Spojrzała na swoje odbicie w lustrze i cicho westchnęła, zdając sobie sprawę, że walka z warstwą brokatu na jej policzkach jest bezskuteczna, że nie uda się jej go pozbyć tylko przy pomocy tej przeklętej chusteczki do demakijażu. Szlag. Nie lubiła tak wracać do domu, nie lubiła zwracać na siebie uwagi… nie w ten sposób i nie w takich okolicznościach. Nie oszukujmy się - Toronto po zmroku nie było najbezpieczniejszym miejscem dla dwudziestodwulatki szlajającej się samej po ulicach. Ale w życiu nie przypuszczała, że niebezpieczeństwo czeka już za drzwiami klubu i to, że miała na sobie resztki scenicznego makijażu nie miało najmniejszego znaczenia.
Wyszła tylnym wyjściem z typową dla siebie pewnością. Zatrzymała się tylko na moment, żeby z dna torby wygrzebać paczkę papierosów i jednego z nich zapalić. Nie paliła… oczywiście, że
nie paliła. To był po prostu jeden z tych wieczorów, że chyba tylko tak mogła odreagować. Drzwi do klubu zatrzasnęły się za nią z głośnym hukiem i dopiero wtedy ruszyła dalej. Krok, dwa, pięć? Sama nie wiedziała ile udało jej się ich pokonać, gdy poczuła gwałtowne szarpnięcie. Papieros wypadł jej z dłoni, a ona na ułamek sekundy zapomniała jak się oddycha. Na krótką chwilę wpadła w panikę i nawet nie próbowała tego ukryć. Nie miało to najmniejszego sensu.
Uderzyła potylicą w ścianę budynku, aż pociemniało jej przed oczami i potrzebowała chwili, żeby odzyskać ostrość widzenia i skupić wzrok na mężczyźnie, którego słowa docierały do niej z lekkim opóźnieniem. Znała ten głos? Nie… Nie potrafiła sobie też przypomnieć tej twarzy. Widywała takich dziesiątki jeśli nie setki, niczym nie wyróżniał się na tle innych gości klubu. Ale to, co mówił? Uparcie próbowała sobie przypomnieć sytuację, do której nawiązywał i nagle dostała olśnienia. Kolejny wariat… nie przypuszczała jednak, że mógłby się posunąć tak daleko. Podstawowy błąd – nie doceniła przeciwnika i teraz musiała ponieść tego konsekwencje.
- Wybaczyłeś mi? – rzuciła z niedowierzaniem wtrącając się w monolog mężczyzny, ściągając mocniej brwi i chociaż rozsądek podpowiadał jej, że lepiej byłoby się ugryźć w język. Ale on nawet sobie nie przerwał, kontynuował swój wywód, a jej coraz trudniej było uwierzyć w to, co słyszała. Przeznaczenie? Nie chciał, żeby taką ją widzieli? Na boga… sam widział ją przez może dwie minuty! Zdała sobie sprawę, że ma do czynienia z psychopatą, a serce znacząco jej przyspieszyło. Tym bardziej, że z każdym kolejnym słowem coraz silniej zaciskał na niej swoje łapy, coraz mocniej przyciskał ją do tej nieszczęsnej ściany…
Mogłaby krzyczeć… tylko czy coś to da? W klubie ciągle było głośno, nikt jej tam nie usłyszy. Monitoring na tyłach był mocno ograniczony z oczywistych powodów i bardzo szybko to zrozumiała. Może ktoś zaraz wyjdzie? Powinien… ale w takim razie ona powinna przeciągnąć tą rozmowę. Dać sobie szansę.
I wtedy ponad ramieniem psychopaty zobaczyła męską twarz, a jej serce przyspieszyło jeszcze bardziej. Nie znała go, pierwszy raz widziała go na oczy i równie dobrze mogła wpaść w jeszcze większe kłopoty… z całym szacunkiem – nie wyglądał na porządnego gościa. Znalazł się też w miejscu, w którym
porządni goście nie bywają. Mimo wszystko…
Odwrócił uwagę mężczyzny, który ją trzymał. Rozproszył go i sprawił, że ten poluźnił uścisk i odwrócił głowę w jego stronę. Wykorzystała swoją okazję i po prostu go kopnęła. Mogła postarać się bardziej, ale najpierw wycelowała w męską piszczel, a jak tylko odzyskała tym odrobinę przestrzeni uderzyła kolanem w jego krok. Zawył żałośnie i puścił uścisk, żeby zgiąć się w pół. To jej wystarczyło, żeby się odsunąć z zasięgu jego odrażających łap. Spojrzał na nią z wściekłością.
- Znasz go kurwa? – patrzył na nią, ale wycelował dłoń w stronę Sawyera. Miała sekundę na podjęcie decyzji… zerknęła na Wrighta, ale nie oczekiwała jego decyzji –
Znam, więc daj spokój – skłamała gładko, chociaż prawdopodobnie zupełnie niepotrzebnie -
Puszczasz się z nimi wszystkimi, tak? Jesteś taka sama jak wszystkie… zwykła dziwka! Dlaczego mi to kurwa robisz?! – nie potrafiła powiedzieć, czy był wściekły, czy załamany… ale niewątpliwie był w amoku. Bo nagle w bladym świetle ulicznej lampy błysnęło ostrze niewielkiego noża, który wyjął z kieszeni –
Przestań, nie rób tego – szepnęła, robiąc kolejny krok do tyłu, święcie przekonana, że to ona stanie się celem jego ataku -
Dlaczego mnie do tego zmuszasz? Nie chciałem nikomu robić krzywdy… nie chciałem. – mamrotał, odwracając się w stronę Sawyera i ruszając na niego z tym nieszczęsnym małym nożykiem.
Zamarła. Chciała krzyknąć, ale przyłożyła tylko dłoń do ust i w ten sposób zagłuszyła jakikolwiek dźwięk, który miał się z nich wydostać.
Czy to wszystko musiało być takie pojebane?!
Sawyer Wright