ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

∙ 003 ∙
To był kolejny raz. Kolejny raz, kiedy ktoś odwołał spotkanie pięć minut przed. Kolejny raz, kiedy czekała na kogoś i została wystawiona. Słuchała czasem opowieści koleżanek, jak to były ghostowane przez swoje randki z tindera, ale w przypadku Vivienne problem był jeden — to w żadnym wypadku nie były r a n d k i.
To nie były nawet spotkania towarzyskie, choć niektórzy chyba za takie je uważali. I chociaż widzenia z nią były znacznie na luźniejszej stopie, to wciąż były narzuconymi przez sędziego spotkaniami z kuratorem. Nie robiła tego dla zabawy. I strasznie, s t r a s z n i e, wkurzało ją to, gdy jej podopieczni się nie stawiali.
Spoko, Viv, ten przynajmniej uprzedził.
Pięć minut przed, ale uprzedził.
Miała zatem czas, miała wkurzenie i miała absolutną potrzebę na kawę. Ale nie taką z ekspresu w swoim pokoju; tych wypiła już dzisiaj dwie. Słońce grzało, niebo było bezchmurne, distillery district wcale nie było tak daleko... Nie musiała samej siebie długo przekonywać. Trzy minuty później siedziała w taksówce i jechała do swojej jednej z ulubionych kawiarni w okolicy. Świeżo prażone ziarna z aromatycznymi dodatkami wydawały jej się znacznie lepszą opcją na spędzenie upalnego, nudnego popołudnia niż ślęczenie w gmachu sądu, gdzie nie czekało ją nic do roboty poza czytaniem kolejnych wymówek i kolejnych próśb o przesunięcie spotkania.
A to mogła robić przez telefon, siedząc w znacznie lepszym miejscu, otoczona słodkimi zapachami i atmosferą leniwie upływających chwil.
Wbrew jednak swoim wyobrażeniom, wnętrze tętniło już życiem. Kolejna była długa i chociaż szła w miarę sprawnie, to wciąż obsługa więcej czasu poświęcała starannemu przygotowaniu zamówienia, niż szybkiemu uwijaniu się za kasą i odhaczaniu kolejnego klienta. Może to była polityka firmy, może nie, ale to był jeden z głównych czynników dlaczego tak lubiła to miejsce. Bo dbali o tych, którzy tu przychodzili i serwowali naprawdę świetną kawę.
A kawa była świętością.
Bez zajęknięcia ustawiła się na końcu sznurka ludzi i odpaliła na telefonie menu, bo z takiej odległości go nie widziała, a pamięć do kart miała, jak pamięć do filmów. Dobrą, ale ulotną. Kwadrans później była już druga w kolejce i zastanawiała się czy do kawy dobrać jagodziankę — a te patrzyły na nią zza szyby wystawy i obiecywały dużo kruszonki, jeszcze więcej nadzienia i miękkie ciasto drożdżowe — czy croissanta z kremem orzechowo-czekoladowym. Wzięłaby oba i zasłodziła się na całe kolejne dwa dni, ale wtedy narzekałaby, że jej ciężko i każdy miałby jej dość. Było to ryzyko, które zdecydowanie gotowa była podjąć. Gorzej, że dostrzegła też drozdżówkę z budyniem i malinami oraz cynamonkę.
Cześć. To co podać? — padło do niej od uśmiechniętej dziewczyny za ladą. Vivienne wciąż nie wiedziała.
Na pewno jedno iced latte z tych ziaren palonych z migdałem, czerkoladą i pomarańczą, i... — Uśmiechnęła się szeroko, przeskakując spojrzeniem na wypieki. — Iii może...
Mogła poprosić o pomoc w dobraniu, ale nie byłaby przecież sobą. Dziewczyna uśmiechnęła się tylko i odchrząknęła.
Mamy akurat promocję dla par, dwa zestawy kawa plus dowolne dwa ciastka w cenie jednego. I można wtedy dobrać za pół ceny kolejne dwa ciastka, co daje nam dwie kawy i cztery ciastka w cenie jednego zestawu i dwa dodatkowe...
Vivienne nie do końca już słuchała, bo miała mówić, że to nie cena jest problemem, kiedy usłyszała wyraźnie zniecierpliwione chrząknięcie za sobą, dwie osoby z kolejki dalej. Zignorowała je w sekundę, ale to czego nie zignorowała, to jej mózg próbujący objąć promocję i to, co w nią wchodzi. Jeśli oferta sama z siebie stanowiła o dwóch ciastkach, nakładając na nią obowiązek wzięcia dwóch... To wtedy jej rozterki które wybrać przestawały istnieć. Bo promocja to na niej wymuszała. To była bardzo pokrętna logika, ale był upał, Vivienne była przekupna i...
Tylko no, dla par. — Tutaj wzrok dziewczyny sięgnął na osobę bezpośrednio obok. Vivienne dalej kiwała głową, zapominając o elemencie "promocji dla par".
Tak, tak — mruknęła, zastanawiając się nad tymi dwoma dodatkowymi wypiekami za pół ceny. To byłoby już sześć. Zasłodzenie na całe dwa tygodnie. — Dla paa... — Wtedy ją tknęło. Zamrugała, wyprostowała się, też spojrzała na mężczyznę obok. Był wysoki, ciemnowłosy, pewnie niewiele starszy. — ...r. No, tak. Dla par.
Ruszyła się szybciej, niż pomyślała. Z szerokim uśmiechem przysunęła się ten krok do niego i ujęła go pod ramię, wsuwając tam dłoń. Bok jej głowy wylądował na jego ramieniu, a jej wzrok powiódł w górę do jego oczu.
Co byśmy wzięli, kochanie? — Jeśli był dobry w czytaniu ludzi, to pewnie mógł z łatwością wyczytać błagalne spojrzenie o podjęcie tej małej szopki.

Mark Rosenhall
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
28 y/o
For good luck!
187 cm
sprzedaje nieruchomości Ironcrest Development
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

#potem_sprawdzę

To był ten dzień, kiedy Markowi bardzo źle się spało i nie potrafił zrozumieć, dlaczego. Śniły mu się jakieś głupoty, że odwiedził go komornik, w pracy dowiedział się, że został wylany, a każda karta, którą przykładał do terminala, okazywała się zablokowana. Obudził się w momencie, gdy został potrącony przez rowerzystę i zastanawiało go, czemu akurat takie obrazy postanowił stworzyć mózg, skoro… no dobra, spędzał dużo czasu w robocie - może nawet więcej niż wcześniej, ale cóż zależało mu na

statystykach.


Lubił widzieć wykresy idące w górę i niepokoiło go, gdy szły w dół. Dodatkowo doskonale zdawał sobie sprawę, że konkurencja NIE spała, a na rynku było pełno agencji deweloperskich. Ważne były zyski, zyski i zadowolenie klientów, bo zadowolenie klientów równało się poleceniom, a polecenia równały się kolejnym klientom, a kolejni klienci (i ogólnie klienci) oznaczali co? Z Y S K. No, także ktoś musiał pracować po godzinach, żeby inni mogli otrzymać dobrą pensję. Poza tym, czasami wychodził jak normalny człowiek, bo NIE odpuściłby golfa - szanujmy się! Golf go… uspokajał, aczkolwiek niejeden kij wylądował na ziemi, ponieważ Rosenhall w złości takowym rzucił albo chciał go połamać, lecz w porę się opanowywał. Na szczęście, im dłużej grał, tym bardziej kontrolował swoją agresję, dzięki czemu aktualnie już, gdy wychodziło mu… niezbyt dobrze, albo rzucał przekleństwem, albo wymachiwał nogą tak, jakby kopał wyimaginowany kamień.
Jadąc rano do pracy, był tak zaspany, że raz nie dość, że prawie przejechał na czerwonym świetle, to dwa, w ostatniej chwili wyhamował przed przejściem dla pieszych, przez które przechodziły dwie osoby, bo wydawało mu się, że ludzie są DALEKO - niestety źle ocenił sytuację.
Po dojechaniu do pracy, pierwsze co zrobił, to poszedł zrobić sobie podwójne espresso. Czy go pobudziło? Trochę albo raczej na tyle, że dał radę wykonywać swoją pracę i spotkać z klientami - tzn. oni go odwiedzili - przez około… dwie? Może trzy godziny. Potem, zrobił sobie kolejną kawę, lecz ta już nie działała zbyt dobrze, więc jakoś po południu, podczas przerwy na lunch, postanowił wybrać się do PRAWDZIWEJ kawiarni, uważając, że tamtejsza kawa NAPRAWDĘ go pobudzi.
Szedł, czując się jak zombie - na wszelki wypadek, wziął ze sobą służbowy telefon i dobrze zrobił, bo przed samą kawiarnią, zadzwonił do niego klient, by zapytać o możliwość spotkania w następnym tygodniu. Mark odpowiedział na zadane pytania i po zakończonej rozmowie, wszedł do kawiarni. Uwielbiam ten zapach… pomyślał, gdy tylko jego nozdrza uderzył zapach palonej kawy. Stanął, przyglądając się wywieszonej za baristką rozpisce kaw - choć doskonale wiedział jaką chciał, a zaraz potem zjechał spojrzeniem na ciasta. Widząc tiramisu, czuł, jak zaczyna mu lecieć ślinka, więc szybko przejechał dłonią po buzi. Poza tym uświadomił sobie jedno…

Nie jadł śniadania.
Z zamyślenia wyrwał go głos. Kobiecy głos. Zamrugał kilkakrotnie, rozejrzał się w obie strony - choć wcale nie musiał, ponieważ poczuł rękę na swoim ramieniu - i po chwili zauważył, kto mówił. Sam nie wiedział, co go bardziej zaskoczyło, czy to, że nieznajoma nazwała go kochaniem, czy pytanie o to, co by WZIĘLI.
- Eee… - zaczął, choć zaraz chrząknął, dalej nie rozumiejąc, co tu właściwie się odpierdzielało… Czy to jakaś gra? Czy jestem tak zmęczony, że zapomniałem, że kogoś mam? No ale Mark, jak to Mark, postanowił wejść do gry, nie wiedząc, czego się spodziewać później. Poza tym, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.
- Znaczy hmm… nie wiem, jak Ty słoneczko ale ja mam straaaaaszną ochotę na tiramisu. A Ty? Czyżby na serniczek? Albo szarlotkę? Do picia bym wziął americano, a Ty byś pewnie chciała coś z mlekiem? - spytał, zmniejszając odległość - miała szczęście, że jej perfumy mu się podobały, to przynajmniej nie chciał zachować dystansu. Nagle zauważył też ciasto zielony mech i aż mu w brzuchu zaburczało.
- Oo i zielony mech tu mają, no proszę. - powiedział zaskoczonym tonem, bo, szczerze powiedziawszy, miał wręcz OGROMNĄ słabość do właśnie takowego ciasta. Rosenhall, jak na dobrego chłopaka przystało, już zaczął wyciągać portfel z tylnej kieszeni spodni.
- Wybierz sobie, co tylko chcesz, a ja zapłacę. - dodał, mając wrażenie, iż ludzie za nimi zaczynają się niecierpliwić… Ups. Nieznajoma miała to szczęście, że nie trafiła na biednego. Aczkolwiek nagle Mark przypomniał sobie swoje dzisiejsze sny i mina automatycznie mu zrzedła.
Po zapłaceniu - bardzo niepewnie przykładał kartę do terminala, a gdy płatność została zaakceptowana, odetchnął z ulgą - i wzięciu paragonu, zaczął rozglądać się za wolnym miejscem dla DWÓCH osób. Usiadł przy oknie, uważnie obserwując tę, która nazwała go kochaniem.
- Nie wiem, czy słyszałaś, ale ktoś w kolejce powiedział, że jesteśmy ładną parą. - rzucił nagle, patrząc na osobę, która wypowiedziała te słowa, a następnie zaczął mieć cichą nadzieję, że nie będą musieli zbyt długo czekać.

Vivienne
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To było jej ulubione miejsce w okolicy. Po prawdzie nie była kawowym nerdem, a w pełnej szczerości była od tego bardzo daleka, ale potrafiła docenić kunszt palenia ziaren i rzemieślnicze mieszanki. Tak, jak potrafiła docenić wypieki w każdej formie, choć nie była wielką fanką słodkiego. Było jednak jedno ciasto, które wyzwalało w niej demona.
Tiramisu.
Jej jasne spojrzenie od razu powiodło do części lady z wystawionymi ciastami. Gdy mężczyzna wymieniał szarlotkę i sernik, ona udawała, że rozważa podrzucone jej opcje z teatralnie wyolbrzymioną ekspresją oczu i brwi, jakby jej mózg już dawno nie zatrzymał się na włoskim deserze z mascarpone.
Tylko potem padło kolejne magiczne słowo. Zdążyła jedynie kiwnąć głową w odpowiedzi na tak, z mlekiem, kiedy jej oczy zatrzymały się na zielonym cieście udekorowanym borówkami, malinami i truskawkami i Vivienne już wiedziała, co zamówi, zapominając, że nazwała nieznajomego kochaniem i że zabolała ją jej własna bezczelność, której teraz już w ogóle nie żałowała. Od teraz byli oficjalnie parą i parą mieli być przez co najmniej następne parę minut.
Wiesz co, dzisiaj może jednak zmiana repertuaru — zaczęła odnośnie zamówienia, kontynuując podjętą przez niego szopkę o serniczku i szarlotce, jakby to właśnie je normalnie brała bez żadnych skrupułów. Trochę przestrzelił rzeczywistość, ale na potrzeby dobrego przedstawienia była gotowa udawać teraz największego psychofana sernika albo jabłek. Zamówiła spokojnie to, na co miała ochotę — jagodzianka trafiła na talerzyk obok cynamonki, na drugim wylądowało zielony mech, a croissant z kremem migdałowym do brązowej papierowej torebki na wynos. Kątem oka obserwowała, jak mężczyzna wyciąga portfel, grając kartę gentlemana, jakby płacił za obcych co najmniej średnio parę razy w tygodniu i stwierdziła, że za to, że jej w ogóle pomagał, odda mu co najmniej z nawiązką. I wtedy dostrzegła, jak jego twarz zachodzi chmurami i już-już sięgała do swojej torebki.
Ej, przecież dopiero co płaciłeś za brunch, pozwól mi chociaż raz— — żachnęła się dodatkowo, ale urwała w połowie, bo zdążył przyłożyć kartę do terminala, a płatność przeszła. Zmarszczyła brwi i odchrząknęła, próbując zatuszować zmartwienie, bo oczywiście, że nieświadoma jego bolączek i strachów, w pierwszej chwili uznała, że go naciągnęła, a on nie miał na to funduszy. Albo ochoty. Albo jednego i drugiego. — Odegram się. Zobaczysz.
Każdy wiedział, że rewanż ukochanej to poważna groźba.
Usiadła naprzeciwko niego przy oknie i założyła nogę na nogę, niby mimochodem spoglądając w kierunku osoby, o której mówił. Zaśmiała się cicho, starając się wyglądać naturalnie, a nie jak ktoś, kto właśnie wkręcił zupełnie przypadkową, niewinną osobę na randkę-niespodziankę z sobą. I w tej wielkiej naturalności zabrała słomkę z latte i zamknęła usta na jej końcu, zlizując słodką piankę, powoli odwracając wzrok od kolejki. Przeniosła spojrzenie na swojego chłopaka i kiwnęła głową.
W sumie. Trochę jak z okładki Vogue. — I nie żartowała, naprawdę widziałaby go w roli modela. Może nim był. Może wypadało zapytać. A może właśnie wcale n i e.
Odłożyła słomkę do wysokiej szklanki i upiła pierwszy łyk kawy z kruszonym lodem. Im dłużej tu siedziała, tym dłużej cała ta fake dating pewność siebie z niej ulatywała, ale to wcale nie niszczyło jej humoru. Tylko zaczynało ciążyć tym, że mogła go wpakować na grunt, po którym on wcale nie chciał się poruszać, a którego nie odmówił, bo był zbyt uprzejmy dla własnego dobra.
Przepraszam. I dziękuję — zaczęła, prostując się na krześle. Uśmieszek wciąż krążył po jej twarzy, trochę koci, jakby zrobiła psikusa wartego robienia i była z siebie dumna, a trochę nieśmiały, przepraszający. — Za kawę i za bycie chwilowym chłopakiem. To przez tego chrząkacza za Tobą i presję czasu i brak zdecydowania. Masz, obiecuję, że jest wart każdego grzechu.
Ułożyła pakunek z croissantem między nimi i posunęła go po blacie w jego stronę, składając mu go w ofierze.
Vivienne — dodała w końcu, bo wydawało jej się, że zdradzenie swojego imienia to minimum przyzwoitości, jaką powinno się wykazać wobec człowieka, który właśnie bez mrugnięcia okiem zapłacił za jej cztery ciastka. — Zostawię Ci mój numer, okej? Żebyś mógł mi wysłać swój numer konta.
Spojrzenie pod tytułem: nie uznaję odmowy było kolejnym, co miała po ojcu. Choć w jej wydaniu nie było to tak strasznie despotyczne.

Mark Rosenhall
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
28 y/o
For good luck!
187 cm
sprzedaje nieruchomości Ironcrest Development
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Mark ogólnie podziwiał każdego, kto potrafił i chciał poświęcić czas na upieczenie ciasta. On kiedyś próbował zrobić szarlotkę. Bo jak ciasto z jabłkami mogłoby być trudne do wykonania? mówił do samego siebie, no i się przekonał, bo wyszedł mu… zakalec. Od tamtej pory nie próbował swoich sił w cukiernictwie. Wolał przejść się do kawiarni albo sklepu i tam kupić jakieś ciasto - bardzo często smakowało niczym domowej roboty, dlatego nie żałował wydanych na nie pieniędzy. Miłość do Zielonego Mchu zrodziła się na jednych urodzinach u znajomej z pracy, u której właśnie można było zjeść to jakże pyszne ciasto. On zjadł chyba ze cztery kawałki - na szczęście było całkiem sporo różnych ciast, więc nikt potem nie robił mu wyrzutów.
- Tak? No to jak wolisz, kochanie. - odpowiedział, nie zamierzając stwarzać problemów, bo zwyczajnie… nie miał zielonego pojęcia o preferencjach kobiety, której notabene nie znał. Miała tak ładną buzię, że na pewno zapadłaby mu w pamięci, gdyby już ją wcześniej gdzieś spotkał. Chciał, żeby wybrała, co tam chciała, on tylko pragnął kawy oraz zielonego mchu, nic więcej.
Nie zauważył, gdy nieznajoma zaczęła grzebać w swojej torebce, ponieważ za bardzo przejmował się wyświetlaczem terminala. Czyżby sen okazał się… prawdziwy? pytał samego siebie, mając nadzieję, że zaraz zobaczy zaakceptowanie płatności.
Odetchnął z ulgą, gdy płatność przeszła, aczkolwiek zastanawiało go, czy faktycznie będzie coś dzisiaj kupował, bo jeżeli miał przechodzić mini zawał przy każdej płatności, to… no średnio mu się uśmiechało. I nie, nie zawsze AŻ TAK przeżywał swoje sny - bo jak śnił o pływaniu na jachcie, to jak mógłby się takim przejmować?
- Za późno. Może następnym razem. - powiedział, posyłając blondynce lekki uśmiech, domyślając się, iż prawdopodobnie następny raz zwyczajnie nie nastąpi, aczkolwiek szczerze? On nie miałby nic przeciwko, gdyby znów na siebie wpadli.
- Tak? Ojej, aż cały drżę. - odparł, po czym zabawnie poruszył brwiami, złapał się za ramiona i udał, że faktycznie drży, jakby ktoś go prądem poraził. A może to po prostu była klima, pod którą stał?
No ale zaraz zmienił położenie, ponieważ zajął miejsce przy stole i dołączyła do niego jego dziewczyna. Ponownie uniósł kąciki ust gdy usłyszał śmiech jasnowłosej.
- No, trochę tak. Czyli co, proponujesz sesję zdjęciową w ramach kolejnej randki? - spytał całkowicie poważnie, wyobrażając sobie ich nad morzem wraz z fotografem, który robiłby im zdjęcia, aczkolwiek zawsze można było wykorzystać przednią kamerkę w telefonie lub… ogarnąć , tj. wykorzystać statyw. Innym rozwiązaniem było to, że to ONA byłaby jego modelką.
- Jest okej. Uwierz, gdybym miał coś przeciwko, nie dałbym się wciągnąć w odgrywanie chłopaka. No i muszę przyznać, zaskoczyłaś mnie. Nie każda byłaby na tyle odważna, żeby obcego typa wciągać w takie gierki. A co jeśli okazałbym się… niezbyt przyjemnym gościem? - spytał, próbując brzmieć tajemniczo, złączył dłonie i oparł na nich głowę, choć musiał przyznać, że urzekła go tym tłumaczeniem oraz podarunkiem w postaci rogalika, który zaakceptował.
- Mark. - przedstawił się i praktycznie od razu pokręcił głową, kiedy usłyszał o przesłaniu numeru konta. Po krótkiej chwili, wyciągnął z kieszeni spodni telefon i położył przed Vivi.
- Wpisz swój numer, ale wiesz co? Może zamiast oddawać mi pieniądze, zapłacisz podczas naszego kolejnego spotkania? - zaproponował, bo taki układ o wiele bardziej mu pasował. Oczywiście, nie zamierzał ani naciskać, ani nalegać, jeżeli wolała oddać hajs, to poda jej numer konta.
Gdy blondynka wpisywała swój numer telefonu, on wziął gryza croissonta.
- Ej… już dawno nie jadłem tak dobrego croissonta. Chcesz kawałek? - spytał, wskazując na leżącego przed nim rogalika, nie mając nic przeciwko wręczeniu kawałka. Uważał, że jej podniebienie powinno spróbować takiej pyszności.

hey, nice to meet you Vivi
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Powiedział może następnym razem. Może ciągnąc teatrzyk dalej, grając swoją nowo-narzuconą rolę chłopaka. Może dając jej ułudę nadziei. Może właśnie w pełni intencjonalnie. Vivienne uniosła na to brew i zaśmiała się cicho, kręcąc przy tym głową — nie z politowaniem ani nie z rezygnacją. Z czymś... cieplejszym i bardziej przewidywalnym, gdzieś między rozbawieniem a poczuciem, że znała go dłużej, niż w rzeczywistości.
Rozczuleniem.
Kiedy chwilę później udał, że drży w całym swoim dobytku świetnego aktora, jej śmiech był odrobinę głośniejszy, ale jeszcze nie na tyle, by przekroczył granicę dobrych manier. Niestety nawet tyle wystarczyło, żeby ktoś zagrymasił pod nosem i rzucił spojrzeniem spod byka na obrazek iście szczęśliwej pary, gdzie jedno rozbawiło drugie do rozpuku, a to drugie nawet nie próbuje narzucić na siebie filtra i udawać, że nie jest w tej chwili szczęśliwe. Vivienne była obecnie tym drugim. I chociaż dziewczynę udawała, to teraźniejszego ułamka szczęścia wcale nie. Aż tak dobrą aktorką nie była.
Kobieta, która na nich patrzyła, starsza pani przy sąsiednim stoliku, cisnęła ostatnią błyskawicę, która chyba miała ich — ją, Vivienne — przywołać do porządku i wyrazić całe swoje niezadowolenie odnośnie tych ordynarnych, głupich, jeszcze sobą niezmęczonych gołąbeczków, po czym wróciła do wertowania swojego telefonu.
Vivienne wróciła spojrzeniem do oczu swojego chłopaka.
Sesja zdjęciowa. Kolejna randka.
Przechyliła leniwie głowę na bok, udając wolnomyśliciela filozofa i brakowało tylko, żeby pogłaskała się po wyimaginowanej brodzie i zrobiła głębokie, niskie “hmmm”. Zamiast tego, wróciła słomką do ust, ale jeszcze nie upiła kawy, jeszcze nie pociągnęła łyka. Najpierw zakręciła nią w palcach, obracając nią lekko.
Może. Głupi pomysł? — odpowiedziała, nie odrywając wzroku od jego spojrzenia. Dopiero teraz przełknęła łyk i przysunęła szklankę bliżej, drugą dłonią obejmując ją i napawajac się bijącym od niej chłodem. — Niedługo jest halloween, to może w tym klimacie. Zostaniesz moim wampirem?
Pozostawał jednak problem logistyczny. Adler w żadnym wypadku nie była fotografem. Jeśli robiła zdjęcia, to zupełnie amatorsko własnym telefonem i tylko na potrzeby uchwycenia chwili — kota śpiącego w kłębku na jej udach, wróbla, który usiadł na bocznym lusterku jej samochodu, wschodzącego na różowo słońca, uroczego kształtem deseru, wiewiórki, która jadła jej z ręki orzechy. Po drugiej stronie obiektywu też stawała wyłącznie wtedy, gdy chciał tego ojciec. Rodzinne portrety. Ukończenie szkoły. Jazda konna. Koncert w deszczu.
Halloween z przebranym za wampira mężczyzną, którego spotkała w kolejce po kawę i którego wciągnęła w wir niewinnego kłamstwa żeby zgarnąć eventową promocję brzmiało jak coś, czego ojciec by nie chciał uwiecznić aparatem i jednocześnie coś, co ona zdecydowanie mogłaby mieć w rolce swojej galerii na telefonie.
Upiła kolejne parę łyków kawy, a kiedy on udał wielce tajemniczego, uniosła brew i sama się nachyliła, kopiując jego pozę. Dłonie złączone w palcach, utworzona z nich łódeczka, jej podbródek o nie oparty.
Zdefiniuj niezbyt przyjemnego gościa — zaczęła spokojnie, bo poczuła się szczerze zaintrygowana. Faktycznie mógł być nieprzyjemnym typem, ale jeśli był, to w sposób zupełnie nieoczywisty. A przez to niebezpieczny. Takich się powinno unikać przede wszystkim, ale kim była, jeśli nie kuratorem, żeby lecieć do takich jak ćma do ognia? Nie powiedziała tego na głos, w każdym razie jeszcze nie, ciekawa, co on miał na myśli.
Spojrzała przelotnie na podstawiony jej telefon i zaczęła wpisywać swój numer.
Okej — mruknęła w odpowiedzi, zastanawiając się, jak właściwie się podpisać. Vivienne wydało jej się zbyt oficjalne dla kogoś, kto przed chwilą wziął go pod ramię. Vivi używały cztery osoby na świecie, z czego dwie były z nią spokrewnione i już martwe. Prawie — i to było bardzo bliskie spełnieniu — wpisała my baby ❤️ w ramach bardzo nieśmiesznego żartu. Ale powstrzymała się. Wpisała swoje pełne imię i odłożyła telefon z powrotem na blat bliżej niego. Zamierzała kontynuować temat kolejnego spotkania i wtedy zaproponował jej croissanta. Spojrzała na niego, potem na rogalika, z powrotem na niego. Po jej ustach przemknął uśmieszek, a potem pochyliła się ponad stolikiem w jego stronę i otworzyła usta, czekając, aż ją nakarmi. Przecież sięgnięcie rękami i urwanie sobie kawałka byłoby dziwne. Bycie nakarmioną? Też, ale najwyraźniej mniej.
W tej samej chwili kątem oka dostrzegła, że kelnerka rusza w ich stronę z tacą pełną ich zamówienia, ale to wcale nie sprawiło, że się cofnęła. Skąd. Wgapiła się w jego oczy i czekała.

oh hi mark
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
ODPOWIEDZ

Wróć do „Balzac's Coffee Roastery”