W mrocznym miejscu Anthony Bellore dopiero się znajdzie – za jakiś czas, kiedy zorientuje się, jaką scenkę przed nią odegrał i jak bardzo żałośnie wyglądał w oczach Love.
Musiał wyglądać w nich żałośnie, bo zanim na dobre rozgościł się na swoim materacu, poczuł jak ten uginał się pod dodatkowym ciężarem jeszcze jednego ciała, a potem już na swojej skórze: jej subtelny dotyk i bijące od niej ciepło. Love Roderick była blisko.
Zbyt blisko. Anthony się wzdrygnął. Wzdrygnął się, albo przynajmniej tak mu się wydawało, bo chociaż od razu wykiełkowała w nim chęć protestu, nie potrafił wydusić z siebie słowa; nie potrafił się odsunąć. Nie istniała taka siła, która zmusiłaby go, żeby się do tego przyznał, ale zdiagnozował się wyjątkowo prędko i trafnie: on tej bliskości potrzebował. I to bardzo. Jakkolwiek żałośnie by to bowiem nie brzmiało – nie mógł i nie chciał być, tak jak
wtedy, sam. Jej skromny gest przynosił ulgę. Gest, a nie słowa, które wreszcie zaczęły wypadać mu z ust i składać się w opowieść o miłości Schrödingera.
Nie zdążył podziękować. Love, co prawda, się nie odsunęła, ale już nie wspierała dłoni na jego piersi i w tych ciemnościach sprawiała wrażenie przyłapanej na gorącym uczynku, więc połknął komentarz razem z głębszym haustem powietrza. Pachniało trochę stęchlizną starych mebli, a trochę deszczem, ale przede wszystkim tanim, hotelowym żelem pod prysznic, który na pewno z obrzydzeniem wcierała w skórę kilka minut wcześniej. Pomyślał, że już do końca życia nie zapomni tego zapachu. I jednocześnie – że już nigdy więcej go nie poczuje. Nie
tak samo.
–
Za to znasz amerykańskie? – Wymsknęło mu się, zanim zdążył się nad tym głębiej zastanowić, ale wbrew pozorom wcale nie zastanawiał się nad tym, co krążyło po głowie Love. Był złośliwy, bo… Był złośliwy, kropka. Złośliwy, ale nie podły. –
Najbardziej ekskluzywny pakiet to sto dolarów i dwie kawy na wynos. Podobno normalnie jest bez kawy, ale… – Odruchowo pokazał nieznacznym skinięciem głowy za okno, ale to bardzo prawdopodobne, że tego nie wychwyciła. Była za to zbyt bystra, żeby tego nie wyłapać. –
I tak, dobrze kombinujesz. Dwie kawy – dodał i żałośnie prychnął pod nosem. –
To są czyjeś córki, Love. I kosztują tylko sto dolarów. – Różnie mogła o nim myśleć, skoro z takim entuzjazmem podchodził do tej historyjki, ale akurat to ostatnie zdanie brzmiało… Boleśnie. Boleśnie albo obolale. I z nutką obawy o to, czy po drodze nie popełnił podobnego błędu.
Zanim jednak zdążył się nad tym pochylić na dłużej, Love rzuciła mu koło ratunkowe i nie pozwoliła, żeby dał się porwać falom marazmu czy czarnowidztwa. Niestety jednak – wody, na które go porwała, wcale nie były spokojniejsze. Wręcz przeciwnie – sztorm zamienił się w
sztormisko, a wdzięczny za jej towarzystwo Anthony zwyczajnie się wkurwił.
–
Naprawdę? – Warknął, gwałtownie podrywając się do siadu. Na całe szczęście – umiejętnie na tyle, że nie zderzyli się głowami, choć potencjał pewnie był, skoro nadal wisiała nad nim podparta na jednej ręce. –
Naprawdę teraz zadajesz mi takie pytanie? – Możliwe, że jego alergiczna reakcja nie miała większego sensu; Love sprytnie wszak przygotowała grunt i zapytała całkiem delikatnie. Problem polegał jednak na tym, że Anthony – choć lubił się samobiczować, to nienawidził, gdy razy wymierzał mu ktoś inny. A właśnie tak się poczuł, gdy wreszcie zdobyła się na swoje pytanie. –
Będzie lepiej, jak się położysz. Wyjedziemy, jak tylko się przejaśni. Mam plany – wymuszony spokój – tak właśnie brzmiały jego słowa, kiedy podniósł się na równe nogi i włączywszy latarkę w telefonie, podreptał ostrożnie w stronę łazienki. –
I Love? – Zawołał w progu, szorstko, nie odwracając się w jej stronę. –
Nie chcę z tobą rozmawiać o mojej żonie. Nie chcę, żebyś o niej mówiła. – Oznajmił z jakimś chorym przekonaniem, że Love zastosuje się do zaleceń albo że był w tym wszystkim niewinny. Potem zamknął drzwi i za chwilę zniknął pod płynącą z natrysku ciepłą wodą, a zanim skończył się wycierać, wrócił prąd i pewnie to dzięki temu się nie połamał. W każdym razie – Love spała (albo, że śpi, udawała), a odkąd rankiem zapakowali się do wynajętego samochodu, w drodze do Toronto wymienili najwyżej kilkadziesiąt słów, z których większość dotyczyła planowania podróży; ba, nawet zamiast „cześć” padło kurtuazyjne do widzenia.
Love Roderick
/ztx2