014. | outfit
Od momentu uzyskania informacji o tym, co się przydarzyło z Hunterem, żyła w kompletnym zawieszeniu. Mimo że powinna być i wspierać jego rodzinę, przede wszystkim ciężarną Andreę, nie potrafiła być w pełni gotowa do tego, aby spędzać z nimi więcej czasu niż było to konieczne. Samo przebywanie z nimi bolało ją bardziej niż powinno. Zamiast odczuwać spokój oraz miłość i wsparcie, zrozumiała iż patrzenie na Andy czy jej mamę przyprawia znacznie więcej bólu. Serce jej pękało z każdym kolejnym dniem coraz bardziej przez to, że to kolejny dzień ze świadomością, że jego… nie ma. Już nie ma. I już nigdy go nie będzie. Nigdy go nie spotka przypadkiem na ulicy w trakcie przerwy pomiędzy pacjentami. Nigdy nie dostanie miłego smsa z jego numeru. Nigdy nie dostanie propozycji żeby po pracy przyjechała do niego, bo znalazł kolejny ciekawy film na Netflixie i chciałby razem go zobaczyć. Nigdy nie ugotuje mu pieczonych udek z kurczaka, jakie tak lubił. Nie będzie miała możliwości podzielić się z nim nowym odkryciem jeśli chodzi o wina, bo znów ktoś jej polecił konkretną butelkę. Przede wszystkim - nie pocałuje go. Nie przytuli się w nocy, gdy będzie miała zły sen i się przebudzi z niezbyt dobrym samopoczuciem o 2 czy 4 nad ranem, mając jeszcze trochę czasu na spanie. Nie będzie miała już możliwości iść z nim na spacer, trzymając się za rękę…
I nie będzie uczestniczył w wychowywaniu ich dziecka.
To ją najbardziej w tym wszystkim obecnie dobijało.
I gdyby nie to, źle ma małą fasolkę pod sercem, na pewno spożywałaby obecnie alkohol - by tłumić emocje oraz kłębiące myśli związane z jego osobą.
Oraz poczucie winy. Czuła się okropnie. Czuła się wręcz fatalnie, mając pewną świadomość tego, że to z jej winy to wszystko się dzieje. Gdyby nie odesłała go do Powella… gdyby postanowiła zachować go jako pacjenta, mając kontrolę nad tym, kiedy powróci na front, mając pewność że jest z nim w porządku… Gdyby bardziej pilnowała spotkania, na kto®e uczęszczał do nowego terapeuty…
Nie wybaczy sobie tego. Nigdy nie zmieni swojego zdania. Już zawsze będzie uważać, że to przez nią się to stało.
Spotkanie z
nim na oficjalnym pożegnaniu zabolało w ten ostateczny sposób. Widok mężczyzny z zamknie tymi oczami w otwartej trumnie dał stuprocentowe poczucie tego, że to naprawdę koniec, a on nie pojawi się jutro w drzwiach jej domu z informacją, że to specjalnie tak, żeby zmylić wrogów albo zobaczyć komu naprawdę będzie przykro z powodu jego śmierci.
Nawet chciała przez ułamek sekundy potrząsnąć nim, chcąc się upewnić czy nie śpi. Sama nie wiedziała co miała w głowie w ogóle w tej chwili. Sieczka, zamiast mózgu. I pełną ilość szalejących hormonów, nie potrafiących poradzić sobie z dzieckiem jakie się w niej rozwija i jednoczesnym faktem utraty tak bliskiej osoby.
Choć nie wiedziała czy powinna i mogła, delikatnie ułożyła dłoń na jego policzku, przesunęła palcem delikatnie po skórze… następnie złapała go za splecione dłonie, nie przestając się mu przyglądać. Miała chwilę bycia z nim sam na sam, mogąc się pożegnać, nawet jeśli bardzo tego nie chciała. Łzy samowolnie spływały do brody i spływały swobodnie z żuchwy, a ona nie umiała przestać się mu przyglądać. Wiedziała, że to ostatni raz kiedy widzi go, chociaż nie chciała nigdy go w takiej wersji ujrzeć.
— Zaopiekuję się maleństwem za nas dwoje… Zaopiekuję się Kennethem albo Aurorą… — podobała mu się propozycja dla dziewczynki, choć nie wiedziała czy później nie zmieni na Lily, o czym on wspomniał. W tym momencie jest w stanie zrobić wszystko, co z nią związane - zupełnie jakby to miało dać jej możliwość odzyskania Huntera… To jednak nie nadejdzie, wiedziała o tym.
Pogrzeb rozpoczął się, gdy wszyscy zebrali się w umówionym miejscu rozpoczęcia konduktu żałobnego, przechodząc z nim tą ostatnią drogę do miejsca, gdzie ma być pochowany. Zamiast jednak mieć siłę w sobie na to, żeby odbyć tą drogę tak, jak powinna - płakała bez ustanku, co rusz przesuwając palcami przyciemniane okulary aby wytrzeć łzy. Szły obok siebie z Andreą, bowiem ta poprosiła ją o towarzystwo - choć pewnie bardziej to zrobiła z myślą o Prudence niż o samej sobie - idąc powoli za niesioną trumną.
Poznała z wyglądu wszystkich tych chłopków, którzy go nieśli. Wszyscy Ci, którzy byli w jej mieszkaniu (oczywiście prócz generała) przekazując informacje, szli i dźwigali ciężar tego, co przyszło im obecnie przeżywać. Dowiedziała się później, że cała piątka to osoby z oddziału Huntera, z jakimi przeprowadzał te wszystkie akcje do tej pory. Dostrzegła też Evana - tego, co opowiadał dokładniej jak to się wszystko potoczyło. Zapamiętała go, jak miałaby tego nie zrobić? I to nie z racji tego, że była zła na niego czy obarczała go winą za utratę ukochanego, bo ten poszedł mu na ratunek. Widać było z jakim bólem i on się mierzył przez to, co miało miejsce. Rozumiała go, choć to może zdawać się to dziwne.
Odcinek drogi minął bardzo szybko, a nim się spostrzegła, znajdowali się przy przygotowanym miejscu do spoczynku Huntera. Spojrzała wtedy na Andreę. Widziała jej rozpacz, chociaż jednocześnie Prue nie pozwoliła komukolwiek spojrzeć w jej oczy, ciągle trzymając okulary przeciwsłoneczne na nosie. Miała opuchnięte wieki i czerwone białka od nieustannego smutku oraz żalu jaki ją ogarnął, kiedy siedziała w domu i nie ruszała się praktycznie nigdzie. Odwołała wszystkich pacjentów, przepraszając i obiecując poprawę w realizacji umówionych terminów, lecz nie miała pewności czy tak prędko powróci do zawodu. A to wszystko przez to, że trochę straciła sens i chęci na cokolwiek.
Po chwili ciszy w momencie posiadania zwróconej głowy na Andreę, przysunęła się jeszcze bliżej i objęła kobietę ramieniem. Nie wiedziała tylko, czy to ona potrzebowała przytulenia, czy może chciała to wsparcie samej sobie dodać. Póki nie odezwał się ksiądz, wciąż obejmowała przyjaciółkę.
— Tak bardzo mi go brakuje… — wyszeptała do niej, po czym pociągnęła mocno nosem. Jakby wyczuła idealny moment na powiedzenie czegoś zanim się wszystko zacznie, gdyż po chwili usłyszeć można było stukanie w mikrofon a także początkowe próby głosu czy na pewno wszystko działa.
— Kochani, zebraliśmy się tu dziś, aby uczestniczyć w ostatniej drodze na ziemi Majora Huntera Kennetha Matthewsa. Był oddanym synem, bratem, wujkiem, szwagrem, partnerem, żołnierzem, dowódcą… człowiekiem. Posiadał wartości, które popchnęły go do tego, żeby pomóc innym odzyskać wolność i pragnąc aby jego kraj tą wolność w dalszym ciagu posiadał. Działał w słusznych sprawach, będąc ciągle wspierany słowem bożym. Poza żołnierskimi osiągnięciami, świetnie radził sobie z przeróbkami meblowymi, spełniał się w roli ukochanego wujka, potrafił rozbawiać ludzi. Miał swoje wzloty i upadki, miał lepsze oraz gorsze momenty, lecz czy jest ktoś, kto ich nie miał? Ostatni czas pokazał, że pomimo swoich przeciwności, potrafił odnaleźć odpowiednią drogę, nie osiadając na laurach i dążąc dalej w oparciu o własne przekonania, pragnienia. Zginął, robiąc to co potrafił robić dobrze. Zginął, pomagając innemu człowiekowi, który w walce potrzebował wsparcia. Takim właśnie człowiekiem był Major Hunter Matthews. Nie patrząc na to, co dzieje się wokół niego, nie mógł pozwolić na to, aby ktoś inny nie uzyskał pomocy. I chociaż nie jest już z Nami ciałem, tak duchem i w Naszych sercach pozostanie na zawsze — Prudence słuchając tego, nie mogła znów opamiętać się i przestać płakać. Pociągała co chwilę nosem, przecierała oczy wciąż nie zdejmując okularów. Dlaczego akurat właśnie on..?
Gustav Hansen