40 y/o
For good luck!
187 cm
prezes zarządu ironcrest development
Awatar użytkownika
I could let it go, but I'm not a quitter.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miał w sobie ten urok, którego Stanley podświadomie szukał od d a w n a i pech chciał, że niestety nie potrafił znaleźć go w nikim. Pewność siebie, której nie dało się podrobić, a która była zupełnie naturalna; rodzaj żartu, który doskonale rozumiał i który go bawił; błysk w oku, który przypominał zarówno wyzwanie, jak i swego rodzaju test, a do tego szeroki uśmiech, którym mógł oślepiać. Ciało, w które każdego dnia musiał wkładać ogrom pracy, a na które cudownie się patrzyło i pewnie jeszcze lepiej je dotykało, a choć nie był typowym marzeniem Dawsona, tak powoli i skutecznie, właśnie się nim stawał. Stanley w końcu krył się za wieloma sprzecznościami, jeszcze więcej rzeczy obracał po prostu w żart i nie próbował być zbyt poważny, a Finley doskonale go odczytywał.
I gdyby był mniejszym ignorantem i zechciał uwierzyć w ten śmieszny los, wówczas mógłby pomyśleć, że ż a d e n z nich jeszcze nikogo nie miał, bo czekali na siebie.
Ale nie planował być mniejszym ignorantem, dlatego też nie przykładął do tego większej wagi, usilnie stawiając ich w sytuacjach w ą t p l i w y c h i podświadomie wszystko sabotował, chcąc zobaczyć, dokąd ich to zaprowadzi. Póki co był zachwycony, kiedy został zrugany w środku centrum handlowego przez wkurzoną divę, która zaraz z wesołym uśmiechem i niewidocznym, podrygującym ogonem, jadła cukier z cukrem.
Och, seks na zgodę z Finleyem musiał być ognisty.
Uśmiechnął się niewinnie, opierając się wygodnie o kawiarniane krzesełko i sunął spojrzeniem za koniuszkiem języka Rosewooda, gdy ten oblizywał usta z deseru, nie kryjąc się z tym, że zamiast łyżeczki, wyobrażał sobie coś innego.
Przypomnisz mi w którym miejscu deklarowałem, że jestem zrównoważony? — odpowiedział, palcami przesuwając po filiżance z kawą, zanim rozluźnił ramiona. Jego mina wyglądała jak wypisz, wymaluj cóż, jestem winny i krótko się zaśmiał. — między innymi. Niesamowicie nieznośny jestem zawsze — na to by wychodziło, więc Finley doskonale znał odpowiedź na postawione pytania.
Cóż, w tej sytuacji Stan mógł tylko mieć nadzieję, że Tom będzie chociaż w małym stopniu tak błyskotliwy, jak pan swatka, dla którego Stan zaczynał tracić głowę.
Bawiły go te kąśliwe odzywki. Nie krył się z wymalowanym na twarzy rozbawieniem, podobnie, jak lekkim zaskoczeniem, gdy Fin bez słowa wymienił ich desery. Wówczas uniósł brew do góry, nie komentując tego jednak, a pozwalając na to, aby Finley podjął tę decyzję za nich. Przysunął do siebie bliżej szarlotkę z lodami i posmakował jej, a potem zaakceptował swój los, tym heroicznym gestem udawadniając swoją wspaniałomyślność i zdolność do k o m p ro m i s ó w. Czy coś takiego.
Lubił, gdy Stanley mówił, a mówił naprawdę dużo. Słuchał go z uwagą i zainteresowaniem, choć wybierał sobie to, na co miał ochotę odpowiadać. Kino nie było taką złą opcją, szczególnie, jeśli film był szalenie nudny, a dłonie błądzące gdzieś po udach ukryte w mroku. Kąciki ust drgnęły mu na tą myśl, choć w miejscu Toma, wyobrażał sobie raczej Rosewooda.
Na komplementy trzeba sobie zasłużyć. I na trafne pytania — zauważył, pochylając się bez słowa, gdy Fin wystawił w jego kierunku widelec z ciastem. Uchylił usta i zjadł porcję, patrząc mu tym samym w oczy. Nie zastanawiał się nad tym, jak r o m a n t y c z n e, swobodne i zbyt naturalne to było. Jak przyjemne. Zwyczajnie m i ł e w ogólnym niedoborze czułości, z którym mierzył się prezes. Zamiast odpowiedzieć, pozwolić wytrzeć sobie jeszcze usta i może ledwo zauważalnie musnął nimi kciuk Finleya, zaraz opierając ponownie plecy o krzesło.
Zapamiętam te propozycje, ale wolałbym, gdyby to było coś wspólnego. Widzisz, ciebie mógłbym zabrać na malowanie przy winie, żeby cię upić i zmusić do śmiania się z malunku fiuta w perspektywie kosmicznej. Nie wiem, czy Tom jest na tyle zabawny — Stanley uśmiechnął się próżnie, wiedząc, że Finleya to rozbawi. Ich poczucie humoru było do siebie zbyt podobne, aby nie mógł wysunąć tego wniosku. Nie bez powodu też wplatał j e g o w pomysły randek, bo przecież wcale nie czuł się szczególnie szczęśliwy na zapoznanie nowych osób.
Ale nadal był zagadką, więc mógł zapewne zaskoczyć samego siebie.
Na motorówkę, żeby wyrzucić go za burtę i potem heroicznie uratować. Ściągnąć kąpielówki w wodzie i przelecieć na środku jeziora. Napić się szampana, zjeść truskawki ze swoich ciał i odstawić zdecydowanie po dwudziestej drugiej — mówiąc to, patrzył na niego. Ciężko, spod przymrużonych powiek, zdecydowanie intensywnie. Po Instagramie Fina doskonale wiedział, że ten lubował się w jachtach i wycieczkach wodnych, a także skąpych spodenkach kąpielowych. Oblizał usta, uśmiechając się zaraz niewinnie, gdy reszta szarlotki zniknęła w jego ustach, podobnie, jak dopita kawa.
Zobaczymy. A teraz zapraszam, jeśli poziom cukru we krwi został wyrównany. Wybierzesz mi spodnie, które zapewne założę tylko ten jeden raz i zjesz ze mną obiad — postanowił, podnosząc się z krzesła i zostawiając na stoliku drobny napiwek. Dawson nie przyjmował żadnych sprzeciwów, wracając do standardowego trybu lubię dominować i grzecznie zaczekał, aż Finley wstanie, aby to on wybrał kolejny, szalenie drogi sklep.
Bo restaurację na obiad wybierał Stanley.

Finley Rosewood
lawina
mickiewiczowania nie trawię
33 y/o
For good luck!
170 cm
Właściciel biura matrymonialnego Love Atelier
Awatar użytkownika
Be romantic and dirty with me.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

W przeciwieństwie od Stanley'a, Finley wierzył w przeznaczenie równie mocno jak w karmę oraz datki na cele charytatywne, które w głównie wpływały do kieszeni organizatorów a nie na zagrożone gatunki zwierząt. Niestety, dokładnie z tego samego powodu, siedział teraz przy stoliku z facetem o którym mógłby śnić co noc i do którego zdjęć wzdychał za każdym razem, kiedy pojawiało mu się przy okazji przeglądania kwestionariusza, przeklinając przewrotność losu i nie wierząc, że przeznaczenie potrafiło być takim chujostwem.
Oh? Nie wspominałeś o swoim zrównoważeniu? Musiałem przeoczyć — rzucił niewinnie, posyłając mu wesołe spojrzenie, które przesunął po jego twarzy i nieznośnie zrelaksowanej postawie, dodając ten kolejny punkt do swojej listy upodobań.
Nieznośny Dawson wcale mu nie przeszkadzał. N i e z n o ś n y Dawson, zaczynał być jego ulubionym Dawsonem, zaraz po tym półnagim i palącym wieczorami na tarasie.
Siedział z kimś, komu nie przeszkadzało jego gadulstwo; wydawało się też, że Stanley'owi nie przeszkadzała też zamiana deserów, wpychanie mu ciasta do ust i pewnie nie przeszkadzałoby mu też wspólne jedzenie spaghetti jak w Zakochanym Kundlu, a im więcej czasu z nim spędzał, tym Finley bardziej chciał odkryć co jeszcze był w stanie zaakceptować.
Wyglądało jednak na to, że komplementy i odpowiednie pytania nie należały do tej grupy.
Ale muskanie jego palców wargami już tak.
Ale hokej nie.
Ale uśmiechanie się w ten obłędnie niebezpieczny sposób już tak.
Rosewood osiwieje zanim znajdzie mu idealną randkę.
Mruknął, przysuwając kciuk do swoich ust, jakby chciał zetrzeć z niego resztki okruszków lub jakby chciał w ten pokrętny sposób posmakować j e g o i uśmiechnął się, mrużąc oczy przed tym jak wsunął między wargi kolejny kawałek nieswojego brownie. Dawson wcale nie musiał długo czekać, bo Fin roześmiał się, czując jak ciepło zalewa go od ramion w dół mimo pieprzonej klimatyzacji.
Trudno mnie upić — kłamstwo — ale fiuty w kosmosie to moje ulubione fiuty — przyznał, puszczając mu oczko. I tyle. Dwa zdania, a miałby idealną randkę, gdyby Tom nie był sztywniakiem z ładnym tyłkiem i poczuciem humoru instagramowego studenta — może mogłyby konkurować z tymi na dzikim zachodzie. Jeszcze tego nie przemyślałem — ukrył uśmiech za kolejnym łykiem kawy — możemy kiedyś razem do tego dojść.
Mogliby dojść wielokrotnie, a Finley nadal nie miałby d o ś ć.
Dojadając ciasto z satysfakcjonującym poziomem zasłodzenia, odsunął od siebie talerzyk, podnosząc spojrzenie. Finley lubił wiele rzeczy, ale gdyby miał wybrać jedną, byłaby to w o d a – jezioro, morze, piasek, jachty, słońce, wiatr, ciepło. Wyjeżdzał często, co zawsze relacjonował na instagramie, ale były też momenty, które zostawiał tylko dla siebie. Słowa Stanley'a sprawiły więc, że zamilkł, znosząc tę wojnę na spojrzenia, równie odważnie odnajdując w tęczówkach mężczyzny wiele odcieniu brązu, migoczących w ostrym świetle kawiarni. Słuchanie o idealnej randce Finley'a z ust Dawsona było niesamowitym przeżyciem – takim, po którym serce jeszcze przez chwilę mocniej biło, a on – gdyby nie okoliczności i przyzwoite miejsce – mógłby zrobić się twardy i powiedzieć tylko: Tak, poproszę. Co gorsza, był to ten moment, gdy Rosewood zorientował się, że Stanley naprawdę dzielił z nim pasję do tych prostych i spontanicznych rzeczy, a jego zdradziecki umysł podszeptywał mu, że aktualnie był to rodzaj flirtu i zachęty, na który poleciałby bez mrugnięcia okiem.
Wiem już wszystko co powinienem — odwrócił wzrok, dopijając swoja kawę i robiąc bezpieczny krok w tył, zanim przyszłoby mu do głowy dodanie opcji: pieprzenia na motorówce oraz pytanie czy do truskawek dodawana była bita śmietana.
Bohaterski Stanley też mógłby być jego ulubionym.
Tym razem Finley wstał posłusznie, dziękując za deser i kawę, trochę zafascynowany tą zmianą nastawienia Dawsona: bardziej pewną, rzeczywiście dominującą, ale też r o z s ą d n ą, wybierającą najpierw zakupy, a dopiero po tem przyjemna nagrodę. Mógłby mu powiedzieć, że obiad nie był wliczony w cenę jego usług, ale przecież nic złego się nie stanie, kiedy zjedzą kolejny wspólny posiłek. Razem. W dobrym nastroju. Z tysiącami głupich i pięknych uśmiechów, dwuznaczności i napięciem, które nie chciało dać się odgonić od wejścia do przymierzalni.
Kumpelski obiad. Ludzie robią to codziennie, prawda?
No dobrze — przeczesał gęste włosy i poprawił swoją elegancką m ę s k ą torebkę na ramieniu, rozglądając się ponownie po sklepowych szyldach — chodźmy tutaj. Nie rozumiem Twojej niechęci do ubierania się. To jakiś rodzaj kinku? — prychnął, zerkając na Dawsona z ukosa — kupimy dwie pary spodni, n o r m a l n y c h. Przecież nie będziesz ujeżdżał pieprzonego konia na wyścigach — mruknął, przewracając oczami i wchodząc do kolejnego sklepu, który dostrzegł między perfumerią, a sklepem z biżuterią — jasny odcień zawsze dobrze wygląda. Pasek już mamy więc...— wzrok Finley'a spoczął na stojącym niedaleko mężczyźnie i tak samo szybko, Rosewood odwrócił się jak strzelony piorunem. Ewidentnie była to sytuacja z rodzaju: wychodzę do sklepu, na pewno nie spotkam nikogo znajomego, a zwłaszcza swojego łóżkowego e k s, ale niestety, Adam tam był, przeglądając drogie koszule, nadal przystojny i bez odpowiedzi na pytanie, dlaczego Finley nie odpisał na jego wiadomość miesiąc temu.
Więc poszukamy czegoś w innym sklepie, tu niczego nie znajdziemy i...
Finley?
Kurwa.
Stanley przez ułamek sekundy mógł dostrzec jak w oczach Rosewooda pojawiła się drobna panika, a na usta wstąpił uśmiech dokładnie tak samo sztuczny jak modelki na ogromnej fotografii wiszącej w sklepie. Nie była to sytuacja idealna. Była to sytuacja k o s z m a r n a.
Adam! — odwrócił się z większym entuzjazmem niż powinien, jakby nie czuł się już teraz wystarczająco skrępowany. Adam był przystojny, wysoki i odrobinę zdezorientowany, kiedy przeniósł spojrzenie z Finley'a na Dawsona, próbując doszukać się poziomu ich zażyłości — Myślałem, że wyjechałeś?
Skończyłem kontrakt wcześniej. Pisałem do Ciebie, ale...
Byłem tak strasznie zajęty! Przepraszam. To Stanley, mój...— Fin oparł dłoń na ramieniu Dawsona i uśmiechnął się, próbując znaleźć odpowiednie słowo, które zadowoliłoby wszystkich. Przyjaciel. Brat. Daleki krewny. ONS. K L I E N T.
Chłopak? — Adam uniósł brew z delikatnym niedowierzaniem.
Chłopak? — powtórzył za nim głupio Fin, a potem posłał Stanley'owi rozkoszny uśmiech — tak. Chłopak. Stanley jest moim chłopakiem — pokiwał głową, zbliżając się do Dawsona i przylegając do jego boku. Adam ponownie wbił wzrok w Dawsona, marszcząc delikatnie brwi.
Nie mówiłeś, że masz kogoś.
To świeża sprawa. Prawda? Kochanie? — Rosewood oparł dłoń na dole pleców Stana i uszczypnął go dyskretnie — i śpieszymy się. Widzisz, mamy...Imprezę rodzinną na którą już jesteśmy spóźnieni!

stanley dawson
weź, nie pytaj
try me
40 y/o
For good luck!
187 cm
prezes zarządu ironcrest development
Awatar użytkownika
I could let it go, but I'm not a quitter.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ten cięty język mógł któregoś dnia Stanleya doprowadzić do szału, czego był doskonale świadomy, niemniej na ten moment znacznie bardziej skupiał się na tym, iż powodował twardość w spodniach. Och, jaką paskudną słabość miał on do mężczyzn, którzy pozwolili mu odpyskować i postawić go do pionu. Dosłownie i w przenośni. Do takich, którzy nie bali się z nim pokłócić, postawić na swoim, a równocześnie nadal byli przy tym niezwykle urokliwi, słodcy, p o c i ą g a j ą c y i zadziorni. Czy to samo potrafiłby zrobić Tom, bądź Christine? Bądź ktokolwiek inny, kogo Rosewood zamierzał mu jeszcze zaproponować?
Finley szczerze w to wątpił. W tym, jakże trudnym, przypadku, konieczna była umiejętność obchodzenia się ze Stanem. Był nieznośny, marudny i zadufany w sobie, ale z drugiej strony potrafił być kochającym i oddanym partnerem. Tym, który zalany w trupa klęczy przy kolanach swojej miłości, całując kolana i wychwalając go pod niebiosa. Tym, który wydaje szaleńcze ilości pieniędzy na zachcianki, nosi ciężkie torby i masuje obolałe po całym dniu stopy. Tym, który rezygnuje z wycieczki po górach, aby smażyć się na jachcie i tym, który zawsze pamięta, aby w domu była słodka czekolada z nadzieniem malinowym.
Ale to musiało działać w dwie strony i wymarzony partner musił znosić jego dziwactwa, których z każdym bliższym jego poznaniem, było przecież coraz więcej.
Na dzikim zachodzie? To będzie nierówna walka, wchodzę w to — rzucił wesoło, posyłając mu ten znany już, rozbrajający uśmiech z błyskiem w oku. Do wielu rzeczy chciał z nim dochodzić. Ilekroć patrzył na tą przystojną twarz, tylekroć w jego głowie było coraz więcej wyobrażeń, gdyby pojawił się na niej grymas przyjemności. I mnóstwo łez od intensywności doznań. Może rumieńce.
Stanley był naprawdę paskudnie niezaspokojony.
Kinku? Tak, wolę chodzić nago. Jest wygodniej i nic nie uwiera, ale musi być ciepło. Preferuję, gdy to inni ujeżdżają k o n i a — oznajmił bez ogródek, zerkając na Rosewooda zarówno figlarnie, jak i zupełnie poważnie. Ubrania go wcale nie interesowały. Jasne, potrafił coś do siebie dobrać, aby wyglądać elegancko i schludnie, ale wolał, gdy to inni za niego robili. W zaciszu własnego apartamentu nie raz i nie dwa paradował tak, jak Bóg go stworzył. Całe szczęście taras był dobrze chroniony, toteż nie gorszył nikogo swoim widokiem. Albo nie zachęcał; zwał jak zwał.
Zainteresowanie dotarło jednak do niego błyskawicznie. Gdy tylko podniósł głowę, spojrzeniem spotykając się z niejakim Adamem, wilczy uśmiech wpłynął na jego wargi. Stanley był błyskotliwy i całkiem uważny, więc nietrudno było mu wydedukować zażyłość, jaką miała między sobą dwójka mężczyzn. Panika i stres w oczach Fina była również łatwa do interpretacji, więc choć z początku się nie odzywał, tak gdy został nazwany chłopakiem Finleya, bez zastanowienia owinął go umięśnionym ramieniem. Specjalnie napiął biceps, opuszkami palców pogłaskał jego biodro i uśmiechnął się czarująco do Adama.
Ach, tak. Sam pewnie wiesz, że niełatwo jest podbić jego serce — uśmiechnął się do typa, który ewidentnie już go n i e n a w i d z i ł i pochylił się, aby przycisnąć usta do skroni Rosewooda. Jak on, kurwa, pięknie pachniał.
Ale przecież my jeszcze niedawno..
Miłość od pierwszego wejrzenia. Nie przejmuj się, na ciebie też przyjdzie pora. Widzisz, teraz Fin się uparł, żeby wybrać mi nową koszulę, bo jego mama musi mnie polubić. Trzeba zrobić dobre wrażenie przed teściową — puścił Adamowi oczko, przenosząc zaraz spojrzenie na swojego partnera i zacmokał, przelotnie rzucając okiem na własny zegarek.
No tak. Nie mogłeś odpisać, widzę już skąd to bycie zajętym — rzucił kąśliwie, na co Stanley zaledwie zachichotał. Wypchnął swój policzek językiem, ścisnął znajomo biodro Fina i pociągnął go jeszcze bliżej siebie.
Rozumiem cię. Też bym sobie nie wybaczył, gdybym go stracił — westchnął, wzruszając ramionami i skinął zaraz głową. — Powodzenia, stary. Chodź, pyszczku, musimy jeszcze odebrać kwiaty — nawet nie próbował żegnać się z niejakim Adamem, a zdecydowanym gestem odwrócił Finleya i ruszył z nim prosto do wyjścia. Nadal go obejmował. I specjalnie, aby podkreślić ich z w i ą z e k, ścisnął pośladek, bo wiedział, że Adam patrzy. Ramienia z bioder nie zabrał nawet, gdy opuścili już ten butik i skierowali się na schody ruchome, aby odwiedzić inny.
I obiad.
To czym ten biedny facet sobie zasłużył na ghosting, kochanie? — plotkara wyszła z głębi serca, gdy Stanley spojrzał na niego z rozbawieniem. — Teraz już musisz iść ze mną na obiad, przysługa za przysługę. O, zobacz, może te? — skinął głową na szyld jakiegoś szaleńczo drogiego sklepu dla mężczyzn, gdzie z witryny patrzył na nich manekin w całkiem niezłych, granatowych spodniach. Wyglądały, jakby dobrze mogły wyglądać też na Stanleyu. I tak się składało, że obok był sklep z bielizną, a tam na wystawce była kusa, różowa koronka. — A tobie byłoby dobrze w tym. To twój kolor. No wiesz, jak ta koszula, w której jesteś na stronie internetowej… — zaraz odchrząknął, nieświadomie pokazując, co tak bardzo siedziało mu w głowie i wszedł już do środka, aby przymierzyć te piekielne gacie.
Finley też mógłby… no, za marzenia na szczęście nikt jeszcze nie poszedł do więzienia.

Finley Rosewood
lawina
mickiewiczowania nie trawię
33 y/o
For good luck!
170 cm
Właściciel biura matrymonialnego Love Atelier
Awatar użytkownika
Be romantic and dirty with me.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Finley bardzo często najpierw mówił, a potem myślał. Nie inaczej było teraz, kiedy zaraz po temacie fiutów w różnych środowiskach i formach, płynnie – jakby rozmawiali o nadchodzącej pogodzie – przeszli do rozmowy na temat nagości Stanley'a oraz jego upodobań w kwestii panoszenia się po własnym domu.
Lubisz p a t r z e ć? — wypalił, spoglądając na niego nie tyle z zaskoczeniem co z czystą ciekawością błyszczącą w brązowych tęczówkach. Wizualizował sobie wiele rzeczy; ujeżdżane k o n i e, nagie pośladki Dawsona w promieniach słońca, kiedy piłby gorącą kawę, mokrą skórę po kąpieli i ten przeklęty, rzucony gdzieś na podłogę ręcznik, który doprowadziłby Finley'a do szału. Zaśmiał się, znowu odnajdując ogromne zainteresowanie szyldami, biorąc dyskretnie głębszy wdech, wentylując się po fali gorąca, która zalała jego ciało. I dopiero po tym wszystkim, po długiej minucie ciągnącej się w nieskończoność, dotarł do niego faktyczny sens jego wypowiedzi — oooh — wyrzucił z siebie, omal nie wpadając na kobietę wlekąca się przed nimi z małym dzieckiem — to jedyna jazda konna jaką uprawiam — powiedział równie szczerze, błyszcząc białymi zębami w ten niewinny sposób — niezły ze mnie kowboj. Jak o tym myślę, to powinienem sprawić sobie kapelusz. Z ogromnym rondem. I może banjo? — zamyślił się, ponieważ myślenie o kowbojskim stroju było znacznie bardziej bezpieczne niż myśl o niestosownych pozycjach lub o spojrzeniu Stanley'a kiedy...
Rozmowa z Dawsonem była torturą, której mogły nie znieść jego bardzo dopasowane spodnie.
W kwestii samej nagości, Rosewood doskonale go rozumiał. Lubił czuć się swobodnie, co więcej, lubił swoje ciało w ten trochę narcystyczny sposób. Mieszkanie traktował jak świątynię negliżu, pełną chaosu w postaci porozkładanych książek, których nigdy nie skończy, przymierzanych wcześniej ubrań i kwiatów, które lubił sobie kupować w drodze powrotnej do domu.
Na całe szczęście i nieszczęście, nie zdążył zgłębić tego tematu, tak jak nie zdążył wyszukać spojrzeniem odpowiedniej pary spodni. Rosewood ukrył zaskoczenie naturalnością z jaką Stanley wszedł w swoją nową, t y m c z a s o w ą rolę, a jego umysł na moment zatrzymał się tracąc wszystkie filtry, kiedy silne, napięte ramię go objęło. Widział, że Adam coś mówi totalnie nieistotne co, ale za bardzo skupił się na naporze palców Dawsona na swoim biodrze, by wymyślić jakąkolwiek błyskotliwą odpowiedź.
Moja mama jest bardzo wymagająca — przytaknął, obracając nieznacznie głowę, by zerknąć na Stanley'a, którego usta musnęły jego skroń, oddech połaskotał policzek, a Finley mógł myśleć tylko o tym, że było to idealne w swojej prostocie. Pasował; każdym zagłębieniem ciała, kiedy przylegał do jego boku, dłońmi, które odnajdowały odpowiednie miejsce i zapachem, który perfekcyjnie komponował się z jego własnym.
Adam jednak nie mógł tego docenić, bo aktualnie nadal niechętnie przyglądał się Dawson'owi, a Finley miał ochotę potrząsnąć nim i wysyczeć, że gdyby był właśnie t a k i, może jednak odpowiedziałby na jego mdłe i przesłodzone wiadomości.
Tyle, że Adam nie pasował. Ani w pocałunkach, ani w rozmowie, ani w zapachu, który choć ładny, drażnił Rosewooda do granic możliwości.
Przepraszam — powtórzył ze skruszonym uśmiechem; ostatecznie nie miał mu nic więcej do powiedzenia, a złote słowo jakim było przepraszam zawsze działało łagodząco nawet, jeśli Adam w myślach już zwyzywał go od najgorszych — przy nim mam pełne ręce roboty. Poza tym naprawdę byliśmy zajęci, jeszcze te wakacje w następnym miesiącu no i remont, leasing na nowe auto...— wymienił, opierając dłoń na torsie Dawsona i muskając przelotnie linię jego szczęki wargami, wyglądając albo jak kompletny wariat, albo jak naiwny desperat. Cokolwiek, byle Adam po prostu z n i k n ą ł.
Jasne...— mężczyzna skrzywił się krótko i wzruszył tylko ramionami, będąc niczym innym jak piątym kołem w pierdolonym tandemie. Zupełnie niepotrzebny.
Kwiaty. Masz rację. Co bym bez Ciebie zrobił — zaćwierkał, ujmując w palce szorstki podbródek Stana i pieszczotliwie muskając jego wargi kciukiem.
Gdyby nie ramię Dawsona, wybiegłby z tego sklepu szybciej niż Usain Bolt.
Ciepło wstąpiło mu na policzki; Stanley ponownie mógł poczuć jędrność jego pośladków, a Fin zaklął w myślach, kiedy odruchowo przylgnął do jego dłoni. Dalej utrzymując szeroki uśmiech numer pięć, spojrzał na mężczyznę z mordem w oczach.
Zachowuj się — mruknął ostrzegawczo, ale dopóki czuł na sobie spojrzenie Adama, posłusznie podążył w stronę ruchomych schodów, dopiero tam dyskretnie spoglądając przez ramię. Nie odsunął się jednak od razu, a obrócił się w stronę Dawsona, prychając tylko z niedowierzaniem.
Pyszczku? — powtórzył — to absolutnie nie seksowne. Zostańmy przy kochanie i błagam, zabierz rękę z mojego biodra, bo zaraz odbiję moją na twojej twarzy — szepnął mu do ucha, pochylając się bardziej w jego stronę. Jednocześnie wybadał spojrzeniem odległość od poprzedniego sklepu i dopiero gdy miał pewność, że Adam nadal trawi ich niespodziewane spotkanie nie mając ich w zasięgu wzroku, odsunął się niechętnie odrobinę.
Dziękuję — odchrząknął, odwracając spojrzenie od rozbawionej twarzy Dawsona — całkiem niezły z Ciebie "chłopak na niby" — dodał. Jego uśmiech w połączeniu z subtelnym zawstydzeniem był całkiem przyjemny dla oka.
Drugie piętro było tak samo zatłoczone jak pierwsze, więc chcąc nie chcąc, Fin trzymał się blisko Dawsona, marszcząc brwi, gdy próbował znaleźć odpowiedź na jego pytanie. Adam nie był z ł y; miał dobrą pracę, był opanowany, całkiem zabawny, kiedy się go nie słuchało i miał naprawdę rewelacyjne ciało. Rosewood jednak czuł, że nie był tym, kogo szukał.
Po prostu nie był odpowiedni — powiedział wreszcie, wzruszając ramionami — nie lubił "Żon Hollywood" i raz kazał mi się przebrać, ponieważ moja koszula była za bardzo ekstrawagancka — zagryzł wargę — ale chyba po prostu nie potrafiłem dostrzec w nim kogoś z kim chciałbym być na dłużej.
Miękkie wargi ułożyły się w bladym uśmiechu, który był końcem wypowiedzi i zgodą na obiad. Nie miał wyboru – bohaterski Stanley uratował go z opresji.
Hm? — zatrzymał się, podążając spojrzeniem w stronę sklepowego szyldu i pokiwał głową z uznaniem. Spodnie prezentowały się idealnie, poza tym ich odcień pasował do Stanley'a.
Przeskoczył spojrzeniem do różowej bielizny, przechylając głowę jakby naprawdę zastanawiał się nad ich kupnem.
Masz rację, różowy to mój kolor. Zaraz...— roześmiał się głośno i zmrużył powieki, przyglądając się Dawsonowi zdecydowanie zbyt długo — czy właśnie powiedziałeś, że podoba Ci się moja koszula w serduszka? Wiesz, że ma dokładnie ten sam odcień co te niesamowicie skąpe majtki? — zrobił krok w jego stronę, błądząc wzrokiem po każdym milimetrze jego twarzy — szkoda, że nie jesteś moim chłopakiem. Koszula i majtki. To byłby idealny komplet — mruknął zaczepnie, a potem chwycił jego dłoń i pociągnął go do sklepu obok, luźno splatając ich palce razem. Trwało to zaledwie kilka kroków, zanim Finley oprzytomniał, puszczając go ale nadal uśmiechając się z powodu swojej ulubionej, różowej koszuli.
I tego, że podobała się również Stanley'owi.
Weź dwie pary. Jedne granatowe i jedne kremowe — polecił, kierując się w stronę wiszących, satynowych koszul, które przejrzał chętnie, wyciągając tę w turkusowym kolorze i przypasowując ją do swojego ciała. To samo zrobił z żółtą o sporym wycięciu i ozdobnym kołnierzyku, stając przed jednym z luster, by ocenić oba odcienie. Skoro już był w galerii, równie dobrze mógł sprawić sobie mały prezent.
Zgarnął jeszcze jedną koszulę o barwie ciemnego różu.
Będę w przymierzalni. Wierzę, że jak duży chłopiec poradzisz sobie z kupnem!

stanley dawson
weź, nie pytaj
try me
40 y/o
For good luck!
187 cm
prezes zarządu ironcrest development
Awatar użytkownika
I could let it go, but I'm not a quitter.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy Stanley lubił patrzeć?
Zmarszczył chwilowo swoje brwi, poddając się krótkiej zadumie. Nie przejął się tym, że Fin zinterpretował jego słowa na opak; raczej skupił się na innym pytaniu. Oczywiście, że to z a l e ż a ł o; lubił patrzeć, gdy ktoś się dla niego rozbierał i przed nim dotykał. Gdy ktoś niekoniecznie mógł mieć świadomość, że Stanley coś w i d z i. Gdy, na przykład, ktoś miał związane oczy, a on mógł chłonąć swoim spojrzeniem wszystkie jego reakcje. Gdy pieprzył kogoś od tyłu.
Tak, lubił patrzeć. Niemniej zupełnie nie wchodziło w grę patrzenie, gdy ktoś inny dotyka czegoś, co jest jego. Nie kręciło go oddawanie swojej własności w czyjeś ręce, dlatego też nie nadawał się do żadnych trójkątów. Nie sądził jednak, aby konkretnie to miał na myśli Rosewood. I całe szczęście nie zdążył odpowiedzieć, wdając się w przeróżne dywagacje, bo lada moment Rosewood błysnął uśmiechem, obwieszczając mu, że niezły z niego kowboj. KOWBOJ, do cholery. K o w b o j. Coś wręcz zakuło cholernego prezesa, gdy oczami wyobraźni widział, jak doskonale poruszają się te biodra. Z jakim zaangażowaniem mógłby pokazać swoje umiejetności Stanleyowi, w nieco innych warunkach. Zamrugał kilkakrotnie. W obrazie nie było ani kapelusza z ogromnym rondem, ani pieprzonego banjo, to nie było seksowne, ale było zabawne i… nim zdążył się zastanowić, zwyczajnie wybuchnął głośnym śmiechem.
Będziesz wyglądać doskonale w kapeluszu, grając na banjo. Bez niczego więcej — puścił mu oczko, nie mogąc się przed tym powstrzymać. A zresztą; jego swatka powinien być już przyzwyczajony do tego, jak wieloma zbereźnymi żartami rzucał Stanley i, że wizualizował go sobie w głowie w wielu nieprzyzwoitych pozycjach. Do czego miał jeszcze większe pole do popisu, kiedy przyszło mu chwilowo wejść w nową rolę. Zaskakująco komfortową, ciepłą i przyjemną rolę, albowiem z ogromnym zaangażowaniem udawał partnera Finleya. Musieli ze sobą wyglądać doskonale, bo już wzajemny dotyk nie był ani trochę wymuszony. Był ciepły, niemal naturalny, zupełnie, jakby robili to od z a w s z e. Rosewood doskonale przylegał do jego boku i miał ciało, które wręcz domagało się jego pieszczot. Och, kurwa, wszystkie te randki zwyczajnie nie mogły się udać.
Stanley zamierzał się o to postarać.
Na wzmiankę o wakacjach, remoncie i leasingu, uśmiechnął się tylko krótko i współczująco do Adama. Gdyby się nad tym zastanowił, mógłby żyć w ten sposób. Mogliby mieć te wszystkie plany i swobodnie je rywalizować, gdyby nie jeden, maleńki szczegół.
Przecież ci mówiłem, skarbie, że nie będę grał go w leasing. Mam gotówkę — przypomniał, uśmiechając się wesoło, a głowę lekko przechylił, aby jego skóra była jeszcze bliżej warg Finleya. Chodziło oczywiście o egoistyczne pobudki, które Rosewood pewnie wyczuł tak dobrze, jak lekko kłujący zarost Dawsona. Zignorował zaraz jego polecenie z a c h o w y w a n i a się, wychodząc ze sklepu z triumfalnym uśmiechem na ustach i westchnął dopiero, gdy Fin postanowił zepsuć zabawę. A było już tak przyjemnie!
Uniósł brew, patrząc na niego i ponownie wypełnił policzek swoim językiem.
Pyszczku jest bardzo seksowne — zaprotestował ze zmarszczonym nosem, niemal tak, jak obrażone dziecko, za to rękę zabrał niemal błyskawicznie. Nie dlatego, że nie chciał dostać w twarz — od niego mógłby dostać — a raczej dlatego, że nie chciał naginać jego komfortu. Koniec końców bywał dżentelmenem. Na wzmiankę o byciu niezłym, spojrzał na niego tak, jakby właśnie powiedział, że woda jest mokra, a potem już mruknął cicho ze zrozumieniem na opowieść o niedoszłym partnerze Adama.
Oczywiście, że nie był odpowiedni. Przecież nie był Stanleyem.
Palant — podsumował, wzruszając ramionami. — Na pewno nie była zbyt ekstrawagancka. I jak można tego nie lubić? To cudownie idiotyczne — skomentował, niemniej nie zrobił tego po to, aby pokazać, że jest l e p s z y. Wręcz przeciwnie, komentował zupełnie szczerze, bo on bardzo szybko stał się fanem wszelkich reality show i z uwagi na bycie częstym gościem Instagrama Fina wiedział, że ten wcale nie ubierał się zbyt. No może momentami, ale nigdy by tego nie skomentował, albowiem Rosewood zawsze wyglądał pięknie.
Szczególnie w tej różowej bieliźnie. Miał na tyle opaloną, karmelową skórę, że ten konkretny odcień przepięknie by się przebijał, podkreślając wszelkie jego atuty. W bujnej wyobraźni Dawsona miał ją na sobie całą, potem rozerwaną i…
Tak. Myślę, że jest urokliwa — mruknął pod nosem, trochę ciszej, podobnie jak do zawstydzonego dziecka. — Aha! Widzisz, jakie mam oko?! — doskonałe, to właśnie miał na myśli. A potem westchnął głęboko, ścisnął jego dłoń zupełnie mimowolnie i ruszył wgłąb kolejnego sklepu. — Szkoda — skomentował pod nosem, mrużąc oczy. Nigdy by nie pomyślał, że na stare lata przyjdzie mu tkwić w czymś… takim, co niejednoznacznie było określić i mieć tyle skrajnych emocji na raz. Mógł dostać od tego zawału! Zgodnie z poleceniem jednak wybrał dwie pary spodni, błyskawicznie odszukując swoje rozmiary, ale gdy dostrzegł, że Finley znalazł coś dla siebie, już w ogóle nie był zainteresowany.
Bezczelnie i jak na buca przystało, odłożył dwie pary na kasę i polecił ekspedientce c z e k a ć, bo wróci, a wówczas sam się zagłębił między wieszaki. Nie lubił ubierać siebie, ale to nie znaczyło, że nie miał oka do tego, w czym Finley mógł ładnie wyglądać. I w ten sposób w jego rękach wylądowała przydymiona, pomarańczowa koszula z paskiem na szyi, druga, wściekle różowa, ale w kierunku fuksji z przyszytym kwiatkiem na piersi, a także dwie, kremowe, bardziej letnie. Prócz tego jedna para krótkich, acz eleganckich spodenek i coś, co chyba było spinką do włosów, ale miało ładnego, żółto-białego kwiatka i Stanley stwierdził, że przypasuje Finowi do włosów. Mając ten zestaw, wszedł dziarsko do środka i szybko zlokalizował swoją zgubę przez ciche mruknięcia. Przełożył ciuchy na jedno ramię i wcisnął nos za zasłonę bez słowa, cicho gwiżdżąc na widok Rosewooda niestety ubranego w żółtą sztukę.
Bardzo ładnie. Ten kolor jest podobno teraz modny, pasuje ci. Ale znalazłem też to — westchnął cierpiętniczo i podał mu do środka stertę ciuchów, uśmiechając się zaraz uroczo. — i może ci się spodobać. Tylko mi się pokaż, kochanie — polecił, a następnie nie czekając dłużej, zasunął kotarę i opadł na wygodną pufę w przymierzalni. Na Finleya czekał cierpliwie, stukając palcami w kolano i ilekroć młodszy pokazywał mu się w kolejnych ubraniach, chwalił praktycznie każde.
Och, w tej wyglądasz doskonale. Podkreśla ci oczy.
Mam wrażenie, że twój tyłek jest jeszcze lepszy w tych spodenkach. Nie, wcale na niego tyle nie patrzę.
Do czarnych spodni będzie zajebista, musisz ją wziąć.
Turkusowa mnie nie przekonuje, ale to kwestia tych marszczeń, nie twoja.
I namawiał go tak długo, sugerując n a w e t zapłacenie za te ubrania, bo przecież nie mogły się zmarnować, skoro były szyte jak na niego. Bawił się znacznie lepiej niż wtedy, gdy to jemu przyszło wciągać na siebie kolejne szmaty.
Jedna z nich pasowałaby na malowanie przy winie — rzucił mimochodem, gdzieś między machnięciem kartą płatniczą przy terminalu, a poprowadzeniem Finleya do restauracji włoskiej, bo chciał dać się pokroić za krem pomidorowy i salami piccante. — Wina? Mogę cię odwieźć — zaproponował, bo nie wiedział, jak Rosewood się tu dostał, ale on był autem.

Finley Rosewood
lawina
mickiewiczowania nie trawię
33 y/o
For good luck!
170 cm
Właściciel biura matrymonialnego Love Atelier
Awatar użytkownika
Be romantic and dirty with me.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Adam miał zazdrościć im życia, którego tak naprawdę nie istniało, a Finley odczuwał to samo, kiedy nadal czuł na policzku delikatne łaskotanie zarostu Dawsona, chociaż już dawno przenieśli się z punktu a do punktu b, a Rosewood m u s i a ł udawać, że wcale nie zrobiło to na nim tak piorunującego wrażenia. Podczas tego krótkiego momentu, kiedy silne ramię mężczyzny go obejmowało (i mógłby dać sobie rękę uciąć, że Stan specjalnie napiął te swoje imponujące mięśnie), pozwolił sobie na krótkie fantazje, które nijak miały się do tańczenia w rytmach country w samym kapeluszu czy gry na banjo, jakby była to rewelacyjna gra wstępna dla miłośników dzikiego zachodu.
Tylko tak po prostu: wspólne życie z nowym samochodem za gotówkę, koniecznie w jakimś soczystym kolorze. Obiad z jego matką, która byłaby nim zachwycona bardziej niż własnym synem. Lainey by go pokochała – chyba – o ile przestałaby być nadopiekuńczą młodszą siostrą, dla której każdy kandydat Finley'a był absolutnie nie wartym jego uwagi prostakiem.
Stanley nie był prostakiem. Na pewno by to zauważyła, tak jak nieprzyzwoicie twarde mięśnie pod jego za ciasnymi koszulkami.
Nienawidził tego, z jaką łatwością przychodziło mu kreowanie rzeczywistości, którą Stan miał dzielić z kimś innym. Może Tomem albo Christine, albo Lucasem, Christianem czy Suzie.
Spojrzenie Finley'a jasno mówiło: nie mów tak do mnie, kiedy wbił w niego brązowe tęczówki, oburzając się bardziej z przekory i próby ponownego odnalezienia stabilnego gruntu. Nie był jego k o c h a n i e m, nie był też "Pyszczkiem", chociaż przy tym drugim bardzo trudno było mu zachować powagę, gdy kąciki jego ust drżały, hamując wyraźne rozbawienie.
Komuś takiemu jak Dawson wybaczało się po prostu wszystko. Nawet nazwanie jego ulubionego reality show idiotycznym.
Wyraźnie się rozluźnił, zadzierając dumnie głowę w tym znaczącym n o w ł a ś n i e, ponieważ każda koszula, która była w jego garderobie uchodziła za seksowną i zajebistą, kiedy tylko wisiała na jego ciele. Był ciekaw czy T O M ma jakieś interesujące koszule w swojej garderobie. Na pewno nie. Na pewno ma nudną piżamę z Reserved i koszulki z twarzą Gordona Ramsaya.
Wdychając zapach luksusu rozprowadzony po sklepie i mrużąc oczy pod ostrym światłem jarzeniówek, w których każdy wyglądał zbyt dobrze lub zbyt ź l e, pozostawił Stanley'a z obowiązkiem zakupienia dwóch par spodni wierząc, że brunet poradzi sobie z tym niesamowitym wyzwaniem. Sam skrył się w jednej z przymierzalni, sam na sam z rozkosznymi myślami o różowej bieliźnie i dłoniach, które mogłyby ją rozerwać zdjąć, a także z bijącym gwałtownie sercem. Spojrzał na swoje odbicie karcąco, ale zdradziecki Finley w lustrze wyglądał dokładnie tak, jakby pomimo niezadowolenia, nadal był podekscytowany przelotną chwilą ich związku na niby.
Przymierzanie koszul było zajęciem, które w jakiś sposób pozwoliło mu skupić się na czymś innym niż situationship w jakim aktualnie się znajdował. Nie rozumiał, a co gorsze, nie do końca chciał r o z u m i e ć, ponieważ wszystko co robił z nim Stanley było tym, czego Finley skrycie pragnął. Normalna rozmowa, śmiech, przelotny dotyk, który pozostawiał pamiątki na długo, kusił i uwodził, aż w normalnych okolicznościach, Finley kazałby zawieźć się do domu, a potem od progu całowałby Dawsona, aż oboje straciliby powietrze w płucach. Miękki i ładny materiał studził jego zapał, przekierowując uwagę na eleganckie guziki i zdobienia, a nie na zastanawianie się nad tym, czy Stanley lubił prezerwatywy, czy woli pieprzyć się bez.
W żółtym było mu do twarzy; kolor ładnie współgrał z opalonym ciałem, materiał przylegał nienachalnie do boków, więc Finley cmoknął z aprobatą, zanim omal nie dostał zawału, kiedy twarz Dawsona pojawiła się w prześwicie między kotarami.
Miałeś kupić spodnie! — upomniał go, szybko uciszony całym naręczem koszul w różnych odcieniach, walcząc z próbą przeanalizowania komplementu oraz odpowiedzeniem na niego, oraz z miłym szokiem, który wymalował się na jego twarzy. Nim Stan zdołał wygodnie się rozsiąść, mógł dosłyszeć śmiech dobiegający z przymierzalni i coś co brzmiało jak: Oczywiście, że jest mi w tym do twarzy, K o c h a n i e.
Dwa razy nie trzeba było powtarzać Finley'owi; po żółtej koszuli, wybrał pomarańczową, wiążąc jej pasek na szyi i rozchylił kotarę, by zaprezentować się Dawsonowi. Zerkając to na niego, to na odbicie w lustrze, obrócił się, pozując jak gwiazda porno, wykorzystując do dalszego widowiska wszystko co miał pod ręką, w tym ścianę, o którą kusząco się oparł, puszczając mu oczko i kotarę, do której przylgnął żartobliwie, kręcąc tyłkiem w nowych spodenkach w paski. Biała, niebieska, zielona – Rosewood był zachwycony zaangażowaniem mężczyzny, zapominając na moment o tym z jakiego powodu znaleźli się w tej galerii.
Jest miła w dotyku, prawda? — spytał, podchodząc do Stana i sięgając do jego dłoni, by przesunąć ją po swojej talii w celu ocenienia jakości materiału — pasuje do spodenek. Ale masz rację, turkusowa odpada. I zapamiętaj — wskazał na niego palcem, cofając się — to ZAWSZE jest wina marszczeń. NIGDY moja — zaakcentował.
Tym razem nie zasunął kotary całkowicie; drobna przestrzeń ukazywała wszystko, od sylwetki Finley'a, po całą stertę ubrań. Rosewood był zbyt zaaferowany panującym tam chaosem, by zwrócić na to uwagę.
Wezmę ją. I żółtą. I może tą jedną letnią. Oh i spodenki — powiedział, pochylając się i prezentując jędrne pośladki, kiedy zsuwał z nich nowe spodenki. Zaprezentował nawet więcej; umięśnione ale nadal atrakcyjne nogi i czarną, koronkową bieliznę, delikatnie wpinającą się w opalone ciało — Na pewno wybrałeś już spodnie? Myślałem jeszcze o dobraniu okularów dla Ciebie, ma być piękna pogoda w weekend...— mówił dalej, rozpinając guziki koszuli, która spłynęła z jego ramion, odsłaniając idealnie zarysowane plecy i kilka pieprzyków rozrzuconych po całym ciele, idealnych by złożyć na nich drobne pocałunki. Sięgnął po swoją koszulę, wciągając ją na ramiona i ze skupieniem zapinając guziki.
Nadal nie wychodzisz z roli? — zaśmiał się, słysząc propozycję zapłacenia za wszystkie wybrane przez Finley'a ubrania — uważaj, bo się przyzwyczaję. Okaże się, że bycie swatką to jednak luksusowy biznes — pochylił się, odnajdując swoje spodnie i wsunął je na siebie, doprowadzając się do porządku. Dopiero wtedy całkowicie odsłonił kotarę i odetchnął jak po ciężkim wysiłku. Wręczył wybrane ubrania Dawsonowi i uśmiechnął się czarująco. Zbliżył się jeszcze bardziej i uniósł błyszczące spojrzenie na jego twarz.
Poproszę — wymruczał, zniżając nieznacznie głos i odrobinę za długo przyglądając się uśmiechniętym wargom mężczyzny — uznam to za premie. Tak jak obiad — ucałował krótko jego policzek, żwawo ruszając do kasy — Dzięki, Skarbie!
Jeszcze chwilę i on mógł pobyć w tej roli.
Czerwona pasowałaby idealnie. Mógłbym się w niej kłócić, pić, a potem mówić jaki jesteś niesamowity, kiedy odwoziłbyś mnie do domu, bo sam nie dałbym rady wrócić — rzucił wesoło, wchodząc do restauracji, gdzie kelnerka wskazała im jeden z wolnych stolików. Odłożył na bok część toreb, zajmując swoje miejsce — poza tym łatwo się ją ściąga w razie, gdybym zaprosił Cię do mojego mieszkania, proponując filiżankę herbaty — poruszył zabawnie brwiami i przysunął do siebie menu.
Rosewood przyjechał taksówką, tak więc mógł pozwolić sobie na kieliszek wina. Skinął więc głową, a gdy wybrał już pozycję z menu (makaron z krewetkami i drogo wyglądającą przystawkę), utkwił spojrzenie w swoim tymczasowo wypożyczonym chłopaku o dobrym sercu, wypchanym portfelu i najpiękniejszych oczach jakie kiedykolwiek widział.
Nasze spotkanie powinno minąć za dwadzieścia minut. Potem masz umówione kolejne spotkanie w kalendarzu. Nie ze mną, przykro mi, ale wygląda na istotne — przypomniał mu, jednocześnie pokazując, że doskonale pamięta grafik spisany w udostępnionym mu kalendarzu.

stanley dawson
weź, nie pytaj
try me
40 y/o
For good luck!
187 cm
prezes zarządu ironcrest development
Awatar użytkownika
I could let it go, but I'm not a quitter.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Do wielu rzeczy mógłby się przyzwyczaić. Do trajkoczącego, jak pogodyna, Finleya; do jego uśmiechu, szybkiej irytacji, szybkiego godzenia się i całej gamy chaotycznych emocji, które ubarwiłby jego nudną codzienność. Do nieco wybrednego nosa, żartów na tak samo niskim poziomie, jak te jego i do życia z N I M, tak po prostu. Pewnie nigdy nie przestałby kręcić nosem na zakupy, ale nadal chętnie by na nie chodził, albo wręczał mu swoją kartę. Wspierał biznes swatki i zabierał na drogie wakacje, kochał się do białego rana, oglądał te durne programy, które też go interesowały i pochłaniał dużo lodów. Dużo rzeczy byłby w stanie dla niego zrobić.
Może więc, niesiony swoją niezwykle pokrętną logiką, szedł na te dwie randki tylko po to, aby w owym przekonaniu się upewnić? Może chciał też podtrzymać tę przezabawną atmosferę i relacje, która chyba rzeczywiście powinna nosić miano situationshipu, byleby zobaczyć, jak daleko mogą się posunąć. Dawson był dobrym strategiem, ale nie, kiedy chodziło o jego prywatne życie. Wówczas często się plątał i robił rzeczy, których wytłumaczyć nie potrafił, ale przecież nie mógł być idealny.
Właśnie dlatego wyszczerzył tylko zęby w uśmiechu, gdy Fin próbował go skarcić z tymi cholernymi spodniami, a potem mógł w pełni zabawić się w krytyka modowego i osobistego doradcę. Nie szczędził sobie zagwizdania, gdy Rosewood zaprezentował mu się w koszuli i spodenkach, dodatkowo p o z u j ą c, a Dawson aż westchnął, zdecydowanie zbyt długo patrząc na jego pośladki w tym materiale. I to, jak nimi zakręcił, a Stanley musiał cicho odchrząknął, aby uspokoić swoje galopujące w różnych kierunkach myśli. Przecież on musiał robić to wszystko specjalnie!
Bardzo miła — odpowiedział krótko i niemal g ł u p i o, gdy zamiast skupić się na materiale, skupił się na dotykaniu smukłej talii Rosewooda. Pogłaskał go, a potem tęsknie spojrzał na kotarę, dopiero po kilku sekundach zauważając, że nie jest ona zasunięta do końca. Lekko się wychylił, aby ująć spojrzeniem całą sylwetkę Finleya i momentalnie tego pożałował. Nie dlatego, że paskudnie go podglądał — nie miał w sobie za grosz wstydu — a dlatego, że ten widok miał zostać z nim podczas wszystkich, samotnych nocy. Umięśnione, cudownie opalone nogi. Zgrabne jak jasna cholera. Czarne, koronkowe majtki, które lezały na jego pośladkach doskonale. Rozbudowane plecy, które i tak Dawson mógł zamknąć w ramionach. Miał nawet cholernie zgrabne łopatki. I te pieprzyki. I wszystko, kurwa, co Dawson mógł całować. Och, sprawiłby, że całe to ciało drżałoby z zachwytu i przyjemności. Zostawiłby po sobie miłosne ślady, odbicia palców, krople…
Kotara się odsunęła, a wówczas prezes sobie przypomniał, że nie odpowiedział na ani jedno jego słowo. Finley nie wiedział, czy wybrał te spodnie, czy potrzebuje nowych okularów przeciwsłonecznych i czy ma coś przeciwko temu, zeby Rosewood się przyzwyczaił do rozpieszczania. Zamrugał, podnosząc spojrzenie na twarz swatki i w końcu wstał z pufy, przejmując od niego ubrania bez krzty zawahania.
Nie ma za co — skomentował tylko, idąc zaraz do kasy, gdzie ekspedientka uniosła na niego brwi za wcześniejsze potraktowanie, ale Stan tylko poprosił o rozdzielenie toreb i zapłacił zgodnie za wszystko. Nie chodziło tutaj o żadne zaznaczenie dominacji, czy pokazanie władzy; wręcz przeciwnie. Dawson po prostu uwielbiał rozpieszczać i prezenty były jednym z jego języków miłości, więc Finley zdecydowanie mógł się do nich przyzwyczaić na dłuższą metę.
Oparł się wygodnie o krzesło, kiedy już wskazano im stolik i doskonale wiedział, co chce zamówić, dlatego nie patrzył w kartę, a na Fina i słuchał jego opowieści o czerwonej koszuli. BEZCZELNIE używając jego samego w tych wyobrażeniach, przez co krew Dawsona znowu zawrzała i och, zapamiętać, nigdy więcej zakupów z Finleyem, dopóki nie będzie mój.
Doskonale, w takim razie w terminie trzydziestego drugiego sierpnia roku nigdy zabiorę cię do teatru na szalenie nudną sztukę. Podczas antraktu wymkniemy się, żeby skoczyć na drinka i pokłócić się o całą ideę, a jak cię już odwiozę obrażonego, to zostanę na śniadanie — zadecydował, grając z nim w dokładnie tę samą grę. Jak na ludzi, którzy wcale nie planowali się ze sobą umawiać, mieli już całkiem pokaźne plany dotyczące następnych spotkań, randek, wyczyniania w sypialni i…
Na śmierć zapomniał o kolejnym spotkaniu. Zmarszczył brwi i spojrzał na swój zegarek, na którym rzeczywiście widniało przypomnienie. Ciężko westchnął i bez słowa wyciągnął telefon, wybierając numer.
Dzień dobry, Stanley Dawson. Bardzo mi przykro, ale nie będę w stanie dojechać. Jasne, jestem chory. Nie, na ZOOMie też nie mogę. Proszę umówić następny termin z moją sekretarką — rzucił, zupełnie ignorując protesty rozmówcy po drugiej stronie. Rozłączył się i odłożył telefon, klikając jeszcze odwołanie w nim spotkania. Uniósł brew, czując na sobie wzrok Finleya. — Przecież nie będziemy jeść w pośpiechu, prawda? Mark i jego plan budowy nowego osiedla może zaczekać — machnął lekceważąco ręką, ruchem głowy zaraz dziękując kelnerce za przyniesienie lampki wina dla Fina i jego własnej, gazowanej wody. Umoczył w niej usta, a potem postukał palcami w stolik.
W zasadzie — zaczął nagle, unosząc leniwie kącik ust do góry. — skąd pomysł na otworzenie biura matrymonialnego? Nie jest to dość częsta profesja, jak… nie wiem, prezes firmy deweloperskiej — zaśmiał się, mając oczywiście, na myśli, siebie. Był prawdziwie ciekawy, bo Fin zdawał się czuć w tym jak ryba w wodzie, a podczas ich ostatniej rozmowy, czy pierwszego spotkania, Dawson o to nie zdążył zapytać.

Finley Rosewood
lawina
mickiewiczowania nie trawię
33 y/o
For good luck!
170 cm
Właściciel biura matrymonialnego Love Atelier
Awatar użytkownika
Be romantic and dirty with me.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

W otoczeniu niewielkich stolików udekorowanych czerwonymi obrusami, wazonów ze świeżymi kwiatami i tapetą w stylu typowo włoskim, naprawdę mogli uchodzić za p a r ę. Finley uśmiechał się delikatnie – jak zadowolona z zakupów małżonka i mógłby przysiąc, że jego spojrzenie mówiło znacznie więcej niż sama postawa, kiedy z rozbawieniem wyliczał każdą jedną rzecz na twarzy Dawsona, którą uważał za atrakcyjną: oczy. Zdecydowanie oczy. Usta. Dołeczki w policzkach, kiedy się uśmiechał, a uśmiechał się tak pięknie, że podająca im menu kelnerka wyprostowała się odruchowo, wypinając pokaźny biust. Zarost – Finley lubił zarost, a zwłaszcza gdy go drapał wszędzie tam, gdzie zatrzymywały się pocałunki. Kształtny nos. Gęste brwi. Drobne, ledwo zauważalne zmarszczki w kącikach oczu od częstego uśmiechania się, ale nie skomplementowałby ich za nic w świecie na głos, by nie zdołować starszego mężczyzny i nie przyśpieszyć jego kryzysu wieku średniego, który zapewne nieubłaganie się zbliżał.
Był w niego z a p a t r z o n y jak cielak w malowane wrota, do czego przyczyniły się również podarowane koszule, kilka trafnych komplementów, oraz próbka tego, czego nigdy nie będzie miał, a o co właśnie walczył dla Toma lub jemu podobnych, zdesperowanych samotników.
Przecież mówiłem Ci, że wtedy nie mogę — westchnął, kontynuując rozkoszne scenariuszy życia, które nie miało miejsca, ale idąc w to jak dzik w maliny, bo im dłużej tak rozmawiali, im dłużej udawali, tym Finley bardziej go p r a g n ą ł, a to pragnienie było silniejsze od niego. Jak ochota na słodkie lody, albo na papierosa po udanym seksie — Właśnie dlatego nie będę w nastroju. Zmienię swoje plany, mimo tego, że wyraźnie powiedziałem, że wolę ich na wystawę sztuki. Ale nigdy mnie nie słuchasz, a ja zawsze się obrażam — przechylił głowę i pochylił się odrobinę bardziej, podnosząc spojrzenie na jego oczy — Pokłócimy się, bo zawsze się kłócimy o pierdoły, ale doskonale wiesz, że wystarczą przeprosiny w postaci trzech orgazmów i wspólnej kąpieli, żeby mi przeszło. Zrobię Ci niejadalne omlety, ale niedaleko mnie jest wyśmienita śniadaniownia. Zgadnij kto będzie szedł po jedzenie, kiedy będę nadal leżał w łóżku? — wymruczał znacząco, oblizując wargi. Ot, wolał podkreślić pewne istotne rzeczy: Finley był stworzony do rozpieszczania, nie do stania w kuchni. Mógł być całowany, przytulany i ubierany, a dodatkowo lubił męski przejaw troski – jak dbanie o jedzenie, dżentelmeństwo i umiejętność doprowadzenia go na skraj.
Wyprostował się, zakładając nogę na nogę i obserwując jak brwi Stanley'a marszczą się w konsternacji. Rosewood był dobry w organizacji (gorzej z wykonaniem), miał też doskonałą pamięć (i niestety cechę pamiętliwości). Może i działał w rozkosznym chaosie, ale był to jego chaos, który doskonale rozumiał. Nic dziwnego, że pamiętał o spotkaniu Dawsona.
I nic dziwnego, że z rozbawieniem słuchał płynnego kłamstwa, popijając z kieliszka wino, które przyniosła kelnerka.
Uchwycił spojrzenie mężczyzny, nie odrywając ciemnych tęczówek od jego oczu. Może był trochę dziwny – wymówka płynąca z ust Stanleya była niesamowicie atrakcyjna szczególnie wtedy, gdy działała tylko po to, by zjeść z nim obiad. Poczuł się mile połechtany, nawet, jeśli ich spotkanie miało zdecydowanie inne przeznaczenie niż pogłębienie ich rozkwitającej relacji.
Mark może poczekać. Ja nigdy. Masz rację — przytaknął wesoło, układając wargi w subtelnym i urokliwym uśmiechu — czy jest coś ważniejszego od zjedzenia wyśmienitego obiadu w rewelacyjnym towarzystwie? Proszę Cię, na pewno nie nowe osiedla — machnął dłonią i roześmiał się życzliwie — Straszny z Ciebie kłamczuch. Powinienem zmierzyć Ci temperaturę i zrobić zimny okład na czoło? — uniósł brew, obracając kieliszek w długich palcach.
Zachowanie odpowiedniego dystansu było trudne; trudno było patrzeć na Dawsona jak na klienta, bo do tej pory żaden z nich nie był równie bezpośredni i otwarty. W którymś momencie Finley całkowicie stracił gardę, pozwalając...Na cokolwiek, co właśnie się działo. Jakaś jego część wyraźnie podszeptywała mu, że to głupie i naiwne, a druga...Druga mówiła: chuj z tym.
Kelnerka znowu pojawiła się przy stoliku, serwując przystawki. Rosewood nie zaszczycił jej spojrzeniem, chociaż skinął głową w podziękowaniu, sięgając zaraz po jedną z soczystych fig, które wsunął między wargi.
Właściwie skończyłem dziennikarstwo i przez dwa lata pracowałem w zawodzie — odpowiedział, ocierając sok z kącika warg — pewnie robiłbym to do tej pory, gdyby nie znajomi i moja siostra. Chyba od zawsze dobrze wychodziło mi swatanie ludzi — wzruszył ramionami, zastanawiając się przez chwilę nad tym wszystkim — dobrze idzie mi szukanie miłości dla kogoś innego. Jestem dobrym obserwatorem i wiem czego potrzebują ludzie. Niespecjalnie przekłada się to na moje życie prywatne — zaśmiał się cicho — ale chyba nie można mieć wszystkiego, jak przypuszczam. Najpierw zaczynałem instagramowo, wiesz...Jak te wszystkie tarocistki, które mówią, że za dwa dni pojawi się mężczyzna Twojego życia — odchylił się, mocząc wargi w winie — okazało się, że jest tak wielu chętnych, że postanowiłem pójść za ciosem. I proszę. Trzy, albo cztery śluby rocznie, własna firma i wielu zadowolonych klientów — w końcu nie każdy pragnął ślubu, a jedynie miłości i zaufanego związku. Finley czuł się spełniony robiąc właśnie to – znajdując szczęście innym. I wyraźnie było to po nim widać.
A Ty? Grałeś tak długo w SimCity, że w końcu postanowiłeś się w tym sprawdzić? — spytał ze szczerym zainteresowaniem, sięgając po kolejną figę. Jednocześnie przysunął talerz w stronę Stanley'a, zachęcając go do spróbowania dania lub nakarmienia go, opcji było w i e l e.

stanley dawson
weź, nie pytaj
try me
40 y/o
For good luck!
187 cm
prezes zarządu ironcrest development
Awatar użytkownika
I could let it go, but I'm not a quitter.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mógłby zupełnie zatopić się w tych rozkosznych, nie mających najmniejszych szans na realizację, fantazjach. Miał niezwykle bujną wyobraźnię, toteż każde słowo, które wymawiał Finley, momentalnie widział w swojej głowie. Te wszystkie sprzeczki o pierdoły, do których wcale by dojść nie musiało, ale czasami robili to specjalnie, aby wówczas móc się godzić tymi t r z e m a orgazmami. Omlet, który Stanley jadłby bez zająknięcia się, w końcu też nie potrafił gotować, ale doceniałby ten gest. Poranki, podczas których wracałby z biegania, a Rosewood nadal wylegiwał się w pościeli, gestem ręki go zapraszając, aby podał mu kawę, całusa i może zadbał także o jego cardio.
Doprawdy wiele wspaniałych rzeczy, które miały pozostać tylko fantazją, dopóki dalej zamierzali tkwić w relacji biznesowej. Na własne życzenie, oczywiście; dla tych dreszczy, które pojawiały się na ich karkach, ilekroć kontakt wzrokowy znacznie się wydłużał.
Pójdę po śniadanie do restauracji, a później cię nim nakarmię i zafunduję czwarty orgazm, ten najbardziej bolesny, przez który będziesz zmuszony tylko leżeć resztę dnia nad basenem. I tak co tydzień — stwierdził z drobnym rozbawieniem, doskonale śledząc spojrzeniem koniuszek języka Finleya, gdy ten tak znacząco je zwilżał. Czasami się zastanawiał, czy robił niektóre rzeczy tylko w związku ze świadomością, że Stan je w i d z i. Wówczas mocno łechtałby sobie ego, ale skłamałby mówiąc, że sam się temu nie poddawał. Na przykład podczas napinania mięśni, do których Fin zdawał sie mieć mocną słabość… i vice versa, gdy Dawson podejrzewał go w przymierzalni.
Cicho się roześmiał, słysząc, z jaką ł a t w o ś c i ą Rosewood przyjął informację i jego płynne kłamstwo wypowiedziane przez telefon. Oczywiście, niczego innego nie spodziewał się po mężczyźnie, który idealnie nadawał się na jego męża z charakterem tej uroczej ż o n k i, która miałą trzymać go pod butem. A Stanley z wielką chęcią by ściągał ten bucik i masował obolałą stopę, bo jak tylko chciał, potrafił być najwspanialszym pantoflem.
Powinieneś. Nie zapomnij tylko o stroju pielęgniarki, bo nie lubię lekarzy. Zamiast naklejki dzielnego pacjenta może być całus. Żle reaguję na paracetamol i wybieram trumnę, gdy mam katar — oznajmił szczerze i krótko, uśmiechając się szeroko. Wiedział, że nie pożałuje tego kłamstwa nawet przez krótki moment; w końcu wolał spędzić czas z Finem na obiedzie, niż na spotkaniu biznesowym, a z całej jego wypowiedzi, wszystko było prawdą. Mdlał na widok krwi, badał się tylko z rozsądku i konieczności, był typowym facetem w trakcie przeziębienia i nie pogardziłby buziakiem od Rosewooda. To tak, gdyby pan swatka szukał większej ilości jego wad, wówczas Stan był gotów podać mu je na tarcy.
I wcale nie zamierzał zmieniać biegu ich spotkań. Nie chciał, aby były czysto b i z n e s o w e, bo za dobrze się z nim bawił. Ignorował niemal wszystko wokół, poza jego osobą, niemniej wyjątkowo kiwnął głową do kelnerki, która nadal próbowała desperacko eksponować przed nim biust.
To interesujące. Na studiach też miałem koleżankę, której dobrze wychodziło swatanie, ale skończyła w Afryce. Jest nauczycielką i buduje studnie. Sama — uniósł brew, przyglądając się Finleyowi z drobnym uśmiechem. Może bardziej fidze w jego ustach. Nieważne. Słuchał. — Oczywiście życzę jej jak najlepiej, to bardzo szlachetne. Mam na myśli, że niewielu ludzi postanawia iść w to na poważnie — sprecyzował, korzystając z poczęstunku. Najpierw jedną zjadł sam, oblizując usta z soku, nim kolejnej nie podsunął pod wargi Finleya, być może specjalnie naciskając na owoc, aby osłodzić przy okazji swoje palce. — Ale to… oryginalne. I wiesz, jak to mówią, szewc bez butów chodzi. Buduję osiedla, a nadal nie wybudowałem własnego domu — zaśmiał się krótko, wolną dłonią sięgając po swój napój. Jeśli Rosewood jadł mu z ręki, Stan ruchem kciuka otarł jego podbródek z soku i go pogłaskał.
Chwilę się zastanawiał nad odpowiedzią, przy okazji częstując Fina kolejną figą z długo dojrzewającym serem.
Nie. Za bachora wolałem wyścigi — parsknął śmiechem, opierając plecy o krzesło, gdy przystawka została skonsumowana. — Ale nie zacząłem się ścigać, a tylko zostałem fanem Formuły. To raczej… nadarzyła się okazja. Ojciec inwestował od zawsze, miałem smykałkę do biznesu. Zatrudniłem się u konkurencji, aby zrobić mu na złość, a kiedy firma zaczęła się piąć do góry, przejąłem ją i rozbudowałem. Studia skończyłem z ekonomii i prawda, deweloperka tak… jakoś wyszła — nie było w tym żadnej szczególnej historii, droig przez mękę, odziedziczenia i innych takich. Ot, zrządzenie losu, trochę szczęścia i dobry czas. Doskonały wręcz, bo tuż po ostatnim słowie kelnerka przyniosła także zamówione dania, a Stan po życzeniu smacznego zabrał się za pocięcie swojej pizzy. Bez słowa ułożył kawałek zgrabnie na talerzu Finleya, następnie wgryzając się już w ten swój. Rękami. Zamruczał z zadowoleniem, pozwalając, aby ser lekko się ciągnął i nie wyglądało to przesadnie elegancko.
Doskonała. Cały dzień o niej myślałem — westchnął, jawnie usatysfakcjonowany. — Gdybym miał wybierać, to chciałem też kiedyś być astronautą, ale nie wiem, czy nie skończyłbym jak Grace. Wiesz, w dziwnej relacji z jakimś obcym. Na całe szczęście wylądowałem w twoim biurze — dodał wesoło, puszczając mu oczko i odłożył ostatni kawałek pizzy, pochylając się znacząco nad stołem z uchylonymi ustami.
Dasz spróbować? — w końcu dzielenie się i karmienie nawzajem wychodziło im d o s k o n a l e.

Finley Rosewood
lawina
mickiewiczowania nie trawię
ODPOWIEDZ

Wróć do „Yorkdale Shopping Centre”