właściwie nie. Czy tak nie działał świat? Coś za coś? Ząb za ząb? I tak dalej? Znała te zasady – Zdeterminowanego… jak na moje miał po prostu całkiem nierówno pod sufitem. Pewnie obiecałabym, że to się nigdy więcej nie powtórzy, że tylko on się liczy, blablabla… i dałby mi spokój. To nic, że nie mam pojęcia kim jest. – spokój miałaby przynajmniej na chwilę! Nie dało się ukryć, że mężczyzna rozwiązał ten problem permanentnie, a przynajmniej długoterminowo. Oczywiście istniał cień szansy, że urażona męska duma się wkrótce odezwie i skończy się to naprawdę źle, ale nie oszukujmy się… Darcy nie był specjalistką od dalekosiężnych planów. Nie miała takiego komfortu, żyła tu i teraz. Jeden problem na raz. Aktualnym było to, czy zaprowadzenie go do Daniela było dobrym pomysłem…
Ale rozbawił ją też czymś jeszcze. Tym, że próbował jej wmówić, że wie jak funkcjonuje Daniel, jego klub, jego interesy i jak przyjmuje gości. Nie wyprowadziła go jednak z błędu, zagryzła policzki od środka i wpatrywała się w męską twarz z mieszanką rozbawienia i zainteresowania… jakby strach uleciał razem z tym jak mężczyzna mówił. A może po prostu górę zaczynał brać jej brak rozsądku?
Bo nawet nie drgnęła, gdy wyciągnął nóż w jej kierunku. Wzrok jej nie uciekł, nie oderwała go od jej twarzy. Nie okazuj słabości.. Wbrew temu, co mówił i co podejrzewał – wcale nie była w tym wszystkim nowa. Prawdopodobnie nie był to też pierwszy raz, gdy trzymała w dłoni nóż. Obróciła go sprawnie w palcach i schowała do kieszeni swojej kurtki. Kto wie… może jeszcze jej się przyda – Następnym razem nie pytaj gościa za barem… zaczep najładniejszą dziewczynę w zasięgu wzroku. Wbrew pozorom ma więcej do powiedzenia niż barman. – rzuciła zaskakująco swobodnie, bo chociaż nie była wcale miła to decyzja i tak została podjęta. Oboje doskonale o tym wiedzieli. On wyglądał na kogoś, kto nie znosi sprzeciwu, a ona nie była aż tak głupia… wiedziała, że ma dług wdzięczności. Nawet jeśli oficjalna wersja mówiła inaczej.
- Do tych i wielu innych. – dodała, spoglądając w kierunku tylnego wejścia do klubu – Więc idź za mną, ale na chwilę schowaj męską dumę i jak ci powiem, żebyś poczekał… czekaj. – wyjaśniła krótko zasady i dopiero wtedy otworzyła drzwi, żeby mogli wejść do środka. Zrzuciła zimową kurtkę, żeby nie rzucać się aż tak w oczy i pociągnęła go za sobą w głąb klubu. Zatrzymali się dopiero pod tymi jednymi konkretnymi drzwiami i dopiero wtedy kazała mu czekać. I opłaciło się. Wychodząc do niego mrugnęła – Powodzenia, Rycerzyku. – szepnęła, gdy się mijali i zniknęła, zostawiając go z tym, którego szukał.


Później długo go nie widziała. Na tyle długo, że zdążyła zapomnieć o jego istnieniu. Ten wieczór w bocznej uliczce z klubem był tylko mglistym wspomnieniem. Jedną z wielu pojebanych sytuacji w jej życiu. Gość z wybitym barkiem nigdy więcej nie pojawił się na horyzoncie, a jej bohater?
- No proszę… – rzuciła, opadając na miejsce w loży obok niego. Blisko, jakby koncept przestrzeni osobistej właściwie nie istniał. Oparła się łokciem o zagłówek, głowę podparła na dłoni, a jej kolana stykały się z jego udami. No cóż… siedział w klubie ze striptizem, czego innego się spodziewał? – Kilka dziewczyn bało się tutaj podejść. Podobno gość wygląda jakby miał żądzę mordu wypisaną na twarzy, ale doszłam do wniosku, że nie może być tak źle. I miałam rację! To mój Rycerz w lśniącej zbroi. – zakpiła, jednocześnie przyglądając mu się uważnie. Nie dziwiła się dziewczynom, że się bały… ona w pierwszej chwili – tamtego felernego wieczoru – poczuła dokładnie to samo. Perspektywa jednak się zmieniła. No i teraz nie byli sami w ciemnej uliczce… byli w klubie, w każdym kącie stała ochrona, prawie wszystko było monitorowane – nie musiała się bać – Jednak czekasz w loży, a nie na tyłach? – wytknęła dając do zrozumienia, że doskonale pamiętała, co wtedy mówił. Czyżby jednak miała rację? Fantastyczne uczucie.


Sawyer Wright
darsi
nie lubię postów o niczym i braku obustronnego pchania fabuły do przodu, a tak to się dogadamy
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Musiała żyć w bardzo ciekawym, słodkim świecie, skoro wierzyła, że niespełna rozumu narwaniec, który nie wahał się sięgnąć po nóż, dałby jej spokój za . o b i e t n i c ę . . Chociaż oczywiście pozostawała spora szansa, że po prostu gadała co jej ślina na język przyniesie, żeby postawić na swoim w walce, w której Sawyer nawet nie brał udziału.
Ale on nie czekał ani na jej wdzięczność, ani tym bardziej — na jej aprobatę.
Nie potrzebował żadnej z tych rzeczy; potrzebował od niej tylko przepustki do wnętrza klubu ze striptizem, cała reszta miała przynajmniej marginalne znaczenie. Dlatego nie skomentował już jej słów ani nie starał się jej przekonać do czegoś, co w jego mniemaniu było bardziej niż oczywiste; że typ przypuszczalnie nie skończyłby na zapewnieniach o swojej dozgonnej miłości; że obietnice są może dobre dla dziewic i rycerzy, ale nie dla dziwek i morderców; że nóż, który trzyma w dłoni, równie dobrze mogłaby właśnie trzymać w trzewiach. Bo to nie była sprawa Sawyera i nie obchodziło go, w co wierzy nieznajoma. W końcu kim był, żeby uświadamiać obcym ludziom, w jak chujowym świecie przyszło im żyć?
Fakt, że się nie cofnęła, że nie uciekła nawet spojrzeniem i nie drgnęła pod dotykiem stali na ubraniu, dobrze o niej świadczył. Chociaż ostatecznie i to nie miało przecież większego znaczenia; jedynie ukłucie satysfakcji i jego odbicie w nieznacznie uniesionych kącikach ust mężczyzny, kiedy dziewczyna się odezwała.
Zapamiętam — zapewnił beznamiętnym głosem, który nie sugerował absolutnie żadnej emocji.
A później poszedł za nią w absolutnym milczeniu, stojąc tam, gdzie kazała mu stać i czekając, kiedy kazała czekać. Bynajmniej niczego go to nie kosztowało, bo w tej sytuacji nie było nic z męskiej dumy; tylko pragmatyczne spojrzenie na rzeczywistość w miejscu, którego nie znał i do którego zasad musiał się dostosować. A przede wszystkim — jak zawsze w przypadku Sawyera Wrighta — chęć zarobienia.
Spojrzał na nieznajomą kątem oka, kiedy go wymijała.
Tobie też, księżniczko. Coś czuję, że ci się przyda w życiu — mruknął w odpowiedzi do jej oddalających się pleców, nie oglądnąwszy się nawet przelotnie w ramię. Nie miało znaczenia, czy go usłyszała.
Teraz liczył się tylko i wyłącznie interes.

Tego wieczora nie spodziewał się nikogo szczególnego. Zdziwił się więc, kiedy usłyszał nad sobą znajomy głos; podniósł spojrzenie wolno, bez niepotrzebnej nerwowości cechującej ofiary, a kiedy wzrok zatrzymał się na twarzy dziewczyny z zaułka, uśmiech sam wepchnął mu się na usta. Kiedy się odezwała ponownie, Sawyer pomyślał leniwie, że mogło być jeszcze całkiem interesująco, chociaż bynajmniej tego nie zakładał, kiedy tu przychodził.
Ale żądzę mordu? Parsknął krótkim śmiechem i pokręcił głową na boki, bo dzisiaj był wypoczęty i w wybitnie dobrym nastroju. Nie odsunął się jednak i nie oponował, kiedy usiadła tuż obok niego.
Właściwie jeszcze trochę i jestem gotów pomyśleć, że to jest twój typ i że z przyjemnością wybierasz tych najgorszych — odbił piłeczkę, obserwując ją bez pośpiechu.
Wyglądała podobnie, a jednak zupełnie inaczej. Może dlatego, że nie miała na sobie grubego płaszcza, a przechodzący obok loży mężczyźni nie krępowali się z pożeraniem jej ciała spojrzeniami.
Touché. Dzisiaj przyszedłem popatrzeć — odparł z leniwym półuśmiechem na jej zaczepkę.
Oczywiście, że jej nie zapomniał i oczywiście zrozumiał, że nawiązuje do tamtej rozmowy sprzed tygodni, która teraz wydawała się istnieć w innym życiu, tak wiele rzeczy wydarzyło się w międzyczasie. Ale Sawyer miał to do siebie, że mało których ludzi całkiem zapominał — nigdy zaś tych, którzy wbijali się ponad szary, przeciętny tłum i to bynajmniej nie w kwestii zasobności portfela czy posiadanych wpływów. Ta dziewczyna była zadziorna. Odważna, nawet jeśli w głupi sposób, który pewnie kiedyś zafunduje jej płytki grób. Wygadana.
Była też, rzecz jasna, piękna. Ale nie w ten płytki, powierzchowny sposób, który nigdy Sawyera nie interesował i który go nudził.
Nie zrobił nic z tym dotykiem, który poczuł na swoich udach.
Nie krępuj się. Namów mnie na jednego z tych koszmarnie drogich drinków, na których niejeden idiota pewnie stracił u was fortunę, żeby obudzić się rano z kurewskim kacem — rzucił, rozbawiony i w wyjątkowo dobrym humorze.
Dzisiaj Sawyer nie pracował. Musiał tylko zostawić Danielowi sprawozdanie z ostatnich . z l e c e ń . i kilku komplikacji po drodze, ale później wieczorem i w nocy nie miał do załatwienia niczego ważnego. Mógł więc napić się kiepskiego alkoholu z absurdalną marżą, zostawić zleceniodawcy część kwoty, którą ten zapłacił mu za uciszenie swoich problemów. I mógł spędzić z nią trochę czasu, nawet jeśli robiła to tylko dlatego, że na tym polegała jej praca.
To bynajmniej Sawyera nie obrażało.
Nie miał w zwyczaju obrażać się na zasady rządzące tym światem.
A w rewanżu ja nakłonię ciebie, żebyś podała mi swoje imię — dodał, przechylając głowę lekko w bok, jednak jego spojrzenie pozostało zawieszone wyłącznie w obrębie jej twarzy i nie zsunęło się nawet o cal poniżej linii jej szyi.
Wiedział doskonale, że w takim miejscu jak to, imię jest zwykle kwestią ceny. A jednak nie miał nic przeciwko, żeby samemu po raz kolejny zagrać w tę starą jak świat grę.

Darcy Bowman
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
34 y/o
DARCY
171 cm
właścicielka The Fifth Social Club
Awatar użytkownika
And I bet you think about me...
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie były jej słowa. To nie była jej opinia. Uniosła nawet dłonie w obronnym geście, gdy zaczął się śmiać, bo przecież co złego to nie ona. Ona była po prostu ciekawa… a może faktycznie tego typu mężczyźni byli jej specjalnością. Gustowała w trudnych przypadkach i nawet nie próbowała protestować, gdy jej to wytknął. Za to skwitowała cieniem uśmiechu, który przemknął przez jej wargi, bo cóż… albo miał oko do ludzi albo wybrał najbardziej oczywistą wersję. W końcu była dziewczyną z klubu ze striptizem.
Za to zaczęła się zastanawiać, czy faktycznie należał do tych najgorszych. Tamtego wieczoru takim próbował się przedstawić, ale jednocześnie jej pomógł i na dobrą sprawę nie chciał niczego w zamian… bo umówmy się – spotkanie z Danielem nie było rzeczą niemożliwą do zorganizowania, ani szczególnie wymagającą. Po prostu zapytał o niego nieodpowiednią osobę, a ona miała z tego powodu sporo szczęścia. Dzisiaj natomiast faktycznie wydawał się być bardziej… zrelaksowany. Mniej spięty. Nie sprawiał wrażenia najgorszego – w żadnym tego słowa znaczeniu.
Mimo wszystko i tak go wybrała. Nawet nie drgnęła, żeby zostawić go w świętym spokoju skoro przyszedł tylko popatrzeć. Wpatrywała się w jego profil, a gdy odwracał się w jej stronę – nieskrępowana wpatrywała się w jego tęczówki. Z zainteresowaniem. Gdzieś tam z tyłu głowy miała mnóstwo pytań i była ciekawa jak przebiegają interesy z Daniel, ale miała w sobie odpowiednio dużo instynktu samozachowawczego, żeby ich nie zadawać. Co ciekawe… nie ze względu na tego mężczyznę, a na Daniela. To on mógł jej sprawić znacznie więcej kłopotów.
Ona sama natomiast mogła sobie narobić kłopotów, gdyby nie namówiła go na tego koszmarnie drogiego drinka – mimo wszystko nie wykorzystała okazji, nie ruszyła od razu do baru i nawet nie podniosła się z kanapy.
- Imię? – kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu – Możesz mnie nazywać jak chcesz, tylko wybierz coś ładnego. Odmawiam bycia nazywana jakąś Daisy, czy inną Kitty. – zmrużyła lekko oczy nieprzerwanie mu się przyglądając i kręcąc lekko głową, bo naprawdę akurat tego rodzaju ciekawości się po nim nie spodziewała – Plus wiesz jak to działa… ja powiem ci jak mam na imię, ty będziesz musiał mi powiedzieć jak ma imię, nagle się okaże, że jesteśmy przyjaciółmi. – zakpiła, ale wyraźnie rozbawiona – A przecież przyszedłeś tylko popatrzeć. – na dziewczyny jej pokroju. Chociaż nie umknęło jej, że gdy patrzył na nią – patrzył na jej twarz. Rzadko można było to powiedzieć o gościach tego klubu… ale po to przychodzili. I po to dziewczyny miały na sobie wyzywająco małą ilość materiału. Przez myśl jej nawet przeszło, że mogła mu się nie podobać… bo chyba nie był dżentelmenem, co?
- To czego się napijesz? – zapytała w końcu, jednocześnie wstając z kanapy i na krótką chwilę przysłaniając mu jakikolwiek inny widok, a na pewno scenę z podestem, na której jedna z dziewczyn właśnie zarabiała na swój czynsz. Jakby chciała go sprowokować, żeby jednak spojrzał, żeby jednak przesunął spojrzeniem po jej sylwetce… I uśmiechnęła się z wyraźnym zadowoleniem jeśli tak się stało, nawet automatycznie.



Sawyer Wright
darsi
nie lubię postów o niczym i braku obustronnego pchania fabuły do przodu, a tak to się dogadamy
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”