Beginning
Długo nie potrafiłem znaleźć odpowiedniego
u j ś c i a dla tego uczucia. Wzbierało we mnie cyklicznie odkąd pamiętam.
Nie wiedziałem chyba, co zrobić z całą swoją wolnością, bo... może miałem jej trochę za wiele. Związek rodziców był na tyle udany, że dziecko stało się jedynie niepotrzebnym dodatkiem.
Dyscyplinę poznałem dopiero w szkole i nie byłem jej fanem. Nie byłem fanem psychologa, do którego zostałem przymuszony po przywaleniu koledze w mordę, ani jego teorii na temat mojego gniewu wynikającego z "poczucia porzucenia" i "niskiej samooceny".
Wydało mi się to wtedy zwyczajnym pierdoleniem, bo na torach kartingowych czułem się
w s p a n i a l e. Szybko zostałem też dostrzeżony, więc jak można mówić o "niskiej samoocenie", skoro doskonale wiedziałem, że będę kiedyś mistrzem?
Wreckwell strikes
Wyścigi mnie zmieniły.
Rzadko się zdarza, że ktoś ma okazję jeszcze za smarkacza spotkać się ze swoim przeznaczeniem – nigdy nie kwestionowałem tego, że miałem cholerne
s z c z ę ś c i e. Prędkość sprawiała, że czułem się
n i e w a ż k i i niezależny, dokładnie na swoim miejscu. Rozwijałem się z niecierpliwością i obsesją kogoś, kto dobrze wie, ile trzeba poświęcić dla perfekcji. Dyscyplina stała się czymś, co kultywowałem sam z siebie.
Posiadanie
c e l u sprawia, że człowiek staje się spokojniejszy. Tak samo jak poczucie przynależności, którą dla mnie stanowiły barwy Aurora GP. Złapałem Boga za nogi tak wcześnie... co mogło pójść nie tak?
Pierwsze wygrane Grand Prix. Po kilku latach utrzymywania się w czołówce,
w końcu — puchar był mój, ale nie było mi dane długo pławić się w glorii zwycięstwa.
Trener zawsze mówił, że mój agresywny styl to
z a l e t a, ale wyrzucenie z toru faworyta publiczności przynosi mi medialny przydomek –
W r e c k w e l l. Media huczą o tym, że powinienem zostać zdyskwalifikowany. Sędziowie wiedzą, że nawet nie dotknąłem jego bolidu, że to wszystko aerodynamika i jego nadmierna pewność, że nie odważę się na niebezpieczny manewr. Puchar jest mój, ale ten drugi kończy karierę. Media malują mnie jako aroganckiego dupka. Podążają za mną fotografowie, a dziennikarze nadinterpretują każdy najmniejszy gest.
Zespół PR doradza, żebym brnął w ten
image, bo pasuje do mojego stylu jazdy.
Dobrze, myślałem wtedy.
Jeśli mam być zły, to będę w tym najlepszy.
Racing Incident
Okazało się, że ludzie od PRu mieli rację.
Najwyraźniej świat kocha aroganckich dupków. Ja kochałem sprawdzać, jak
d a l e k o mogę się posunąć. Ile media wybaczą mi za czarujący uśmiech? Ile afer można zagrzebać odpowiednio poprowadzoną kampanią?
Odpowiedź to, kurwa, sporo.
Sponsorzy kochają Wreckwella, kobiety też. Nierozważny styl życia utrzymuje mnie na ustach, ekranach, bilbordach i przede wszystkim na torze. Lekcja jest jasna – wolno mi
w s z y s t k o.
Divebomb
A potem urodziła mi się córka.
Dowiaduję się po fakcie. Żądam testów DNA, bo nie potrafię się z tym pogodzić. Nie chciałem mieć z tym nic wspólnego, a jej matka – nie chciała jej jeszcze bardziej niż ja, ewidentnie, bo zostawia dziecko pod opieką swoich rodziców i
z n i k a. Szybko staje się jasne, dlaczego – dziecko jest niesłyszące.
Nie chcę poświęcać swojej kariery i stylu życia, ale coś się we mnie łamie, im częściej ją widzę. Im częściej ją widzę, tym większy czuję wstyd za
W r e c k w e l l a i wszystko, co mogłaby przeczytać o swoim ojcu.
Nagle okazuje się jednak, że jestem na smyczy sponsorów. Według trenera i zespołu PR zmiana wizerunku nie wchodzi w grę, bo po niemal dwóch dekadach ciężko jest przekonać świat, by zaczął widzieć we mnie MJ-a.
Moja córka zostaje pod opieką dziadków. Przesyłam sporo pieniędzy, żeby miała wygodne życie. Uczę się migowego. Odwiedzam w każdy weekend, chociaż dziadkowie są do mnie sceptycznie nastawieni. Przekonuje ich chyba jedynie to, że na tle ich własnej córki wypadam dosyć
o d p o w i e d z i a l n i e. Zawsze jednak stąpałem z nimi po cienkim lodzie.
Wreckwell strikes again
Jedna sekunda nieuwagi decyduje o tym, że zapadłem się pod jego taflę.
Jedna sekunda nieuwagi i wszystko, co jest mi w życiu drogie, rozpada się na kawałki.
Nie wszystkie afery da się zagrzebać wywiadem, w którym bawię się z całym miotem szczeniaków. Nie, kiedy nagłówki są tak chwytliwe:
Wreckwell w centrum karambolu na Gardiner Expressway, dwie ofiary śmiertelne. Artykuły sypią się lawiną, jeden bardziej podkoloryzowany od drugiego. Medialna persona, dzięki której wcześniej byłem noszony na rękach, nagle staje się epicentrum ruiny.
Stałem się pariasem, zanim zdążyłem zostać wybudzony ze śpiączki farmakologicznej. Okrzyknięto mnie winnym, zanim jeszcze zaczął się proces. Ambiwalencja całej sytuacji
nie ma znaczenia, bo to ja jestem zawodowym kierowcą rajdowym, który przecież powinien zareagować
p e r f e k c y j n i e i wszystkiego uniknąć.
Do jednej sprawy sądowej dołącza druga – odebranie praw rodzicielskich. Nie zdążyłem nawet wyjść ze szpitala.
Porażki sypią się jak kostki domina – sponsorzy się wycofują, klub nie ma za co wysłać mnie na Grand Prix. Gdyby nie status legendy, zerwaliby umowę bez wahania.
Z r o b i ą to bez wahania, jeśli zapadnie nieprzychylny wyrok.
Jedyny sposób na odzyskanie straconego życia, to przestrzeganie wszystkich limitów, które nakłada na mnie zespół prawników, trener, team PR. Muszę to jakoś, kurwa, wytrzymać.