ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
165 cm
Właścicielka Lucie's
Awatar użytkownika
But thoughts of you are in my mind always
Like a memory that I can't erase
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

01. just a little bit caught in the middle


“Lucie’s” otwierało się wcześnie przez rutynową bezsenność Will.

Kiedy remontowała nieduży metraż kawiarni, tuż przed jej otwarciem, długo zastanawiała się nad tym, w jakich godzinach powinna operować, i stanęło na jak najwcześniej. I była to bardziej samolubna decyzja niż przysługa dla ludzi, którzy kupowali kawę przed pracą.
Lubiła ciche brzęczenie żarówek i zapach kawy, który po kilku miesiącach zdawał się wgryźć na stałe w ściany, meble, a nawet w nią i jej ubrania. Mechanicznie wykonywane zadania zajmowały jej pierwsze pół godziny od wejścia, co zazwyczaj pozostawiało jej kolejne pół na zaparzenie pierwszego kubka, otwarcie drzwi dla kilku dostawców i obserwowanie powoli budzącego się świata za oknem. Przynajmniej latem. I choć miała swoje obawy, zanim zdecydowała się na swoją własną kawiarnię – bała się, że ludzie będą omijali nieduże miejsce, pozostawiając ją i Lucie’s samym sobie – to już zaledwie po kilku miesiącach miała stałą gromadkę klientów, którzy pojawiali się u niej regularnie.
Annie, już myślałam, że będę musiała dzwonić na policję, żeby sprawdzili, czy wszystko w porządku. – Wymamrotała, podnosząc oczy znad niedużego monitora, kiedy usłyszała skrzypienie drzwi kilka minut po otwarciu. Annie, kilka lat starsza od Turner i zawsze ze słuchawkami na uszach, wywróciła oczami.
– Nie mogłam znaleźć kluczy przed wyjściem.
– Okej, okej, bez wymówek.
– To nie wymówki, zaczęłam panikować!
– Nie ty jedna. Dobrze, że szybki przelew jest szybki.
– Dobrze, że w końcu pamiętasz, co zamawiam…

– Hej, pamiętałam, co zamawiasz prawie od początku! – Z udawaną urazą przesunęła w jej stronę kubek, na który właśnie nakładała przykrywkę, i kiwnęła głową w stronę terminalu. – Wypraszam sobie. – Dodała jeszcze na koniec, odrywając skrawek paragonu i wrzucając go do niedużego śmietnika. Annie nigdy ich nie chciała.

Przewidywalność była dla Willi strefą komfortu, a stale pojawiające się w jej kawiarni osoby były jej częścią. Lubiła wiedzieć, że niektóre rzeczy wydarzają się w uporządkowanym rytmie, że ludzie naturalnie powielają swoje wybory, że kawiarnia otwiera się o szóstej trzydzieści i minutę później w jej drzwiach pojawia się wiecznie spóźniona kobieta ze słuchawkami na uszach i kaskiem rowerowym pod pachą. Ta nieduża kontrolowana strefa, pozwalała jej zachować spokój, kiedy, jak w normalnym życiu, coś wychodziło poza ramy schematu… Awaria maszyny? Cichsze niż zazwyczaj popołudnie?

Mogła poradzić sobie ze wszystkim.
Nauczyła się radzić sobie ze wszystkim.
No może prawie wszystkim.
Nawet nie zauważyła, kiedy jeden z klientów siedzących przy stoliku wstał i podszedł bliżej. Tym bardziej nie zdążyła się przygotować na własną reakcję, kiedy poczuła czyjeś palce lekko zaciskające się na jej przedramieniu. Instynktownie wyrwała się i odrzuciła w tył, przylegając do ściany plecami. Dwie filiżanki, które wylądowały na podłodze, rozbiły się na nieduże kawałki, rozpryskując resztki kawy dookoła.
Uh – zająknęła się, czując nagłe zawroty głowy i pisk w uszach. Słyszała niski, zdezorientowany głos mężczyzny dochodzący do niej jak zza ściany, ale nie była w stanie odpowiedzieć na pytanie, którego nie słyszała. Oddychaj w kwadracie, pomyślała, biorąc głęboki wdech i wstrzymując go w płucach przez kilka sekund.
Wdech, wstrzymaj, wydech.
Wdech, wstrzymaj, wydech.
Wdech, wstrzymaj, wydech…

Noah Beaumont
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Jula
25 y/o
Welkom in Canada
188 cm
chwilowo zawieszony student psychologii więc pracuje jako mechanik samochodowy
Awatar użytkownika
„Najgorzej nie jest wtedy, kiedy coś czujesz. Najgorzej jest wtedy, kiedy wiesz, że nie powinieneś — a i tak nie potrafisz przestać.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

014
Noah Beaumont siedział w kawiarni i gapił się w kubek z kawą. Jego życie się posypało i nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Najpierw przez własne głupie decyzje i alkohol rozwalił swój związek z Aud. Zniszczył przyjaźń, chociaż ona była dla niego ważna. Potem było tylko gorzej. Z dobrego studenta psychologii, który miał przed sobą świetną przyszłość, stał się pijanym mordercą. Dostał rok zawieszenia na uczelni i musiał ponieść konsekwencje tego, co zrobił.
Oficjalnie ten rok miał być dla niego czasem na przemyślenia. Problemem było to, że Noah sam już nie wiedział, czy w ogóle chce wracać do studiowania. Myśl o tym, że miałby w przyszłości pracować jako psycholog, wydawała mu się kompletnie bez sensu. Nie mieściło mu się w głowie, jak miałby uczyć się o ludzkich problemach, prowadzeniu terapii i pomaganiu innym, skoro sam ze sobą nie potrafił zrobić porządku. Człowiek, który sam doprowadził do tragedii i nie radził sobie z własnym życiem, nie powinien doradzać nikomu innemu. Doszedł do wniosku, że lepiej będzie rzucić to wszystko i zostać zwykłym mechanikiem samochodowym. Nie trzeba było rozmawiać o trudnych emocjach, analizować zachowań ani udawać przed kimś, że ma się kontrolę nad swoim życiem. To było o wiele łatwiejsze niż ciągłe myślenie o tym, jak bardzo wszystko spieprzył.
Kilka razy prosił kelnerkę o rachunek, ale wydawała się całkowicie zatopiona we własnym świecie. Noah obserwował jej puste spojrzenie oraz niemal krzyczące napięcie, zastanawiając się, jakie problemy może mieć tak piękna kobieta. Zwykle ludzie zakładali, że ładnym osobom żyje się w życiu łatwiej, ale on wiedział, że to tak nie działa. Dla jednych ogromną tragedią był niezapłacony rachunek, a dla innych śmierć psa, który towarzyszył im przez całe dzieciństwo. Każde problemy były tak samo ważne dla danej osoby. Uważał, że nikt nie ma prawa mówić komuś innemu, że jego ból jest gorszy, głupszy albo mniej znaczący. Zastanawiał się, czy ona też popełniła w swoim życiu błąd, którego nie da się odkręcić, czy po prostu przerosła ją codzienność. Nie chciał zgadywać, ani tym bardziej bawić się w jej terapeutę. Złapał się jednak na tym, że nawyk analizowania cudzych zachowań wciąż w nim siedział, chociaż tak bardzo starał się o tym wszystkim zapomnieć.
Postanowił delikatnie wyrwać ją z transu, łapiąc ją za przedramię. Zaskoczony cofnął się gwałtownie, gdy tylko wyrwała rękę z jego uścisku. Brzęk tłuczonej porcelany odbił się echem, przyciągając spojrzenia kilku gości, ale chłopak wydawał się ich nie zauważać. Jego spojrzenie skupiło się na kobiecie przylegającej do ściany. Zobaczył w jej oczach strach, ten sam, który tak dobrze znał z koszmarów nawiedzających go od czasu wypadku. Uniósł dłonie w obronnym geście, otwierając je szeroko, by pokazać, że nie ma złych zamiarów.
- Przepraszam... ja... przepraszam, nie chciałem pani przestraszyć. Naprawdę, nie chciałem... - zaczął gorączkowo. Chciał coś dodać, wytłumaczyć, ale poczuł, że gardło mu się ściska, uniemożliwiając wydobycie sensownego słowa. Przez własną bezmyślność skrzywdził niewinną osobę. Przez chwilę stał tak bez ruchu, bezradny cudzego strachu. - Oddychaj, proszę. Nie ruszę się stąd. Spójrz na mnie, wszystko jest okej. Przepraszam, wyciągnąłem rękę bez myślenia. Wszystko w porządku? Potrzebuje pani pomocy?
Willa Turner
pączek
ktoś prowadzi moją postać bez ustaleń, nudy, braku rozwoju fabuły
27 y/o
For good luck!
165 cm
Właścicielka Lucie's
Awatar użytkownika
But thoughts of you are in my mind always
Like a memory that I can't erase
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej ciało pamiętało rzeczy, o których Turner próbowała zapomnieć latami. Zakopała je gdzieś głęboko i wyrzuciła klucz razem ze swoim starym imieniem i życiem. Więc teraz czuła frustrację przebijającą się przez panikę, że wystarczył niespodziewany dotyk, żeby wszystko wróciło niczym fala, która prawie dosłownie zwaliła ją z nóg.
Z plecami wciąż ciasno dociśniętymi do ściany próbowała oddychać i skupić się na szczegółach swojego otoczenia na raz. Powietrze zatrzymane w płucach prawie bolało, kiedy zawiesiła spojrzenie na brzegu baru, maszynie, na wzorze kafelków i kolorze fugi. Wydech. Potem na butach stojących kilka kroków przed nią. Wdech. Słowa zaczynały docierać do niej powoli. “Przepraszam” i “naprawdę”, a zaraz po tym “oddychaj”. I może dlatego po raz ostatni wypuściła wstrzymane powietrze i w końcu spojrzała na chłopaka. Najpierw na jego wyciągnięte dłonie, które wywołały moment paniki, i w końcu na twarz, która wyglądała na zmartwioną.
Odruchowo przestudiowała jego twarz. Miał zielone oczy, brązowe włosy i brwi, które zmarszczyły się w wyrazie bezsilności. Musieli być w podobnym wieku. Wysoki pisk w uszach powoli ustępował.
Ja, ahm… – zaczęła, ale jej głos utknął gdzieś w gardle, kiedy przypomniała sobie o potłuczonych filiżankach, kawie rozlanej po podłodze i dwóch klientach siedzących w oddaleniu i spoglądających podejrzanie na rozwijającą się sytuację.
Ciepło rozlało się po jej policzkach.
Dotknęła je wierzchem dłoni i pokręciła głową.
Nie. – Jej głos był lekko zachrypnięty. – Wszystko w porządku. Nic mi nie jest. – dodała zbyt szybko, żeby brzmieć wiarygodnie, więc wykręciła usta w wymuszonym uśmiechu. W duchu doceniła to, że chłopak zdawał się nie zbliżać do niej z powrotem i poczuła, że może, tylko może, będzie mogła oderwać się od ściany.
Niezręcznie potarła miejsce na ramieniu i w końcu zrobiła krok do przodu, po przekątnej. – Filiżanki. – Wydusiła z siebie krótkie wyjaśnienie i, omijając go z lewej, podeszła do baru, zza którego wyciągnęła ścierkę. – To ja przepraszam. – Obróciła się gwałtownie, gniotąc kawałek materiału w dłoni. – Po prostu się wystraszyłam, byłam zamyślona, to nic takiego. Naprawdę. Nic. – Wyrzuciła słowa jednym ciurkiem, mając nadzieję, że załagodzą całą sytuację, ale chyba dopiero wtedy dostrzegła w jego spojrzeniu coś, co sprawiło, że jej ramiona opadły lekko w dół.
Zauważył.
Will była pewna, że zauważył, że nie przestraszyła się tak po prostu.
Że było w tym coś innego, coś więcej.


Noah Beaumont
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Jula
25 y/o
Welkom in Canada
188 cm
chwilowo zawieszony student psychologii więc pracuje jako mechanik samochodowy
Awatar użytkownika
„Najgorzej nie jest wtedy, kiedy coś czujesz. Najgorzej jest wtedy, kiedy wiesz, że nie powinieneś — a i tak nie potrafisz przestać.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Widział, jak kobieta walczy ze sobą, próbując złapać oddech. Każdy jej ruch, od usilnego wpatrywania się w kafelki po napięcie mięśni, był dla niego aż nadto czytelny. Rozpoznawał te objawy aż za dobrze. Znał ten wzorzec z podręczników, ale przede wszystkim z własnych nocy, kiedy atak paniki odcinał mu dopływ powietrza. Widząc, że jej wzrok w końcu przenosi się na jego podniesione dłonie, delikatnie obniżył je i powoli cofnął się o kolejny krok. Chciał dać jej jak najwięcej przestrzeni i pokazać, że nigdzie się nie wybiera, by ją atakować. Kiedy zauważył, że zaczyna uważnie studiować jego twarz, powstrzymał się od odwrócenia wzroku, choć poczucie wstydu prawie go do tego zmuszało. Trzymał głowę nieruchomo, pozwalając na ocenę sytuacji i upewnienie się, że z jego strony nic jej nie grozi. Zrobił głębszy, powolny wydech, dając jej w ten sposób czytelny znak do uspokojenia oddechu, a potem znieruchomiał. Stał w bezpiecznej odległości z opuszczonymi dłońmi i czekał, dając jej tyle czasu, ile potrzebowała, by wrócić do rzeczywistości.
- Spokojnie - powiedział cicho, nie robiąc ani jednego kroku w jej stronę. - Proszę nic nie mówić. To była moja wina, nie powinienem tak podchodzić. - Zerknął na rozbite filiżanki i plamy na podłodze, po czym znowu spojrzał jej w oczy.
Spojrzał na jej wymuszony uśmiech i poczuł, jak ściska mu się żołądek. Doskonale znał tę maskę. Sam zakładał ją codziennie, próbując wmówić światu, że wszystko jest pod kontrolą, podczas gdy w środku rozsypywał się na kawałki. Zobaczenie tego samego cierpienia u obcej osoby, było jak uderzenie w twarz.
- Nie musi pani udawać - powiedział cicho, przełykając ślinę. Głos mu drgnął, więc urwał, nie chcąc dokładać jej własnej rozsypki. Patrzył, jak omija go łukiem i nerwowo miętoli w dłoniach ścierkę. Słuchał jej słów, tego wyrzuconego na jednym wydechu usprawiedliwiania się. Znał to aż za dobrze. To był ten sam rozpaczliwy odruch obronny, kiedy człowiek próbuje przekonać wszystkich wokół, a najbardziej samego siebie, że przecież nic się nie stało. - I nie musi się pani tłumaczyć. - Kucnął i zaczął zbierać większe kawałki filiżanek, układając je na dłoni. - Pomogę pani - mruknął cicho, nie podnosząc na nią wzroku. - I tak nigdzie mi się nie spieszy.
Sięgnął po odłamek, ale zrobił to zbyt niedbale, wciąż mając w głowie mętlik. Ostra krawędź porcelany wbiła mu się w opaszek kciuka. Natychmiast pojawiła się krew. Cicho syknął przez zęby, zamykając dłoń w pięść i dociskając skaleczenie drugim kciukiem. - Cholera... przepraszam - rzucił zirytowany własną niezdarnością. - Jednak nie jestem dzisiaj zbyt pomocny.
Jako były student psychologii, bez trudu dostrzegał drobiazgi, których inni nawet by nie zauważyli. W sposobie, w jaki cofnęła się pod ścianę, w szukaniu wzrokiem punktu zaczepienia odczytał mechanizm obronny. To była reakcja na traumę, odruch wyhodowany przez coś, co wydarzyło się dawno temu... Czuł to.
Willa Turner
pączek
ktoś prowadzi moją postać bez ustaleń, nudy, braku rozwoju fabuły
27 y/o
For good luck!
165 cm
Właścicielka Lucie's
Awatar użytkownika
But thoughts of you are in my mind always
Like a memory that I can't erase
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez chwilę patrzyła na niego bez słowa.
Nie musi Pani udawać.
Zdanie odbiło się w jej głowie nieprzyjemnym echem, choć była pewna, że powiedział to z dobrych pobudek. Ale nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, bo gdzie była granica pomiędzy udawaniem a jej życiem? Rozmyła się już tak dawno temu, że nawet gdyby chciała przestać udawać, nie wiedziałaby, od czego zacząć. Więc co miała zrobić teraz? Zaprzeczyć, podziękować? Udać, że nie słyszała? Na to mogło być już trochę za późno.
Zamiast tego obserwowała, jak kuca przy rozbitej porcelanie, zupełnie jakby przed chwilą nie widział jej przyklejonej do ściany z paniką wypisaną na twarzy. Przez kilka sekund pozwalała mu zbierać większe kawałki, sama wciąż ściskając ścierkę w dłoni. Dopiero kiedy dostrzegła czerwoną kroplę spływającą po jego palcu, odruchowo zrobiła krok w jego stronę.
Mam apteczkę. – Jej głos wybrzmiał dużo pewniej niż wszystko, co powiedziała do tej pory. I nawet nie zauważyła, że przeszła na „ty”. Może dlatego, że po raz pierwszy od kilku minut miała przed sobą coś konkretnego, czym mogła się zająć. Krew była łatwiejsza do zrozumienia niż panika. – Poczekaj.
Zaplecze było nieduże, tak samo jak kawiarnia. Drewniane półki ciągnęły się wzdłuż dłuższej ściany w kilku rzędach i, jak wszystko w Lucie’s, były dokładnie zorganizowane. Mimo to zajęło jej sekundę, żeby zlokalizować plastikowe pudełko z rączką. Nie musiała nawet sprawdzać, czy znajdzie w nim plaster. To była pierwsza okazja, żeby z niego skorzystać, czego dowodem była podłużna naklejka zakrywająca zamknięcie.

Ze ścierką w jednej dłoni i apteczką w drugiej pojawiła się w drzwiach. Dwa duże kroki i była tuż obok, kładąc otwarte pudełko na blacie stolika. – Nikt nie mówi do mnie „pani” – wymamrotała, próbując zlokalizować plaster. – Will. – Krótka pauza. – Turner. Jak pirat.
Ugh. Po co?
Przez sekundę miała ochotę cofnąć własne słowa. Oczywiście, że nie musiała tego dodawać. Oczywiście, że powiedziała to na głos. – Nieważne. Pokaż… – Wyciągnęła przed siebie lekko drżącą dłoń, która jako jedyna pokazywała jeszcze, że sytuacja sprzed chwili wciąż siedziała gdzieś głęboko w niej.

Sprawnie otworzyła jednorazowy wacik i przyłożyła go do rozcięcia. Czerwony płyn szybko wsiąkł w biały kawałek bawełny i Will dotknęła miejsca kilka razy, upewniając się, że skóra była czysta. Zaraz po tym wyciągnęła plaster z papierka i nakleiła go na ranę. – To moja wina. Naprawdę, przepraszam. Za chwilę wszystko to pozbieram. – I dopiero wtedy uświadomiła sobie, że prawdopodobnie właśnie przepraszała za głupi żart, za filiżanki, za reakcję i panikę i chyba za całe swoje istnienie w ciągu ostatnich pięciu minut.
Odwróciła się plecami na zaledwie chwilę, zanim spojrzała na mężczyznę przez ramię. – Muszę. – Wyrzuciła z siebie krótko. – To znaczy… muszę udawać. – Sama nie była pewna, dlaczego mu to powiedziała. Może miał coś w oczach. Zrozumienie albo wiedzę, albo... nie była pewna, co dokładnie. Wrzuciła na usta uśmiech, dając znać, że to wszystko. To był jedyny róg, jaki mogła odkryć przed kimkolwiek. – Kolejna kawa jest na mnie. Teraz albo następnym razem. – Jej głos wybrzmiał dźwięczniej, o ton wyżej. – Albo na wynos, jeśli mój popis odstraszył cię od Lucie’s i nigdy więcej do nas nie wrócisz.

Noah Beaumont
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Jula
ODPOWIEDZ

Wróć do „Lucie's”