40 y/o
For good luck!
189 cm
muzyk który gra wszędzie, gdzie go zechcą
Awatar użytkownika
We'll sneak out, while they sleep
And sail off in the night
We'll come clean and start over the rest of our lives
When we're gone, we'll stay gone
Out of sight, out of mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

supergirls (don't) cry

Po jednym z koncertów w Los Angeles, gdy jak zwykle palił w tylnej alei baru, zaczepił go pewien człowiek. Podawał się za przedstawiciela wydawnictwa muzycznego, ale Jasper był niemal pewien, że był zwykłym hipsem, który odrobinę przesadził z używkami. Niewiele zrozumiał z pseudofilozoficznego bełkotu, którym tamten go karmił, ale jedno zdanie wyryło mu się w pamięci tak trwale, że stale je przywoływał. Stało się swoistą mantrą, powtarzaną przed każdym występem – sztuka jest miłością uprawianą publiczne. Kimkolwiek był tamten nieznajomy, niezależnie od tego jak bardzo szalony i niepoprawny się wydawał, miał całkowitą rację. Sztuka to miłość, a miłość to kalejdoskop emocji; ekstaza i radość, gniew i melancholia. Od tamtego momentu każdy kawałek, który grał przez tłumami ludzi, zyskiwał personalne znaczenie, bo przestawał być jedynie melodią – stawał się nośnikiem. Nie było na świecie nic bardziej elektryzującego niż patrzenie jak drugi człowiek chłonie ofiarowany mu spektakl całym sobą, przeżywając prywatne katharsis. Odsyłał ich wszystkich do słodkich pierwszych razów i boleśnie złamanych serc. Otwierał stare rany, by pomóc na nowo je zamknąć. Ofiarował lekcję i dawał poczucie wolności, którego nie mogli doświadczyć nigdzie indziej. Uprawiał tę miłość – tę sztukę – z niepohamowaną pasją. I na chwilę nic innego nie miało znaczenia, ani dla niego, ani dla nich.
Nie inaczej było tego wieczoru. Uśmiech był dla publiczności, każdy dźwięk, który wypływał z jego ust i wibrował w gardle, był dla nich.  Ciało muzyka kołysało się, niesione elektrycznym brzmieniem gitar, dźwięki rezonowały w nim niczym w pudle, niosąc drżenie aż do opuszek palców. Na scenie był aktorem i równocześnie najbardziej autentyczną wersją siebie. Instrumenty nie stanowiły jedynie narzędzi – były przedłużeniem jego osoby, filakterium na duszę, którą ofiarował dobrowolnie i z nabożnym oddaniem. Czasami wydawało mu się, że tylko w takich momentach naprawdę żył. Nie miał granic ani barier, ego rozpadało się, wczoraj nie istniało, jutro było odległe i abstrakcyjne. Tylko moment, krew pulsująca w rytmie, metal strun żłobiący palce.

Powietrze było gęste, nawet jeśli znajdowali się na zewnątrz. Strąki pozlepianych kosmyków lepiły mu się do czoła, a on oddychał ciężko. Uśmiechał się jednak szeroko, obserwując swoją małą widownię. Ludzi nie było dużo, choć zdecydowanie więcej niż zazwyczaj, zupełnie jakby tego wieczoru coś przywiodło ich do tego miejsca. Lubił myśleć, że to właśnie on i jego muzyka, ale nawet jeśli tak nie było, robił wszystko by zostali właśnie dla niego.
N i e, nie dla niego – dla siebie i dla tego, co mógłby im zaoferować.
Usiadł na wysokim stołku, który został umieszczony przed mikrofonem. Oparł ręce na gitarze akustycznej, którą trzymał na kolanach i odetchnął ciężko, nieco teatralnie. Tłum zaciekawionych spojrzeń skierował się w jego stronę.
Wiem, że połowa z was ma dość moich autorskich kawałków — parsknął, dopasowując wysokość mikrofonu. — A ta druga liczy, że zagram Sweet Home Alabama po raz trzeci żeby mogli wydzierać się do refrenu, bo nie oszukujmy się, reszta tekstu została wyparta i zapomniana… — wzruszył ramionami, gitara jęknęła z powodu nagłej zmiany pozycji, a ktoś z tłumu wyraźnie wygłosił sprzeciw co do teorii wyparcia i zapomnienia — ale na szczęście to ja wybieram repertuar. Dlatego w ostatniej piosence pozwolę sobie zwolnić. — Poruszył kluczami, dostrajając struny, umyślnie przeciągając moment, w którym znów zacznie grać. — Moja mama często słuchała tej piosenki. Najczęściej wtedy, kiedy czuła się słaba i sądziła, że daleko jej do tej superdziewczyny, o której mówi tekst. — Twarz Jaspera wykrzywił niewielki uśmiech, tym razem zdecydowanie mniej pewny i beztroski. Przez moment wydawało się, że był gdzieś daleko, ale to tylko krótkie mrugnięcie. Słaby błysk przeszłości, który nikł w blasku scenicznych świateł. — Ale przyrzekam, że nigdy nie była silniejsza niż właśnie w tamtych momentach. — Odchrząknął, powoli zaczynając wygrywać melodię. Struny falowały na gryfie, mrucząc łagodnie. — Supergirl od Reamon. Dla wszystkich, którzy potrzebują tego usłyszeć.

You can tell by the way she walks that she's my girl
You can tell by the way she talks, she rules the world
You can see in her eyes that no one is her chain
She's my girl, my supergirl


Sztuka to miłość uprawiana publicznie, a to był jego najintymniejszy akt. Łagodny i pełen melancholii. Boleśnie szczery, ale zbyt subtelny, by w pełni go zrozumieć. Nie chodziło jednak o interpretowanie, bo emocje nie istniały po to, by poddawać je analizie. Chodziło o przyjmowanie ich takimi jakie były. Każdy miał własną wersję, żadna nie była lepsza ani bardziej istotna.

And then she'd say, "It's okay"
"I got lost on the way, but I'm a supergirl"
And supergirls don't cry
And then she'd say, "It's alright"
"I got home late last night, but I'm a supergirl"
And supergirls just fly


Wciąż czuł się żywy, bardziej niż kiedykolwiek. Nawet jeśli nostalgia próbowała ściągnąć go w dół, on pewnie trzymał głowę wysoko. Pozwalał emocjom płynąć, prześlizgiwać się po gryfie, błądzić między palcami, które zwinnie przeskakiwały pomiędzy kolejnymi akordami. Przymknął oczy, smakując tej chwili, słodko-gorzkiej mieszanki żalu i ulgi.
Kiedy otworzył oczy, przesuwając spojrzeniem po rozświetlonych twarzach, doskonale wiedział, że wszyscy są tam gdzie on – gdzieś między ciążeniem grawitacji a stanem nieważkości.


Solene Rhodes
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
32 y/o
For good luck!
178 cm
adwokat | Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
I've got to get a move on with my life, it's time to be a big girl now and big girls don't cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

01.
outfit

Od najmłodszych lat uczono ją, że życie nie pozostawia miejsca na słabość. Każdy dzień miał przynosić kolejne osiągnięcia, każde potknięcie należało jak najszybciej naprawić, a emocje powinny pozostać zamknięte za starannie zbudowaną fasadą opanowania. Przez lata doprowadziła tę sztukę niemal do perfekcji. Jednak ten dzień od samego początku zdawał się wystawiać jej cierpliwość na próbę. Rozprawa, do której przygotowywała się od wielu tygodni, nie zakończyła się tak, jak zakładała, chociaż zrobiła absolutnie wszystko, czego wymagał od niej zawód i własne ambicje, wyrok pozostawił po sobie gorzki niedosyt. Wracając do kancelarii z trudem odpychała od siebie kolejne myśli, raz po raz analizując przebieg rozprawy i zastanawiając się, czy mogła zrobić coś więcej. Nie zdążyła jeszcze uporządkować własnych myśli, gdy zadzwonił jej narzeczony - rozmowa, która miała trwać zaledwie kilka minut, szybko przerodziła się w kolejną sprzeczkę. Zaczęło się niewinnie - od pytania o plany na wieczór i przypomnienia o kolacji, na której mieli pojawić się wspólnie, za to chwil później usłyszała dobrze znany ton głosu, pod którym kryły się pretensje, oczekiwania i przekonanie, że powinien wiedzieć, gdzie jest, z kim rozmawia i kiedy wróci do domu. Wystarczyło jednak kilka pozornie spokojnych zdań, by ponownie poczuła ciężar kontroli, której od dłuższego czasu coraz trudniej było jej nie dostrzegać. Zakończyła rozmowę dopiero wtedy, gdy zorientowała się, że nie ma już siły po raz kolejny tłumaczyć się wszystkim wokół z własnych decyzji.
Najgorsze miało jednak dopiero nadejść.
Telefon zadzwonił ponownie niespełna godzinę później. Tym razem na wyświetlaczu pojawiło się imię jej matki; Solene przez krótką chwilę zastanawiała się, czy odebrać, ale doskonale wiedziała, że brak odpowiedzi oznaczałby jeszcze większy problem. Rozmowa przebiegła dokładnie tak, jak wiele wcześniejszych. Matka nawet nie zapytała, jak minął jej dzień, zamiast tego z niezwykłą łatwością przypomniała córce o przyjęciu organizowanym w nadchodzący weekend, wspomniała o narzeczonym, którego wciąż uważała za idealnego kandydata na męża, po czym między kolejnymi zdaniami zdołała wytknąć jej, że ostatnio zbyt rzadko pojawia się na wydarzeniach towarzyskich i coraz mniej przypomina kobietę, którą wychowała.
Zaledwie kilka zdań.
A mimo to wystarczyły, by po raz kolejny poczuła się jak kilkuletnia dziewczynka, która bezskutecznie próbuje zasłużyć na odrobinę uznania. Resztę wieczoru spędziła zamknięta w swoim gabinecie. Przeglądała dokumenty, odpisywała na wiadomości i zajmowała się wszystkim, co tylko mogło odciągnąć jej myśli od wydarzeń minionego dnia. Kiedy podniosła wzrok znad akt, większość pracowników dawno opuściła już kancelarię, a budynek spowity był ciemnością - tylko z jej gabinetu dobiegało jeszcze słabe światło. W końcu zgasiła lampkę na biurku i zamknęła za sobą drzwi, wychodząc następnie z budynku. Przez moment stała nieruchomo na schodach prowadzących do biurowca, wpatrując się w światła miasta. Powinna wrócić do mieszkania. Wiedziała, że narzeczony zapewne już na nią czekał, a każda kolejna minuta spóźnienia stanie się początkiem następnej rozmowy, której nie miała ochoty prowadzić. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie zrobiła jednak tego, czego od niej oczekiwano. Ruszyła przed siebie bez wyraźnego celu; mijała kolejne przecznice, nie zastanawiając się, dokąd właściwie idzie. Pozwalała, by kroki same prowadziły ją przez tętniące jeszcze życiem ulice, aż w końcu zatrzymała się przed niewielkim barem, którego nazwy nawet wcześniej nie kojarzyła. Nie należał do miejsc, w których zwykli bywać ludzie z jej środowiska. Nie organizowano tam wystaw, bankietów ani spotkań wpływowych osobistości. Nie było w nim nic, co pasowałoby do świata, w którym dorastała, a jednak właśnie tam skierowała wzrok. Nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego - być może dlatego, że po raz pierwszy od wielu lat miała dość robienia wszystkiego tak, jak należało. Przez krótką chwilę wahała się jeszcze przed wejściem. Rozsądek podpowiadał, że powinna odwrócić się i wrócić do domu, zanim ktokolwiek mógłby zobaczyć ją w takim miejscu. Wychowanie, nazwisko i pozycja społeczna od dawna nauczyły ją, że pewne rzeczy po prostu nie przystoją.
Tego wieczoru rozsądek jednak przegrał.
Nie zastanawiając się dłużej, nacisnęła klamkę i po raz pierwszy przekroczyła próg baru, którego istnienia jeszcze godzinę wcześniej nawet nie była świadoma. Stawiając swobodne, chociaż dość niepewne kroki po parkiecie wewnątrz lokalu czuła się nieswojo - miała dziwne wrażenie, że ludzie spoglądali na nią oceniająco, że wodzili za nią wzrokiem i najpewniej zastanawiali się, co w takim miejscu robi kobieta, której niebotycznie wysokie, ale przy okazji nieprzyzwoicie drogi szpilki elegancko odbijały się od drewnianej nawierzchni. To zagubienie na jej twarzy musiało być widoczne gołym okiem - gdy sama zlustrowała spojrzeniem wnętrze, dostrzegła wielu mężczyzn w raczej bardzo luźnym wydaniu, do jej uszy dobiegły śmiechy i gwarne rozmowy po drugiej stronie lokalu, ale w końcu dotarła do oświetlonego baru, przy którym akurat nie tłoczył się żaden tłum. Przysiadła więc na barowym krześle, wprawiając zapewne młodego barmana w niemałą konsternację; a może wręcz przeciwnie, może on widział już tutaj wszystko i obecność zagubionej kobiety wcale go już nie dziwiła. Był miły - zagadywał, zaproponował coś dobrego do picia, ale wbrew temu, co sobie wyobrażał, najpewniej łącząc ją z wymyślnymi drinkami, Solene poprosiła po prostu o dobrą whisky. Potrzebowała czegoś mocnego, co ukoi jej dzisiejsze nerwy; była zmęczona, zrezygnowana - a świadomość, że jeszcze przyjdzie jej się mierzyć zarówno z matką, jak i z narzeczonym, wcale nie napawały ją radością. A opuszczenie dzisiejszej kolacji, na której mieli się wspólnie pojawić zapewne rozpęta burzę.
Gdy upijała pierwszy łyk whisky, do jej uszu dotarł głęboki, męski głos. Przebijał się przez jej świadomość i odpędzał natrętne myśli, jej zamroczony nieco umysł skupiał się na pojedynczych słowach, ale nawet nie obróciła się w kierunku sceny - tej sceny, na którą nawet nie spojrzała, gdy zmierzała do baru. Jej wargi mimowolnie zadrżały w uśmiechu, gdy nieznajomy wspomniał o Sweet Home Alabama, a jego słowa z kolei spotkały się z energiczną reakcją gości. Nie miała pojęcia, że w tym lokalu jest grana muzyka na żywo - nigdy nie była w żadnym barze, a fakt, że akurat w tym śpiewano dla gości w jakiś sposób nawet ją poruszyło. Łagodny i pełen melancholii głos wypełnił zadymioną przestrzeń baru, dźwięki gitary kojąco otulały jej ciało, a słowa piosenki niespodziewanie uderzały w nią ze zdwojoną siłą.
And then she'd say, "It's okay"
I got lost on the way, but I'm a supergirl
And supergirls don't cry
Przełknęła z trudem ślinę, czując jak nagle ścisnęło się jej gardło, nawet nie zorientowała się kiedy tak naprawdę jej oczy zrobiły się wilgotne - może w momencie, w którym zdała sobie sprawę z tego, że czekała ją trudna przeprawa z ludźmi, których miała nazywać swoją rodziną. Była zmęczona ciągłą walką, dlatego dzisiaj - tutaj, w tym ciemnym barze, pierwszy raz od dawna pozwoliła, by jej oczy się zaszkliły. Ze zmęczenia. Z rozczarowania dzisiejszymi wydarzeniami. Z bezsilności… Kiedy dotarł jednak do niej sens śpiewanych słów, szybko sięgnęła po szklankę i opróżniła ją szybko, krzywiąc się pod wpływem ostrego alkoholu, który palił jej gardło. Maska próbowała usilnie wrócić na jej twarz, mruganie powiekami miało odgonić chwilowy kryzys.
Supergirls don't cry
Ale co zrobić, gdy płacz był jedynym na co miała teraz ochotę? Odetchnęła głęboko, przesunęła szklankę po blacie w kierunku barmana, w ten niemy sposób prosząc o dolewkę i obróciła się na krześle w stronę sceny. Jej wzrok spoczął na twarzy mężczyzny, którego nawet z tej odległości widziała doskonale, następnie prześlizgnął się po przystojnej twarzy w kierunku warg, które poruszały się wraz z każdym wyśpiewanym słowem. Gdy wyczuła na sobie jego wzrok, odwzajemniła to spojrzenie, mając poczucie, jakby każdy wers śpiewał do niej. Albo o niej.
Nagle zaczęła poruszać wargami, wyśpiewując cicho ostatnie wersy piosenki.
Yes, she's a supergirl, a supergirl
A supergirl, my supergirl
Gdy jednak nagle muzyka ucichła, ten moment zawisł pomiędzy nimi na znacznie dłużej niż powinien, po prostu patrzyli na siebie przez ten krótki moment, który zdawał się trwać całą wieczność. Gdy wreszcie zdała sobie z tego sprawę, czym prędzej uciekła spojrzeniem i odwróciła się ponownie przodem w kierunku blatu. Alkohol już na nią czekał, a to był zdecydowanie dobry moment, by ponownie się napić.

Jasper Porter
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Sol
everything we like
40 y/o
For good luck!
189 cm
muzyk który gra wszędzie, gdzie go zechcą
Awatar użytkownika
We'll sneak out, while they sleep
And sail off in the night
We'll come clean and start over the rest of our lives
When we're gone, we'll stay gone
Out of sight, out of mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

And then she'd scream in my face
Tell me to leave, leave this place
'Cause she's a supergirl
And supergirls just fly


Czasami ciężko było latać. Czasami wszystko, co mogły zrobić superdziewczyny to po prostu poddać się emocjom. Nie walczyć dłużej z tym, co w nich wzbierało. Nie kryć się za fasadą siły i niezależności. Powstrzymywana zbyt długo reakcja w końcu prowadzi do implozji, a jej nie sposób odwrócić.
Jego matka zawsze próbowała sprostać wymaganiom świata. Była delikatną kobietą, ale wydawało się, że wychowywanie syna w pojedynkę narzuciło na nią pewną smycz, którą sama wkrótce zaczęła trzymać, niemal rozpaczliwie, jak tonący łapiący się brzytwy. Chciała być ojcem i matką, żywicielem rodziny i czułą opiekunką. Wyważenie obu roli z roku na rok stawało się coraz trudniejsze – Jasper nigdy nie wymagał od niej tego poświęcenia, ale chyba to ona sama miała wobec siebie oczekiwania, którym usilnie próbowała sprostać. Może gryzły ją wyrzuty sumienia, gdy po raz kolejny zatajała prawdę o jego tacie, a może powody sięgały gdzieś głębiej, gdzie Jazz nigdy nie dotarł.
Smycz odpięła dopiero, gdy był już dorosły, a ona zaczęła chorować. Przestała maskować własną słabość, zbyt zmęczona walką. Przyznanie się do tego, że nie czuła się w porządku, wymagało odwagi, dużo większej niż przypuszczała. Wiedział, że w takich momentach myślała o sobie jako o kimś, kto przegrywał, a jednak Jasper nigdy nie dostrzegał jej wyraźniej. Była superdziewczyną właśnie wtedy, gdy płakała i pozwalała mu na to, by choć trochę ją odciążył. Gdyby nie pozwoliła sobie na odważne pokazanie słabości, odeszłaby tak, jak odchodzą gwiazdy – cicho i w ułamku sekund, implodując i zapadając się w sobie. Nawet nie wiedziałby kiedy i dlaczego zniknęła, ani co mógłby zrobić, by temu zapobiec.

She's sowin' seeds, she's burnin' trees
Yes, she's a supergirl, a supergirl
A supergirl, my supergirl


Jego spojrzenie śledziło nieznajome twarze, ale łapał się na tym, że zawsze wracał do jednej. Do kobiety, która siedziała przy barze, sącząc whisky. Obserwowała go, w tym intymnym akcie tworzenia i dzielenia się sztuką, nie odwracając wzroku nawet wtedy, gdy łapali kontakt. Wodził więc palcami po gryfie gitary, zwalniając melodię jeszcze bardziej i śpiewał – do niej, dla niej, a może o niej? Wtedy był wszystkim tym, czym chciała żeby był. Manifestem, przebudzeniem, ukojeniem i pojednaniem. Pierwszym ostrzegawczym znakiem albo ostatnią deską ratunku. Nie mógł w pełni dostrzec wyrazu jej twarzy, gdy światła ze sceny raziły jego oczy, ale miał pewne przeczucie, które trzymało go za gardło i nie pozwalało odpuścić. Nie wierzył w przeznaczenie, ale nie wątpił w to, że pewnych ludzi łączyło przyciągnie, któremu nie sposób było się oprzeć. Niewidzialna nić porozumienia, utkana z fascynacji i poczucia zrozumienia, tej niespodziewanej potrzeby kontaktu. Nie był człowiekiem, który przegapiłby taką okazję. Nie był też człowiekiem, który się wahał.
Utwór dobiegł końca. Salwa oklasków poniosła się po sali, ale on nadal trwał w tej przestrzeni, którą dzielił z nieznajomą kobietą. Tłum zadowolonych twarzy był tylko barwnym tłem, rytm klaszczących dłoni białym szumem. Uśmiechnął się, widząc jak nieco zmieszana w końcu ucieka wzrokiem, zdając sobie sprawę, że chwila zawieszenia trwała zdecydowanie zbyt długo.
Dziękuję. Wieczór należy do was. — Ukłonił się niedbale, opierając gitarę o krzesło. Zszedł ze sceny, po drodze zbierając podziękowania i gratulacje, na które uprzejmie kiwał głową. Zapewne w innym wypadku – zgodnie z tradycją – udałby się na zewnątrz baru, by zapalić i pozwolić adrenalinie opaść. Wplątałby się w rozmowę bez wyjścia, a później przeciągał noc jak najdłużej, nie chcąc witać kolejnego dnia. Tym razem jednak krew pulsowała, głowa szumiała, a nogi niosły go same, w kierunku baru. Tam, gdzie wciąż była ona, pochylona nad szklanką whisky. Zdecydowanie nie pasowała do tego miejsca, odznaczając się nie tylko nienagannym wyglądem (nagle jego najlepsza czarna koszula wydawała się zbyt tania i prosta), ale również aurą jaką wokół siebie roztaczała. Ciężko było nie zwrócić na nią uwagi, przyciągała jej więcej niż sam Jasper, a przecież jeszcze przed momentem wszystkie oczy spoglądały w stronę sceny. Kiedy jednak usiadł obok, nonszalancko opierając się o blat baru, zaciekawionych spojrzeń przybyło, bo teraz zajmowali tę małą przestrzeń oboje.
Cody, dla mnie to samo co dla pani. — Posłał znajomemu barmanowi porozumiewawcze spojrzenie. — Możesz od razu wyłożyć butelkę. — Młody chłopak za barem nie wahał się zbyt długo. Mogli nie płacić mu zadowalających kwot za występy, ale nigdy nie odmawiali alkoholu, zapewne licząc na to, że zapomni o regulacji wynagrodzenia, gdy procenty zawrócą w głowie.
Jasper nachylił się w stronę nieznajomej, chłonąc zapach mocnych perfum, które zdecydowanie pasowały do jej osoby. Był blisko i nie musiał przekrzykiwać gwaru, zniżył więc głos do konspiracyjnego szeptu. — Proponuję kradzież alkoholu i taktyczny odwrót. — Barman musiał usłyszeć niestosowną propozycję, bo uniósł brew pytająco, ale nie odezwał się ani słowem. — Ludzie pożerają cię wzrokiem i jestem pewny, że to nie ze względu na mnie. — Odsunął się, ponownie dając jej przestrzeń. Złapał butelkę w dłoń, zagarnął własną szklankę i obserwował jej reakcję. Był nieznajomym mężczyzną, miała więc pełne prawo odmówić propozycji. Ten chwilowy kontakt, który między sobą dzielili, gdy jeszcze był na scenie, mógł być zwykłym przypadkiem, mijającym impulsem. A jednak patrzył na nią, odrobinę wyczekująco, uśmiechając się czarująco, jakby rzucał jej wyzwanie. Jego oczy uciekały w stronę wyjścia z baru w niemej sugestii, że tam czeka znacznie bardziej zajmująca rozrywka, aniżeli tutaj, w zatłoczonym lokalu, pełnym wścibskich spojrzeń pijanych ludzi. — Zrozumiem jednak, jeśli zdecydujesz, że superdziewczyny dzisiejszego wieczoru podbijają świat w pojedynkę. Wtedy butelka będzie tylko twoja, a ja daleko stąd.
Miał jednak nadzieję, że kobieta nie odmówi. Nie dlatego, że ułożył w głowie jakikolwiek plan – zapewne po tym wieczorze wrócą do swoich odległych światów, nie spotykając się już więcej. Chciał po prostu zrozumieć co kryło się za tym spojrzeniem, które posyłała mu, gdy był na scenie. Dowiedzieć się, czy jego muzyka poruszyła w niej jakąś czułą strunę. I może spędzić kilka niezobowiązujących chwil z kimś, kto miał coś do powiedzenia – coś w i ę c e j niż puste pochwały i nachalne prośby – a ona wyglądała na taką, która ma do powiedzenia bardzo dużo.

Solene Rhodes
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
32 y/o
For good luck!
178 cm
adwokat | Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
I've got to get a move on with my life, it's time to be a big girl now and big girls don't cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

And then she'd say, "It's okay"
"I got lost on the way, but I'm a supergirl"

Przez całe życie musiała być superdziewczyną.
W jej świecie nie wystarczało być dobrą. Trzeba było być najlepszą: przygotowaną, odpowiedzialną i niezawodną, a każdy błąd traktowany był jak dowód na to, że gdzieś po drodze zabrakło determinacji. Nikt nie pytał, czy jest zmęczona. Nikt nie chciał wiedzieć, czy czegoś się boi. Od niej oczekiwano przede wszystkim tego, że sobie poradzi. I zawsze sobie radziła - nauczyła się bardzo wcześnie, że słabość najlepiej ukrywać, zanim ktokolwiek zdąży ją zauważyć. Łzy należało otrzeć, zanim spłynęły po policzkach. Rozczarowanie zamienić w uśmiech, a bezsilność w jeszcze większą determinację. W świecie, w którym dorastała, emocje były czymś, co należało kontrolować, a nie czymś, czym można było dzielić się z innymi. Zrzucenie maski nie było więc mile widziane.
Z czasem sama zaczęła wierzyć, że właśnie na tym polega siła. Na zaciskaniu zębów, tłumieniu emocji i przechodzeniu nad wszystkim do porządku dziennego. Tylko czasami, w tych najcichszych momentach, kiedy nie musiała już niczego nikomu udowadniać, pojawiała się myśl, której przez lata nie chciała dopuścić do głosu - że może superdziewczyna również miała prawo czasem nie dawać sobie rady. I że może pod maską, którą nosiła tak długo, wciąż znajdowała się dziewczyna, której nigdy nie pozwolono być po prostu sobą.

And then she'd say, "It's alright"
"I got home late last night, but I'm a supergirl"
And supergirls just fly

Dzisiaj potrzebowała pobyć sobą chociaż przez krótką chwilę – to dlatego w momencie, w którym najbliżsi znowu ją przytłaczali zmieniła swoje codzienne rytuały, wyszła ze strefy własnego komfortu i zabłądziła po drodze do domu, wstępując do jednego z barów. Była przekonana, że nie pasowała do tego miejsca pod żadnym względem, ale może właśnie to było kluczem do sukcesu – potrzebowała zmienić otoczenia i spojrzeć na życie z innej perspektywy. Tak błaha rzecz, jak chwila spędzona w barze, w którym nigdy nie była miała jej właśnie w tym pomóc. A może dopadł ją już po prostu tak duży kryzys emocjonalny, że poszła dokładnie tam, gdzie same zaprowadziły ją nogi, nie zwracając uwagi na to, czy wtapiała się w otoczenie czy też nie. I czuła się z tym dobrze, chociaż emocje wręcz roznosiły ją od środka i chęć ich wykrzyczenia zmieniała w te łzy, które chwilami cisnęły się jej do oczu.

and supergirls don't cry...

Te łzy jednak nie popłynęły po jej policzkach – słowa piosenki, wyśpiewane tym charakterystycznym, męskim głosem nadal odbijały się echem w jej głowie i w jakiś sposób dodawały jej otuchy. Przez te kilka minut, gdy wpatrywała się w siedzącego na scenie mężczyznę, słuchając uważnie każdego ze słów - miała wrażenie, że trafił w punkt, dokładnie tam, gdzie ją bolało, tam gdzie potrzebowała tego wsparcia, a przede wszystkim tam, gdzie niemal się rozpadła pod natłokiem emocji, które on otulił ciepłem swojego głosu. To dlatego, gdy zdała sobie z tego sprawę uciekła wzrokiem i obróciła się ponownie w stronę baru, nie zamierzała tu przecież dzisiaj nawiązywać żadnych znajomości, tylko wypić coś mocniejszego, a potem – niestety – wrócić do domu. Zdawała sobie sprawę z tego, że samotne wędrówki po barach to nie był żaden bezpieczny wybór, tym bardziej, że czuła na sobie te wszystkie spojrzenia, które nie ustawały i nie czuła się z tym w żaden sposób komfortowo. Dopadło ją nawet chwilowe zwątpienie, co do słuszności swojej decyzji o przyjściu tutaj – już miała dopić whisky i po prostu udać się do wyjścia, ale nim sięgnęła ponownie po szklankę, zorientowała się, że ktoś zajął miejsce obok niej. Opróżniła zawartość swojej szklanki, w żaden sposób nie zwracając uwagi na osobę tuż obok, przynajmniej do momentu, w którym usłyszała ten znajomy głos - nie miała pojęcia, co w nim takiego było, ale trafiał do niej bardziej niż by sobie tego życzyła. Nim zdołała pomyśleć o tym, że właśnie zamówił to samo, co ona, poczuła jego obecność jeszcze bliżej, a potem ciepły oddech musnął jej skórę. Spięła się, bo przecież to nadal był nieznajomy, chociaż chwile temu dzielili dziwnie intymny moment podczas jego występu, a miała też wrażenie, że jego wzrok – chociaż nawet nie miała pojęcia, czy dobrze ją widział – jakby przeszywał ją na wylot.
- Słucham? – wydusiła z siebie w końcu, odstawiając szkło na blat. Pytanie z rzędu tych nieco absurdalnych, bo przecież doskonale słyszała propozycję, która padła z jego ust. Młody chłopak za barem najpewniej również, bo podzieliła z nim spojrzenie i miała wrażenie, że w razie czego mogłaby szukać w nim wsparcia, ale jednocześnie wydawał się na tyle wyluzowany, że istniało duże prawdopodobieństwo, że dobrze znał mężczyznę, który siedział obok i że nie uważał, by ten stanowił dla niej zagrożenie. A może tak sobie tylko wmawiała. – Dziękuję za propozycję, ale nie wydaje mi się żeby to był dobry pomysł… - zaczęła w pierwszej chwili odmawiać – bo ta Solene, którą była na co dzień, dokładnie tak by zrobiła. Zrodziła się w niej zarówno chęć ucieczki, jak i nieposkromiona ochota na to, by zaryzykować. By dzisiaj zmienić bieg tej historii – i może zrobić coś równie głupiego i szalonego. A takim właśnie byłoby pójście z nieznajomym mężczyzną. Z drugiej strony – miał rację. Nadal czuła te spojrzenia, oceniające ją w różnoraki sposób i najchętniej wyrwałaby się z wnętrza tego lokalu.
Nieustannie docierał do niej jego zapach – pachniał dokładnie jak późny wieczór w małym barze: dymem papierosowym, drewnem i whiskey. Nie był to może zapach elegancki ani idealnie dopracowany, ale za to był ciepły, trochę niepokorny i zdecydowanie zbyt łatwy do zapamiętania. Był intrygujący, tak samo jak jego właściciel. W końcu więc pozwoliła sobie obrócić głowę i podzielić z nim spojrzenie, tym razem napotykając głębie niebieskiego spojrzenia z bardzo bliska. Miał piękne oczy. Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy zdecydowanie sięgał do oczu, bo te błyszczały zachęcająco i sprawiały, że emanował dobrą energią. Chociaż w jej głowie nadal było mnóstwo wątpliwości, to serce i tak rwało się do tego szaleństwa. Miała udawać niewzruszoną, na pewno też niedostępną, by odmówić i w spokoju opuścić lokal, ale gdy wspomniał o superdziewczynach, parsknęła z rozbawieniem pod nosem, obracając w dłoniach pustą szklankę. – Zdecydowanie nie jestem żadną superdziewczyną i dziękuję za ewentualny wieczór z całą butelką, ale na mnie już raczej pora… - wyrecytowała spokojnie, nadal bijąc się jednak z myślami. Jego wzrok powędrował bowiem w kierunku wyjścia, w tej niemej propozycji, którą właśnie ponownie jej rzucał - a może było to czymś rodzaju wyzwania, które sprawiło, że serce zabiło jej mocniej. Nie chciała wracać do mieszkania, nie chciała słuchać kolejnych narzekań, komentarzy i ocen, a już na pewno nie miała siły na kolejne rozkazy i oczekiwania. Przecież dlatego właśnie tu dzisiaj przyszła. A on w porównaniu do jej „bliskich” dawał jej wybór i wcale nie był nachalny. Nie pozwoliła więc swojej głowie na dalsze dywagacje, zamiast tego zabrała szklankę i skinęła głową w kierunku wyjścia.
- Właściwie to... wcale nie mam ochoty dzisiaj podbijać świata w pojedynkę. I na pewno nie mam ochoty wracać do domu, więc… prowadź – powiedziała pewnie, ponownie napotykając jego wyczekujące spojrzenie. Nie poganiał jej, chociaż musiał widzieć, że mocno się wahała. Ale przecież to będzie krótka, niezobowiązująca chwila rozmowy i wspólnego dzielenia się butelką whisky – potem rozejdą się, każde w swoją stronę i nigdy więcej się nie zobaczą. Ta wizja była bardziej komfortowa, pozwalała jej na wyjście ze strefy komfortu chociaż na ten krótki moment. I nie musiała się obawiać konsekwencji. Chyba. Poza tym opuszczeniem zatłoczonego lokalu było jej na rękę, zwłaszcza, że nadal czuła na sobie te wszystkie spojrzenia. Ostatni raz więc zerknęła na uśmiechniętego nieznajomego, a potem zsunęła się z barowego krzesła i niespiesznie ruszyła za nim. Och, jakież to było nierozsądne z jej strony, głupie, bardzo ryzykowne i może nieco naiwne. Ale pierwszy raz miała poczucie, że zrobiła coś wbrew rozumowi i co więcej, zdecydowała o tym zupełnie sama. – Mam nadzieję, że nie wyobrażasz sobie zbyt wiele i że nie liczysz na to, że pójdę z Tobą w jakieś zupełnie odosobnione miejsce… - zaczęła mówić cicho, bo szli teraz tuż obok siebie, a odprowadzające ich do drzwi spojrzenia najpewniej były zaskoczone tym, że wychodzi z tym mężczyzną niemniej niż ona sama. Jednocześnie jednak wolała zaznaczyć już na starcie, że nie należała do grona kobiet, którym odpowiadały przygody z nieznajomymi. A ona nawet nie znała jego imienia, chociaż to może nawet lepiej, by pozostać anonimowym. Nieustannie jednak jej wytrenowana natura próbowała się sprzeciwić, gdy nieco nerwowo rozglądała się wokół. – Ale nadal nie wiem, czy to dobry pomysł…
Wątpliwości. Nadal mnóstwo wątpliwości.
I wcale nie było powiedziane, że jednak się jeszcze nie wycofa.
Chociaż nieznajomy mężczyzna istotnie ją intrygował - poruszał w niej struny, o których istnieniu nie miała pojęcia i była ciekawa tej jego bardziej emocjonalnej strony. Tej emocji, którą uzewnętrznił, gdy śpiewał. - Dokąd idziemy?

Jasper Porter
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Sol
everything we like
40 y/o
For good luck!
189 cm
muzyk który gra wszędzie, gdzie go zechcą
Awatar użytkownika
We'll sneak out, while they sleep
And sail off in the night
We'll come clean and start over the rest of our lives
When we're gone, we'll stay gone
Out of sight, out of mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słucham – zadane jako niepewne, zdziwione pytanie, po którym zazwyczaj przychodziła gorzka odmowa. Kilkadziesiąt sekund i jedno spojrzenie rzucone barmanowi, tyle zajęło, zanim pojawiło się – dziękuję za propozycję, ale…
Rozumiał jej wahanie. Gdyby był na jej miejscu, prawdopodobnie kazałaby sobie spadać. Oferował jej alkohol i ucieczkę z klubu, a nawet nie znała jego imienia. Uśmiechał się szelmowsko, w ten sposób, który niemal zawsze oznaczał kłopoty. Nie wyglądała na kogoś, kto ich szukał, ani na taką, która łatwo ulegała namowom. W tamtym momencie, gdy miał możliwość przyjrzeć się jej dokładniej, z całą pewnością mógł stwierdzić, że nie tylko nie pasowała do tego miejsca – najprawdopodobniej sama nie miała pojęcia dlaczego się w nim znalazła. Jeśli szukała spokoju, zdecydowanie nie wybrała dobrego lokalu. Jasper widział spojrzenia mężczyzn, którzy przyglądali się jej z zafascynowaniem. Jej duże ciemne oczy magnetyzowały, przyciągając spojrzenia, które szybko zjeżdżały niżej, na pełne usta, smukłą szyję, aż w końcu bezwstydnie błądziły po opalonej skórze, która w świetle klubowych lamp połyskiwała kusząco jak jedwab. Wyglądała dokładnie tak, jakby miała skraść ci serce i rzucić cię na kolana, boleśnie uświadamiając, że jest spoza twojej ligi. Nie sądził, że którykolwiek z ewentualnych adoratorów czułby się tym zniechęcony. W końcu mężczyźni uwielbiają kobiety, które ciężko jest zdobyć. Gdyby więc Jasper nie zajął miejsca obok, zapewne zrobiłby to jakiś inny facet, a po nim kolejny. Nie odgoniłaby się od natrętnych spojrzeń i dwuznacznych propozycji. Nie sądził, by tego oczekiwała. Nie zamierzał jednak zmuszać jej, by przyjęła jego szalony plan.
Podobno nie była superdziewczyną. A jednak, coś kazało mu wierzyć, że przecież to między innymi o niej śpiewał jeszcze przed momentem. Może to ten ulotny kontakt, który dzielili, gdy dźwięki muzyki jeszcze wibrowały w powietrzu. Może to jej wahanie, krótkie spojrzenie posłane w kierunku wyjścia z baru, które przecież sam jej wskazał. Szklanka ściśnięta w dłoni, jakby jednak miała zabrać ją i uciec z jego pomocą. Dziwne spięcie czające się w ramionach, łamiące obraz perfekcyjności, to jak ochoczo zanurzała usta w whisky, jakby chciała zatopić się w nim i faktycznie odlecieć. Jazz spotkał w swoim życiu masę ludzi, śpiewał historię o niezliczonych życiach, sam był też wieloma wcieleniami; potrafił więc poznać kogoś, kto potrzebował się wydostać. Nie miało znaczenia skąd ani dokąd, chodziło o ten krótki moment wolności gdzie nic nie miało znaczenia. Dlatego czekał, cierpliwie i nienachalnie, dając jej czas. Dlatego też w końcu się zgodziła.
Złapał za swoją szklankę i butelkę whisky. Uśmiechnął się delikatnie i puścił oczko barmanowi, jakby chciał przekazać, że wszystkie płatności zostaną uregulowane później, a on ma zapomnieć, że Jazz wyniósł cokolwiek z baru. Młody chłopak wywrócił tylko oczami, nie próbując się sprzeciwiać; zapewne wiedział, że Portera nie sposób było zatrzymać.
Prowadził do wyjścia, przepychając się przez tłum ludzi. Czasami odwracał się, by zerknąć czy kobieta aby na pewno idzie za nim, łatwo przecież zniknąć w gąszczu ciał. Nie sądził, że miała zamiar się rozmyślić, w końcu sama przyznała, że nie chce podbijać świata w pojedynkę i tym bardziej nie zamierza wrócić do domu. Uciekała, dokładnie tak jak myślał, przed tym co czekało na nią po powrocie. Znał to uczucie – muzyka i scena były jego bezpiecznym miejscem, formą eskapizmu, to tam był szczery i odważny, taki jaki chciałby być zawsze. Później wracał na ziemię, do rzeczywistości znacznie bardziej złożonej niż by tego chciał, i już nic nie było proste i melodyjne. Ludzie byli wymagający, a że świat należał do ludzi, on również zaczynał wymagać coraz więcej.
Co? Nie, nie wyobrażam sobie… — Zerknął na nią, urywając swoją wypowiedź. Szli ramię w ramię, odprowadzani przez ciekawskie spojrzenia. Łatwo było wyciągnąć pochopne wnioski – on, czarujący muzyk, wyprowadzał z baru piękną młodą kobietę, niosąc w dłoni butelkę alkoholu. Takie noce zazwyczaj kończyły się wielkimi dramatami albo wielkimi uniesieniami. — Wyglądałaś jakbyś potrzebowała się stąd wyrwać. Więc wyrywam cię, uniemożliwiając to tym wszystkim facetom, którzy obserwują cię odkąd tu weszłaś. — Nachylił się nieco bardziej w jej stronę. Może faktycznie chciał przezornie pokazać wszystkim, że nieznajoma wychodzi z nim. Nie warto podejmować walki, skoro decyzja została podjęta. — Uwierz mi, jesteś tu zjawiskiem. — Otworzył drzwi i poczuł podmuch ciepłego letniego powietrza, które w porównaniu z tym barowym wydawało się przyjemne i rześkie. Ruchem ręki i niewielkim ukłonem, jak na dżentelmena przystało, zaprosił nieznajomą do opuszczenia lokalu, a później sam do niej dołączył. Znaleźli się w jednej z alejek obok baru – zdecydowanie bardziej prywatny teren, choć wciąż z dobrym widokiem na głową ulicę. Nie zaciągnął jej w ślepy zaułek, gdyby miała się o to obawiać. Nie wydawał się też kimś niebezpiecznym.
Widziałaś ten film, Before Sunrise? — Przekręcił głowę, zerkając w jej stronę. — Zaraz powiem ci, że nie wiem jaka jest twoja sytuacja, ale czuję że mamy ze sobą coś wspólnego. I że powinnaś wysiąść z tego pociągu i zobaczyć ze mną Wiedeń. — Odkręcił butelkę whisky uzupełniając własną szklankę do połowy i zaproponował kobiecie dolewkę alkoholu. — A później każde z nas odjedzie w swoją stronę i już się nie spotkamy. — Uśmiechnął się pod nosem, jakby zupełnie nie obchodziło go to, że proponował jej historię z klasyka filmów romantycznych. Uniósł szklankę z alkoholem do ust, upijając łyk. Obserwował ją zza szkła, próbując rozszyfrować targające nią emocje. — Możemy skoczyć do pobliskiego parku, jest tam zdecydowanie przyjemniej niż tutaj, ale to liczy się raczej jako odosobnione miejsce… — Kolejny łyk, gdy nieco chaotycznie wskazywał jej ruchem dłoni kierunek, w którym mogliby się udać. — Jest jeszcze National At The Well w Financial District, jeśli odrobina hazardu ci nie przeszkadza. Mają tam świetne burgery. — Nie przestawał mówić ani na moment, wysuwając coraz to nowe propozycje. — Jest park rozrywki i escape room. I jezioro Ontario, ale to również dzikie i niezbadane tereny, a ja jestem tylko nieznajomym gościem… — w końcu zatrzymał monolog, jakby zdał sobie sprawę z czegoś oczywistego, co dotychczas mu umykało. Odłożył szklankę na paletę, odrobina whisky wylała się na bruk, a on wyciągnął rękę w kierunku kobiety. Zapewne niezwykle skonfundowanej i przytłoczonej jego propozycjami, wysuwanymi w jej kierunku, jakby znali się już od dawna. Uśmiechnął się przepraszająco, jego rysy zmiękły. — Wybacz. Powinienem się przedstawić. Jazz Porter, bardzo mi miło. — Ukłonił się, nadal na nią spoglądając. Nawet w tej barowej tylnej alejce, nieco niepewna, wyglądała jakby miała podbić cały świat. — Możemy też tu zostać. Mogę zamówić ci taksówkę. Odprowadzić do domu, jeśli jednak planujesz do niego wrócić. — Był niemal pewien, że to ostatnie nie wchodziło w grę. Wydawała się bardzo zmotywowana, by jednak nie wracać – na tyle, że zdecydowała się opuścić bar z nieznajomym starszym muzykiem. Musiała dostrzec w nim coś, czego zapewne sam nie widział. Może nie mylił się zbytnio, cytując fragment Before Sunrise, w głupawej próbie rozluźnienia atmosfery i przełamania pierwszych niezręczności. Mieli ze sobą coś wspólnego, a ona powinna wysiąść z tego pociągu, którym pędziła w sobie tylko znanym kierunku i zobaczyć z nim metaforyczny Wiedeń.

Solene Rhodes
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
32 y/o
For good luck!
178 cm
adwokat | Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
I've got to get a move on with my life, it's time to be a big girl now and big girls don't cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wyglądałaś jakbyś potrzebowała się stąd wyrwać.
Skąd wiedział? Jak nieznajomy mężczyzna mógł tak dobrze odczytać targające nią emocje? Skąd mógł znać potrzebę, która tak mocno się w niej tliła? Prawda była taka, że potrzebowała się wyrwać choćby na moment, ale z własnego życia - wyjście do baru było tylko małą zmienną, którą pozwoliła sobie wprowadzić do swojej codzienności. Zaś samo przebywanie w lokalu pełnym pijanych mężczyzn, którzy nieustannie się jej przyglądali z całą pewnością nie było dla niej komfortowe. Potrzebowała się więc wyrwać dosłownie i w przenośni - jednakże z zaskoczeniem przyjęła fakt, że nieznajomy tak dobrze to wyczuł; paradoksalnie bowiem jej najbliżsi nie rozumieli - i nie widzieli - tego przez całe jej życie. Podczas, gdy on po prostu na nią spojrzał i wyraźnie widział jak ogarnia ją dyskomfort, w dużej mierze wywołany obecnością w tym miejscu, które było dla niej obce, ale tak naprawdę wzmożony ponurą codziennością, o której mężczyzna nie miał prawa wiedzieć.
Bardziej jednak niż ktokolwiek inny zdawał się rozumieć potrzebę wolności - gdy spoglądała w jego oczy miała wrażenie, że dużo widziały, że kryło się w nich doświadczenie, ale i wiele trudności, z którym również się mierzył. Coś w jego głosie zdawało się brzmieć pokrzepiająco, na tyle, że wszystkie te dźwięki ją otulały i chociaż nie czuła się komfortowo pod ostrzałem obcych spojrzeć, to gdy śpiewał tamte wersy piosenki Solene naprawdę na moment się „wyrwała”. Skupiła się tak mocno na każdym słowie, które docierało do niej ze zdwojoną wręcz siłą, niesione tym charakterystycznym, męskim głosem, że istotnie na tych kilka minut po prostu przeniosła się w inne miejsce. Lepsze. W każdej innej sytuacji nieznajomy zostałby odesłany z kwitkiem, w ostateczności pewnie zawartość jej szklanki wylądowałaby na jego głowie, a ona już dawno siedziałaby w taksówce i zmierzałaby z posępną miną do mieszkania, w którym wcale nie chciała się teraz znaleźć. Coś jednak w jego postawie sprawiało, że czuła się bezpiecznie - i komfortowo.
Może chodziło o to, że jako jedyny nie decydował za nią - dawał jej wybór. Nie zmuszał jej do niczego i nie był nachalny, po prostu siedział i czekał na to, czy będzie miała ochotę spędzić z nim czas. Wbrew pozorom - i wbrew rozsądkowi, ona naprawdę chciała zrzucić z ramion ten ciężar, poczuć coś więcej, odetchnąć i po prostu chociaż na moment przestać być tą idealną kobietą, której nie wolno było wyjść poza narzucone przez środowisko ramy. Ideał bywał jednak zgubny, ten sam ideał prędzej czy później zaczynał miewać rysy, które prowadziły do nieuchronnej katastrofy - i być może właśnie Solene zaczynała stąpać po bardzo kruchym lodzie. Niemniej nadal pozostawała ostrożna i nieufna, bo przecież pozostawał kimś obcym i nie miała pojęcia, czego się po nim spodziewać, niezależnie od tego jakie sprawiał wrażenie.
- Skąd wiedziałeś, że potrzebowałam się wyrwać? - zagadnęła w końcu, gdy zmierzali do wyjścia. Nurtowało ją to pytanie, więc postanowiła zagłębić się nieco w ten temat, będąc nieco zakłopotaną wspomnianym przez niego komplementem - a przynajmniej tak odebrała jego słowa. - To miłe, ale myślę, że trochę przesadzasz… po prostu bądźmy szczerzy, nie do końca wpasowałam się wizualnie do tego miejsca i zapewne dlatego mnie obserwowali - stwierdziła spokojnie, akurat gdy otworzył drzwi i przepuścił ją w progu, jak na dżentelmena przystało, ten drobny gest nawet sprawił, że kąciki jej ust być może uniosły się minimalnie ku górze, ale wtem poczuła przyjemny powiew wiatru i odetchnęła z ulgą, bo było to miłą odmianą od dusznego i nieco zadymionego wnętrza baru. Podążyła więc w końcu za swoim towarzyszem do jednej z alejek w okolicy budynku, co pewnie nie kojarzyłoby się zbyt dobrze, ale nadal byli blisko głównej ulicy, więc nie czuła wzmożonej obawy. Przystanęła bliżej ściany budynku i skupiła na nim swoje spojrzenie, kręcąc nagle głową w odpowiedzi na jego słowa. - To pewnie zabrzmi zaskakująco, ale nie, nie widziałam tego filmu - przyznała szczerze, chociaż będąc nieco zmieszaną swoim wyznaniem. Za tymi słowami kryło się bowiem drugie dno - prawda była taka, że Solene nie miała czasu na takie atrakcje, jak oglądanie filmów czy seriali, więc miała ogromne zaległości - całe jej życie było zaplanowane w najmniejszym nawet stopniu, więc spędzanie czasu przed telewizorem raczej nie wchodziło w grę. - Ale ten cytat chyba całkiem pasuje - zerknęła na niego kontrolnie, opierając się nieznacznie plecami o ścianę - O tym właśnie jest ten film? O spotkaniu dwojga nieznajomych, którzy spędzają ze sobą czas? - mówiąc, wyciągnęła rękę ze szklanką i pozwoliła, by dolał jej jeszcze nieco alkoholu - Może jednak powinnam go zobaczyć - dodała, chociaż przemknęło jej przez myśl, że pewnie najlepszym zwieńczeniem byłoby obejrzenie go razem, ale nie pozwoliła sobie powiedzieć tego na głos, poza tym była pewna, że nigdy nie nadarzy się ku temu okazja - Domyślam się, że cytujesz jakieś fragmenty z tego filmu, ale… ten scenariusz brzmi naprawdę dobrze, wiesz? I realnie. Ja też nie wiem jaka jest Twoja sytuacja, a czuję, że mamy ze sobą coś wspólnego - nie wiem nawet jak to możliwe, ale tak czuje. I co najdziwniejsze, naprawdę chcę wysiąść z tego pociągu, chociaż na chwilę - potrzebuję tego bardziej niż przypuszczałam. I jest to trochę przerażające - westchnęła ciężko, upijając kilka łyków alkoholu, który przyjemnie podrażnił jej gardło. Czuła na sobie jego wzrok, ale sama nerwowo przeczesała włosy i zerknęła w kierunku głównej ulicy - nadal wyraźnie biła się z myślami, a propozycje, które nagle zaczęły padać z jego ust wprawiały ją w jeszcze większe zakłopotanie.
Nie przerywała jednak jego monologu, miała ochotę nawet się uśmiechnąć, bo każda z jego propozycji była kusząca, a jednocześnie zdawała się jej coraz bardziej absurdalna. Bo jak to - miała iść z nieznajomym nad jezioro? Do parku wieczorową porą? Do parku rozrywki albo na miasto? Sam pomysł wyjścia z nieznajomym wydawał się nierozważny, ale przecież właśnie spoglądała w jego oczy i nie czuła ani grama niepokoju. Czuła jedynie ekscytację, bo on znowu pozwalał jej dokonać wyboru i cierpliwie czekał, czy zechce z którejś opcji skorzystać - to ona miała stworzyć plan na reszte wieczoru i chyba pierwszy raz czuła, że naprawdę ma nad czymś władzę. Bo władzę nad własnym życiem straciła już dawno. Kiedy więc w jej głowie panował istny chaos, a sama była nieco przytłoczona nadmiarem opcji i możliwością kontynuowania tego wieczoru we dwoje - mężczyzna nagle zamilkł i wyciągnął w jej kierunku dłoń, wprawiając ją pewnie w jeszcze większą konsternację. - Jazz? - wydusiła z siebie nagle, przeskakując wzrokiem pomiędzy jego twarzą, a wyciągniętą nadal dłonią. W końcu jednak przypomniała sobie o dobrym wychowaniu i czym prędzej uścisnęła jego dłoń. - Solene - przedstawiła się, celowo nie zdradzając swojego nazwiska. W jakiś sposób czuła się bezpieczniej, pozostając nadal nieco anonimową - w końcu była też adwokatem w cenionej kancelarii i chyba nie powinna szastać swoimi danymi na prawo i lewo, bowiem nadal nie miała pewności, jakie były intencje mężczyzny - mężczyzny, który nagle przestał być nieznajomym. - Jazz to imię czy pseudonim? Pseudonim artystyczny? Pasuje do Ciebie - zauważyła, pierwszy raz pozwalając sobie na nieco wyraźniejsze uniesienie kącików ust ku górze. Za to doskonale wyłapała moment, w którym Jazz zorientował się, że nie podała swojego nazwiska i błąkający się na jego ustach uśmiech zdradzał odrobinę rozbawienia, ale przecież nie mógł jej za to winić - nadal nie mogła ufać mu w stu procentach. Poza tym, skoro nie mieli się ponownie spotkać, to nie było to chyba tak ważne?
Nie była za to pewna, czy Jazz wyłapał moment, w którym błysnęły jej oczy na wspomnienie o parku rozrywki. Tak absurdalnie błaha rzecz, dla niektórych jakże dostępna i zwykła, dla niej stanowiła pewnego rodzaju dziecięce pragnienie, którego nigdy nie mogła spełnić. W tej chwili, udanie się do parku rozrywki z nowopoznanym - nadal jednak obcym - mężczyzną wieczorową porą wydawało się jeszcze bardziej niedorzeczne, ale… - Park rozrywki jest możliwy? - zagadnęła, chyba nie mogąc ukryć całkowicie tej nutki ekscytacji - To znaczy, nie wiem, to brzmi absurdalnie, co? Jest wieczór, w ogóle się nie znamy, stoimy w alejce popijając whisky… - uniosła szklankę, w której zakołysał się bursztynowy trunek, który zachęcił ją do upicia kilku łyków, co też uczyniła - …i rozważamy pójście do parku rozrywki? To naprawdę kompletnie nie w moim stylu - pokręciła z dezaprobatą głową, bo ta ułożona i do bólu perfekcyjna Solene nadal jeszcze dochodziła do głosu w jej głowie. I to dlatego biła się z myślami, nie potrafiąc rzucić się w to nieznane - w to, co mogło przynieść jej ukojenie i radość - Chyba też mój strój nie jest zbyt odpowiedni na takie atrakcje. Ale z drugiej strony to mógłby być mój metaforyczny Wiedeń… a Ty, byłeś tam kiedyś?
Spytała, tym samym zdradzając, że sama nie miała ku temu okazji.
Jednocześnie nadal dusząc w sobie pragnienie pójścia na całość, pozwalając jeszcze na walkę o rozsądek tej Solene, która nie potrafiła wysiąść z tego pędzącego pociągu, by zobaczyć z nim metaforyczny Wiedeń. By zobaczyć z nim cokolwiek, co było warte podjęcia tego ryzyka.
Westchnęła nagle ciężko i podniosła na niego wzrok - czuła, że podjęcie decyzji szybko zniweluje szanse na to, by się wycofać i zrezygnować z tego pomysłu. A tym samym park rozrywki będzie mógł się stać ich własnym odniesieniem do wspomnianego filmu. - Zobaczmy ten Wiedeń.

Jasper Porter
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Sol
everything we like
40 y/o
For good luck!
189 cm
muzyk który gra wszędzie, gdzie go zechcą
Awatar użytkownika
We'll sneak out, while they sleep
And sail off in the night
We'll come clean and start over the rest of our lives
When we're gone, we'll stay gone
Out of sight, out of mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uśmiechnął się – szczerze i zadziornie, jakby chował jakiś sekret, którego jeszcze nie zamierzał ujawniać.
Szczęśliwy traf. — Wzruszył ramionami beztrosko. To zdecydowanie nie było zgadywanie, doskonale zdawał sobie sprawę, że chciała uciec, ale co miałby jej powiedzieć? Jak wytłumaczyć to nieodparte uczucie, które ściskało żołądek? Sam chciał zniknąć tyle razy, że ilekroć widział kogoś uwięzionego we własnym życiu ciele umyśle rozpoznawał go niemal od razu. Rozumiał chęć wyjechania głęboko w dzicz, by skryć się gdzieś między sosnami. Rozumiał potrzebę wykrzyczenia całemu światu, że ma się pieprzyć. Rozumiał pragnienie przeżycia czegoś nowego i niesamowitego, gdy monotonia stawała się bardziej obciążająca niż grawitacja. Rozumiał, że czasami tęskniło się za domem, nawet jeśli się w nim było. Może był w tym tak dobry, bo lata grania na scenie zmusiły go do zwracania uwagi na emocje innych ludzi. Nieznajomi stawali się dla niego bardziej czytelni. Nic dziwnego, że bliscy Solene mogliby nie dostrzegać tego, że się dusiła, skoro codzienne wpatrywanie się w te same twarze zmniejsza czujność. Czasami po prostu przestajemy dostrzegać zmiany w ludziach najbliżej nas, umyślnie bądź też nie. Jednak dla Jaspera ta kobieta była obca. Przy nieznajomych nie trzeba udawać, że wszystko jest w porządku. Można spiąć ramiona i opuścić głowę, wywrócić oczami, poddać się frustracji i melancholii, powiedzieć jedno słowo więcej.
Nie odpowiedział, gdy stwierdziła, że wcale nie była w barze zjawiskiem. Ponownie uśmiechnął się tylko, nie próbując nadużywać jej zaufania ani naciskać. Jej atrakcyjność była niezaprzeczalna, a Jasper łatwo poddawał się pięknym ludziom i rzeczom, ale tym razem wydawało się to zupełnie nieodpowiednie. Jego myśli uciekały w kierunku tego kontaktu, który dzielili, gdy jeszcze był na scenie. Wywoływał w nim znacznie więcej odczuć niż jakiekolwiek fizyczne bodźce.
A może zaskakujące jest to, że ja go widziałem? — Zerknął na nią i wzruszył ramionami, widząc jej drobne zmieszanie. Nie musiała znać tego filmu, może nawet lepiej, że ominęła ją romantyczna część fabuły. Mogłaby pomyśleć, że Jasper jednak nie miał tak czystych intencji. — Tak, o dwójce nieznajomych, którzy na chwilę decydują się wydłużyć swoją podróż. — Obserwował ją, popijając whisky, gdy pozwoliła sobie na odrobinę większą otwartość. Jeśli wcześniej wahał się, czy zapraszanie nieznajomej kobiety z baru i nakłanianie jej do tymczasowej dezercji z życia było dobrym pomysłem, teraz był tego pewny. Tej nocy potrzebowała wyskoczyć z pędzącego pociągu jak najszybciej. Nic dziwnego, że była przerażona, bo takie kroki wymagają wyjścia poza własną strefę komfortu, a to nigdy nie było proste i przyjemne. Jeśli przeznaczenie istniało, właśnie prezentowało się w pełnej okazałości, bo Jasper był mistrzem przekraczania granic. Wszechświat dopilnował, by na te kilka godzin zyskała przewodnika. Zamierzał wypełnić swój obowiązek – bo to już nie była tylko luźna propozycja – i pokazać jej, że strach nie był konieczny. Nie musiała bać się ani jego, ani własnych wyborów.
Solene. — Powtórzył jej imię, jakby starał się je lepiej zapamiętać. Oczywiście zauważył, że w przeciwieństwie do niego postanowiła pozostać nieco bardziej anonimowa i nie podawać nazwiska. Nie przeszkadzało mu to. Gdyby nie znał jej imienia, również nie miałoby to większego znaczenia. Wystarczyło, że mieli ze sobą coś wspólnego i zamierzali przez chwilę podążać w tym samym kierunku. To k i m byli stanowiło najmniej istotny fakt. — Tak, Jazz to pseudonim, ale chyba się do niego przyzwyczaiłem. — Podobno tak mówił na niego ojciec, choć zupełnie tego nie pamiętał. Później przejęła to matka, odrobinę mimowolnie, i za każdym razem, gdy się na tym łapała, jej twarz starzała się o kilka lat. W końcu tym imieniem posługiwał się na scenie, bo było chwytliwe i muzyczne, ludzie więc lepiej go zapamiętywali. — Jasper to prawdziwe imię. Którakolwiek wersja ci pasuje.
Oczywiście wyłapał zmianę na jej twarzy, gdy padła propozycja parku rozrywki. Jej oczy błysnęły, jakby na moment obudziła w sobie dziecięcą radość. Dokładnie o to mu chodziło – miała zapomnieć o troskach. Nie zamierzał pytać o trudne rzeczy, o powód jej ucieczki, o to dlaczego nie chciała wracać, o jakiekolwiek prywatne sprawy. Nie musiał tego wiedzieć, skoro o świcie mieli się rozstać. Jeśli jednak zaczęłaby o tym mówić, czując wewnętrzną potrzebę, zamierzał być jak najlepszym słuchaczem.
Wszystko jest możliwe. — Czuł jak alkohol powoli zaczyna działać, wprawiając głowę w przyjemne wirowanie. Miała rację, cały plan brzmiał absurdalnie – znali się od kilkunastu minut, a zamierzali spędzić wieczór w parku rozrywki. W dodatku, zanim dotrą do celu, zapewne będą częściowo wstawieni, z powodu whisky zabranego z baru. Taki absurd zapamiętają jednak do końca życia, jako coś zadziwiająco uwalniającego. — Cóż, mogę powiedzieć, że jesteś trochę szalona, Solene — roześmiał się. Taka wyprawa była w jego stylu, nie czuł więc, że robi coś naprawdę zadziwiającego, ale o n a? Wydawało się, że cały pomysł stanowił dla niej podróż do zupełnie innego świata. To wymagało odrobiny szaleństwa i odwagi. — Czy byłem w parku rozrywki, w Wiedniu, czy w metaforze Wiednia? — Uśmiechnął się. Robił to zdecydowanie bardzo często. — W żadnym, ale wygląda na to, że chociaż część uda mi się nadrobić. Nam nadrobić. — Uniósł szklankę z whisky w ramach toastu, jakby chciał przypieczętować nim ich mały układ. Dopił porcję alkoholu i chwycił za butelkę leżącą na paletach. W jego oczach tym razem również błysnęła dziecięca radość, iskra szalonej niepokorności. — Musimy opróżnić to w drodze, bo jestem pewny, że nie wpuszczą nas z alkoholem do parku rozrywki. Mam nadzieję, że masz mocną głowę, Solene. — Puścił jej oczko i ruszył przed siebie, oglądając się na nią zachęcająco.
Pora zwiedzić Wiedeń.



Podróż do parku rozrywki nie była długa. Kilkanaście minut błądzenia po mieście i korzystania z miejskiego transportu. Kilka dezaprobujących spojrzeń, gdy Jasper śmiał się zbyt głośno. Zdecydowanie zbyt dużo pociągnięć whisky, które zaczynało dodawać odwagi do dalszej drogi. Chwila odpoczynku pomiędzy przystankami, zastanowienie się, czy ich pomysł aby na pewno ma szansę wypalić. Rzucone przez Portera – pieprzyć to, nic nas nie zatrzyma – pełne przekonania i dumy, jakby mieli podbić nie tylko metaforyczny Wiedeń, ale cały świat. Nie pytał zarazem zbyt wiele o tajemniczą Solene, pozwalając jej mówić tyle ile chciała. Wiernie trzymał się założenia, że dzisiejszy wieczór był po to by zapomnieć o troskach, które czekały po powrocie do domu.
W końcu stanęli w Canada's Wonderland. Było głośno i tłocznie. Niebo powoli malowało się na złoto i fiolet, gdy słońce zachodziło za horyzont. Neonowe światła kolejek i straganów błyskały zachęcająco, rażąc oczy gośćmi intensywnością świateł i barw. Gdzieś w tle dało się dosłyszeć krzyki dzieci, minąć parę nastoletnich kochanków, którzy uśmiechali się do siebie słodko. Powietrze pachniało popkornem i karmelem, smarem i rozgrzanym olejem, było ciepłe, ale nie tak duszne jak w barze. Ambientowa muzyka grała w jednej z kolejek, zagłuszając wrzaski przerażonych pasażerów. Życie tętniło, zapraszając do wpasowania się w ten specyficzny rytm.
Szedł przed siebie powoli, trzymając się w niewielkiej odległości od Solene. Nie chcąc jej przytłaczać na chwilę też zamilkł, ograniczając bodźce dobiegające z zewnątrz. Gdy podróżowali do parku rozrywki cały plan wciąż wydawał się kompletną abstrakcją, ciekawą alternatywą na spędzenie kolejnego monotonnego wieczoru. Kiedy jednak znaleźli się w środku, zamierzenia stały się rzeczywistością, pełną chaosu i niewiadomych. Nie zdziwiłby się, gdyby ta nagła realizacja ponownie stała się dla Solene przerażająca. Miała prawo zawahać się jeszcze raz. Znów poczuć, jakby nie pasowała.
I jak? — Wyprzedził ją i obrócił się wokół własnej osi, rozkładając ręce i wskazując na otaczający ich ogrom możliwości. — Jakieś dziecięce niespełnione marzenia? Gdzie idziemy najpierw? — Zagadnął w końcu, jakby nie chciał pozwolić jej się rozmyślić. — Oto nasz Wiedeń. Ziemia obiecana. Mamy jakieś trzy godziny zanim ją zamkną. Uwierz mi, w trzy godziny odkryjemy każdą tajemnicę. — Brzmiał tylko odrobinę bełkotliwie, trochę bardziej przekonująco i absolutnie lekko. Chciał żeby mu uwierzyła i poddała się chwili.

Solene Rhodes
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
32 y/o
For good luck!
178 cm
adwokat | Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
I've got to get a move on with my life, it's time to be a big girl now and big girls don't cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jazz patrzył na nią inaczej - z zaciekawieniem, z charakterystycznym błyskiem w oku, który pozwalał jej wierzyć, że jego intencje były szczere. Cała jego postawa zachęcała ją do tego, by zaryzykować; by wyjść z własnej strefy komfortu, chociaż było to tak trudne. Im dłużej jednak mu się przyglądała, tym bardziej jego piękne oczy kusiły ją do tego skoku w nieznane - podobało jej się to, co widziała, bo Jasper był przystojnym mężczyzną, z nieco nonszalanckim stylem, który idealnie do niego pasował. Wodziła wzrokiem od jego oczu, po te niesforne kosmyki włosów, które opadały mu na czoło, aż po ten uśmiech, który niemal nie znikał z jego twarzy. Nie wiedziała, czy w swoim życiu spotkała kiedykolwiek kogoś, kto tak szczerze i długo by się uśmiechał - to było niemal uzależniające. A poza tym fizycznym wydźwiękiem, była pewna, że skrywał w sobie wiele emocji, które zobaczyła właśnie wtedy, gdy śpiewał do niej wprost ze sceny - gdy dzielili ten zaskakujący, całkiem intymny moment, chociaż dzieliła ich spora odległość. Było w tym coś na tyle wyjątkowego, że chciała zgłębić to jeszcze chwile dłużej - choćby przez te jedną noc, gdy miała przestać być wreszcie tą sztywną Solene Rhodes, a zostać po prostu dziewczęcą, pełną pragnień Sol, która niewiele w życiu doświadczyła.
- Tak, przyznam, że o tym też pomyślałam. Bo czy faceci w ogóle oglądają takie filmy? - zagadnęła, będąc przekonaną, że Ci, których ona znała i którzy otaczali ją na co dzień, byli dziwnym odwzorowaniem męskości, wobec której oglądanie tego typów filmów było powodem do wyśmiewania. Dlatego fakt, że widział „bardziej kobiecy” film, którego ona sama nie oglądała, zdecydowanie ją zaintrygował. Fakt był jednak taki, że nadal targała nią niepewność co do podejmowanych właśnie wyborów, już sam fakt wyjścia z nim baru był jak na nią sporym szaleństwem, ale spędzenie tej nocy we dwoje w parku rozrywki jawiło się jako szczyt jej możliwości. A może nawet przekroczenie już wszelkich granic, jakie miała. - Jasper - podobnie jak on, powtórzyła jego pełne imię, jakby próbując się do niego przyzwyczaić i również lepiej je zapamiętać. Uśmiechnęła się nieznacznie, bo obie wersje do niego pasowały i brzmiały dobrze, poczuła odrobinę wyrzutów sumienia za to, że nie podała mu nawet nazwiska, a sama wiedziała o nim o wiele więcej niż on o niej, ale… zasada małych kroków. Już i tak rzucała się w przepaść, godząc się na całe to szaleństwo.
Parsknęła niespodziewanie śmiechem, gdy właśnie to padło z jego ust - gdy nazwał ją trochę szaloną, nie mogła powstrzymać tej spontanicznej reakcji. - To zdecydowanie ostatnie ze słów, którym można by mnie określić - pokręciła z niedowierzaniem głową. Ale faktycznie dzisiaj podejmowała decyzje, które mieściły się w granicach tylko tego słowa. Szaleństwo. To szaleństwo, które miał z nią współdzielić. Uniosła więc szklankę na znak niemego toastu i dopiła zawartość, krzywiąc się lekko poprzez mocniejszy smak alkoholu, który palił jej gardło. Gdy sięgnął po butelkę, miała zapytać co ze szklankami, ale zauważyła, że on swoją zostawił na paletach, więc uczyniła to samo - wychodziło na to, że mieli dopić whisky, dzieląc się butelką. Gdy zaczął iść w kierunku ulicy, jeszcze przez sekundę czy dwie się wahała, zerkając na szklanki, które mieli tu zostawić, bo czuła się nieswojo z tym, że tak po prostu zabrali je z baru, ale Jazz się oddalał, oglądając się na nią zachęcająco, więc w końcu ruszyła się z miejsca i podążyła za nim.
Chociaż Solene na co dzień chodziła wyłącznie w szpilkach, to jednak chodzenie w nich po mieście nie było tak proste, nie odczuwała strasznego bólu, ale najpewniej odczuje go jutro. Tak czy inaczej poruszała się w nich sprawnie i bez narzekania. Droga sama w sobie była dla niej wyzwalająca: chociaż początkowo czuła się skrępowana i niepewna co do tego, czy ktoś jej nie zobaczy lub nie rozpozna, bo przecież korzystali z komunikacji miejskiej, a Jasper trzymał butelkę alkoholu, którego nie można było spożywać w miejscach publicznych, a ona przecież znała prawo lepiej niż ktokolwiek inny, ale… w końcu z kolejnym upitym łykiem alkoholu te wątpliwości w niej gasły. Im więcej Jazz się śmiał, tym bardziej udzielała się jej jego radość. W czasie podróży, mimo pojawiających się wątpliwości, zdecydowanie te granice pomiędzy nimi się zacierały, a oni swobodniej czuli się w swoim towarzystwie. A może to wina zasługa alkoholu. Mimo to nadal z zachwytem obserwowała jego roześmianą twarz, delektując się tym, że ludzie naprawdę potrafią być szczęśliwi, tak jak ona nie była chyba nigdy w swoim życiu i tylko utwierdzała się w przekonaniu, że podjęła dziś dobrą decyzję.
Kiedy w końcu dotarli do parku rozrywki, Solene przez chwilę stała w miejscu, jakby potrzebowała kilku sekund, żeby przyzwyczaić się do tego wszystkiego. Migające światła przyciągały jej wzrok z każdej strony, muzyka mieszała się z odgłosami rozmów i śmiechu, a kolejne atrakcje wyrastały przed nimi - większe i bardziej kolorowe. Zupełnie nie wiedziała, na czym skupić uwagę najpierw. Była zachwycona. Jej oczy błyszczały niemal tak samo mocno jak światła pobliskiej kolejki, kiedy z dziecięcą ciekawością obserwowała ludzi przechodzących obok. Wokół nich byli wszyscy - małe dzieci ciągnięte przez rodziców, nastolatkowie przemieszczający się całymi grupami, starsze pary i dorośli, którzy na kilka godzin najwyraźniej pozwolili sobie zapomnieć o codzienności. Każdy zajęty był własną chwilą, śmiał się, rozmawiał, próbował kolejnych atrakcji i po prostu korzystał z tego, że właśnie tutaj był.
Panujący wokół chaos początkowo trochę ją przytłaczał. Było głośno, jasno i tłoczno, wszystko działo się jednocześnie, a mimo to zamiast chęci ucieczki pojawiała się w niej coraz większa ciekawość. Chciała zobaczyć wszystko. Spróbować wszystkiego. Choć raz nie zastanawiać się, czy wypada, czy jest odpowiednia pora i czy ktoś nie uzna jej zachowania za niewłaściwe. W końcu odnalazła wzrokiem Jaspera. Szedł obok niej spokojnie, nie poganiając jej ani nie zasypując pytaniami. Milczał i pozwalał, żeby sama oswoiła się z nowym miejscem. Raz czy dwa naprawdę miała ochotę odwrócić się i wrócić tam, skąd przyszli, ale za każdym razem wystarczało kilka kolejnych kroków, żeby ciekawość znów okazywała się silniejsza. Miała dość mocną głowę, jednak niemal cała butelka whisky, którą wcześniej wspólnie opróżnili, zaczynała dawać o sobie znać. Czuła przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele, a świat wydawał się odrobinę lżejszy, mniej uporządkowany i zdecydowanie mniej wymagający. Nie była pijana. Jeszcze nie. Była jednak wystarczająco wstawiona, by po raz pierwszy od dawna przestać przejmować się tym, jak powinna się zachowywać.
- Jest niesamowicie - powiedziała z pełnym przekonaniem. W jej głosie pojawiło się coś więcej niż zwykły zachwyt. Było w nim wzruszenie, którego sama się nie spodziewała. Przez całe życie miała dostęp do miejsc znacznie bardziej eleganckich, drogich i prestiżowych, a jednak dopiero tutaj poczuła tę prostą, niemal dziecięcą radość z bycia gdzieś bez konkretnego powodu. Bo przecież dla wielu osób był to tylko park rozrywki. Zwyczajne miejsce, do którego można było przyjść po pracy, kupić bilet, pośmiać się ze znajomymi i wrócić do domu. Dla niej jednak ta noc miała znaczyć o wiele więcej.
Nagle wyprzedziła Jaspera. Odwróciła się do niego plecami, a potem obróciła wokół własnej osi, odchylając głowę, żeby móc podziwiać ogromne konstrukcje górujące nad nimi. Kolejki z migającymi światłami przesuwały się wysoko nad ziemią, a dochodzące z nich krzyki mieszały się ze śmiechem ludzi. Solene patrzyła na wszystko z zachwytem, a zatrzymała się dopiero po chwili, ponownie stając twarzą do Jaspera. Zaśmiała się cicho. - Nie wierzę, że to robię. Że tutaj jestem. A trzy godziny to bardzo dużo, chce zobaczyć jak najwięcej - mówiła, wciąż rozglądając się dookoła, jakby bała się, że jeśli choć na moment przestanie patrzeć, coś ważnego ją ominie. I wtedy coś przyciągnęło jej uwagę. - Tam! Zawsze chciałam wygrać jakąś maskotkę - powiedziała nagle. Kilka metrów dalej znajdowało się niewielkie stoisko z grą, w której wystarczyło wykazać się odrobiną celności, by móc wybrać jedną z pluszowych nagród. Wśród nich znajdowała się ogromna panda, która od razu przykuła jej uwagę. Uśmiechnęła się do Jaspera, ale nawet nie czekała na jego reakcję. Ruszyła w stronę stoiska, tym razem wyprzedzając go bez najmniejszego zawahania. Kiedy dostała do ręki przyrząd do rzucania, cała reszta przestała mieć znaczenie. Skupiła się na grze z niemal absurdalną powagą, choć z każdym kolejnym rzutem coraz trudniej było jej zachować odpowiednią koncentrację. Alkohol nie pomagał, a jej celność pozostawiała wiele do życzenia. Ostatecznie nie trafiła tylko raz, ale właśnie ten jeden brakujący rzut wystarczył, by pozbawić ją upragnionej nagrody. Odstawiła przyrząd i przez chwilę patrzyła na stoisko, jakby próbowała zrozumieć, co właściwie poszło nie tak.
- Okej, chyba nie jestem w tym najlepsza - westchnęła ciężko. Przystanęła obok Jaspera, ale wcale nie wyglądała na rozczarowaną. Wręcz przeciwnie. Na jej twarzy nadal utrzymywał się uśmiech, a sama przegrana nie miała większego znaczenia. Liczyło się to, że przez kilka ostatnich minut robiła coś zupełnie bezsensownego i sprawiało jej to ogromną przyjemność. - Ale i tak sama gra jest fajna. Może ćwiczenie czyni mistrza? Kiedyś tutaj wrócę i wygram tą dużą pandę - wtedy będzie moja - wskazała palcem na pluszaka, którego wcześniej wypatrzyła i zaśmiała się, ale gdy zrobiła krok w jego stronę, obcas szpilki niebezpiecznie przesunął się po podłożu. Straciła równowagę i wpadła na niego ramieniem. Skrzywiła się lekko, bardziej z irytacji na własne buty niż z bólu. - To te szpilki, chyba naprawdę nie są zbyt dobrym wyborem do parku rozrywki.
Jeszcze chwilę temu pewnie przejęłaby się tym bardziej, poprawiła ubranie, sprawdziła, czy ktoś to zauważył, a potem przeprosiła za własną niezdarność. Tym razem tylko się uśmiechała. Nagle przestała być przerażona. Przestała kalkulować każdy krok, zastanawiać się nad konsekwencjami i rozważać, czy jej zachowanie było odpowiednie. Nie myślała o matce, narzeczonym, kancelarii ani o wszystkich zasadach, które przez lata wyznaczały granice jej życia. Nie próbowała być najlepsza, rozsądna ani perfekcyjna. Po prostu była. Śmiała się, rozglądała dookoła i pozwalała sobie cieszyć się chwilą tak bardzo, jak tylko potrafiła. Po raz pierwszy od dawna nie miała poczucia, że musi na coś zasłużyć. A może właśnie dlatego ten wieczór był dla niej tak ważny - bo po raz pierwszy nie musiała być superdziewczyną. Spojrzała więc jeszcze raz na ogromne kolejki, których światła przesuwały się wysoko ponad ich głowami. W jej oczach znów pojawił się ten sam dziecięcy zachwyt, który pojawił się, gdy przekroczyli bramę parku. - Teraz kolejka? Ale ostrzegam, że mogę mieć lęk wysokości.

Jasper Porter
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Sol
everything we like
40 y/o
For good luck!
189 cm
muzyk który gra wszędzie, gdzie go zechcą
Awatar użytkownika
We'll sneak out, while they sleep
And sail off in the night
We'll come clean and start over the rest of our lives
When we're gone, we'll stay gone
Out of sight, out of mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odpowiedź na jej pytanie, dotyczące mężczyzn i takich filmów – to znaczy filmów romantycznych, delikatnych, zmuszających do refleksji – była prosta, choć niewypowiedziana przez Jaspera. Kinematografia była sztuką, a sztuka była dla ludzi. Nie rozgraniczała płci. Przemawiała do każdego wieku, stanu i rasy. Stanowiła uniwersalny język, czasami niezrozumiały, a czasami tak pierwotny, że poruszał najczulsze struny. Dawno przestał patrzeć na świat w kontekście sztywnych barier, które narzucało społeczeństwo. Szufladkowanie jednostek ułatwiało przeżycie, napędzało mechanizmy działające rynkiem, prowadziło do progresji w kontekście rozwoju nowoczesnej cywilizacji, ale obdzierało ze zwykłego człowieczeństwa. Każdy był inny, nie dało podpiąć się go pod ciąg cyfr czy sztywne rubryczki, choć pewnie tak właśnie to wyglądało. Jazz był miliardową duszą, którą należało gdzieś przyporządkować, dać mu cel, zapewne nieosiągalny, by całe życie za nim podążał. Może to naiwne z jego strony, nawet nieco narcystyczne, ale był pewien, że stanowił kogoś więcej. Chciał świecić jasno, jak wybuchająca raca, płonąć i wypalać się, ale jak pięknie płonąć i wypalać się, aż w końcu dostrzegą go inni. Pomyślą, że może też mogliby zabłysnąć w ten sposób.
Rozwiewał wokół siebie aurę tajemniczości, robiąc to absolutnie świadomie, jakby ta niewielka gra sprawiała mu przyjemność. Chciał ją zaintrygować, nie tylko dlatego, by jednak podążyła za nim w noc. Zamierzał odrobinę zatrząść jej światopoglądem, bo skoro już rzucała wszystko i postanowiła mu zaufać, mogli skoczyć na głęboką wodę. Zapomnieć o tym, co wydawało się odpowiednie, a czego nie powinni robić. Błądzili więc po mieście, śmiali się zbyt głośno, jeździli na gapę i spożywali skrzętnie ukryty alkohol prosto z butelki, którą Jasper oczywiście zwędził z baru. Czy dbał o to? Nie. Czy ona o to dbała? Długo nie zwolniła blokady. Obserwowała ludzi, których mijali, jakby mieli na nią skoczyć, wytknąć ją palcem i zmieszać z błotem. Nie miał pojęcia kim była, czy jej nazwisko nosiło reputację, czy starała się coś zdobyć, czy obawiała się czegoś lub kogoś. W końcu jednak, gdy pochłaniali kolejne porcje whisky, a Jasper umyślnie odwracał uwagę nieprzychylnych nieznajomych spojrzeń od Solene, robiąc z siebie całkowitego błazna, zaczęła się rozluźniać. Śmiała się, coraz więcej, zarażona pozytywnym nastawieniem samego Portera.
Była szalona. Niezależnie od tego, czy umieściłaby to określenie przy swoim imieniu. Kryła w sobie oswojoną, ugłaskaną dzikość, jak każdy człowiek, który zbyt długo był zamknięty w klatce. Wiedział, że otworzenie jej często zajmuje lata. Wyjście zza krat sprawia, że cały świat wydaje się nagle zupełnie obcy i nieprzychylny, zbyt gwałtowny i głośny. Tej nocy jedynie poluzują zamek. Solene wyjrzy zza bezpiecznej strefy i być może, jeśli posmakuje namiastka wolności, zechce ruszyć dalej.

Wchodząc do parku rozrywki faktycznie wyglądała jak spłoszone zwierzę. Larum i feeria barw przytłaczały. Przerażały plątające się pod nogami dzieci i biegający za nimi dorośli. Światła oślepiały, pędzące kolejki zagłuszały toczące się rozmowy. Sądził, że taki stan rzeczy potrwa nieco dłużej, a on będzie musiał pomóc jej wyjść z tego stuporu, znów popchnąć nieco mocniej do działania. Zaskoczyła go jednak tym, jak szybko się dostosowała. Jej oczy zaczęły błyszczeć, źrenice rozszerzyły się, jakby chciały chłonąć więcej i więcej, pożreć każdy detal, zapamiętać malujący się przed nią obraz jak najlepiej. Głowa przeskakiwała w każdym kierunku, gdy coraz to nowe atrakcje pojawiały się na horyzoncie. Była odurzona, ale z całą pewnością to nie tylko whisky, które z pasją sączyli przed dotarciem do celu. Odurzał ją ogrom możliwości i absolutna wolność w ich wyborze.
Mógł patrzeć na cokolwiek; podziwiać Canada's Wonderland, w którym przecież był po raz pierwszy. Ogrom parku nie miał jednak żadnego znaczenia. Obserwował Solene, jakby stanowiła największą atrakcję tamtego miejsca. Magnetyzowała go jej energia, której nie mógł dostrzec wtedy w klubie. Ta dziecięca radość, to jak pędziła do przodu, obracając się wokół własnej osi. Wiatr potargał jej wcześniej perfekcyjnie ułożone włosy, a zarumienione policzki dodawały jej uroku. Przyłapał się na tym, że zdekoncentrowała go nieco zbyt mocno – może mogła zauważyć to chwilowe zawieszenie i zadumę – otrząsnął się dopiero, gdy pędem ruszyła do stoiska z maskotkami.
Hej, nic nam nie ucieknie! — Pokręcił głową i zachichotał pod nosem, ruszając za kobietą, której zdecydowanie nie potrafił dotrzymać tempa. Zasady samej gry, w której Solene zdecydowała się wziąć udział, były banalnie proste, ale wykonanie wymagało precyzji. Zaskakujący okazał się fakt, że pomimo tej ilości alkoholu, którą przyjął jej organizm, wciąż nie trafiła tylko jeden raz. Jeden niewielki punkt dzielił ją od wymarzonej maskotki. Nie wyglądała jednak na zniechęconą, wręcz przeciwnie, wydawała się zupełnie zadowolona. — Poszło naprawdę nieźle — przyznał, uśmiechając się łagodnie. Zerknął na dużą pandę, wskazywaną przez Solene jako obiekt przyszłych łowów i już miał pertraktować z właścicielem stoiska warunki konkursu, ale wtedy poczuł szarpnięcie. Obcas niefortunnych szpilek objechał na nierównym podłożu, a jego towarzyszka wpadła na niego. Instynktownie próbował ją asekurować, dłonie sięgnęły do kobiecej talii, przytrzymując rozchwiane ciało. Może powinien się zreflektować, cofnąć ręce nieco szybciej, nie dotykać jej ciała, nawet jeśli był to przejaw czystej ludzkiej troski. Jasper nie był jednak człowiekiem, który analizował zbyt wiele. Działał wybuchami impulsów i poddawał się intuicji, nawet jeśli wielokrotnie zwodziła go na manowce. — Szpilki to kiepski pomysł. Ale spokojnie, dopilnuję żebyś wróciła w całości. — Zabrał dłonie i ostatecznie odsunął się o krok. Jego spojrzenie jeszcze przez chwile błądziło po twarzy Solene, a później uciekło, powracając do maskotki. Skinął głową w stronę mężczyzny, który stał w budce, oznajmiając, że również podejmie się wyzwania. Kimże by był, gdyby nie spróbował zdobyć upatrzonej nagrody?
— Teraz patrz i się ucz. — Przejął piłeczkę i puścił jej oczko, przybierając swój najbardziej szelmowski uśmiech. — Jak w tych wszystkich filmach. Tych, których oczywiście nie oglądają mężczyźni. — Uśmiechnął się, rozpoczynają grę. W tym wypadku założenie również było proste, ale realizacja planu pozostawiała wiele do czynienia. Pierwsze kilka rzutów wyglądało naprawdę nieźle, jednak później nastąpiła seria niefortunnych zdarzeń, które zaprzepaściły szansę na wygraną. To zdecydowanie nie miało wyglądać w ten sposób, przynajmniej w głowie Jaspera. Bohaterowie romansów również nie przegrywali z kretesem, próbując zdobyć maskotkę dla pięknej kobiety. — Udawaj, że tego nie widziałaś. — Skrzywił się, marszcząc brwi, przez chwilę wyglądając na naprawdę zawiedzionego. Szybko jednak na twarzy znów pojawił się uśmiech i błysk rozbawienia w oczach. Mężczyzna, który stał w budce, widząc starania tej dwójki, chyba postanowił się zlitować, bo wyciągnął w stronę Solene małego pluszowego szopa. Nagroda pocieszenia, choć nie była wielką pandą, wydawała się nie mniej istotna. Teraz, choćby Solene chciała zepchnąć ten wieczór w niepamięć, nie będzie mogła tego zrobić, bo niepozorna maskotka będzie jej przypominać o tym, kim wtedy była. I co mogła robić, gdy odrzucała własne obawy.
Kolejka. A później dom strachów? — Zaproponował, gdy ruszyli dalej. Tym razem zwolnił nieco, wymuszając i na niej bardziej stonowane tempo. Nie chciał, by kolejnym wyskokiem do przodu naraziła się na upadek, w końcu wysokie szpilki, alkohol i wyboista droga nie były najlepszym połączeniem. — Ale ostrzegam, że mogę się bać — dodał, konspiracyjnie nachylając się w jej stronę. Oczywiście, niewiele było w tym prawdy i Solene doskonale mogła to wyczuć. Jasper natomiast, wbrew rozsądkowi, by zaczynać od łagodnych atrakcji, wybrał jedną z tych kolejek, która wyglądała na bardziej ekstremalną. Pięła się wysoko w górę, na samym szczycie pozostając jedynie błyskiem światła i krzykiem pasażerów. Solene wspominała o lęku wysokości, ale czy dzisiejszy wieczór nie miał być odważną wyprawą poza granice własnych słabości? Być może już nigdy więcej nie przekroczy bramy parku.
Niewielu ludzi czekało na atrakcję, ze względu na dość późną godzinę, więc szybko mogli złapać pustawy przejazd.
Słuchaj, jeszcze możemy iść na diabelski młyn. Masz prawo się wycofać. — Zerknął na nią, gdy obsługujący maszynę mężczyzna otworzył bramki, umożliwiając im wejście. — Ale wydaje mi się, że jednak jesteś trochę szalona i nie zamierasz tego zrobić. — Wyciągnął dłoń w jej stronę, zapraszając ją, by podała mu własną. Chciał przeprowadzić ją bezpiecznie przez nierówne podłoże, obiecał w końcu, że wróci do domu w całości. Liczył też na to, że prosty fizyczny kontakt doda jej otuchy, gdyby faktycznie zaczęła się wahać. — Ty się nie wycofujesz, co, Solene?

Solene Rhodes
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
32 y/o
For good luck!
178 cm
adwokat | Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
I've got to get a move on with my life, it's time to be a big girl now and big girls don't cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pierwszy raz cały świat stał przed nią otworem - cały świat sprowadzony oczywiście do wielkiego parku rozrywki, który przyciągał ją nieograniczonymi możliwościami, salwą śmiechu, radości i przeróżnych, mieniących się wokół barw. Z całą pewnością była odurzona tym, co widziała dookoła. Absurd sytuacji polegał na tym, iż było to z pewnością ostatnie miejsce w całym mieście, w którym ktoś mógłby się jej spodziewać - i w którym w ogóle powinni byli się znaleźć, mając już tych parę lat na karku. Ale im bardziej nie pasowali do tego miejsca, tym bardziej było one niezwykłym przystankiem na mapie szaleństw tej jednej nocy. Bo chociaż Solene pragnęła zrzucić z ramion ogromny ciężar i na krótką chwilę po prostu się zapomnieć, tak jednocześnie była przekonana, że najzwyczajniej w świecie nie uda się jej porzucić tych sztywnych ram, w których cały czas żyje. Jednak w ferworze wszystkich atrakcji obudziła się w niej nieskalana niczym dziecięca radość, która pozwoliła jej nie tylko wyjść z własnej strefy komfortu, ale przede wszystkim dostosować się do panujących wokół warunków - wchłonęła panującą wokół radość, która udzieliła jej się ze zdwojoną wręcz siłą, zapewne również z pomocą krążących w jej organizmie procentów.
To dlatego tak radośnie pomknęła do przodu jako pierwsza, na moment zapominając o wszystkich za i przeciw - wypatrzone stoisko z maskotkami musiało być pierwsze na liście, bo kobieta nigdy w całym swoim życiu nie próbowała swoich sił w żadnej grze. A jeżeli już miała zacząć ten pełen szaleństw wieczór, to właśnie od takiej śmiałej próby - wśród kolorowych, dziecięcych maskotek. Nie przejęła się aż nadto przegraną, chociaż upatrzony miś pozostanie na stoisku i nie trafi w jej ręce, ale przynajmniej czerpała radość z samej próby zdobycia go. Gdyby tylko nie te szpilki… zależało jej na tym, by wrócić jednak po tej nocy w całości do domu, a odkrywanie tajników parku rozrywki na takim obcasie mogło się różnie skończyć. I mogło się to wydarzyć już teraz, ale nagle poczuła silne, męski ręce na swojej talii, które asekurowały ją przed upadkiem. Na moment się spięła, bo jednak był to obcy dotyk, właściwie pierwszy taki ze strony Jaspera, ale już po chwili się rozluźniła, bo sama jeszcze kurczowo trzymała się jego ramienia. - Wybacz, nie chciałabym też Ciebie w żaden sposób uszkodzić. I dziękuję, dzięki Tobie nie spotkałam się z podłożem - uśmiechnęła się z wdzięcznością, nie czując żadnego dyskomfortu z powodu tego, że jego dłonie wciąż znajdowały się w okolicy jej ciała. Co samo w sobie było dla niej zaskakujące, tak jak fakt, iż być może zbyt długo wpatrywała się znowu w te jego piękne oczy, ale już po chwili zreflektowała się i puściła jego ramie. Po jego dłoniach także została już zaraz tylko pustka, a ona poczuła odrobinę zakłopotania. - Byłabym wdzięczna, niezależnie od wszystkiego muszę pojutrze dotrzeć do pracy, a ze skręconą nogą to będzie trudne - zauważyła, na moment przypominając sobie o szarej codzienności, obowiązkach, powrocie na ziemie po tej niemal kosmicznej wyprawie, która była niczym sen, z którego nie chciała się budzić.
Jasper jednak nie pozwolił jej na zbyt długie wątpliwości i na jakiekolwiek wyrwanie się z tego słodkiego transu, w którym właśnie trwała. Gdy poniekąd rzucił jej małe wyzwanie, nakazując obserwować jak sam podejmuje walkę o maskotkę, odwzajemniła jego śmiały uśmiech i skrzyżowała ręce pod biustem, obserwując jego poczynania przy blacie. Początkowo nawet była pod wrażeniem, bo również dobrze mu szło, ale gdy pod koniec jemu również przytrafiło się nieco pecha, zachichotała cicho pod nosem. - Rozumiem, że w tych wszystkich filmach główny bohater zawsze wygrywa? - uniosła brew, napotykając jego spojrzenie - Nie przejmuj się, pamiętaj, że tamte gry są ustawione - dodała nieco nawet żartobliwie, czując znowu ten sam, zaskakujący spokój w jego towarzystwie. Tak duży, że pozwalał jej on znowu na drobne przytyki czy śmielsze gesty, jak ten, w którym nieco nawet nieświadomie pogładziła jego ramie w geście pocieszenia, gdy to skrzywił się, wyraźnie niepocieszony ze swojej porażki. Szybko jednak cofnęła dłoń, zdając sobie sprawę z nagłego zatarcia dystansu fizycznego pomiędzy nimi, a gdy mieli już ruszyć dalej, mężczyzna który stał w budce nagle wyciągnął do niej rękę małym, pluszowym szopem. Niemal zaświeciły się jej oczy, gdy przejęła go w swoje ręce, bo maskotka była wręcz nieprzyzwoicie słodka, a dla kobiety - która jeszcze jako dziewczynka nie miała tak naprawdę żadnego pluszaka - stanowiła ona w tej chwili najcenniejszą nagrodę. I na pewno nie była zwykłą nagrodą pocieszenia. Podziękowała serdecznie mężczyźnie, przytulając do swojego ciała nową zdobycz. Gdy odeszli z Jasperem kilka kroków dalej, by nie torować miejsca innym chętnym do gry, skierowała pluszaka przodem do niego. - Nasze starania się opłaciły, popatrz jaki jest słodki. Nazwę go Jazz - powiedziała niemal od razu to, co pierwsze przyszło jej na myśl, a dopiero po chwili jej nieco zamroczony alkoholem umysł zdał sobie sprawę z tego, jak mogły zabrzmieć jej słowa. Chciała jednak, by ta drobna pamiątka, faktycznie była pamiątką, by nigdy nie zapomniała imienia człowieka, który zabrał ją w to nieznane, skoro mieli się już nie spotkać…
Zaraz jednak pokiwała ochoczo głową. - Kolejka i dom strachów - zgodziła się z nim, a potem zaśmiała się, gdy konspiracyjnie zdradził jej, że może się bać - Akurat - rzuciła żartobliwie z wyraźnym powątpiewaniem w głosie, szturchając go lekko w ramie, które znalazło się tuż obok tego jej, gdy się pochylił. Śmiech przychodził jej już tak bardzo naturalnie, że nawet nie myślała o tym drobnym odruchu, po prostu w jego towarzystwie było to proste i oczywiste - bo on taki był: im więcej się uśmiechał, tym bardziej i ona miała ochotę unieść kąciki ust ku górze. Zarażał swoim optymistycznym podejściem, którego zaczynała mu bardzo zazdrościć. W międzyczasie jednak dotarli pod wybraną kolejkę, a właściwie pod tą, pod którą zaprowadził ich Jasper, bo zdecydowanie nie dało się jej przegapić - górowała nad całym parkiem i gdy Solene podniosła wzrok ku górze, niemal zamarła na moment. - TA kolejka? Myślałam raczej o jakiejś mniejszej… - powiedziała od razu, kręcąc przy tym lekko głową. Nie była pewna, czy miała lęk wysokości i jak duży on był, ale raczej nie przepadała za przebywaniem nazbyt daleko od ziemi, więc… - To chyba nie jest dobry pomysł, możemy iść na… - zaczęła wskazywać inny kierunek, ale wtedy Jasper mocno wszedł jej na ambicję. A Solene miała wpojone to, że należało śmiało iść po swoje, stawiając czoła wszelkim strachom. Mężczyzna już wszedł na podest, prowadzący do specjalnych wagoników, wyciągnął w jej stronę zachęcająco dłoń, ale ona nadal twardo stała w miejscu, najpewniej rozbawiając również nieznajomego, który otworzył im bramkę. Biła się z myślami, spoglądając to w górę na kolejkę, to na dłoń Jaspera, ale potem napotkała jego spojrzenie i jej myśli nieco się uspokoiły, a jego słowa znowu sprowokowały ją do działania. - Nie wycofuje się - odparła niemal od razu, podając mu swoją dłoń, by ostrożnie wejść na podest z jego pomocą - Jeżeli już mam zginąć, to niech to będzie na kolejce - mruknęła pod nosem, niby żartobliwie, ale jednak jeszcze z odrobiną przerażenia w głosie. Odetchnęła głęboko, nim jako pierwsza weszła do specjalnego wagonu, pozwoliła by pracownik profesjonalnie zapiął pasy, a sama wcisnęła materiał sukienki pomiędzy swoje uda, bo przecież podmuch wiatru by ją rozwiał i mocno przycisnęła do siebie maskotkę. - To szczyt mojego szaleństwa na dzisiaj. Jeżeli wyjdziemy z tego cało, chcę zjeść największe lody jakie tutaj mają - zakomunikowała, zerkając na Jaspera, który również był już gotowy. Nim zdołała dodać cokolwiek więcej, maszyna zaczęła ruszać, a cała jej dotychczasowa, nadal bardzo marna pewność siebie dosłownie uleciała. W żaden sposób nie zapanowała nad odruchem, który pokierował jej rękę do tej należącej do Jaspera - mocno wcisnęła swoją dłoń w jego i złączyła ich palce razem. Uścisk stawał się tym mocniejszy, im wyżej wjeżdżał wagonik, a potem w zastraszająco szybkim tempie zaczął zjeżdżać w dół, a wokół było już tylko słychać jej krzyk - i z całą pewnością miała zamknięte oczy. Całe życie przelatywało jej przed oczami, ale jednocześnie paliła ją od środka ogromna duma z tego, że odważyła się to zrobić. I tliła się tam nadal ta dziecięca radość, bo kiedyś kolejki były tylko nieosiągalnym marzeniem, a teraz siedziała w jednej z nich. I krzyczała, chociaż kąciki jej ust unosiły się lekko ku górze, stanowiąc najlepszy dowód na to, że mimo przerażenia, szczęście naprawdę próbowało wydostać się na zewnątrz.
I to męska dłoń dodawała jej otuchy, bo czuła, że nie jest w tym sama.

Jasper Porter
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Sol
everything we like
ODPOWIEDZ

Wróć do „Bar Poet”