Szum wokół Hartleyów zrobił się tak duży, że tylko ktoś, kto dopiero co wrócił do Toronto, mógł nie słyszeć o całym tym zajściu. Bo jak nagłe
zmartwychwstanie szanowanego członka elity miałoby przejść bez echa?
Ade ciężko było stwierdzić, czy w tym momencie była zadowolona z faktu, że Ree o niczym nie wiedział. Dzięki temu miała wpływ na to,
jak wprowadzić go w całą tę sytuację rodem z filmów akcji. Gdyby wiedział jeszcze przed ich spotkaniem, ich rozmowa przebiegłaby zupełnie inaczej. Mentalnie nastawiała się na
wszystko.
—
Ha, chciałbyś. Nie zamierzam ci niczego ułatwiać — pochyliła głowę do przodu, spoglądając na niego przekornie. On akurat powinien doskonale wiedzieć, jak bardzo potrafiła być uparta, choć czasem zupełnie nie miała przy tym racji. Bynajmniej nie zamierzała się nigdy do tego przyznawać.
Wspomnienie o Thomasie było
nie na miejscu, więc jego słowną zaczepkę skwitowała jedynie ostentacyjnym przewróceniem oczami. Gdy jednak zaraz przypomniał o mieszkaniu w pobliżu, rzuciła mu powątpiewającą minę, która aż krzyczała
naprawdę?
—
Uu, brzmi jak groźba — teatralny głos wskazywał na to, jak bardzo się
nie przestraszyła. —
Ale chyba nie mam się czego bać, skoro będziesz tak mocno zapracowany w tv. Może spotkasz tam kogoś, komu będziesz mógł pograć na nerwach bardziej niż mi — zamrugała znacząco powiekami. Oboje znali kogoś, kto pracował w tamtej stacji. Ich spotkanie było nieuniknione. Powrót do tematu ojca wywołał w niej mocne ściągnięcie brwi. —
Thomas jest modny? — powątpiewanie znów wkradło się w ton jej głosu, kiedy próbowała zestawić ze sobą oba te słowa. I niestety, za nic nie chciało jej to
kliknąć.
Ade miała zobowiązania względem firmy i ojca, ale trzeba było przyznać, że świetnie się w tym odnajdywała. Jej pracoholizm czasem dawał się jej we znaki, ale nie odczuwała z tego powodu przeciążenia tak, jak działo się to u Ree, gdy musiał zająć się sprawami związanymi z Ironcrest.
Natomiast w tym momencie zupełnie inna rzecz nie dawała jej spokoju. A właściwie ktoś, kto przez ostatnie dni gościł w jej myślach nazbyt często. Sullivan Hartley. Ten sam, którego pogrzeb odbył się niespełna rok temu.
Wiedziała, że wspomnienie o nim wywoła szok. Nieświadomie zrobiła to w niefortunnej chwili i nagle wszystko przyspieszyło. Trzask rozbitego talerza poniósł się echem po płytkach, podobnie jak głośne przekleństwo i syk mężczyzny, gdy poczuł skutki zderzenia z ostrą ceramiką, przez co Adeline znieruchomiała. Dopiero po kilku sekundach, w których rozgrzmiały jego następne słowa, ściągnęła brwi w zatroskaniu.
—
Wiem, pamiętam — powiedziała i pospiesznie ruszyła po szczotkę, którą zaraz zaczęła zamiatać podłogę z drobinek talerza rozsypanych po całej podłodze oraz pozostałości po tak pieczołowicie przygotowywanym dla niej omlecie.
Zajmując się porządkami, przynajmniej mogła spuścić wzrok i nie patrzeć na Ree, na którego twarzy malowała się cała gama emocji, od niedowierzania, przez ból i złość. Rozumiała, że nie dało się oswoić ot tak, z taką informacją, a zerkając na czerwone punkty na stopie brata, teraz trochę żałowała, że wyskoczyła z tym tematem tak bez uprzedzenia.
—
W trumnie nie było ciała — przypomniała mu, zgarniając pozostałości po talerzu na zmiotkę. Zaraz westchnęła ciężko i wyprostowała się z kucek. —
To skomplikowana sprawa. Mogę powiedzieć Ci tyle, że Ethan miał problemy w firmie, którym Sullivan zaczął się przyglądać trochę za mocno, co nie spodobało się pewnym ludziom — starała się mówić neutralnie, choć jej głos nieco zadrżał przy ostatnich słowach. Żeby ukryć swoje emocje, podeszła do szafki z apteczką, z której wyciągnęła wodę utlenioną i gazy. —
Przeżył wypadek na łodzi, ale postanowił się ukrywać, dopóki nie zdobędzie wystarczających dowodów, żeby pogrążyć tych ludzi i zapewnić bezpieczeństwo rodzinie. I mi — mówiąc to, podała potrzebne do dezynfekcji rzeczy bratu, na chwilę podnosząc na niego spojrzenie. Serce biło jej jak szalone w obawie przed reakcją Ree na tę historię. Teraz mógł połączyć fakty — za jej kursem samoobrony kryło się coś więcej, niż tylko chęć zadbania o siebie.
Sama starała się za wszelką cenę udawać, że nie robiło to na niej wrażenia, więc zaraz podeszła do stolika obok, na którym trzymała wszystkie ulotki z jedzeniem na wynos. Zajmowanie własnego umysłu bzdurami w tak ważnych momentach rozmowy było jej naturalną reakcją obronną na uczucia, z którymi jeszcze nie zdążyła się oswoić.
—
Przyszedł mi się wytłumaczyć — dodała mimochodem. Postanowiła pominąć już fakt, że spotkali się jeszcze wcześniej, przypadkiem, gdy podczas jej obserwacji z ukrycia, ściągnął ją z drogi przed pędzącym samochodem.
Reece Murray