35 y/o
For good luck!
188 cm
skrzypek solista toronto symphony orchestra
Awatar użytkownika
“Tell me where it hurts, she'd say. Stop howling. Just calm down and show me where.

But some people can't tell where it hurts. They can't calm down. They can't ever stop howling.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 os, czas przeszły
czas narracji-
postać
autor

Czy to pogoda zdawała się dostosowywać do panującego między nimi napięcia? Czy może raczej podświadomie zarówno Monty'emu, jak i Wolfgangowi udzielała się nagle porywczość rozszalałej za oknem wichury? Niezależnie od odpowiedzi, rezultat był taki sam: raz wznieconej, złości buzującej w obydwu mężczyznach nie dało się ugasić spokojniejszym tonem głosu, lub próbą odwołania się do zdrowego rozsądku. Było na to o wiele za późno - może parę minut,

a może dwadzieścia lat.
To, czego Wolfgang wydawał się być pewien - mianowicie, że ojciec Monty'ego, mimo swojej brutalności, nie byłby w stanie dopuścić się do czegoś tak dramatycznego i niewybaczalnego, jak akt synobójstwa - samemu szatynowi wcale nie wydawało się aż tak oczywiste. Nie dlatego, że w przeszłości spodziewał się po własnym ojcu jakichś morderczych instynktów, lub, że obawiał się, iż Morin senior faktycznie nosił się z planem pozbawienia go życia... Ale przecież nie takie wypadki zdarzały się ludziom w afekcie. Niesieni emocjami, nawet z pozoru najbardziej opanowani - i kochający - rodzice, potrafili czasem stracić kontrolę, i pchnąć za mocno, uderzyć pod zbyt trafnym kątem, skrzywdzić w sposób, który okazywał się być nieodwracalny. Tak bardzo więc, jak Morin i Welsh mogli próbować sobie wmówić, że wcale tak nie było, na pewno musiała istnieć jakaś alternatywna rzeczywistość, w której to Montgomery - nie jego ojciec - uderzył kantem potylicy w ostrą krawędź i padł na pokład łodzi nieprzytomny, z ostatnim tchnieniem tańczącym na wargach rozchylonych jak u walczącej o oddech ryby. Co więcej, Monty przez lata obserwował, jak napady szału jego ojca stają się coraz bardziej nieopanowane. Rozumiał więc, jak blisko tamtej nocy znaleźli się od zamienienia się miejscami...

Może, zresztą, już tak było? W końcu sądząc po rozwoju dzisiejszych zdarzeń, Montgomery zdawał się do własnego ojca upodabniać o wiele bardziej niż by chciał, i o wiele bardziej, zarazem, niż kiedykolwiek przypuszczał, że byłoby to możliwe... Ta gwałtowność ruchów, ten sposób, w jaki całe pole widzenia pod wpływem paru słów drugiego mężczyzny zasnuło mu się na moment czerwoną mgłą, nie pozwalającą na przebicie się żadnych racjonalnych argumentów albo składnych myśli, musiały być ojcu Monty'ego znane aż za dobrze. Co, jeśli ten rodzaj utraty kontroli dało się przekazać w genach? Co, jeśli wisiały nad młodszym Morinem nie jak tradycja, a po prostu jak klątwa, i żaden rodzaj miłości, żadna ilość terapii, żadna doza wycieńczającej pracy nad sobą samym nie pozwoliłyby mu się od nich uwolnić? Może jego los był przesądzony - a co za tym szło, ich wspólny los także - i było wyłącznie kwestią czasu, aż Monty zrani Wolfganga tak, że ten już nigdy się z tej krzywdy nie poniesie?
W końcu już raz próbował.
W końcu już raz prawie mu się udało.
Welsh nie wyglądał na przerażonego, nie wyglądał nawet na ogarniętego złością. Zamiast tego, i Morin rozpoznał w układzie mimiki blondyna wyraz najbadziej zbliżony właśnie do ulgi, jakby Welsh właśnie na to czekał, i tego pragnął. Jego szału. Czyżby kolejnego ciosu, który mógłby odsunąć ich od siebie na następne dekady? Czy może raczej następnej prowokacji, po której wreszcie mogliby wygarnąć sobie wszystko, co uzbierało się w ich duszach przez te nieznośne lata pełne niewiadomych i gęste od milczenia?
- Droga wolna - Prychnął, obejmując wzrokiem Wolfganga, gdy ten prostował się ponownie do pionu z pozycji, w której wyglądał tak, jakby miał zaraz zwymiotować, albo zemdleć. Obydwie reakcje byłyby uzasadnione, i bardzo zbliżone do tego, zresztą, na co miał teraz ochotę sam Monty. Tego, jak duszno mu się zrobiło, i jak słabo jednocześnie, nie dało się bynajmniej wytłumaczyć meteorologią, czy typową duchotą unoszącą się w powietrzu przed burzą. Próbował jednak zachować jakieś resztki gniewnego animuszu, zadarłszy głowę, i wbiwszy wzrok wprost w płaszczyznę malujących się przed nim okien, i ściany. Jeśli wolałby teraz stanąć vis a vis Wolfganga - i jednocześnie twarzą w twarz z całą plejadą swoich największych pragnień i lęków - nie otrzymał na to szansy, bo blondyn był sprytniejszy i szybszy, sytuując się za nim. Tylko tyle wystarczyło, by linią morinowego kręgosłupa przebiegł zimny, elektryzujący dreszcz.
Rozpoznał to pytanie - już raz, całkiem niedawno, zadane mu przez Wolfganga, i ewidentnie zwieńczone wtedy przez Monty'ego odpowiedzią, która dla drugiego mężczyzny okazywała się co najmniej niesatysfakcjonująca. Mimowolnie przymknął oczy, pozwalając wadze słów Welsha rozejść się po jego własnym ciele jak gorączka.
- Powtarzasz się - Odparł. Nie jak zarzut, albo atak, ale raczej jak stwierdzenie faktu, przypomnienie oczywistości. - Więc i ja muszę się powtórzyć. Co chcesz ode mnie usłyszeć, Wolfgangu?


Wszystko. Chcę od Ciebie...

- Bo za każdym razem gdy mnie o to pytasz, mam wrażenie, że masz już w głowie preferowaną odpowiedź. Chcesz żebym potwierdził? - Odwdzięczył się pięknym za nadobne, jednym znakiem zapytania za inny. Już samo to pytanie wymagało odeń niemalże nieludzkiego wysiłku, teraz, gdy dotyk blondyna dekoncentrował go w nowy sposób. Wciągnął powietrze przez nozdrza i wypuścił przez wargi, próbując tym samym wyregulować galop napędzanego adrenaliną serca - Czy raczej, żebym zaprzeczył? Powiedział ci, że nigdy nie mógłbym cię znienawidzić...? - Nie przedrzeźniał, jeszcze nie, choć jego ton znalazł się niebezpiecznie blisko kpiny.
Jakimś cudem nieomal spodziewał się kolejnego pytania. Przyjął je z leciutkim odchyleniem głowy w bok, tym samym obnażając przed Welshem nagi skrawek piegowatej skóry rozciągającej się na jego barkach i karku w tym punkcie, gdzie kończył się materiał ubrania.
- Dlaczego - Odparował - tak bardzo potrzebujesz wiedzieć? Wolfie - O wiele bardziej miękko - Nawet jeśli ci powiem... Co to dzisiaj zmieni?


Wolfgang Welsh
joachim
nic co ludzkie nie jest mi obce
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Tak było lepiej.
Gdy Morin stał odwrócony do niego plecami, Wolfgang mógł skorzystać z przywileju, jakim było zaprzestanie walki z własnymi emocjami. Poza zasięgiem wzroku szatyna mógł, w końcu, pozwolić sobie na to, by cały s t r e s, niepokój i zmęczenie odcisnęły się na jego obliczu. Jakże dalekie były to emocje od tych, które poczuł, gdy tego wieczoru usłyszał dzwonek do drzwi i zobaczył Montgomery’ego na progu swojego domu. Ekscytacja i ulga wyparowały, nie zostawiając choćby cienia śladu po swojej obecności. Montgomery Morin wydawał się powojennym niewypałem pogrzebanym pod warstwą ziemi - pozornie cichy i opanowany był zdolny eksplodować przy najmniejszym błędzie. Należałoby więc stąpać ostrożnie, by czasem nie naruszyć cienkiej granicy powierzchni i nie spowodować niekontrolowanego wybuchu, lecz problem leżał w tym, że Wolfgang nie miał już więcej cierpliwości do dawnego (do dawnego?) przyjaciela. Pragnął prawdy i szczerości, lecz zamiast tego uparcie serwowano mu uniki i niedomówienia, podszyte drwiną lub pełne sprzeczności.
Tak było łatwiej.
Znosić nie tylko jego obecność, ale i emanującą energię, która zdawała się wypełniać przestrzeń dzielącą ich ciała. Ciężką, gęstą i lepką; oblepiającą zarówno skórę, jak i umysł Wolfganga. Zapach Morina łaskotał go w nos, znajomy i jednocześnie obcy po tylu latach rozłąki. Czuł pod palcami napięcie mięśni ukrytych pod materiałem koszulki, subtelne drgnięcia zdradzające każdy oddech szatyna. Przymknął oczy, by nie musieć go oglądać.


Tak. Chcę żebyś potwierdził.


To pasowałoby do narracji, którą zdołał wypracować w swojej głowie; wygodnie tłumaczącą odcięcie się, niechęć i brak kontaktu. Ta perspektywa pomogła mu przetrwać. W końcu Wolfgangowi nie ciążył jedynie sam czyn pozbawienie życia Morina seniora – była jeszcze świadomość własnej bezczynności, która wnet ogarnęła go po tym, jak krew rozlała się po pokładzie kajuty. Zamrożenie wynikające z faktu, że właśnie kogoś zabił i przytłaczająca, nieodwracalna świadomość, że nie jest już w stanie tego zmienić. Opuściły go siły, przez co Montgomery samodzielnie musiała zająć się bałaganem, którego narobił.

Zaprzeć, proszę.
Byłem ci kiedyś najbliższy, nie możesz mnie nienawidzić.


Śmiech Wolfganga, delikatny i krótki, przypominający bardziej westchnienie niż wesołość, połaskotał szyję szatyna.
– Och, Monty – szepnął, otwierając oczy i wbijając wzrok w tył głowy mężczyzny. – Oboje doskonale wiemy, że nie byłbyś zdolny do podobnych wyznań – nie względem mnie.
Już nie. W przeszłości? Być może. Lecz teraz nie mógł liczyć na podobne łaski. Dostrzegał błysk dawnego Morina – jego przenikliwość, inteligencję i irytującą skłonność do prowadzenia rozmowy tak, by ostatnie słowo należało do niego. Dawny Morin nie byłby jednak zdolny do tego, by go umyślenie skrzywdzić. Ten, stojący krok przed nim? Nie wydawał się pamiętać, gdzie przebiegała granica pomiędzy obroną a atakiem.
Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią wpatrując się w bezmyślnie w odsłonięty kawałek skóry. Tyle piegów… Jeszcze nigdy u nikogo nie widziałem tylu piegów.
– Może zacznę lepiej sypiać? – odparł w końcu.
– Może dzięki temu zacznę obchodzić urodziny. Od dwudziestu lat nie pozwalam na to, by je w jakikolwiek sposób celebrować… -
Jak długo jego palce głaskały szyję Morina?
– Może będę mógł w końcu wsiąść choćby na głupi kajak? Panicznie boję się otwartej wody i wszelkiego rodzaju łódek, ty też tak masz?–
Wierzchem palców wskazującego i środkowego gładził miarowo odsłonięty skrawek karku. Przed laty znał go na pamięć. Wiedział, że gdyby przesunął palec na ramię napotkałby wypukłą bliznę w kształcie sierpa księżyca, która powstała na skutek dziecinnej zabawy w domu rodzinnym Welsha.
– Może to ukoi złamane dawno temu serce? –
Nie powinien tego mówić, lecz było już z a p ó ź n o. Oderwał dłonie od ciała Morina i wsadził je do kieszeni dresów, wściekły na siebie i swoją wylewność. Nie potrafił dosięgnąć poziomu nonszalancji i obojętności, które reprezentował Monty; nie umiał skryć siebie i swoich uczuć za sarkazmem i ironią. Zawsze uczono go, że o uczuciach należy rozmawiać, lecz ta zasada nie wydawała się mieć zastosowania przy skrzypku, który gotów był wykorzystać przeciwko niemu każde wypowiedziane słowo, odsłoniętą słabość czy przejaw bezbronności. Jednak dlaczego? Jaki miał w tym cel?
– Montgomery, po co tutaj przyszedłeś? –

montgomery morin
gall anonim
35 y/o
For good luck!
188 cm
skrzypek solista toronto symphony orchestra
Awatar użytkownika
“Tell me where it hurts, she'd say. Stop howling. Just calm down and show me where.

But some people can't tell where it hurts. They can't calm down. They can't ever stop howling.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 os, czas przeszły
czas narracji-
postać
autor

Dwadzieścia lat praktyki.
Dwadzieścia lat skutecznej strategii unikowej, która pozwalała Montgomery'emu zachować jakieś pozory normalności, totalną utratę zmysłów utrzymując w (fałszywie) bezpiecznej odległości., choć szaleństwo zawsze przecież kryło się tuż za cienką linią horyzontu, jak obietnica, której los miał w końcu dotrzymać, ale nigdy jakoś nie precyzował kiedy dokładnie szatyn odda się wreszcie, bezpowrotnie, kompletnemu amokowi.
Z tym właśnie musiał teraz mierzyć się Wolfgang - tak cudownie naiwny, tak cudownie ufny w dziecięcym niemal założeniu, że Montgomery po dwóch dekadach fałszu i farsy wstąpi w jego ramiona bez cienia wątpliwości i bez prób, by prawdę przysłonić za szczelnym parawanem z misternie uplecionych kłamstw. Za każdym razem, gdy blondyn starał się go podejść, Morin sprawnie znajdował coraz to nowsze i bardziej wyrafinowane sposoby na wykręcenie się od odpowiedzi, na spowicie tego, co chciałby Welshowi tak naprawdę wyznać pod grubym płaszczem ciszy, wymówek albo zbywających go złośliwości.
Za każdym razem, gdy wyciągał ku niemu dłoń, Morin zamiast ją wziąć, zdawał się raczej ją kąsać. Jak pies, kiedyś udomowiony i posłuszny, ale teraz zbyt długo pozbawiony kontaktu z człowiekiem, by w wyciągniętej w jego stronę ręce nie dopatrywać się zapowiedzi bólu, a widzieć po prostu pretekst do odbudowania bliskości.

Nie musiał odwracać głowy, uważnym spojrzeniem śledząc trajektorię, po której poruszał się wzrok drugiego mężczyzny, by wiedzieć, na co Wolfgang teraz patrzy. Nakładające się na siebie misternie konstelacje drobniutkich cętek, skomplikowany pejzaż brązowego i rdzawego pigmentu malujący się na każdym niemalże skrawku morinowego ciała. W dzieciństwie było mu tych wszystkich piegów, którymi usypany był mniej więcej tak, jak babcine ciasto potrafi być usypane cukrem pudrem gdy omyłkowo użyje się sitka o nieco zbyt obszernych oczkach, zwyczajnie wstyd. Czy nie wystarczająco często nasłuchał się przecież dziecięcych kpin płynących od równolatków, niby niewinnych, a jednak chłopięce ego potrafiących ugodzić jak ostra szpila? Czy przez pierwsze lata szkoły nie próbował zakrywać ich niemalże neurotycznie, w płonnej nadziei, że unikanie słońca pozwoli mu wreszcie pozbyć się tego genetycznego defektu, który w rówieśniczej hierarchii często wrzucał go do kategorii dziwadła? Czy nie było tak, że dopiero ruch wolfgangowych palców, ścieżki piegów Monty'ego potrafiących badać godzinami z namaszczeniem ostrożnym i niemalże, w gruncie rzeczy, religijnym, uleczył ostatecznie jego kompleksy, na barwę własnego ciała ucząc go spoglądać zupełnie inaczej? Nawet parę dobrych lat po ich rozstaniu, sypiając z innymi ludźmi, Monty pamiętał dotyk opuszków Welsha na własnej skórze, szukając jego echa w rękach innych kochanków, i zawsze odnajdując tylko pustkę.
Wzdrygnął się, jakby spojrzenie blondyna próbował strząsnąć z siebie niczym krople deszczu albo krwi, uwalniając się od ich bizarnego ciężaru. Nie pomogło. Wydawało się, że wzrok Wolfganga zdążył wypalić w jego karku żywy, bolesny ślad, a zaraz potem za spojrzeniem blondyna podążył też jego dotyk. Czy możliwym było, by coś niosło z sobą jednocześnie rozkosz i zagładę? Przyjemność i ból, rozpacz i ulgę, na którą Montgomery czekał dłużej, niż - w gruncie rzeczy - trwała cała ta ich przyjaźń. Cała ta ich miłość, z której powinien był wyrosnąć tak, jak ponoć da się wyrosnąć z najgorszej nawet traumy, a jednak nadal nie potrafił.
To, co wyrwało się spomiędzy jego warg gdy dłoń Wolfganga niemal zahaczyła o miejsce, gdzie w skórę Morina wżynał się jaśniutki półksiężyc zbliznowacenia, bardziej niż warknięcie protestu przypominało ciche zaskomlenie. Żałosne, ale bardziej szczere niż cokolwiek, co Montgomery mógł kiedykolwiek wyrazić w słowach.

Przymknął oczy - mimowolnie, nieplanowanie, jakby powieki same poddały się pod ciężarem niewysłowionego zmęczenia, które wzbudzała w nim ich rozmowa, cała ta ich dynamika, cała ta przepychanka, która z bójki w każdej chwili mogła przeobrazić się w taniec, z tańca w seks, z seksu ponownie w pojedynek, i z pojedynku - w kolejne, tym razem może już ostateczne, rozstanie. Był wykończony własną chwiejnością, i nieustępliwością Wolfganga, który chyba nadal próbował wyciągnąć z niego coś więcej niż sarkazm i werbalne przejawy wyrachowanego okrucieństwa.
- Na bezsenność są leki. A na lęk przed wodą terapia poznawczo-behawioralna - Powiedział, ale w jego tonie zabrakło tej dawnej ostrości, której używał do tej pory by bronić się przed kolejnymi, podejmowanymi przez Welsha próbami, by się do niego choć odrobinę zbliżyć. Był wykończony, więc może blondyn osiągnął swój cel - zmęczył materiał na tyle, by obrony Morina zaczęły, wreszcie, ustępować?
Monty uniósł na niego wzrok, i może zaczerwienienie jego oczu dało wyjaśnić się tylko przeprawą przez ścianę deszczu i ogólnym wycieńczeniem, a może stało za nim inne, o wiele bardziej bezbronne wytłumaczenie?
- Co jeśli ci powiem, że nie wiem? - Zapytał, i było to pytanie szczere, autentyczne, bez kolejnej próby wykaraskania się z rozmowy za sprawą jakiejś sprytnej machinacji - Będziesz wtedy usatysfakcjonowany, Wolfie? Nie mam pojęcia po co. Nie mam pojęcia - Mimowolnie naśladował ruch Wolfganga, samemu również wsuwając dłonie w kieszenie pożyczonych od niego spodni. Stali więc teraz na przeciwko siebie jak dwa lustrzane odbicia - tak podobni, jak podobni są do siebie ludzie, którzy razem dorastali. I, jednocześnie, tak kompletnie od siebie różni - Po co tu przyszedłem. Czułem po prostu... że muszę.

Wolfgang Welsh
joachim
nic co ludzkie nie jest mi obce
35 y/o
For good luck!
193 cm
prywatny detektyw tam gdzie jesteś Ty jest i on
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Więc to było to. Ta wielka chwila, która miała ukoić jego nerwy, przynieść spokój umęczonej głowie, którą dwie dekady gnębiły wyrzuty sumienia i podkopywały sens istnienia. Chwila, która miała zmienić wszystko. Nigdy nie nastawiał się na to, że jej zakończenie będzie słodkie niczym ich dziecięca przyjaźń. O wiele częściej dopuszczał do siebie myśl, że będzie ona raczej gorzka lub bolesna; że Morin wyzna mu to, co leżało mu na duszy, nawet jeżeli prawda okaże się trudna do przyjęcia. Lecz będzie prawdą – historią drugiej strony, w końcu wypowiedzianą i rzeczywistą, a nie kolejnymi domysłami podpowiadanymi przez nieprzepracowaną traumę. Nie był naiwny, licząc na to, że właśnie podczas t e g o spotkania wyjaśnią sobie historię, która rozdzieliła ich na dwadzieścia lat, a jednocześnie splątała ich na resztę istnienia. Prawda? W końcu pragnął tylko odpowiedzi.
Sęk w tym, że ja naprawdę potrzebuję rozliczyć się z tamtym wątkiem i go w końcu zamknąć, a nie mogę zrobić tego bez Ciebie. Więc jeżeli kiedyś poczujesz się gotowy, to zapraszam…
I przyszedł. Pojawił się w trakcie pierdolonej burzy. Przemoczony i zziębnięty. W pogodę, która utrudniała nie tylko pojawienie się na progu Welsha, ale także nagłe wyjście z mieszkania. Więc czy to źle? Czy to głupie, że odważył się pomyśleć, że Morin faktycznie poczuł się gotowy? Czy to było naprawdę aż tak naiwne?
Nie.
Tak.
To nie miało już znaczenia. Nie, gdy zdał sobie sprawę, że Montgomery Morin okazał się kolejną lekcją, a nie przeznaczeniem.
Był tylko wdzięczny (o ile można było to tak nazwać), że miłosiernie (czy Morin znał w ogóle takie słowo?) Montgomery nie skomentował jego wcześniejszych pytań, czym zapewne uczyniłby sytuację o wiele bardziej zawstydzającą i kłopotliwą dla Wolfganga. Sprawiło to, że nawet łatwiej było mu przełknąć te głupie, nic nieznaczące odpowiedzi na pytania o wodzie i bezsenności, które, choć wypowiedziane o wiele łagodniejszym tonem, brzmiały jak odpowiedzi udzielane dziecku niemającemu zielonego pojęcia o otaczającym go świecie.

– Usatysfakcjonowany? – powtórzył po nim, ostro i niedowierzająco. Niby jak? Cóż takiego było satysfakcjonującego w tym momencie? Samo jego pojawienie się?
Milczał dłuższy moment, z głową odwróconą nieznacznie w bok, nie mogąc dłużej patrzeć w te zaczerwienione oczy. Z jego ust wydobył się śmiech. Krótki i urywany. Nerwowy. Przypominający bardziej kaszel – jedno krótkie parsknięcie po drugim, każde urywane w połowie, jakby wydobywały się z niego poza jego kontrolą.
Tonął.
Zamknął oczy i zacisnął usta w cienką linię. Wziął oddech, powoli licząc w myślach do czterech. Zatrzymał w płucach powietrze na kolejne cztery uderzenia serca. Wypuścił je spokojnie, miarowo – znów odliczając do czterech. Pauza. Cztery sekundy poprzedzały kolejny wdech.
Wdech. Cztery.
Zatrzymanie. Cztery.
Wydech. Cztery.
Pauza. Cztery.
Raz za razem, aż w końcu ucisk w klatce piersiowej zelżał, a umysł stał się spokojniejszy i znów był na powierzchni, wyczuwając grunt pod nogami.
– Niech będzie i tak – odpowiedział w końcu, przenosząc wzrok na mężczyznę przed nim, spojrzeniem omijając jego oczy, błądząc nim tylko po twarzy i szyi. Choć był daleki od zadowolenia, tak nie mógł dłużej złościć się na Morina, który w gruncie rzeczy wydawał się równie zagubiony co on. – Ja… Ja chyba muszę się napić, Monty – wyznał. Nie potrzebował drinka, by znieść obecność Morina, lecz by ukoić nerwy i pogodzić się z tą nową rzeczywistością. – Masz też ochotę? Co prawda mam chyba tylko gin z tonikiem… – kontynuował, nie bardzo rejestrując własne słowa.


Ten dźwięk, który wydobył się z jego ust, gdy głaskał jego skórę. Jezu, co to było?
Jego obecność doszła do niego dopiero teraz, grubo po czasie, w którym mógłby zapytać o jego powód. Nie mam pojęcia po co… Czułem po prostu… że muszę. Dobrze. Bardzo dobrze. Nie dlatego, że odnajdywał s a t y s f a k c j ę w jego bezradności i rozbiciu, lecz dlatego, że Wolfgang musiał go tu mieć.
Choćby po to, by napić się głupiego drinka. By choć wymienić jeszcze kilka słów i spojrzeń. Monty zdecydowanie nie był tym, co należało trzymać przy sobie blisko, wywołując za wiele bólu i przykrości, lecz Wolfgang nie potrafił go sobie odpuścić. Nawet dla własnego dobra.
- … bo to w sumie mój ulubiony drink. Napijesz się więc? – Nie urywał wątku, choć nie wiedział, co właściwie przez niego przemawiało. W końcu jego błękitne oczy spoczęły na zielonych tęczówkach szatyna. – Bo ja potrzebuję – wyciągnął przed siebie rękę, wnętrzem dłoni skierowanym ku górze i poruszył nią w górę i w dół, jakby próbował fizycznie złapać jakieś słowo, które nie chciało mu przejść przez myśl. – Bo ja potrzebuję… - słowo drinka nie mogło przejść mu przez usta. Zacisnął lekko palce i zaraz je wyprostował.
Ciebie.
Potrzebuję Ciebie.


montgomery morin
gall anonim
35 y/o
For good luck!
188 cm
skrzypek solista toronto symphony orchestra
Awatar użytkownika
“Tell me where it hurts, she'd say. Stop howling. Just calm down and show me where.

But some people can't tell where it hurts. They can't calm down. They can't ever stop howling.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 os, czas przeszły
czas narracji-
postać
autor

Szarpany emocjami śmiech Wolfganga rzeczywiście o wiele bardziej niż dźwięk prawdziwego rozbawienia przypominał raczej desperacją walkę o oddech. I to walkę nierówną, bo z przeciwnikiem o wiele większym od niego samego.
Czy w podobny sposób brzmiał ojciec Monty'ego, gdy szedł na dno tamtego felernego wieczora? Monty próbował za wiele o tym nie rozmyślać, ale były to próby płonne i spisane na niepowodzenie. Najróżniejsze wizje wkradały się do jego wyobraźni chyłkiem, wyrachowane i kompletnie nieproszone - gdy brał prysznic, gdy zżymał się z własnym ciałem podczas porannego biegania, gdy próbował odbywać pełne czaru, intelektualne i cywilizowane jednocześnie rozmowy ze znajomymi na tych i innych bankietach. Rozum mógł podpowiadać szatynowi, że przecież w chwili, w której wypychali go za burtę, Morin senior był albo martwy albo tak nieprzytomny, że od śmierci dzieliły go tylko nieuniknione sekundy. Gdyby jakimś cudem przeżył, szanse na powrót do normalnej sprawności zapewne też miał ograniczone - kto wie, być może skazany byłby na marną egzystencję w okropnym, wegetatywnym stanie, stanowiącym specyficzny rodzaj obelgi względem jego zwyczajowej sprawności i niezależności. Ojciec Monty'ego był zawsze niemal onieśmielający w sposobie, którym z użyciem tonu własnego głosu i postawy rosłego ciała potrafił rozporządzać swoim otoczeniem; pomieszczenia zamierały, gdy stawał w ich progu, a spojrzenia obecnych na tych samych płaszczyznach ludzi grawitowały ku niemu jak opiłki żelaza ściągane do siebie przez wyjątkowo silny magnes. Paraliż i kompletna zależność od innych byłyby wyrokiem śmierci o wiele okrutniejszym niż ten, który mężczyzna ostatecznie otrzymał od losu. Ba, gdyby się nad tym dłużej zastanowić, ukrócenie jego cierpienia było w gruncie rzeczy niemalże aktem miłosierdzia, a nie przemocy, p r a w d a?
Mimo to, obraz jego ojca walczącego o ostatni dech i przegrywającego tę walkę w chwili, gdy jego płuca wypełniły się ostatecznie zimną, słoną wodą, zdawał się być wypalony na wewnętrznych stronach powiek Montgomery'ego jak znamię, które nosić miał już do końca własnego życia. I teraz, jakimś cudem, sam Wolfgang krztuszący się goryczą własnego śmiechu, ściągnął na Montgomery'ego wspomnienie swojego rodziciela. Co powiedziałby, gdyby ich teraz zobaczył? Czy splunąłby z obrzydzeniem? Czy raczej wyraziłby jakiś rodzaj chorej satysfakcji, że nawet po jego śmierci, Monty i Wolfgang i tak nie potrafili być ze sobą tak po prostu szczęśliwi. Jakby to on - nie oni, naiwnie walczący o kontynuację swojej szczeniackiej miłostki - miał rację od samego początku...
- Z braku lepszego słowa... - Rzucił, bo przecież nie potrafił tak po prostu odpuścić i przeprosić, wycofać się, wyjaśnić, że nie, nie to miał na myśli, i wcale nie chodziło o satysfakcję albo o to, kto ostatecznie był górą. Przez chwilę obserwował jak Wolfgang przeprowadza na samym sobie to ćwiczenie oddechowe, którego jego własny terapeuta wielokrotnie próbował nauczyć Monty'ego (ale oczywiście bez sukcesu), jednocześnie współczując mu i zazdroszcząc tego, jak bardzo blondyn potrafił być w kontakcie z własnymi emocjami, podczas gdy Morin zdawał się wiecznie z nimi walczyć, i wiecznie tę walkę przegrywać. Nie zauważył tylko, że w całym tym procesie i jego własny oddech - zupełnie podświadomie - zaczął naśladować rytm kolejnych wdechów i wydechów Wolfganga, aż do krótkiego, głębokiego unisono, samego Monty'ego napawającego na sekundę dziwnym rodzajem ukojenia.
Nie na długo jednak.

- Gin z tonikiem będzie zupełnie wystarczający - Potwierdził tym samym kontrolowanym, uprzejmym tonem, którego używał w o wiele mniej intymnych, społecznych kontekstach. Prawda była taka, że o wiele bardziej przydałaby mu się teraz dobrze schłodzona setka wódki, ale wyłącznie dobrze świadczyło o Welshu to, że nie posiadał w domu mocniejszego alkoholu.
Chciał zapewnić, że przecież wie, jaki jest ulubiony drink blondyna - tak, jak pamiętał jego ulubiony smak lodów, kolor kredy, którą można było mazać po chodnikach, i piosenkę ABBY, jaką należało zawsze puszczać z radia w akademiku rozkręconego na pełen regulator... - ale nagle zdał sobie sprawę, że nie ma prawa tego wiedzieć. Gdy mieli okazję sięgać po alkohol wspólnie po raz ostatni - nie licząc tego nieszczęsnego bankietu, na którym dosłownie na siebie wpadli - ani sam Monty, ani jego towarzysz, nie mieli pojęcia o tym, jak delektować się procentami, sięgając po trunki z desperackim, porywczym rodzajem entuzjazmu typowym dla nastolatków. Wszystko było wystarczająco dobre: i ciepłe piwo otrzymane w plastikowym kubku od któregoś ze starszych kolegów, i cierpkie, czerwone wino pokradzione matce, i wódka wymieszana z colą, i wyrzygana potem pod płotem w ogrodzie, na jednej z pierwszych domówek. W tamtych czasach Monty znał się co najwyżej na białym winie, i to jedynie w oparciu o to co zasłyszał w rozmowach rodziców zamawiających dobre roczniki we francuskich winnicach i drogich restauracjach, ale nie potrafiłby pewnie odróżnić martini od ginu, i nazwać wszystkich składników w manhattanie.
Dowiadywał się więc o Wolfie'm czegoś nowego, i nawet sam przed sobą nie mógł ukryć teraz krótkiego skurczu ekscytacji na myśl, że było jeszcze tyle do odkrycia...
...gdyby, oczywiście, darowano im jakąś alternatywną, wspólną przyszłość.
- Potrzebujesz lodu, Wolfie - Wtrącił się, nie mogąc znieść świadomości, że wcale nie o to chodziło teraz drugiemu mężczyźnie. Wiedział, wiedzy tej nie mogąc wytłumaczyć za sprawą żadnego logicznego wyjaśnienia, co Wolfgang miał na końcu języka, i gdyby blondyn faktycznie wypowiedział te słowa, Monty chyba rozpadłby się teraz na miliard małych kawałków - Potrzebujesz lodu, pięćdziesiątki ginu, toniku, i ćwiartki cytryny... - Wyliczył. Cmoknął krótko, nieświadomie wygładzając przy tym materiał własnego ubrania - Chciałbyś, żebym to ja ci zrobił?
I może wcale jeszcze do niego nie dotarło, że słowa te brzmiały bliźniaczo do innych, wypowiedzianych przezeń przed prawie dwudziestoma laty.

Wolfgang Welsh
joachim
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „#13”