Said you'd never break my heart
Never leave me in the dark
Z pewnością nie wybaczyłaby mu, gdyby nie powiedział jej prawdy — gdyby ukrył przed nią tak ważną rzecz jak zdradza, zakładając że ich wspólny spokój był ważniejszy niż przyznanie się do braku lojalności. Ona tę cechę ceniła ponad wszystko. Zawsze byli wobec siebie szczerzy, rozmawiali o swoich problemach, zagwozdkach, wątpliwościach… nie była ślepa i wiedziała, że coś działo się między nimi już od jakiegoś czasu, a jednak ślepo wierzyła w jego wymówki, nie konfrontując tego wystarczająco dobrze. W końcu każdy związek ma swoje kryzysy, prawda? Była przekonana, że ich problemy z komunikacją to chwilowy kryzys, który zniknie w końcu, gdy wszystko sobie wyrzucą, ale najwidoczniej musiała stać się tragedia, żeby potrafili ze sobą porozmawiać.
Mimo wszystko, miała poczucie, że i ona gdzieś zawiodła.
Mogła przecież twardo postawić na swoim, zaryzykować to, że wkurzy się na nią i już dawno zadać pytanie, czy ktoś pojawił się w jego życiu, tym samym narażając się o ewentualne pretensje na temat niewłaściwych oskarżeń. Tylko że Charlie, który stał teraz naprzeciwko niej był innym Charliem, niż ten sprzed kilku tygodni czy nawet miesięcy. Obecny Marshall przypominał bardziej jej narzeczonego, mężczyznę, którego kochała, któremu oddawała swoje szczęście, któremu bezgranicznie ufała i który był jej bezpiecznym miejscem. Oddawała mu się cała, pragnąc spędzić z nim resztę życia. Była wręcz przekonana, że gdyby oskarżyła go o spotykanie się z inną kobietą, to nie próbowałby jej zamydlić oczu, w porównaniu do Charliego sprzed kilku miesięcy, który był jego najbardziej manipulatorską wersją, jaką kiedykolwiek Blair widziała.
Said we'd never be apart
Never leave me in the dark
Teraz jednak czuła, że trzymała talię i rozdawała karty w tej grze. Wypity alkohol przyćmiewał jej stuprocentowo logiczne myślenie, ale i tak się starała. Starała się być chłodna, niezależna i pokazać, że ta sytuacja była dla niej kompletnie obojętna, ale wraz z kolejnymi minutami, ta cała maska opadała. I wiedziała, że prowokowanie sprawi, że po prostu wszystko jej powie. Tak robił
stary Charlie. Jej buńczuczna postawa burzyła się z każdym jego słowem, z każdą jego wypowiedzianą na głos obawą i tą przejmującą troską, która sprawiała, że wewnątrz się rozpadała. A nie mogła. Nie teraz, nie przed nim.
Skrzywdził cię, pamiętaj. Zdradził, potraktował jak nic nieznaczącą osobę. Tak próbowała sobie przynajmniej wmawiać, chociaż patrząc w jego oczy kompletnie nie czuła, aby było w tym choć ziarenko prawdy.
Widziała to. Widziała to, że ją kochał.
— Nie wiem, mógłbyś mnie złowić jak rybkę — rzuciła pierwszą impulsywną myśl, uśmiechając się niewinnie.
— Ale nie wiem, czy dałabym się nabrać na twoje przynęty — zastanowiła się, jakby rzeczywiście rozważała, czy istniała jakaś szansa, dla których mogłaby uwiesić się na jego żyłce i dać wyciągnąć się z jeziora. Odpowiedź była prosta i składała się z trzech słów: oczywiście, że tak. Chociaż jej pijane rozmyślania zadziwiały i szokowały nawet ją samą.
Blair była mistrzynią zamiatania swoich uczuć pod wyimaginowany dywanik. Ta sytuacja nie różniła się od innych pod tym kątem, chociaż kosztowało ją to wiele. Mimo, że wypłakała naprawdę wiele łez, to nadal czuła się źle. Nadal jej serce było okropnie ciężkie od zawodu i wiedziała, że to dzisiejsze spotkanie będzie kosztować ją naprawdę wiele kolejnych emocji. Tylko wcześniej podejrzewała, że cały ten upust zostawi na moment, kiedy zostanie sama, a jednak wystarczył jeden bodziec, w postaci wtulenia się w jego ramiona, żeby kilka łez poleciało po jej policzkach. Znajomy zapach, ciepłe ramiona, które szczelnie przyciskały ją do jego klatki piersiowej i nie potrafiła odgonić z głowy myśli, że to nie było już czymś normalnym; że przytulenie się do niego było teraz zakazane, że pomimo krzywdy, dalej czuła się przy nim jak w domu, jakby miał odpędzić od niej całe zło świata, choć w rzeczywistości sam zgotował jej najbardziej bolesny los. Nie mogła tak dużej, dlatego nagle odepchnęła się od niego. Jej imię wypowiedziane z jego ust było jak kompletny cios w serce. Pokiwała przecząco głową, próbując wyrzucić znajome brzmienie jej imienia, które teraz nieznośnie wbijało się w jej mózg.
To pytanie zbiło ją z tropu. Spojrzała na niego spod byka.
— A co to ma do rzeczy? — odpowiedziała, wzruszając lekko ramionami.
— Może bym chciała, ale ty raczej nie chcesz — rzuciła, bo przecież kiedyś powiedział
nie, a poza tym widziała jego nastawienie do psa swojej bliźniaczki. Przyjęła to jako odmowę i stwierdziła, że i tak nie mieli czasu na wychowywanie czworonoga, skoro wychodzili od rana, wracali wieczorem i w zasadzie poświęcali wtedy czas na skupieniu się na sobie.
— Zresztą, to już nieważne — dodała po chwili. Nawet jeśli nie chciał, to ona mogłaby wziąć szczeniaczka! Choć znowu wracała myśl, że raczej nie czuła się na siłach, aby samodzielnie brać się za jego wychowywanie. Nie cofnęła się, gdy postąpił krok do przodu, chociaż sam szybko dostrzegł swój błąd i cofnął się. Chciała, aby był blisko, lecz jednocześnie nie sądziła, aby to było bezpieczne dla niej, skoro już pokazała, że nie potrafiła mu się nadal oprzeć.
— Tylko szkoda, że na Teneryfie nie pamiętałeś o tym, jak bardzo ci na mnie zależy — wyparowała. Atak był jej formą obrony przed tym, aby nie odpowiedzieć mu czegoś, czego by żałowała. Przecież jej też nadal zależało. Nadal go kochała. Nie potrafiła wyłączyć uczuć w dwa dni, choć bardzo by chciała, aby to było tak łatwe.
Nie spodziewała się, że jej słowa będą mieć taką moc; że nagle odpuści, chociaż nie mogła ignorować bólu w jego oczach. Dlaczego to wszystko było tak cholernie ciężkie? Dlaczego miłość bolała, zamiast przynosić szczęście i poczucie spełnienia? Czy Charlie teraz odpuścił wszelkie starania? Czy naprawdę wystarczyło
tylko tyle, aby po prostu zrezygnował, dając jej przestrzeń, aby mogła się uleczyć? Wsiadła do auta, obliczając w głowie, jak długo będzie musiała dusić się w małym pomieszczeniu obok swojego byłego. I wtedy uświadomiła sobie o kluczach, widząc już najgorsze scenariusze, jak będą musieli gonić Corę i jej nowego faceta, ale wtedy usłyszała te magiczne słowa.
Nie przejmuj się tym.
I guess there's just some promises
You shouldn't make
Shoulda known from the start
Zawsze tak mówił. Zawsze ściągał z niej poczucie obowiązku, kiedy się czymś martwiła, bo dla niego nic nigdy nie było problemem. Zawsze znajdował rozwiązanie i zawsze sprawiał, że życie było lekkie, nawet jeśli stres zjadał ją od środka, on pokazywał, że nie było warto przejmować się tym aż za bardzo. I to jedno krótkie zdanie wystarczyło, aby jej o tym przypomnieć i po prostu rozpaść się wewnątrz na kawałeczki, kiedy znowu uświadomiła sobie, że straciła jedyną osobę na świecie, przy której czuła się stuprocentowo bezpiecznie. I czy naprawdę mógł przestać, uświadamiać jej to wszystko? Te wszystkie małe gesty, nawet jak otworzenie głupich drzwi. Już chciała sama wychodzić, gdy zauważyła, jak obchodził samochód. Spojrzała na niego z dołu, w milczeniu mu się przyglądając i puszczając jego pytanie mimo uszu. Minęło kilka sekund, kiedy schylił się po nią.
— No już… — zaczęła mówić, chcąc wcześniej smyknąć i wyrwać się sprzed jego ramionami, ale pijany człowiek nie miał na tyle refleksu. Zaraz znalazła się na jego rękach, w równie dobrze znajomej sytuacji i nie potrafiła zareagować inaczej, jak nie zarzucić mu dłoni za szyję. Przyjrzała mu się z bliska i dopiero w chłodnym świetle jarzeniówek dostrzegła, że był zmęczony. Impulsywna myśl kazała jej przejechać opuszkami palcy po jego policzku, ale w porę się opanowała. Jednak nie mogła powstrzymać się od tego, aby opuścić ciężką głowę na jego ramię. Było jej na tyle dobrze, że bez problemu zasnęłaby. W windzie spojrzała w jedno z luster, przyglądając im się, a gdy natrafiła tam na jego spojrzenie, speszona odwróciła wzrok.
Stanęła na równe nogi przed wejściem do
ich mieszkania i spojrzała na Marshalla, który odkluczał drzwi. Mogła wejść do środka, a mimo to stała, wpatrując się w niego jak zaklęta.
— Wejdziesz? — zapytała. Gdzieś wewnątrz czuła, że nie chciała, aby jechał. Był zmęczony, widziała to, a ostatnie czego chciała to.. odwiedzać go w szpitalu. Jezu, jeszcze nic by jej nie powiedzieli, w obecnie była nikim!
— Liczyłam, że dostanę bajkę na dobranoc — dodała na swoje usprawiedliwienie, wchodząc pierwsza i odłożyła torebkę na komodę przy wejściu, zrzucając ze stóp szpilki i kierując się w stronę sypialni. Rzuciła po drodze marynarkę na kanapę, a po drodze zaczęła rozpinać zamek krótkiej spódniczki, którą zgubiła gdzieś przed wejściem do
ich sypialni. Za jej progiem ściągnęła bluzkę, pod którą nie miała dzisiaj biustonosza, z myślą, aby od razu ubrać się w piżamę. Ale nie było jej na łóżku. Była przekonana, że ją tam zostawiła. Odwróciła się przodem do drzwi, stojąc przed nim w samych majtkach. Miała rozpuszczone włosy, które luźno opadały na jej ramiona, zasłaniając nieco biustu. Nie było to nic, czego by nie znał, a jednocześnie raczej nie powinna stać praktycznie że nago przed swoim byłym narzeczonym. Nie myślała o tym trzeźwo — raczej nikogo to nie dziwi. Zagryzła lekko dolną wargę, odrywając wzrok od niego i spojrzeniem otaksowując pomieszczenie.
— Zgubiłam piżamę — pożaliła się; najpierw klucze, teraz to. No tragedia, jakby w szafie nie miała dziesięciu innych, a i tak skupiła się na tej, którą miała jeszcze przed wyjściem z domu.
tell me a fairy tale that everything will be alright in the end