Potaknęła, słysząc wzmiankę o zwierzaku i o tym, że przy obecnym trybie życia Lucien nie mógł sobie pozwolić na posiadanie czworonoga. Rozumiała to, zważywszy na częstą nieobecność.
—
Wypada coś przynieść, kiedy po raz pierwszy przychodzi się do kogoś — stwierdziła i wzruszyła ramionami.
Zoya miała wpojonych wiele tradycji, które przekazała jej matka, a które później praktykował również Charles Weasley. Być może w nowoczesnym i ogromnym Toronto nie przywiązywano już wagi do takich drobnostek, ale ona wywodziła się z Huntsville, gdzie wciąż starano się podtrzymywać dobre relacje z sąsiadami. Ba, w duchu gościnności i serdeczności.
—
Tak zamierzam zrobić — powiedziała swobodnie i ruszyła dalej, jednocześnie wciąż obserwując Luciena. —
Chyba dowcip ci się wyostrzył, Lionel — prychnęła. —
Nie pamiętam już, co jest napisane na Who Is.. taki odpowiednik wikipedii — dodała i po prostu wytknęła mu jezyk, aby przysłowiowo się
o d c z e p i ł.
Prawda była taka, że Zoyka tylko raz sięgnęła do informacji zamieszczonych w internecie. Było to wtedy, kiedy szukała Luciena. Cała reszta nowinek napływała przez ten c h o l e r n y a l g o r y t m, który przeklinała każdego ranka, gdy sięgała po telefon. A potem, zupełnie mimowolnie odpalała jednego posta za drugim, doskonale zdając sobie sprawę z tego, w jakie błędne koło wpadała.
Chyba trochę uzależniła się od tego, że miała Luciena na
własność, a przynajmniej w niewielkim stopniu.
Jego dalsza odpowiedź była dla Zoi satysfakcjonująca. Wyznawała podobne zasady i nie sprowadzała do swojego łóżka przypadkowych
chłopców. Nawet w Huntsville tylko jeden gościł w jej sypialni i było to jeszcze w liceum.
Obserwowała więc dalej, stojąc już nieopodal przy wielkim oknie. Uważnie śledziła to, co robił Lucien, a potem na chwilę skupiła uwagę na otwartej butelce, aby ostatecznie wyjrzeć za szybę i spojrzeć na panoramę Toronto. Pomimo wszystko nadal słuchała, choć udawała, że wcale nie była aż tak mocno zainteresowana, bo temat mógł wydawać się dosyć niewygodny.
Lucien jednak gładko odpowiedział na jej pytania. Nawet całkiem odruchowo przez myśl jej przeszło, że skoro nie liczył one-night standów, to musiał mieć ich sporo na sumieniu. Jednak pod względem zwiazków, mogli pochwalić się podobnym doświadczeniem.
—
Wcale nie chciałam o to zapytać — powiedziała zgodnie z prawdą, ale na jego skinienie intuicyjnie zerknęła na antresolę.
Robiła wrażenie. —
I wcale nie zamierzam oglądać twojej sypialni — dodała, jakby tym razem to ona usiłowała uprzedzić zarówno pytanie mężczyzny jak i zamiary. Mimo tego Zoi towarzyszył zawadiacki uśmieszek i ten uroczo zmarszczony nos, do którego dołączył język wetknięty między zęby. —
Za jakieś dwie godziny mam autobus nocny. Zamierzam nim wrócić — poinformowała całkiem swobodnie.
Na wiadomość dotyczącą mieszkania jedynie potaknęła. Spodziewała się, że nie musiał wynajmować, jednak odruchowo pomyślała, że lokal w tej okolicy z tak zachwycającym widokiem musiał kosztować fortunę. Chyba trochę ją to przytłoczyło, zwłaszcza że ponownie przesunęła wzrokiem po wnętrzu. Doskonale wiedziała, że mogłaby pracować całe życie, a i tak nie odłożyłaby na coś takiego. Te myśli jednak prędko rozwiał kieliszek w jej dłoni i Lucien stojący obok.
—
Już prawie zapomniałam, że poznaliśmy się w taki sposób. Jestem mało ogarnięta, ale nigdy wcześniej nie uprawiałam seksu w jakiejś ciemnej alejce. Muszę uważać następnym razem, bo jaka jest szansa, że znowu trafię na celebrytę, a nie mordercę? — zaśmiała się, po czym szybko upiła łyk wina.
Szansa była
żadna, bo szczerze nie zamierzała powtarzać tego incydentu, a przynajmniej nie w obskurnej uliczce i przede wszystkim nie w obecnym błogosławionym stanie.
Znowu odwróciła się i rozejrzała po Toronto. Ten widok dorównywał jedynie temu, który podziwiała z wieży w centrum miasta. W tamtym momencie nie miała pojęcia, że Lucien na nią patrzył i że jej słowa, że
było pięknie, w jego mniemaniu wcale nie odnosiły się do widoku, ale bezpośrednio do jej sylwetki. Nie przywykła do zwracania uwagi na takie detale, dlatego już po chwili znów skierowała twarz w stronę mężczyzny. Widząc jego uśmiech, automatycznie sama uniosła kąciki ust i upiła wino.
Nie mogła pojąć, dlaczego tak bardzo go polubiła; dlaczego spoglądała mu w oczy z wyraźną fascynacją i dlaczego tak swobodnie czuła się w jego mieszkaniu w środku nocy. Był mężczyzną z krwi i kości; człowiekiem, z którym przeżyła najbardziej tragiczny w skutkach one-night stand, a pomimo tego Zoya wydawała się bezgranicznie mu ufać.
Czy była głupia?
—
Ciężko — odpowiedziała. Niemniej nie zamierzała się rozwijać. To był zbyt intensywny dzień, aby na sam koniec wciąż mówić o tym, co działo się w pracy. Machnęła więc ręką i trzymając kieliszek w drugiej dłoni, przemieściła się z powrotem w stronę kuchennej części mieszkania. —
A tobie?
Jeżeli Zoya miała zdążyć z kolacją, to musiała wziąć się do roboty. Odstawiła szkło. Przez moment opierała ręcę o biodra i spoglądała w skupieniu na szafki. Następnie zupełnie intuicyjnie odnalazła w jednej z nich mąkę. Natomiast ugotowane i zmielone ziemniaki znajdowały się w lodówce. Wyciągnęła je równie pośpieszie, jednocześnie będąc wdzięczną Marii za pomoc.
Wrzuciła całość do miski i dodała jajko.
—
Chodź tu. Będziesz wyrabiał ciasto — zawołała wesoło i zrobiła Lucienowi miejsce. Zoya uważała, że z całym szacunkiem dla jego kariery, ale powinien umieć ugotować cokolwiek.
Lucien Spencer