Uważnie obserwowała, jak jej chłopak odczytywał wiadomość i widziała, jak z każdą chwilą jego mimika twarzy się zmieniała — mogłaby przysiąc, że wręcz twarz mu zrzedła przez rodzaj wiadomości, jaki dostał. Już na tym etapie wiedziała, że to nie było nic miłego i albo byli w fazie rozstania, albo już było — niestety — pozamiatane. Wydęła lekko dolną wargę, kiedy Connor poinformował ją o fakcie zakończenia związku przez jego siostrę. Było jej przykro, oczywiście! W końcu obydwóch Walkerów znała że praktycznie od zawsze. Nawet jeśli finalnie zaprzyjaźniła się bardziej z chłopakiem, tak jego siostra zawsze była ważną postacią, co prawda przewijającą się w tle.
— Przykro mi, będę musiała ją wytulić. I myślę, że to dobry pomysł do niej później zadzwonić — przytaknęła, bo z pewnością w tak ciężkiej chwili potrzebowała wsparcia najbliższych, tylko zastanawiała się, dlaczego nie odezwała się wcześniej; tłumienie w sobie tych negatywnych emocji też nie było dobrym rozwiązaniem.
— Jeśli ją zdradził to trzeba będzie zaplanować odcięcie mu tego i owego, żeby pożałował swoje decyzje — odpowiedziała śmiertelnie poważnie. Camellia nie wiedziała, czy wybaczyłaby zdradę. Co prawda, nigdy nie rozważała na ten temat i patrząc na Connora również nie wyobrażałaby sobie momentu, w którym mógłby skrzywdzić ją w ten sposób. Przymrużyła jednak oczy, wystawiając palec ku górze, lekko machając nim na boki.
— To ostrzeżenie również dla ciebie — dodała, po czym zaśmiała się. Nie podejrzewałaby go o to, a gdyby jednak los z niej zadrwił i stałoby się inaczej… cóż, mocno by się zawiodła.
— Dobrze, remis. — Uśmiechnęła się, przybijając piąteczkę i gdy zgiął palce, splatając je z tymi dziewczyny, Stones uśmiechnęła się jeszcze szerzej, z radością patrząc na ich złączone dłonie. Może to zabrzmi okropnie, ale… niektórzy się rozstawali, żeby inni mogli być szczęśliwi, prawda? Taki był krąg życia, chociaż szkoda, że ten okropny los spotkał akurat osobę z ich najbliższego otoczenia.
— Kawę?! O tej godzinie?! — zapytała, spoglądając na zegarek na ścianie. Działał, więc prawdopodobnie jej rodzicielka musiała dalej dbać o takie szczegóły. Nie było jakoś późno, ale sam fakt, że dochodził wieczór.
— W końcu serducho ci się zatrzyma, jak będziesz pić tyle tej kawy! Lepszym rozwiązaniem byłoby po prostu pójść spać wcześniej — zasugerowała. Camellia naprawdę była wyrozumiała i szanowała jego pracę, bo miała świadomość, że musiał wiele poświęcić. Jednocześnie nie chciała, żeby się zajechał i no co — wiedziały gały co brały. Jego zawód był jej znany już od dawna, więc chciała dać mu wsparcia, nawet jeśli wiązało się to z pójściem spać o dwudziestej pierwszej; zawsze było to wspólne spanko, prawda?
Zapozowała pięknie do zdjęcia, które jej zrobił. Dostała piękne prezenty i była kompletnie szczęśliwa — najpierw spędziła dzień z rodziną, a później mogła mieć wieczór w swoim ulubionym towarzystwie. Brakowało tylko, żeby pojechali do któregoś z mieszkań, aby zaczerpnąć nieco prywatności.
— Jesteś słodki, wiesz? — zagadnęła z uśmiechem, słysząc o tym, że była jego
szczęściem. Automatycznie zachciało jej się płakać, słysząc takie piękne słowa z jego ust, ale zdusiła to uczucie w zarodku, nie chcąc wylewać łez w swoje urodziny.
— I nie jesteś głupi. Całe szczęście, bo jeszcze byś mnie pogonił i co ja bym biedna zrobiła? — zapytała, rozkładając na boki ręce i wzruszając lekko ramionami. Byłoby jej przykro; cholernie przykro, ale z pewnością nie dałaby łatwo za wygraną. Zbyt bardzo go kochała, aby odpuścić… i miała zamiar za chwilę mu to powiedzieć! Czy może być lepsza okazji ku temu niż urodziny? Na jego było nieco za wcześnie… teraz czuła, że to uczucie coraz bardziej rosło w siłę, praktycznie rozsadzając jej serducho. Zaraz dźgnęła go lekko palcem między żebra, zanim jeszcze nie była skupiona na ich pocałunku.
— To wszystko brzmi cudownie i… też bym tak chciała — przyznała. Budzić się rano i witać go krótkim buziakiem, poleżeć chwilę dłużej w łóżku, wypić kawę. Wrócić do mieszkania i nie pisać do niego, czy się spotkają, tylko od razu wtulić się w jego ramiona i wybrać, co będą robić wieczorem. Camellia dawno nie była w tak poważnym związku, więc wizja wspólnego zamieszkania nieco ją przerażała, ale jednocześnie ekscytowała. Chciała taki momentów jak teraz więcej, kiedy po prostu wspólnie siedzieli, bez szczególnego umawiania się na randki, tylko po prostu, zwykłe, wspólne chwile, w domowym zaciszu… tylko niekoniecznie ich rodzinnych posiadłości. Nie mogła powstrzymać się od szerokiego uśmiechu, kiedy odpowiedział jej tymi samymi uczuciami. Jej serce rosło, kiedy miała stuprocentowe przeświadczenie, że ją kochał — tak po prostu, niby banalne w swojej prostocie, bo czuła jego emocje z dnia na dzień, ale usłyszenie tego w zamian… była szczęśliwa. Szczęśliwa, że postanowili zaryzykować i kolejny miesiąc celebrowali będąc razem i poznając się od tej zupełnie innej strony.
Całował ją delikatnie, ale czule, odbierając jej dech w piersi. Zarzuciła mu ręce za szyję, przyciągając się jeszcze bliżej niego i chłonąc tę chwilę, kiedy ich uczucia dostały możliwość wyjścia na świat zewnętrzny.
— Nie mogą się pogniewać — odpowiedziała z rozbawieniem; w końcu nie wypadało się złościć na jubilatkę, prawda? Zebrali się, pożegnali się z rodzinką i ruszyli do mieszkania Connora, żeby spędzić tam miło wieczór i dalej celebrować kolejny rok starości Camelli.
koniec.
lovely boy