ODPOWIEDZ
31 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Baby it's 3:00 AM
Had you on my mind


Okej, minęły dwa dni. Dwa cholerne dni, od kiedy Blair rzuciła w niego pierścionkiem, a on opuścił ich wspólny apartament*. Obiecał sobie, że da jej przestrzeń, okej? Chciał być silny, dać jej czas na oddech i na przetrawienie tego wszystkiego… Kochał ją nad życie i wiedział, że teraz jego największym dowodem miłości mogła być tylko i wyłącznie cierpliwość. Okay, he can do this.

No dobra, tylko jak to zrobić, kiedy ona - zaledwie czterdzieści osiem godzin po ich rozstaniu - zaczęła robić potworne głupoty?

Kiedy na ekranie jego telefonu pojawiło się pierwsze powiadomienie, zacisnął mu się żołądek. A potem… gdy już sobie uświadomił, że była pijana… zaczął się martwić. Już nawet nie chodziło o te teksty o SINGLE ERA albo kochankach, które miały wprawić go w poczucie winy - martwił się, dlaczego ona, do cholery jasnej, szlajała się po nocach?! Oczywiście, że sprawdził jej lokalizację na iPhonie, bo udostępniali ją sobie od… zawsze, i oczywiście, że dziękował niebiosom, iż Blair zapomniała, że wciąż mógł sprawdzić, gdzie się podziewała, dzięki apce Find.

No i nie za bardzo spodobało mu się to, co zobaczył. Był środek nocy, ciemność, a ona szlajała się po parku tuż nad brzegiem jeziora Ontario? To było lekkomyślne i w ogóle nie pasowało do Blair. Charlie był przekonany, że wyszła z jakimiś koleżankami i upiła się z nimi nad wodą. Czy mogło być gorzej?


Baby if I could tell you, if I could tell you
How much I care, I'm in despair
Are you still there?


Ano, mogło być gorzej. W ostatniej wiadomości napisała mu, że kładzie się do łóżka, mimo że nie wróciła do domu. Był zły, że go okłamała, ale z drugiej strony… cóż, ona miała lepsze powody do złości. Westchnął ciężko. Martwił się o nią, serio. A potem przyszło mu do głowy, że skoro i tak miała zamawiać zaraz taksówkę i wracać nocą przez pół miasta z obcym facetem za kółkiem, to sto razy bezpieczniej będzie, jak sam odwiezie ją do domu. Choćby miała na niego wrzeszczeć albo znów go uderzyć, wolał mieć pewność, że trafi do łóżka cała i zdrowa.

Wsiadł w auto, rzucił telefon na siedzenie pasażera i ruszył. Droga na miejsce zajęła mu jakieś pół godziny - dokładnie trzydzieści dwie minuty nerwowej jazdy przez puste ulice. Dochodziła trzecia, gdy zaparkował na skrzyżowaniu obok wejścia do parku. Zgasił silnik, po czym odblokował telefon i wysłał do Blair wiadomość, że czeka za rogiem. Zaraz zacisnął dłonie na kierownicy i zaczął wpatrywać się w lusterko wsteczne, gdzie widział wejście do parku. Każda sekunda dłużyła się niemiłosiernie… No gdzie ona była? Znowu zerknął na jej pinezkę. Hm, była blisko.

Ale gdzie?

Oparł głowę o zagłówek fotela i uchylił szybę od strony kierowcy, wpuszczając do środka chłodne, nocne powietrze. Tak lepiej.

Jezu, tak bardzo chciał ją zobaczyć, nawet jeśli nie wsiadłaby razem z nim do auta.


'Cuz baby if I find a way, I'm sure of it this love won't stray
Just give me a chance to stay
I love you
𝑙𝑖𝑡𝑡𝑙𝑒 𝑟𝑒𝑏𝑒𝑙

*PS. Chwilowo mieszkał z Caspianem i mu się nie podobało.
31 y/o
Welkom in Canada
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils can
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

We had a kind of love
I thought that it would never end
Oh, my lover, oh, my other, oh, my friend


Czas leczy rany, prawda?

Dwa dni to było zdecydowanie za mało, żeby mogła zapomnieć o tym, co się wydarzyło; że straciła najważniejszą osobę w jej życiu zaledwie poprzez pstryknięcie palcami. Marzyła, aby przejść już przez ten etap uzdrowienia i zacząć zapominać o ich relacji, o tych przykrościach, które ją spotkały, a także o samym fakcie zdrady. Chciała już nie pamiętać, że słyszała od niego, że była całym jego światem, a jednocześnie okazała się niewystarczająca.

Taka myśl chodziła jej po głowie przez ostatnie dwa dni. Miała naprawdę dość swojego overthinkingu, tym bardziej jeśli zawsze umiała chłodno i zadaniowo podejść do świata. Umiała przyjąć na twarz maskę pozbawioną emocji i brnąć do celu, a teraz… tym razem przezwyciężyły emocje. Jej obojętność zniknęła wraz z pierwszą łzą, a coraz to kolejne myśli sprawiały, że wybuchała jej głowa. Potrzebowała bodźca, który odciągnąłby uwagę od jej rozpaczy i prawdopodobnie wymodliła to do jakiegoś bożka makaronowego, skoro nagle na jej instagramie pojawiła się grupka randomowych dziewczyn — nie znała żadnej, oprócz Cory. Z początku nie dostrzegła okazji, która się jej napatoczyła i chciała wrzucić dziewczyny to spamu, ignorując nachodzące wiadomości z przedstawieniem się, a potem… potem postanowiła zaryzykować.

I w ten sposób wylądowała w parku, i kończyła w ten sposób — z dobry humorem, upita prosecco i szczęśliwa, że miała nowe koleżanki, które były powiewem świeżości w porównaniu do jej pilatesowych kumpel, które w głowie miały więcej matchy niż rozumu. Wychodziła z dominującą myślą, że na początku swojej ery uzdrowienia, powinna zrobić porządek w relacjach; pożegnać to, co było toksyczne i nieprzyjemne, a zrobić miejsce dla osób, dzięki którym na jej twarzy gościł uśmiech, a alkohol w środku tygodnia o trzeciej w nocy nie był problemem. A dlaczego już wychodziła? Bo teoretycznie miała zamówioną taksówkę, a w praktyce przyjechał on.

Chryste, naprawdę powinny skonfiskować jej telefon.

Chciała się nieco podroczyć, zagrać mu na nerwach, a jednocześnie boleśnie o sobie przypomnieć. Chciała wiedzieć, czy to wszystko bolało go tak bardzo jak ją i czy… czy tęsknił? Bo Blair, zmierzając w kierunku auta, czuła przeogromną tęsknotę, a on nie pomagał jej w uleczeniu siebie samej, dbając o nią i przyjeżdżając kompletnie nie proszenie, w środku nocy, zapewne mając na twarzy tę zmartwioną minę, którą znała bardzo dobrze A mimo to cieszyła się, tak bardzo była zadowolona, że nie wyszła głównym wyjściem z parku, a jedynie jakąś boczną mniejszą furtką, zastanawiając się, gdzie było to za rogiem, aż dostrzegła dobrze znane auto. Miała tak po prostu wsiąść? Dać za wygraną? Ulec mu, że nawet jeśli nie byli już razem, to on mógł być tak władczy i samodzielnie podejmować decyzje? Uwielbiała go w takiej odsłonie… dlatego tym bardziej musiała podejść zdystansowana, aby przypadkiem nie popełnić dzisiaj żadnego błędu. Czyste, strategiczne zagrania. Zero przypadków. Przemyślane wypowiedzi. I te miliony bąbelków, które kręciły się w jej głowie.

Nie da rady.

Zauważyła otwartą szybę od strony kierowcy, więc podeszła do niego, łokciami opierając się o drzwi i trochę schylając głowę, żeby całkiem pojawić się w oknie. Podparła podróbek na nadgarstku i uśmiechnęła się do niego — tak zwyczajnie, po prostu, mimo że jej serducho waliło jak oszalałe na jego widok. — Czeka pan na kogoś? — zapytała słodko. — Nie kojarzę, żeby w okolicy była gdzieś jakaś zagubiona piguła — udała, że się zastanawiała, a tak naprawdę myślała, czy przypadkiem któraś z jej nowych koleżanek nie powiedziała, że pracuje w szpitalu… chyba nie? Oby! Inaczej będzie musiała z nią inaczej porozmawiać. — A poza tym, napisałam, że jestem już w łóżku — rzuciła sceptycznie, marszcząc brwi i mierząc go uważnym spojrzeniem. — Śledzi mnie pan, panie Marshall? — wymierzyła w niego oskarżycielsko palcem. Kompletnie nie pamiętała, że miała udostępnioną lokalizację, przecież wisiała ona od lat, w razie najgorszej potrzeby. Więc czy umiała sensownie wytłumaczyć fakt, że Charlie po prostu tu był? Nie.

I loved you to the moon and back again
You gave everything this golden glow
Now turn off all the stars 'cause this I know


Czy cieszyła się, że go widzi? Tak.
A mimo to, jego widok tak okropnie bolał…

That it hurts like so
To let somebody go
bodyguard of drunken princess
31 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

I don't wanna fall asleep
'Cause I'd miss you, baby


Oczywiście, że za nią tęsknił. Tęsknił za jej obecnością, za zapachem jej perfum, za każdym smsem wysłanym w ciągu dnia, nawet jeśli było to tylko głupie emoji. Do tej pory wspólne śniadanie było elementem obowiązkowym każdego dnia, tak samo jak obecność Blair w łóżku tuż obok niego, jej miarowy oddech i ciepło jej ciała, do którego mógł się przytulić. Wspólne wyjście wieczorem, szybki lunch w biegu w ciągu dnia… Tęsknił za każdą z ich wspólnych chwil i odczuwał ich brak na każdym kroku.

Tęsknił nawet za czekaniem na nią ze świadomością, że niedługo miała wrócić do domu albo wyjść z pracy.


Heh, głupi był.

Dalej wpatrywał się w lusterko wsteczne, próbując dostrzec Mayfield na tle ciemnego parku. Każda sekunda dłużyła się w nieskończoność - gdzie ona, do cholery, była? Wyobraźnia zaczęła podsumować mu naprawdę czarne scenariusze, ale chyba tylko człowiek z sercem z kamienia by się nie przejął, że kobieta, którą kochał, znajdowała się gdzieś w parku nad wodą, w środku nocy, na pewno ledwo trzymając się na nogach, biedna i bezbronna. Co jeśli potknęła się na kamieniach? Co jeśli ktoś ją zaczepił? Nerwowo bębnił palcami o kierownicę. Jeszcze trzydzieści trzy sekundy i wyjdzie z auta. Zacisnął usta i zerknął na zegarek. Dwadzieścia sekund. Na pewno coś jej się stało. Trzynaście sekund. Okej, nie wytrzymasz, wstawaj, Charlie.

Akurat łapał za klamkę od strony kierowcy, kiedy w końcu dostrzegł jej sylwetkę na końcu ulicy, więc… no, jednak nie ruszył się z miejsca i postanowił grzecznie zaczekać. Normalnie kamień spadł mu z serca. Szła powoli, lekko chwiejnym krokiem, wyłaniając się z zupełnie innej strony, niż zakładał. Musiała wyjść jakimś bocznym, słabo oświetlonym wyjściem z parku, omijając główną aleję... Ale dlaczego wyszła bocznym, słabo oświetlonym wyjściem i ominęła główną aleję?! Uch, wyluzuj, Marshall. Była przecież cała i zdrowa, tak? I… hm, kompletnie pijana? Cóż. He’s gonna handle this. Wpatrywał się w ciemnowłosą bez słowa, gdy zbliżyła się do samochodu i pochyliła nad uchyloną szybą. Z jednej strony cieszył się jak głupi, że nic się jej nie stało, a z drugiej był zły, bo go okłamała i szlajała się po nocach. Skrajnie. Nieodpowiedzialna. Kobieta. - Szukam narzeczonej, która miała grzecznie leżeć w łóżku i spać - odpowiedział, zanim zdążył ugryźć się w język. Nazwał ją narzeczoną. Uch. Pierwszy strike. Nie zamierzał się jednak poprawiać, a tak w ogóle to zawsze istniała szansa, że Blair nawet nie zauważy tego przejęzyczenia. Jednak nikt nie powinien mu się dziwić - tak długo nazywał ją swoją narzeczoną i to było tak głęboko zakorzenione w ich relacji, że naprawdę ciężko mu było pojąć, że nie miał już prawa nazywać jej w ten sposób. Cholera. Oho, i jeszcze ten zjadliwy komentarz o pigułach? No tak, nie zamierzała pozwolić mu zapomnieć o tym, co zrobił. Charlie postanowił jednak kulturalnie przyjąć ten tekst na klatę i go zignorować. Tłumaczenie się po raz kolejny nie miało sensu.

A poza tym, napisałam, że jestem już w łóżku. Uniósł do góry jedną brew, a w kąciku jego ust pojawił się cień uśmiechu. - A jesteś w łóżku, panno Mayfield? - spytał spokojnie, posyłając jej znaczące spojrzenie. To było odrobinę zabawne, dobra? Stała tuż przed nim, opierała się łokciami o drzwi auta i wyglądała, jakby zaraz miała tu zasnąć, ale dalej uparcie twierdziła, że przecież mu napisała, że jest już w łóżku? Ciekawe, ile dziś wypiła? Kurczę, jakby co to też nie było tak, że nigdy nie widział jej pijanej - im też zdarzało się zabalować do białego rana i śmiać się z najgłupszych rzeczy, zwłaszcza na wakacjach - ale ten widok był tak rzadki, że czuł potrzebę, aby się nią zaopiekować i zapakować do łóżka. A gdy zapytała, czy ją śledził, przestał się uśmiechać i westchnął. Nie zamierzał jej mówić o lokalizacji, bo znowu dostałby przez łeb. Zamiast tego złapał za klamkę, otworzył delikatnie drzwi od strony kierowcy i wysiadł. Obszedł auto, żeby otworzyć drzwi od strony pasażera i gestem zaprosić Blair do środka. - Byłem w okolicy, wsiadaj - powiedział odrobinę chłodniej i bardziej szorstko, niż zamierzał. Okej, trochę przesadził, ale zaczął się bać, że jak pozwoli sobie na odrobinę czułości, to padnie i nie wstanie (i nie poweride). Poza tym chyba trochę musiał grać bad cop, żeby zmusić Blair do uległości, bo miał wrażenie, że dobrowolnie do tego samochodu nie wsiądzie.

No chyba że wydarzyłby się cud nad Wisłą, czyli Mayfield uwiesiłaby mu się na szyi i zaczęła chichotać, ale wtedy Charlie uznałby, że świat się kończy.

Albo naprawdę porządnie się upiła.

A tak w ogóle to wyglądała pięknie i był tak spragniony jej osoby, że musiał się powstrzymywać, żeby jej nie objąć i nie pocałować w czoło. Um.

To on już lepiej zostanie przy byciu bad cop.

Don't wanna close my eyes
Don't wanna fall asleep, yeah
I don't want to miss a thing


𝑑𝑟𝑢𝑛𝑘𝑒𝑛 𝑝𝑟𝑖𝑛𝑐𝑒𝑠𝑠
31 y/o
Welkom in Canada
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils can
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Hate that I made you love me
Sorry if I made me your type
Yeah, I, I hate that I made you love me


Mieszkanie samej okazało się tak trudne, jak sobie wyobrażała, skoro na każdym kroku gdzieś go widziała. Nie zabrał wszystkich swoich rzeczy, więc gdzieś napotykała się na jego szpargały porozkładane w różnych miejscach apartamentu, przerzuconą koszulę przez fotel w ich sypialni, ale najgorsza była pościel. Cholerna pościel, która tak bardzo nim pachniała, że w środku nocy robiła wielkie przebieranie poszewki. Niewiele to dało, bo po tak wielu wspólnie spędzonych latach, wżarł się praktycznie w każde miejsce, ale także w jej własny umysł, który boleśnie nie pozwalał zapomnieć jej o otulającym zapachu, który przez większość jej dorosłego życia kojarzył się z bezpieczeństwem. I mając przeświadczenie, że czekało na nią chłodne łóżko i przerażająca cisza, to nie chciała dziś szybko wracać do domu.

Dom.

Nawet to słowo straciło swoją moc. Miejsce, w którym budowali swoją wspólną przyszłość, zostało czterema ścianami, które obecnie służyły jej za nocleg. Wiedziała, że jutro jak tylko się… wygrzebie, to pójdzie do pracy albo zje coś na mieście, byle nie musieć siedzieć tam więcej niż potrzebuje, tj. wyspać się i ogarnąć do funkcjonowania. Mogła się wyprowadzić, mogła przenieść się nawet do Cory albo pójść do cholernego hotelu, ale coś trzymało ją w tym mieszkaniu i kompletnie nie chciało puścić. Może po tej odpowiedniej dawce alkoholu będzie jej lepiej? Może rozmowa z Charliem uświadomi jej, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i pora ruszyć do przodu, skoro on ten krok próbował zrobić już dużo wcześniej?

Ale jak miała nie płakać za nim, skoro tu był? Kompletnie nieproszony, ze spojrzeniem, w którym dalej widziała czułość i zmartwienie, które rozdzierało jej serce na pół? Widziała to nawet teraz, chociaż zastanawiała się, czy alkohol krążący w jej żyłach czasami nie zaburzał jej perspektywy i nie dawał jakiegoś dziwnego poglądu na świat. Może sobie to wszystko wmawiała? Może przyjechał tu z poczucia obowiązku, bo przecież ona sama pierwsza do niego napisała? Zrobiło jej się wstyd, przez co wygięła lekko usta w podkówkę — pijana nawet nie potrafiła zrozumieć, że Marshall nie był już jej narzeczonym.

Cóż, niektórzy nawet na trzeźwo nie umieli się przestawić.

Blair po chwili lekko uniosła brwi i spojrzała na niego, przełykając ciężko ślinę. Dlaczego jej serce zaczęło bić tak szybko? Uwielbiała kiedyś, gdy mówił o niej per narzeczona. Nawet po dwóch latach od ich zaręczyn czuła te cholerne motyle w brzuchu i teraz nie chciało być inaczej. — Szybko poszło — rzuciła, przyjmując strategię, aby nawiązać do jego kochanki. — Już o mnie zapomniałeś? Masz nową narzeczoną? — Te słowa boleśnie zapiekły ją w język. Nie, Charlie którego znała taki nie był. Charlie, którego znała i kochała nie ranił tak bardzo osób, na których mu zależało. Charlie… ten Charlie gdzieś dawno jej się zagubił. I choć mężczyzna, który siedział w aucie wyglądał zupełnie tak jak on, to mógł nim nie być. Mógł być tym facetem, który na ich własnym tarasie złamał jej serce, spowiadając się ze swojego najgorszego grzechu, nawet jeśli wydawało się, że żałował… Nie, nie mogła go usprawiedliwiać. Musiała z tym skończyć, bo era wybielania swojego EX narzeczonego nie pasowała do jej nowej single era, którą rozpoczęła ledwie dwa dni temu.

— Nie musisz mnie sprawdzać, nie jestem małym dzieckiem — powiedziała naburmuszona, kiedy jeszcze uśmiechnął się na jej słowa; jakby była niegrzeczną nastolatką, uciekającą z domu. Cóż, niewiele się to różniło, bo w zasadzie uciekała z domu, ale nie przed rodzicami, a przed wszystkimi wspomnieniami, które ją tam atakowały. Nie pomyślała o tym, że mógł mieć jej lokalizację — to byłaby zbyt duża analiza jak na jej obecny stan. W każdym razie, musiał mieć jakieś tajne kontakty, które ją wysprzęgliły. — Boże — rzuciła poruszona, podnosząc się nieco, kiedy w tym samym momencie Charlie postanowił wyjść z auta. — Cora ci powiedziała, gdzie jestem?! Nie, to nie ma sensu, przecież prędzej by cię udusiła gołymi rękoma — wyrzuciła z siebie tę absurdalną myśl i spojrzała w kierunku parku, zastanawiając się, czy jej siostra nie z krwi i nie z kości, postanowiła jednak zdradzić ich żeńską komitywę. Na pewno nie, nie było na to szans. Zaraz przeniosła spojrzenie na Marshalla, który obszedł auto, otworzył jej drzwi i kulturalnie zaprosił do środka, na co parsknęła śmiechem. — Mówisz do mnie takim tonem i jeszcze myślisz, że wsiądę z tobą do auta? — zapytała, kręcąc z niedowierzaniem głową. Oparła się rękoma o górę samochodu, stojąc nadal po drugiej stronie pojazdu. Nie chciała mu ulec — poprawka, nie mogła mu ulec, bo gdzieś część jej ciała rwała się, żeby rzeczywiście uwiesić się na jego szyi i po prostu się do niego przytulić; żeby zapomnieć o krzywdzie, którą jej wyrządził i po raz ostatni zrobić największy błąd swojego życia i po prostu… pożegnać się z nim. Nie pamiętałaby tego, czy to nie było dobre rozwiązanie?

A jednak nie mogła. Stała twardo, wpatrując się w niego jasnym oczami, które wyglądały na naprawdę uparte w swoim postanowieniu. — Nie potrzebuję niańki — westchnęła, wyciągając telefon z torebki i oparła z powrotem ręce na samochodzie, mrużąc lekko oczy, kiedy wyświetlacz rozbłysnął. — Miło z twojej strony, że zajechałeś po drodze, pewnie piguła nie jest zadowolona, że spotykasz się w środku nocy ze swoją byłą. A może teraz ona o tym nie wie? Nieważne. Zamówię sobie taksówkę, misiaczku, nie martw się o mnie — rzuciła beztrosko, zaraz odwracając się na pięcie i idąc w bliżej nieznanym kierunku. Po prostu, żeby odejść od niego i nie mieć na przeciwko siebie tych przenikliwych, czekoladowych oczu, które jednym spojrzeniem mogą sprawić, że najzwyczajniej w świecie ulegnie.

handsome taxi driver
31 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

I love you still
And you know I always will
Till the end of time
I won't change my mind


Tęsknił za nią. Tęsknił do niej.

Tęsknił za jej głosem i leniwie wypowiedzianym "dzień dobry" każdego ranka, gdy jeszcze nie otworzyła oczu, a Charlie wracał z porannego biegu. Za zapachem jej ulubionych perfum, który zostawał na jej ubraniach. Za cichym śmiechem, który rozświetlał najbardziej ponure dni. Za tym, jak mimowolnie szukała jego dłoni pod stołem podczas rodzinnych obiadów. Za pewnością, że niezależnie od tego, co się działo, na koniec dnia zawsze wracali do siebie. Zaledwie czterdzieści osiem godzin bez niej sprawiło, że czuł się, jakby ktoś wyrwał z jego piersi serce i w zamian zostawił pustkę.

Byli dla siebie nawzajem domem i wszystkim, co w życiu miało jakąkolwiek wartość, a on to spieprzył. Poczucie winy na dobre rozgościło się w jego klatce piersiowej i rozpychało się w bardzo nieprzyjemny sposób, gniotąc wszystko inne. Czy Blair kiedykolwiek będzie w stanie mu wybaczyć? Nie miał zielonego pojęcia, w jaki sposób miałby to osiągnąć, przez jaki ogień musiałby przejść i ile win odkupić, ale wiedział jedno - chciał to osiągnąć za wszelką cenę. Nie wyobrażał sobie reszty życia bez niej, a ona… Już o mnie zapomniałeś? Masz nową narzeczoną? Ech. Powstrzymał się od przekręcenia oczami. - Mówiłem o tobie, wybacz - rzucił krótko i westchnął. Oczywiście, że to wyłapała. Była zbyt bystra, zbyt spostrzegawcza. Zawsze uwielbiał jej błyskotliwy umysł - podkreślał to nie raz - ale w tej konkretnej chwili chwycił go żal. Żałował, że wierzyła mu bezgranicznie i nie odkryła zdrady zanim było za późno. Gdyby przyłapała go wcześniej, konsekwencje pewnie nie byłyby aż tak dotkliwe, prawda? Dalej byliby razem. Chwila, moment, co? Kurwa, znowu myślał jak egoista. Już zapomniał o tym, jak mydlił jej oczy, gdy dopytywała, co się działo? Oczywiście, że kobieca intuicja podpowiadała jej, że coś było nie tak, a on rozwiewał każdą wątpliwość następnym kłamstwem. To była tylko i wyłącznie jego wina.

Jego rozmyślania przerwały kolejne słowa Blair. Nie miał śmiałości, żeby jej przerywać. Nie musisz mnie sprawdzać, nie jestem małym dzieckiem. Boże. Cora ci powiedziała, gdzie jestem?! Nie, to nie ma sensu, przecież prędzej by cię udusiła gołymi rękoma. Mówisz do mnie takim tonem i jeszcze myślisz, że wsiądę z tobą do auta? Nie potrzebuję niańki. Nie odpowiedział ani słowem. Oparł dłoń o chłodny dach BMW, stał nieruchomo i po prostu na nią patrzył, stojąc przy otwartych drzwiach pasażera, jakby miał nadzieję, że to wszystko to był tylko żart. Jednak… cóż, to nie był żart. - Blair - upomniał ją w końcu, posyłając jej niezbyt cierpliwe spojrzenie. Wypowiedział jej imię ostrzegawczym tonem, dokładnie tym samym, którego używał zawsze, gdy zaczynał się niepotrzebnie denerwować. Jednak zamiast wybuchnąć, odetchnął głęboko i rozejrzał się na boki. Wpatrywał się przez chwilę w ciemne korony drzew po drugiej stronie ulicy, jakby spodziewał się znaleźć tam instrukcję obsługi, jak postępować ze zdradzoną kobietą, którą kochało się nad życie.

Kurwa, nigdy nie sądził, że brakowało mu empatii, ale czuł się teraz jak największy egoista, bo w głębi duszy pragnął tylko jednego - żeby to wszystko odkręcić i żeby wszystko wróciło do normy JUŻ. No i za każdym razem jak pojawiała się taka samolubna myśl, rozpraszał ją lęk, że Blair już nigdy nie będzie chciała z nim być. I ten strach powoli niszczył go od środka.

Miło z twojej strony, że zajechałeś po drodze, pewnie piguła nie jest zadowolona, że spotykasz się w środku nocy ze swoją byłą. A może teraz ona o tym nie wie? Nieważne. Zamówię sobie taksówkę, misiaczku, nie martw się o mnie. Tych słów również wysłuchał w milczeniu. A gdy rzuciła to cyniczne "misiaczku", aż się wzdrygnął, bo w jej ustach to słowo brzmiało obco i sztucznie. Nigdy tak do niego nie mówiła, nawet na samym początku, gdy dopiero zaczynali być razem i wszystko było świeże. A kiedy odwróciła się na pięcie i zaczęła odchodzić, odepchnął się dłonią od dachu i od razu ruszył za nią. Nie chciał, żeby wracała sama w środku nocy. Nie ma mowy. Czy jej pijany umysł mógł przetrawić jedną myśl, że po prostu się o nią martwił i naprawdę chciał dla niej dobrze? Kurwa. - Blair, do cholery - zawołał za nią, a jego głos poniósł się echem po opustoszałej ulicy. No i to był jego moment kapitulacji.

Dobrze. It's time.


Obiecał sobie, że będzie z nią szczery, tak? No to nie było na co czekać. Koniec gierek. Koniec udawania twardziela i bezpiecznego dystansu. Szedł za Mayfield szybkim, zdecydowanym krokiem, minął maskę BMW i zrównał się z nią po dwóch sekundach. Nie zamierzał jej szarpać ani używać siły, bo nie miał do tego żadnego prawa, ale wyprzedził ją, zaszedł jej drogę i stanął bezpośrednio przed nią, by zmusić ją do zatrzymania się. Spojrzał na nią z góry, a w jego ciemnych oczach nie było już chłodu, tylko bezsilność, poczucie winy i miłość, bo mimo tego wszystkiego, co się wydarzyło, dalej kurewsko mocno ją kochał. Utkwił wzrok w jej błękitnych oczach i… przepadł.

Niedobrze. Wziął głęboki wdech. - Zacznijmy od początku - mruknął. - Cora nic mi nie powiedziała, nikt mnie nie przysłał i z nikim się nie spotykam - wyrzucił z siebie, podnosząc dłonie w obronnym geście, jakby chciał jej pokazać, że nie miał żadnych złych intencji. - Mam twoją lokalizację w telefonie, zapomniałaś? Jak do mnie napisałaś, to sprawdziłem, gdzie jesteś, no i… byłaś w parku nad wodą - wyjaśnił jej, akcentując przy tym ostatnie trzy słowa. No chyba domyślała się, co mogło wydarzyć się w parku nad wodą w jej stanie, prawda? Chyba nie była aż tak pijana, żeby nie rozumieć, jak bardzo go to przerażało? Przełknął z trudem ślinę i zrobił pół kroku w jej stronę. Nawet… cóż, wyciągnął swoje ramię w lewo, jakby spodziewał się, że właśnie z tej strony będzie próbowała go wyminąć i iść dalej. - Proszę cię, Blair. Nie musisz ze mną rozmawiać, nie musisz nawet na mnie patrzeć, po prostu odwiozę cię bezpiecznie do domu - westchnął i wyciągnął drugie ramię w bok, blokując jej drogę, gdyby tym razem chciała ominąć go z drugiej strony.

Serce waliło mu jak młotem. Był tak potwornie zmęczony tym dystansem między nimi i własnymi błędami, że każda komórka jego ciała walczyła z pragnieniem, żeby ją najzwyczajniej w świecie przytulić. No ale nie mógł. Mógł tylko stać i błagać. - Proszę - powiedział już ciszej i znowu spojrzał w jej błękitne tęczówki, w których tonął, oj tonął, myśli nie myślały, mózg nie mózgował, oops. Została tylko i wyłącznie bezgraniczna miłość do kobiety, która stała tuż przed nim i również patrzyła mu głęboko w oczy.

Modlił się w duchu, żeby jej bunt ustąpił na jedną, krótką chwilę, podczas której zapakuje ją do auta i zawiezie do domu.

Love you, I'll be here
I will never disappear
Said forever, I swear
So I will be there


𝑑𝑟𝑢𝑛𝑘𝑒𝑛 𝑝𝑟𝑖𝑛𝑐𝑒𝑠𝑠
31 y/o
Welkom in Canada
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils can
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Pick me up, walk me home
Man, it feels like God threw me a bone
Sticky sweet, tangerine
Would you sit and keep me company?


Oczywiście, że wiedziała, że mówił o niej, ale zgryźliwy komentarz był o wiele bardziej kuszący niż formalne poprawienie go. Nie była już jego narzeczoną, chociaż nadal łapała się na tym, że kciukiem przejeżdżała po swoim serdecznym palcu, doszukując się pierścionka albo że spoglądała na pustą dłoń, która jeszcze do niedawna była pięknie ozdobiona. Były to odruchy bezwarunkowe, które przez dwa lata wykonywała kompletnie nieświadomie, w losowych momentach — kiedy się skupiała, kiedy ją coś nudziło, ale także kiedy myślała o nim, uśmiechając się do siebie w myślach i nie mogąc doczekać się, aż wróci do domu. Teraz to wszystko zniknęło, a ostatnie dwa dni miały w sobie niewyobrażalną pustkę, która odbijała się głucho od ścian ich mieszkania, ale również w jej sercu.

I love you, baby, I promise
And I hope I never see what your face looks like going
A face I swear that I could spend my whole life knowing
Here's to hoping

Nie odpowiadał jej na wywody i monologi, co tylko ją niepotrzebnie irytowało. Przecież to nie tak, że nie miał w głowie żadnej myśli, bo ta prezesowa łepetyna ciągle pracowała na pełnych obrotach! Chciała wiedzieć, co myślał, chciała, żeby wykrzyczał jej w twarz, co o tym wszystkim sądził, skrytykował ją za nieodpowiedzialne zachowania i chciała… chciała usłyszeć, jak za nią tęsknił. Chciała usłyszeć również coś miłego, przez co poczuje nieznośne ukłucie serca i przez co poczuje się jak ostatnia debilka, że go odrzuciła. Po co? No właśnie — po co? Miała powód, żeby być na niego zła, zdradził ją. I to wszystko nadal wydawało się być na tyle absurdalne, że czasami zapomniała o tym, co zrobił, a po chwili uderzała ją chwila realizacji i ciężka rzeczywistość. Jego ostrzegawcze Blair sprawiło, że spojrzała na niego spod byka jak rozzłoszczona pięciolatka, ale miała nadzieję, że był to tylko początek jakiegoś wielkiego wywodu. Cóż, przeliczyła się.

Choć kusiło ją gadać jak katarynka, tak finalnie postanowiła grać w jego milczącą grę, zwłaszcza jeśli po raz kolejny nie usłyszała ani słowa. Odwróciła się na pięcie i przez chwilę zrobiło jej się niewyobrażalnie przykro. Po co on w ogóle tutaj przyjechał? Poszczuć ją swoją osobą? Spojrzeć na nią swoimi czekoladowymi oczami i sprawić, że przez chwilę zacznie kwestionować całą ich napiętą relację? Że była o krok od wskoczenia mu w ramiona, bo tak bardzo za nim tęskniła i marzyła, żeby już nigdy więcej jej nie puścił? Chciała jego uwagi, a cały czas wmawiała sobie, że tylko z kimś przegrywała. Miała uczucie, że nie był tylko jej Charliem, a ona nie miała zamiaru się dzielić. Wszystkim, tylko nie nim.
I może właśnie dlatego postanowiła się kulturalnie pożegnać, obrócić na pięcie i włożyć wszelkie starania w to, aby grawitacja tym razem była po jej stronie. Chciała pokazać, że naprawdę nie potrzebowała opiekunki — była dorosła, potrafiła o siebie zadbać, a gdyby ktoś chciał ją zaatakować, to była mała i zwinna, więc z pewnością pokazałaby zbrodniarzowi tajne sztuki kobiecego taekwondo.

Blair, do cholery.

Usłyszała za sobą, przez co przyspieszyła kroku i byłaby skłonna zacząć powoli truchtać przed siebie, ale ta żyrafa dogoniła ją w kilku dłuższych krokach, stając przed nią i blokując jej przejście. Nie ułatwiał jej zadania, chciała o nim zapomnieć — nie żeby sama nie zaczęła dzisiaj z nim rozmowy, ale po prostu… po prostu chciała się podroczyć, a nie sprawiać, że nagle postanowi być nadopiekuńczym ex narzeczonym. Świat nie był po jej stronie, nawet głupi podmuch wiatru, który sprawił, że z tak bliskiej odległości wyraźnie czuła otulający zapach jego perfum. Była na granicy zdrowego rozsądku, a i tak postanowiła grać nie uległą. Zadarła nieco brodę, dostrzegając parę pięknych oczu wpatrujących się w nią intensywnie. Serce zaczęło jej bić niebezpiecznie szybko, kiedy tak stał na wyciągnięcie jej ręki, a ona nie mogła uczynić nawet najmniejszego kroku lub gestu. Zacznijmy od początku. Oho. Uniosła lekko brwi, finalnie skupiając się na tym, co interesowało ją najbardziej. Z nikim się nie spotykam. Wpatrywała się w niego uważnie, a z jej serca spadł niewyobrażalnie wielki ciężar. Mam twoją lokalizację w telefonie, zapomniałaś? Co?! Kompletnie zapomniała, bo było to dla niej oczywiste jak oddychanie. Jednak po ich rozstaniu czasami zapominała, jak się poprawnie oddycha, więc takie pierdoły również jej umknęły. Uniesione brwi nagle zostały zmarszczone, kiedy wyraźnie zaakcentował ostatnie słowa. — I co z tego, że byłam w parku nad wodą? — zapytała, wolno mrugając i patrząc na niego niezrozumiałym spojrzeniem. — Myślałeś, że postanowię rzucić się do jeziora Ontario w środku nocy? Trzeba było przyjechać z wędką — wymamrotała, wywracając oczami. Nie była głupia; a przynajmniej nie wtedy, jak była trzeźwa. Prawda była jednak taka, że upita alkoholem i z takim wesołym towarzystwem, mogło się różnie skończyć, ALE miała solidne kumpelki, które od razu na pewno by ją wyciągnęły. No, jeśli same przy okazji nie wpadłyby do wody, a to już byłaby masowa tragedia.

To wszystko było jakieś chore, nie chciała już dłużej tego słuchać, więc zrobiła krok w lewo, dokładnie w momencie, kiedy przed nią pojawiła się ręka. Oczywiście, że wiedział, jak zareaguje. I musiał też wiedzieć, w którą stronę zdecyduje się ulotnić, co dobiło ją… jeszcze bardziej. W obecnej sytuacji nawet siedzenie z nim w jednym, ciasnym pomieszczeniu było wyzwaniem. Nie chciała z nim rozmawiać, a nawet nie chciała bezpiecznie dojeżdżać do domu. Wiedziała jednak, że szwędanie się nocą po Toronto nie było najrozsądniejszym wyborem, skoro co rusz mogła natrafić na jakieś różne… barwne postacie. Teraz po prostu nie chciała stać na przeciwko niego, być otoczona zapachem jego perfum, czuć na sobie jego troskliwe spojrzenie i poczucie, że nadal mu na niej zależało.


Baby boy, honeybee
God, I love the way you look at me


Cholera.
Chciała go wyminąć od drugiej strony, a znowu zasłonił jej drogę ucieczki, przez co spojrzała na niego zdenerwowana, z nieco zaszklonymi oczami, bo niezmiernie irytowało ją to, że tak dobrze ją znał — że z łatwością przewidywał jej następne kroki i był w stanie zareagować, nim zdążyła pomyśleć. Teraz stał zagradzając jej drogę, z rozłożonymi na boki ramionami, zupełnie jakby tym sposobem zachęcał ją do przytulenia się do niego. Czy to była impulsywna myśl? Czy to był zły odruch, że po prostu pokonała ten dzielący ich krok i na kilka sekund objęła go ciasno w talii, spełniając nie tylko swoje pragnienie, ale także jego? Nos zatopiła w jego koszuli, która cały czas pachniała ich wspólnym domem i to tylko pogorszyło jej stan, kiedy poczuła się tak bardzo otulona jego bliskością. Aż w końcu się odsunęła, wyrywając się z jego uścisku (o ile zdecydował się ją przez tą chwilę objąć) i ocierając spod oka jakąś łzę, która śmiała uciec. — Przypomniałam sobie o smutnych pieskach w schronisku. Okropne, że muszą tam siedzieć, w momencie, kiedy inne śpią teraz na kanapach lub w łóżkach — wytłumaczyła najgłupszą wymówką, żeby czasami nie pomyślał, że płacze przez niego! W końcu była w swojej single era, tak?! — Czemu ci tak na tym tak bardzo zależy? — była nieugięta. Cofnęła się od niego o dwa kroki, żeby nieco mniej zadzierać głowę, ale także żeby ograniczyć sobie możliwość ponownego zatonięcia w jego ramionach. — Nie jestem nieodpowiedzialna, umiem o siebie zadbać — rzuciła rozgoryczona, wydymając lekko dolną wargę. — A wiesz co mnie najbardziej denerwuje? — zapytała i nawet nie czekała, aż jej odpowie, w obawie, że nagle rzuci jej krótkie nie. — Że pojawiasz się tutaj, dwa dni po tym, jak powiedziałeś mi, że mnie zdradziłeś, kompletnie nieproszony, a ja nie potrafię cię pogonić. Nie potrafię ci się oprzeć i przytulam się do ciebie jak jakaś idiotka. Mam sobie to kompletnie za złe! Charles Marshall, wynoś się z mojego serca — wyrzuciła z siebie praktycznie na jednym oddechu, nie dbając o to, co mówiła. Nie zwracała uwagi, że właśnie między słowami przyznawała, że dalej go kocha.

Odwróciła się znowu na pięcie, ale nie uciekała. Zmierzała w kierunku auta, gdzie wsiadła na miejsce pasażera, jak na passenger princess przystało i zatrzasnęła za sobą drzwi. Była zła, jednak w tym momencie bardziej na siebie niż na niego. Przez swój nagły wybuch niekontrolowanych emocji i słów. Przez mieszankę tak sprzecznych uczuć, które mieszały nie tylko w jej głowie, ale również w sercu. Chciała być teraz w domu, ale jednocześnie nie chciała, żeby ją zostawiał. Świadomość samotnego pójścia do ich apartamentu była zbyt dobijająca, już wolałaby całą noc spędzić w garażu. W pewnym momencie uświadomiła sobie coś ważnego — nie miała kluczy. Gdzieś zaplątały się jej podczas otwierania któregoś z alkoholi i miała w głowie przebłysk sceny, w której Cora zgarnęła je do swojej torebki. — Cora ma moje klucze — oznajmiła jedynie, patrząc przez przednią szybę i miała cichą nadzieję, że… że Charlie nadal miał gdzieś pod ręką swój komplet.

maybe I need you
31 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

If not for you
There'll be no summer
There'll be no spring


Czy żałował?

To pytanie wracało do niego jak bumerang, odkąd wyznał jej prawdę. Żałował zdrady - to było akurat oczywiste, ta jedna noc z Harrison bez wątpienia była największym błędem jego życia. Właściwe pytanie, które sobie zadawał, miało znacznie mroczniejsze dno, i robiło się coraz głośniejsze, gdy spoglądał w przenikliwe oczy Blair.

Czy żałował, że w ogóle jej o tym powiedział?

Może… może lepiej było milczeć? Może powinien przełknąć poczucie winy i nosić ten ciężar w milczeniu, aby chronić spokój Mayfield? Gdyby nic jej nie powiedział, Blair nie poszłaby dziś nad jezioro, żeby się upić - a nawet gdyby poszła, to ucieszyłaby się na jego widok, gdyby po nią przyjechał. Potem pewnie podroczyliby się w samochodzie, zajechali po jedzenie na wynos i zjedli je na kanapie w ich wspólnym apartamencie… Ona ułożyłaby nogi na jego kolanach, a on gładziłby jej łydkę, kątem oka oglądając Interstellar, ich ulubiony film. Nadal myślałaby, że byli szczęśliwi i nic nie mogłoby ich złamać, nadal witałaby go rano sennym "Dzień dobry" i szukała jego dłoni pod stołem...

Wait a second, czym on najlepszym rozmyślał? Przecież nie zamierzał budować związku z Blair na kłamstwach - chciał być uczciwy, właśnie dlatego wszystko jej powiedział, a teraz musiał zmierzyć się z konsekwencjami. Bez marudzenia, jeśli chciał ją kiedykolwiek odzyskać. I co z tego, że byłam w parku nad wodą? Halo? Jak to - co z tego? Czy ona siebie słyszała? Myślałeś, że postanowię rzucić się do jeziora Ontario w środku nocy? Trzeba było przyjechać z wędką. Z wędką? Jaką wędką? - Nie, Blair, nie myślałem, że chcesz rzucić się do wody - wyjaśnił jej powoli, po czym westchnął. Poczuł napływającą irytację - cóż, doskonale go znała, prowokowanie go wychodziło jej bardzo dobrze. Nic dziwnego, że zaraz wszystko jej wyśpiewał. - Myślałem tylko, że jesteś pijana, jest środek nocy, jesteś sama w ciemnym parku i w tym stanie próbujesz zamówić taksówkę. Myślałem o tysiącu rzeczy, które mogły ci się stać, zanim w ogóle pomyślałem o czymś tak durnym jak wędka - wyjaśnił jej. Zaraz jednak rzucił jej skonsternowane spojrzenie. Wędka? - Poza tym, chwila, że niby miałbym cię z wody wyciągać wędką? - zapytał, marszcząc brwi. Nie tylko on miał dziś zaburzone rozumowanie, jak widać na załączonym obrazku.

Kurczę, patrzył jej prosto w oczy i serce rozrywało mu się od środka od sprzecznych uczuć. Próbowała być zbuntowana, samodzielna i niezależna, ale jednocześnie wiedział, że pod tym pancerzem była przepełniona wrażliwością i… cierpiała, z jego powodu, nawet jeśli nie było tego jeszcze widać na pierwszy rzut oka. Przez chwilę nawet zaczął żałować, że po nią przyjechał - powinien dać jej czas na przetrawienie tego wszystkiego, a nie stawać z nią twarzą w twarz dwa dni po bolesnej rozmowie, prawda? Cóż, może powinien przestać w końcu robić to, co powinien, a zacząć słuchać swojego serca.

A serce nie chciało opuszczać jej na krok.

No i… spodziewał się, że zaraz, w przypływie emocji, znowu będzie próbowała go wyminąć, ale zamiast tego po prostu się w niego wtuliła. Zanim zdążył pomyśleć, jego ramiona po prostu zamknęły się wokół niej. Przytulił ją mocno, ciasno, chowając twarz w jej włosach i wdychając ten znajomy, oszałamiający zapach perfum, za którym tak potwornie tęsknił. Przez te kilka krótkich sekund czuł się tak, jakby… jakby wrócił do domu. Jakby wszystko miało się ułożyć, jakby wcale nie rozstali się dwa dni temu i jakby… dalej byli razem i nic się między nimi nie zmieniło. Jednak nagle Blair gwałtownie wyrwała się z jego objęć i odsunęła, ocierając łzę. Och. Zrobiło mu się tak zimno, jakby ktoś oblał go lodowatą wodą. Jego dłonie zawisły na chwilę w powietrzu, zanim bezwładnie opadły wzdłuż ciała. Pustka wróciła ze zwielokrotnioną siłą, sprawiając, że znowu czuł się tak, jakby stracił absolutnie wszystko. A więc wrócili do punktu wyjścia. - Blair… - wypowiedział jej imię i posłał jej zbolałe spojrzenie. Cholera, widok tej uciekającej z jej policzka łzy był jak cios prosto w serce. Kolejny dowód, że wylała przez niego już dużo łez. Kurwa, bolało.

If not for this love of mine
All the lights, all the parties will just fade out
Shut them down


Przypomniałam sobie o smutnych pieskach w schronisku. Okropne, że muszą tam siedzieć, w momencie, kiedy inne śpią teraz na kanapach lub w łóżkach. Och… okej. A więc to tak. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że kłamała, ale postanowił w to brnąć, żeby pozwolić jej wyjść z sytuacji na własnych zasadach. - Chciałabyś mieć pieska? - spytał mimowolnie, zanim zdążył ugryźć się w język, wbijając dłonie w kieszenie spodni. Hmm… może po prostu chciał na moment zapomnieć, że jeszcze sekundę temu znajdowała się w jego objęciach i że jego dłonie wciąż pamiętały ciepło jej talii? Czemu ci tak na tym tak bardzo zależy? Zirytował się, słysząc to pytanie. Ukrył na moment twarz w dłoniach, zerknął gdzieś w bok, postąpił krok do przodu, zaraz do tyłu… Po czym stanął i posłał jej zrezygnowane spojrzenie. - Na tobie mi zależy, Blair, ile razy mam ci to powtarzać? - odpowiedział, odrobinę zniecierpliwiony, bo znowu wracali do punktu wyjścia. Znał swoje błędy, wiedział, że wyrządził jej niewyobrażalną krzywdę, ale wciąż ją, cholera, kochał - i widział wyraźnie, że ona jego też, właśnie dlatego tak się irytował. - Nie powiedziałem, że jesteś nieodpowiedzialna - rzucił jej szybkie sprostowanie, wyciągając dłoń w jej stronę. A wiesz co mnie najbardziej denerwuje? - No powiedz, co cię najbardziej denerwuje? - zapytał od razu, rozkładając dłonie i posłusznie oddając jej pole do popisu i pozwalając jej wyrzucić z siebie wszystko, co w niej leżało.

No i jej wysłuchał. Wszystkiego. Bez przerywania. Do końca, mimo że z każdym słowem jego irytacja znikała i zostawiała po sobie tylko i wyłącznie ból i poczucie winy. Przyjął na klatę każde jej słowo, nawet ostatnie, w chuj bolesne zdanie.

Charles Marshall, wynoś się z mojego serca.

Sprawiła mu dużo bólu tymi słowami, ale… czy on również nie sprawił jej bólu, nie stawiając jej dobra na pierwszym miejscu? Irytacja zniknęła, zastąpiona przez chwilową rezygnację. Nie chciał wynosić się z jej serca, ale gdyby jej to teraz powiedział, to nie miałoby żadnego sensu. Wycelowała w jego najczulszy punkt, jednak nie zamierzał błagać jej na kolanach o powrót ani wdawać się w bezsensowne dyskusje na krawężniku. - Dobrze, już się nie odzywam, po prostu odwiozę cię do domu - uciął krótko, po czym wskazał dłonią na auto.

Nareszcie Blair odwróciła się i zaczęła zmierzać prosto do jego BMW, zaraz zajmując miejsce pasażera. Sam najpierw wypuścił ciężko powietrze z płuc, przetarł dłonią twarz i dał sobie sekundę na zebranie myśli, zanim ruszył do auta i zasiadł za kierownicą. Fuck. Zjebał to wszystko. Tak naprawdę dopiero gdy znaleźli się w aucie, dotarło do niego, że przecież nie na tym polegał sens jej wypowiedzi. Nie potrafię cię pogonić. Nie potrafię ci się oprzeć i przytulam się do ciebie jak jakaś idiotka. Kochała go. Mimo całego bólu, który jej sprawił, kochała go, ale wykańczał ją fakt, że jej serce rwało do faceta, który zniszczył jej świat. A on, zamiast dać jej powód do nadziei, zamknął się w sobie i przyjął postawę zranionego twardziela. Boże, jaki był ślepy. Okej, po namyśle w jego sercu zaczęła tlić się nadzieja - szanse co prawda były znikome, a droga przed nimi wydawała się piekielnie trudna, ale zyskał pewność, że nie stracił jej na zawsze. Jeszcze nie.

Zapiął pasy i już miał ruszać, kiedy Blair powiedziała, że Cora miała jej klucze. Ech, a więc widziała się z Corą. Ciekawe czy… Blair jej powiedziała? O tym, co się stało? - Nie przejmuj się tym - odpowiedział, po czym odpalił silnik i ruszył. Całą drogę do domu pokonali w milczeniu, bo Charlie nie wiedział, w jakich słowach przekazać jej to, co teraz czuł. No i przede wszystkim... miał wrażenie, że stracił szansę na wyznania po tym, jak wsiedli do auta.

Kilkanaście minut później wjechali do podziemnego garażu, gdzie chłodne światło jarzeniówek rozświetliło doskonale znane im miejsca parkingowe. Charlie zgasił auto, wysiadł bez słowa i obszedł samochód, by otworzyć przed Blair drzwi od strony pasażera. - Wychodź - powiedział krótko, łagodnym tonem, dłonią sprawdzając klucze, które już miał w kieszeni spodni. Kiedy przez chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu, a Mayfield nie zamierzała ruszyć się z miejsca, uniósł do góry jedną brew. - Mam cię zanieść? - spytał, mierząc ją uważnym spojrzeniem.

Hell would be knocking on my door
If not for you


𝑎𝑙𝑤𝑎𝑦𝑠 𝑛𝑒𝑒𝑑 𝑦𝑜𝑢
31 y/o
Welkom in Canada
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils can
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Said you'd never break my heart
Never leave me in the dark


Z pewnością nie wybaczyłaby mu, gdyby nie powiedział jej prawdy — gdyby ukrył przed nią tak ważną rzecz jak zdradza, zakładając że ich wspólny spokój był ważniejszy niż przyznanie się do braku lojalności. Ona tę cechę ceniła ponad wszystko. Zawsze byli wobec siebie szczerzy, rozmawiali o swoich problemach, zagwozdkach, wątpliwościach… nie była ślepa i wiedziała, że coś działo się między nimi już od jakiegoś czasu, a jednak ślepo wierzyła w jego wymówki, nie konfrontując tego wystarczająco dobrze. W końcu każdy związek ma swoje kryzysy, prawda? Była przekonana, że ich problemy z komunikacją to chwilowy kryzys, który zniknie w końcu, gdy wszystko sobie wyrzucą, ale najwidoczniej musiała stać się tragedia, żeby potrafili ze sobą porozmawiać.

Mimo wszystko, miała poczucie, że i ona gdzieś zawiodła.
Mogła przecież twardo postawić na swoim, zaryzykować to, że wkurzy się na nią i już dawno zadać pytanie, czy ktoś pojawił się w jego życiu, tym samym narażając się o ewentualne pretensje na temat niewłaściwych oskarżeń. Tylko że Charlie, który stał teraz naprzeciwko niej był innym Charliem, niż ten sprzed kilku tygodni czy nawet miesięcy. Obecny Marshall przypominał bardziej jej narzeczonego, mężczyznę, którego kochała, któremu oddawała swoje szczęście, któremu bezgranicznie ufała i który był jej bezpiecznym miejscem. Oddawała mu się cała, pragnąc spędzić z nim resztę życia. Była wręcz przekonana, że gdyby oskarżyła go o spotykanie się z inną kobietą, to nie próbowałby jej zamydlić oczu, w porównaniu do Charliego sprzed kilku miesięcy, który był jego najbardziej manipulatorską wersją, jaką kiedykolwiek Blair widziała.

Said we'd never be apart
Never leave me in the dark


Teraz jednak czuła, że trzymała talię i rozdawała karty w tej grze. Wypity alkohol przyćmiewał jej stuprocentowo logiczne myślenie, ale i tak się starała. Starała się być chłodna, niezależna i pokazać, że ta sytuacja była dla niej kompletnie obojętna, ale wraz z kolejnymi minutami, ta cała maska opadała. I wiedziała, że prowokowanie sprawi, że po prostu wszystko jej powie. Tak robił stary Charlie. Jej buńczuczna postawa burzyła się z każdym jego słowem, z każdą jego wypowiedzianą na głos obawą i tą przejmującą troską, która sprawiała, że wewnątrz się rozpadała. A nie mogła. Nie teraz, nie przed nim. Skrzywdził cię, pamiętaj. Zdradził, potraktował jak nic nieznaczącą osobę. Tak próbowała sobie przynajmniej wmawiać, chociaż patrząc w jego oczy kompletnie nie czuła, aby było w tym choć ziarenko prawdy.

Widziała to. Widziała to, że ją kochał.

— Nie wiem, mógłbyś mnie złowić jak rybkę — rzuciła pierwszą impulsywną myśl, uśmiechając się niewinnie. — Ale nie wiem, czy dałabym się nabrać na twoje przynęty — zastanowiła się, jakby rzeczywiście rozważała, czy istniała jakaś szansa, dla których mogłaby uwiesić się na jego żyłce i dać wyciągnąć się z jeziora. Odpowiedź była prosta i składała się z trzech słów: oczywiście, że tak. Chociaż jej pijane rozmyślania zadziwiały i szokowały nawet ją samą.

Blair była mistrzynią zamiatania swoich uczuć pod wyimaginowany dywanik. Ta sytuacja nie różniła się od innych pod tym kątem, chociaż kosztowało ją to wiele. Mimo, że wypłakała naprawdę wiele łez, to nadal czuła się źle. Nadal jej serce było okropnie ciężkie od zawodu i wiedziała, że to dzisiejsze spotkanie będzie kosztować ją naprawdę wiele kolejnych emocji. Tylko wcześniej podejrzewała, że cały ten upust zostawi na moment, kiedy zostanie sama, a jednak wystarczył jeden bodziec, w postaci wtulenia się w jego ramiona, żeby kilka łez poleciało po jej policzkach. Znajomy zapach, ciepłe ramiona, które szczelnie przyciskały ją do jego klatki piersiowej i nie potrafiła odgonić z głowy myśli, że to nie było już czymś normalnym; że przytulenie się do niego było teraz zakazane, że pomimo krzywdy, dalej czuła się przy nim jak w domu, jakby miał odpędzić od niej całe zło świata, choć w rzeczywistości sam zgotował jej najbardziej bolesny los. Nie mogła tak dużej, dlatego nagle odepchnęła się od niego. Jej imię wypowiedziane z jego ust było jak kompletny cios w serce. Pokiwała przecząco głową, próbując wyrzucić znajome brzmienie jej imienia, które teraz nieznośnie wbijało się w jej mózg.

To pytanie zbiło ją z tropu. Spojrzała na niego spod byka. — A co to ma do rzeczy? — odpowiedziała, wzruszając lekko ramionami. — Może bym chciała, ale ty raczej nie chcesz — rzuciła, bo przecież kiedyś powiedział nie, a poza tym widziała jego nastawienie do psa swojej bliźniaczki. Przyjęła to jako odmowę i stwierdziła, że i tak nie mieli czasu na wychowywanie czworonoga, skoro wychodzili od rana, wracali wieczorem i w zasadzie poświęcali wtedy czas na skupieniu się na sobie. — Zresztą, to już nieważne — dodała po chwili. Nawet jeśli nie chciał, to ona mogłaby wziąć szczeniaczka! Choć znowu wracała myśl, że raczej nie czuła się na siłach, aby samodzielnie brać się za jego wychowywanie. Nie cofnęła się, gdy postąpił krok do przodu, chociaż sam szybko dostrzegł swój błąd i cofnął się. Chciała, aby był blisko, lecz jednocześnie nie sądziła, aby to było bezpieczne dla niej, skoro już pokazała, że nie potrafiła mu się nadal oprzeć. — Tylko szkoda, że na Teneryfie nie pamiętałeś o tym, jak bardzo ci na mnie zależy — wyparowała. Atak był jej formą obrony przed tym, aby nie odpowiedzieć mu czegoś, czego by żałowała. Przecież jej też nadal zależało. Nadal go kochała. Nie potrafiła wyłączyć uczuć w dwa dni, choć bardzo by chciała, aby to było tak łatwe.

Nie spodziewała się, że jej słowa będą mieć taką moc; że nagle odpuści, chociaż nie mogła ignorować bólu w jego oczach. Dlaczego to wszystko było tak cholernie ciężkie? Dlaczego miłość bolała, zamiast przynosić szczęście i poczucie spełnienia? Czy Charlie teraz odpuścił wszelkie starania? Czy naprawdę wystarczyło tylko tyle, aby po prostu zrezygnował, dając jej przestrzeń, aby mogła się uleczyć? Wsiadła do auta, obliczając w głowie, jak długo będzie musiała dusić się w małym pomieszczeniu obok swojego byłego. I wtedy uświadomiła sobie o kluczach, widząc już najgorsze scenariusze, jak będą musieli gonić Corę i jej nowego faceta, ale wtedy usłyszała te magiczne słowa.

Nie przejmuj się tym.

I guess there's just some promises
You shouldn't make
Shoulda known from the start


Zawsze tak mówił. Zawsze ściągał z niej poczucie obowiązku, kiedy się czymś martwiła, bo dla niego nic nigdy nie było problemem. Zawsze znajdował rozwiązanie i zawsze sprawiał, że życie było lekkie, nawet jeśli stres zjadał ją od środka, on pokazywał, że nie było warto przejmować się tym aż za bardzo. I to jedno krótkie zdanie wystarczyło, aby jej o tym przypomnieć i po prostu rozpaść się wewnątrz na kawałeczki, kiedy znowu uświadomiła sobie, że straciła jedyną osobę na świecie, przy której czuła się stuprocentowo bezpiecznie. I czy naprawdę mógł przestać, uświadamiać jej to wszystko? Te wszystkie małe gesty, nawet jak otworzenie głupich drzwi. Już chciała sama wychodzić, gdy zauważyła, jak obchodził samochód. Spojrzała na niego z dołu, w milczeniu mu się przyglądając i puszczając jego pytanie mimo uszu. Minęło kilka sekund, kiedy schylił się po nią. — No już… — zaczęła mówić, chcąc wcześniej smyknąć i wyrwać się sprzed jego ramionami, ale pijany człowiek nie miał na tyle refleksu. Zaraz znalazła się na jego rękach, w równie dobrze znajomej sytuacji i nie potrafiła zareagować inaczej, jak nie zarzucić mu dłoni za szyję. Przyjrzała mu się z bliska i dopiero w chłodnym świetle jarzeniówek dostrzegła, że był zmęczony. Impulsywna myśl kazała jej przejechać opuszkami palcy po jego policzku, ale w porę się opanowała. Jednak nie mogła powstrzymać się od tego, aby opuścić ciężką głowę na jego ramię. Było jej na tyle dobrze, że bez problemu zasnęłaby. W windzie spojrzała w jedno z luster, przyglądając im się, a gdy natrafiła tam na jego spojrzenie, speszona odwróciła wzrok.

Stanęła na równe nogi przed wejściem do ich mieszkania i spojrzała na Marshalla, który odkluczał drzwi. Mogła wejść do środka, a mimo to stała, wpatrując się w niego jak zaklęta. — Wejdziesz? — zapytała. Gdzieś wewnątrz czuła, że nie chciała, aby jechał. Był zmęczony, widziała to, a ostatnie czego chciała to.. odwiedzać go w szpitalu. Jezu, jeszcze nic by jej nie powiedzieli, w obecnie była nikim! — Liczyłam, że dostanę bajkę na dobranoc — dodała na swoje usprawiedliwienie, wchodząc pierwsza i odłożyła torebkę na komodę przy wejściu, zrzucając ze stóp szpilki i kierując się w stronę sypialni. Rzuciła po drodze marynarkę na kanapę, a po drodze zaczęła rozpinać zamek krótkiej spódniczki, którą zgubiła gdzieś przed wejściem do ich sypialni. Za jej progiem ściągnęła bluzkę, pod którą nie miała dzisiaj biustonosza, z myślą, aby od razu ubrać się w piżamę. Ale nie było jej na łóżku. Była przekonana, że ją tam zostawiła. Odwróciła się przodem do drzwi, stojąc przed nim w samych majtkach. Miała rozpuszczone włosy, które luźno opadały na jej ramiona, zasłaniając nieco biustu. Nie było to nic, czego by nie znał, a jednocześnie raczej nie powinna stać praktycznie że nago przed swoim byłym narzeczonym. Nie myślała o tym trzeźwo — raczej nikogo to nie dziwi. Zagryzła lekko dolną wargę, odrywając wzrok od niego i spojrzeniem otaksowując pomieszczenie. — Zgubiłam piżamę — pożaliła się; najpierw klucze, teraz to. No tragedia, jakby w szafie nie miała dziesięciu innych, a i tak skupiła się na tej, którą miała jeszcze przed wyjściem z domu.

tell me a fairy tale that everything will be alright in the end
31 y/o
Mark your calendar for Canada Day
188 cm
wiceprezes w Northland Power
Awatar użytkownika
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

This world can hurt you
It cuts you deep and leaves a scar



"Tylko szkoda, że na Teneryfie nie pamiętałeś o tym, jak bardzo ci na mnie zależy."

Przez chwilę chciał jej się odgryźć i wykrzyczeć, że żałował każdej sekundy spędzonej tam z Harrison. Chciał powiedzieć jej, że już rozpoczął proces sprzedaży tej przeklętej willi, jakby to miało pomóc mu wyrzucić pobyt na Teneryfie z pamięci. Chciał jej przekazać, że ten rok wyzwolił w nim wszystkie jego najgorsze cechy, że nie poznawał sam siebie i żałował, że zapomniał, co w życiu było naprawdę ważne, ale… co by to zmieniło? Kolejne przeprosiny? Kolejne obietnice? Nie miał prawa już się tłumaczyć ani szukać usprawiedliwień, bo wszystkie karty w tej grze faktycznie trzymała teraz Blair, a on stał się całkowicie zależny od jej łaski i decyzji. Musiał to po prostu zaakceptować, nieważne jak bardzo mu się to nie podobało.


🍁 🍁 🍁


Wspólna droga do domu upłynęła w ciężkiej ciszy. Charlie nie spodziewał się, że spotkanie z Blair i bycie tak blisko niej okaże się tak… wyczerpujące. Kiedyś powrót do domu był ulgą i wytchnieniem, bo tylko przy niej mógł być sobą i odpocząć od problemów dnia codziennego. Obecnie jednak każda sekunda przypominała stąpanie po polu minowym. Nie mógł jej dotknąć, pogładzić po policzku ani pocałować na dobranoc, a każde zdanie wypowiedziane teraz przez Blair było jak dobrze naostrzony sztylet. Tak naprawdę nie dziwiło go jej zachowanie i fakt, że bez skrupułów szukała kolejnych okazji, żeby z uśmiechem wbić mu szpilkę pod żebra. Możliwe, że na jej miejscu postąpiłby dokładnie tak samo.

Jednak gdzieś pod tym grubym pancerzem, którym desperacko się osłaniała, wciąż dostrzegał swoją dawną Blair. Tę samą ciepłą, wyrozumiałą i troskliwą kobietę, na której kolanach kładł głowę po ciężkim dniu, by w całkowitej ciszy zamknąć oczy i milczeć, bo wiedział, że rozumiała go bez słów. Brakowało mu tej wersji Blair. Potrzebował jej. I chociaż dzisiaj Blair pokazywała mu tylko kolce, ta krótka, bezbronna chwila przy parku, gdy wtuliła się w jego klatkę piersiową, była dla niego najważniejszym dowodem na to, że jego Blair wciąż gdzieś tam była, że nie zniknęła na zawsze, tylko cierpiała przez krzywdę, którą sam jej wyrządził.

Things fall apart, but nothing breaks like a heart
And nothing breaks like a heart


Gdy znaleźli się w garażu i otworzył przed nią drzwi pasażera, westchnął ciężko, bo najwyraźniej albo uparcie go ignorowała, albo nie chciała wychodzić. A może była aż tak pijana, że nic do niej nie docierało? A może zakręciło jej się w głowie? Tak, pewnie chodziło o to ostatnie, bo zbieranie się do wyjścia szło jej dość opornie. Postanowił się nad nią zlitować. Dla jej dobra. Żeby… żeby sama nie musiała jechać windą na górę, bo jeszcze by się zgubiła i zrobiła sobie krzywdę, a nie chciał, żeby zrobiła sobie krzywdę. - Mhm, no już - powtórzył za nią, po czym nachylił się do wnętrza auta i zanim zdążyła zareagować, wziął ją na ręce. Blair zarzuciła mu dłonie na szyję i opuściła głowę na jego bark, a Charlie zamknął auto pilotem i ruszył w stronę wind.

Gdy tylko znaleźli się w windzie, otulił go zapach jej perfum. Zacisnął zęby, modląc się w duchu, żeby jak najszybciej znaleźli się na górze, bo utrzymanie trzeźwego myślenia graniczyło z cudem. Byli chyba w okolicach siódmego piętra, kiedy ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Speszona, od razu odwróciła wzrok, ale on przyglądał się jej twarzy jeszcze przez chwilę. Oddałby wszystko, żeby dowiedzieć się, co w tamtej chwili działo się w jej głowie. Czy dalej kochała go tak samo mocno, czy może już zaczęła go nienawidzić? Jednak, cóż, dalej nie odezwał się ani słowem, nawet gdy znaleźli się na ostatnim piętrze, wycofał się z windy i postawił ją ostrożnie na równe nogi przed drzwiami ich wspólnego do tej pory apartamentu. Wyciągnął klucze, a zgrzyt zamka obwieścił koniec jego misji. Otworzył przed nią drzwi. - Na mnie już p… - zaczął cicho, planując wycofać się z powrotem w stronę wind, ale zawiesił głos, bo z jej ust akurat padło krótkie "Wejdziesz?". Zacisnął usta, mierząc ją poważnym spojrzeniem. Przecież nie powinien wchodzić, prawda? Dla jej dobra. Dopiero co się wyprowadził, powinien dać jej czas… Dlaczego więc… - Ja… Dobrze, na chwilę - odpowiedział powoli. Skapitulował pod wpływem jak spojrzenia. Jak dzieciak.

Wyciągnął przed siebie dłoń i puścił ją przodem do wnętrza. - Dostaniesz bajkę, jak wreszcie zdejmiesz buty i położysz się do łóżka - odpowiedział łagodnie, z trudem opanowując odruch złapania jej za ramię, kiedy zrzucała z siebie szpilki i cisnęła torebkę na komodę. Zamknął za nimi drzwi i stanął w przedpokoju, obserwując ją, jak zaczęła się krzątać. - Do sypialni też mam cię zanieść? - zażartował po chwili, wbijając dłonie w kieszenie. Odprowadził Blair wzrokiem, gdy ruszyła do sypialni, a sam rozejrzał się po apartamencie. Choć fizycznie nie było go tutaj tylko dwa dni, czuł się tu trochę jak… intruz, mimo że nic się nie zmieniło. Zapach jej perfum wymieszał się w powietrzu z nutą jego wody kolońskiej, buty sportowe leżały dokładnie tam, gdzie je zostawili, a na komodzie wciąż stał ich wspólny portret w prostej, brązowej ramce. Wszystko tutaj uparcie przypominało mu o cenie jego własnej głupoty. Czuł się niepewnie, zupełnie jakby nie miał prawa zrobić samodzielnego kroku na podłodze, po której jeszcze niedawno chodził w skarpetkach.

Nie chciał jednak stać jak idiota przy drzwiach, dlatego skierował się do kuchni, żeby jej się do czegoś przydać. Przechodząc obok salonu, kątem oka dostrzegł stolik na tarasie, na którym wciąż stały dwa kieliszki i butelka wina, które przyniósł tam dwa dni temu, zanim wyznał jej prawdę. Dlatego… zanim zajął się szukaniem czegokolwiek dla Blair, podszedł tam i sprzątnął szkło i wino, żeby nie musiała się tym… kłopotać. Dopiero potem udał się do apteczki, gdzie znalazł elektrolity, nalał chłodnej wody do szklanki i wrzucił do niej mieniącą się pastylkę (przygotował nawet tabletki na ból głowy na rano, zostawiając je na blacie). Ruszył do sypialni dopiero, gdy pastylka się rozpuściła. - Masz tu elektrolity i… - zaczął, ale zamarł w progu, gdy tylko spojrzał na Blair.

Blair stała na środku pokoju w samej bieliźnie. Rozpuszczone włosy opadały na jej nagie piersi, zasłaniając je… trochę. Znał na pamięć każdy centymetr jej skóry, pieprzyki na łopatkach, linię bioder i sposób, w jaki układały się jej włosy, gdy opadały na nagie ramiona. Cholera, widział to ciało setki razy, ale w obecnych okolicznościach… ten widok… był… Um. Teraz… Nie… Powinien… O… Tym… Myśleć. Mógłby pomyśleć, że robiła to celowo, ale znał ją zbyt dobrze - była po prostu pijana. Z godną podziwu determinacją zmusił się do tego, by jego wzrok powrócił na wysokość jej twarzy. Zgubiłam piżamę. Tak, jasne, Blair… - W szafie masz przecież inne - mruknął pod nosem z konsternacją, po czym wszedł do pokoju, starając się zachować bezpieczny dystans w stosunku do narzeczonej. Byłej narzeczonej. Odstawił szklankę z elektrolitami na szafkę nocną obok łóżka, a następnie odwrócił się do szafy - tej samej, z której jeszcze niedawno sam wyciągał swoje ubrania - otworzył drzwiczki i bez zastanowienia sięgnął po jedną z jej jedwabnych koszulek nocnych oraz... swoją własną, za dużą, czarną bluzę z kapturem, którą przeoczył podczas pakowania.

Podszedł do niej powoli, a będąc tuż obok, tak że mógł poczuć gorąco jej skóry… nie, nie wykorzystał sytuacji. Zamiast tego rozłożył bluzę i ostrożnie zarzucił ją na ramiona Blair, otulając jej nagie ciało ciepłym materiałem. Do rąk z kolei wcisnął jej jedwabną koszulkę nocną. - Wypij to - powiedział cicho, wskazując brodą na szafkę nocną. - A potem załóż piżamę i kładź się spać. Tamtą musiałaś włożyć do kosza na pranie - dodał, już postępując w stronę drzwi, wbijając wzrok gdzieś w przestrzeń obok niej, byle tylko nie patrzeć na jej odsłonięte ciało. - Czas na mnie. Poradzisz już sobie? - spytał na koniec, uparcie unikając jej spojrzenia i czekając tylko na potwierdzenie, że może wyjść.

Naprawdę musiał ze sobą walczyć, żeby nie porwać jej w objęcia.

Well, there's broken silence
By thunder crashing in the dark


𝑎𝑙𝑤𝑎𝑦𝑠 𝑛𝑒𝑒𝑑 𝑦𝑜𝑢
31 y/o
Welkom in Canada
170 cm
wiceprezes oraz dyrektorka kreatywna w Mayfield Architects
Awatar użytkownika
We both have demons, that we can't stand
I love your demons like devils can
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Not really sure how to feel about it
Something in the way you move
Makes me feel like I can't live without you


Po podróży autem miała kompletną mieszankę — złapało ją spanie, dodatkowo zakręciło jej się w głowie przy wjeździe do podziemnego garażu i ogólnie była wręcz przekonana, że zaczyna odczuwać skutki schodzącego powoli alkoholu. I wyszłaby sama, naprawdę! Ale jej były narzeczony ubiegł ją, pomagając księżniczce wydostać się z karocy, a ona nie miała siły zaprotestować. Nadal nie myślała trzeźwo, więc w jej głowie przewinęła się myśl, że było jej cholernie ciężko się od niego odsuwać. Im bliżej była, tym bardziej nie potrafiła postawić jasnej granicy, bo potrzeba bliskości, ale również samo przyzwyczajenie robiło swoje — a przynajmniej starała się zrzucić na to całą swoją emocjonalność, wmawiając samej sobie, że tu nie chodziło o uczucia.

A chodziło przede wszystkim o uczucia.

Jeszcze kilka dni temu nie wyobrażała sobie bez niego życia. Teraz to wszystko stawało się coraz to bardziej realne, a rzeczywistość zaczynała ją przerażać, mimo że minęły dopiero dwa dni. Mogłaby sobie wmawiać, że wyjechał; że to kolejny służbowy wyjazd, ale była obdarta z każdej możliwej interakcji, jak głupie napisanie, że za nim tęskniła. A cholernie tęskniła, choć uzewnętrznienie się w ten sposób kompletnie mijałoby się z jej potrzebą odwyku od jego obecności. Nawet sam jego widok w lustrzanej ścianie windy, ściskał jej serce, gdy uświadamiała sobie, jak blisko byli — że normalnie śmialiby się i swobodnie rozmawiali, weszliby do domu w dobrych nastrojach i możliwie skończyliby ten wieczór na kilka różnych, możliwie przyjemnych sposobów. Teraz peszył ją jego wzrok, a także własne myśli. Peszyło ją to, że kochała go, chociaż powinna nienawidzić go z całego serca i wyrwać się z ramion Marshalla, aby nie dawać mu poczucia, że miał u niej jakiekolwiek szanse. Nie wiedziała, dokąd pójdzie jej przyszłość. Nie wiedziała, czy była w stanie mu na nowo zaufać, oddać swoje życie w jego ręce i zdać się na to, że wspólnie będą budowali następne lata, starając się odzyskać to, co stracili podczas jednego szczerego wieczoru na tarasie. Przecież nie bez powodu mówiło się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, prawda? A mimo wszystko ta rwąca rzeka strasznie ją kusiła, aby na nowo zanurzyć w niej stopy i na własnej skórze przekonać się, czy nurt był jeszcze ciepły, czy może ostrzegawczo porazi ją prądami.

Chciał iść. Chciał jej uciec.

Nie, nie mogła tak myśleć.

Ale dlaczego zestresowała się wizją, w której po prostu otwiera jej drzwi i odchodzi? Odetchnęła cicho, bo wszedł za nią. Słyszała tę zgodę, ciche zatrzaśnięcie drzwi i wtedy zostali sami — w czterech ścianach, które kiedyś przynosiły ulgę po ciężkim dniu, a dzisiaj niosły za sobą niewiadomą, ale także pewną niewygodę. — Nie kuś, bo jeszcze powiem, że tak — parsknęła, chociaż już chciała zdjąć z siebie niewygodne rzeczy i wskoczyć w piżamkę. Nie do końca wiedziała, jak powinna zareagować; zaprosiła go i co teraz? Co ona sobie myślała? Cóż, prawdopodobnie nic i to było kompletnie nieszkodliwe, zważając na jej obecny stan. Tak samo jak miała pustą głowę, gdy mimo obecności swojego byłego rozebrała się prawie do rosołu i wybrała możliwie najgłupszą wymówkę. Chociaż czy to miało znacznie? Przecież zdradził ją, więc z pewnością już go nie pociągała. Nie powinna się tym przejmować, nie zrobiła tego celowo, to był impuls, który nie miał doprowadzić do czegokolwiek. A jednak jego spojrzenie przesuwające się po jej ciele sprawiło, że poczuła rozlewające się ciepło. Była przekonana, że jej policzki nieco się zaróżowiły i wydęła lekko dolną wargę, kiedy stwierdził oczywisty fakt. No tak, miała resztę piżam w szafie. Obserwowała go uważnie, gdy wyciągał jej koszulkę nocną i swoją bluzę. Okrył jej ramiona, a jego zapach, który został na materiale, otulił ją szczelnie. Uniosła spojrzenie, skupiając się na jego oczach — brązowych tęczówkach, które chciały wyglądać poważnie i profesjonalnie, a jednak dostrzegała w nich ten błysk smutku i zmartwienia. Znała go zbyt długo, aby przegapiać podstawowe emocje, nawet będąc w tym stanie. Nawet jeśli ich związek dla niektórych był biznesową formalnością i kartą przetargową, to jednak dla nich to były prawdziwe uczucia, których postanowili się podjąć; a dokładnie Charlie postanowił, jednego razu klękając przed nią z pytaniem, czy zostanie jego żoną.

Pokiwała lekko głową w potwierdzeniu na polecenie wypicia szklanki z wodą lub co tam było — równie dobrze mógłby spróbować ją teraz otruć, a ona by ślepo mu zaufała. Znowu. Niektórych rzeczy nie dało się wyzbyć. Wsunęła ręce w rękawy bluzy i zapięła ją, aby nieco się osłonić, traktując to jako swoją dzisiejszą piżamę, a koszulkę odkładając na fotel. Charlie zaczął odchodzić w kierunku drzwi, przez co automatycznie wyciągnęła rękę, lekko chwytając go za łokieć.

Poradzisz już sobie?

Nie.


— I co, jednak bez dobranocki? Spełniłam większość wymagań! — zapytała, zaczepiając się jego wcześniejszych słów. Zdjęła buty, może nie leżała jeszcze w łóżku, ale była na dobrej drodze ku temu. — Nie śpię ostatnio dobrze — pożaliła się. Zawsze miała problemu z zaśnięciem, gdy nie było go w domu. Nie była przyzwyczajona do spania samej, a jak już zdarzało się, że wychodził gdzieś lub był na wyjeździe, to kręciła się w łóżku, starając się znaleźć sobie miejsce. — Zostaniesz… dopóki nie zasnę? — zapytała, zaraz go puszczając. Nie mogła od niego tego wymagać, chociaż najchętniej chciałaby, aby został dłużej... — Znaczy… — zaczęła zakłopotana. — Nie chcę cię stawiać w niekomfortowej sytuacji — machnęła ręką. — Albo może się śpieszysz. Do kogoś. Chociaż mówiłeś, że nie widujesz się z nikim. — Zmarszczyła lekko nos, nieco mówiąc co ślina na język jej przyniesie i rozbudzając się lekko. — Ale przecież też nie musisz mi się spowiadać, nawet gdybyś próbował zacząć nowe życie… — rzuciła. Chciała się wycofać, pożegnać go, a z drugiej strony poczuła złość na myśl, że ktoś mógł na niego teraz czekać. Niby twierdził, że nie, ale czy mówił prawdę? Czy po raz kolejny nie mydlił jej czasami oczu, próbując powiedzieć jej to, co chciała właśnie usłyszeć i jednocześnie nie rozpętując dramy i dyskusji z rozżaloną, byłą narzeczoną? Pojawiła się w jej głowie impulsywna myśl. Podeszła do niego, ujmując jego twarz w dłonie, a zaraz przesunęła je na szyję mężczyzny, stając na palcach i niby się do niego przysuwając, aby go przytulić, a jednak zassała się lekko na jego szyi, nieco pod żuchwą, w idealnym miejscu, które było widoczne. Żeby każdy widział, zwłaszcza potencjalna jej… rywalka? — Niech to zniechęci tą głupią pielęgniarę — mruknęła, krótko chuchając na jego szyję i odsuwając się lekko, opadając płasko na stopy, a jednak pozostając przez chwilę zbyt blisko niego. Zdecydowanie została tutaj na sekundę za długo, znowu z bliska wpatrując się w jego czekoladowe tęczówki, po czym obróciła się na pięcie, szybko udając się w kierunku łóżka, żeby wejść pod kołdrę nim popełni głupotę. Zakryła nią nogi i chwyciła szklankę, z której chciała się napić, ale cofnęło ją, gdy wzięła większego łyka — jej żołądek zdecydowanie tego dziś nie przyjmie. Skrzywiła się, marszcząc brwi i spojrzała na niego, czekając na decyzję, chociaż małymi sygnałami wcale go nie zniechęcała do tego; w końcu nawet usiadła po swojej stronie łóżka, zostawiając tę jego wolną, gdyby przypadkiem zdecydował się… poczekać z nią.

I want you to stay
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”