ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward nie zamierzał niczego kupować. To było ważne założenie i przypominał je sobie po raz trzeci, stojąc przed niewielkim olejem na płótnie, którego cena wywoławcza wystarczyłaby zapewne na zakup bardzo przyzwoitego samochodu. Być może dwóch. Edward nie znał się na samochodach na tyle dobrze, żeby dokonać dokładniejszego porównania.
Z obrazami było inaczej. Na nich znał się doskonale.
Preview przed aukcją miało trwać jeszcze godzinę. W salach zrobiło się już luźniej. Zostali tylko ci, którzy naprawdę zastanawiali się nad zakupem, oraz ci, którzy lubili przebywać w pobliżu rzeczy, na które ich nie stać. Edward nie widział w tym niczego złego. Sam lubił chodzić po muzeach i przyglądać się przedmiotom, których nigdy nie mógłby posiadać. Własność psuła czasem przyjemność oglądania. Człowiek zaczynał zastanawiać się, czy obraz wisi prosto, czy światło mu nie szkodzi, czy ubezpieczenie obejmuje pożar. W muzeum można było po prostu patrzeć.
Ten tutaj przedstawiał mężczyznę siedzącego na brzegu łóżka. Nic szczególnego. Plecy, kawałek białego prześcieradła, jedna stopa oparta o podłogę. Twarzy prawie nie było widać. Edward wracał do niego już trzeci raz.
- Nie - powiedział cicho. W zasadzie mruknął gburowato pod nosem. Starsza kobieta stojąca obok spojrzała na niego z zaciekawieniem.
- Nie do pani - wyjaśnił. Kobieta uśmiechnęła się uprzejmie i odeszła. Chłopak wyjął telefon. Zrobił zdjęcie numeru katalogowego. Nie oznaczało to jeszcze niczego. Miał w telefonie setki zdjęć numerów katalogowych przedmiotów, których nie kupił. Co prawda miał też niepokojąco dużo przedmiotów, których numery katalogowe wcześniej fotografował, ale nie widział powodu, żeby łączyć te dwie rzeczy. Schował telefon do kieszeni kurtki.
Tego dnia wyglądał raczej tak, jakby znalazł się tutaj przypadkiem. Wręcz nie pasował do towarzystwa. A może to był jego odwieczny problem? Miał na sobie stare jeansy (Levi’s, model 501, najlepszy!), szary T-shirt i brązową skórzaną kurtkę. Kiedyś musiała być znacznie ciemniejsza. Teraz na łokciach, przy kieszeniach i wzdłuż szwów skóra była wytarta i jaśniejsza, a powlekane nią guziki nosiły drobne ślady po latach zapinania i odpinania. Jeden był przyszyty nicią w nieco innym odcieniu brązu. Edward wiedział o tym, ponieważ sam przyszył go kilka lat wcześniej w hotelu w Paryżu. Zajęło mu to czterdzieści minut i kosztowało sporo przekleństw. Nie wymieniłby tej kurtki na nową. Nigdy!
Przy wyjściu wziął katalog. Tego również nie należało traktować jako deklaracji. Dopiero za drzwiami odkrył, że pada. Nie ten drobny deszcz, który można zignorować przez kilka przecznic, tylko ciężki, letni deszcz, od którego chodnik zdążył zrobić się niemal czarny. Woda spływała wzdłuż krawężników. Ludzie stali pod markizą domu aukcyjnego, czekając na podstawiane samochody i taksówki. Co chwilę otwierał się kolejny parasol.
Edward parasola nie miał. Nigdy nie miał. Nie był nawet pewien czy w domu jakikolwiek parasol był obecny? Od lat utrzymywał, że Anglicy są odporni na deszcz. Powtarzał to z takim przekonaniem, że sam zaczął chyba w to wierzyć.
Przeprosił parę osób, kogoś szturchnął łokciem. Wyszedł na ulice. Przez pierwsze kilkadziesiąt metrów rzeczywiście nie było źle.
Potem było.
Deszcz szybko przedostał się przez T-shirt na ramionach. Jeansy zrobiły się cięższe, a skórzana kurtka ciemniała dużymi, nieregularnymi plamami. Katalog schował pod nią. Obrazom, nawet reprodukowanym na kredowym papierze, należał się pewien szacunek.
Szedł dalej. Niczym żelazny wyspiarz. Po dwóch przecznicach woda zaczęła ściekać mu za kołnierz. Okropne uczucie!
- Kurwa -powiedział bez większego przekonania. Skapitulował. Poddał się i schował się pod pierwszą napotkaną markizą. Przeczesał dłonią włosy, odgarniając je z twarzy. Niewiele to dało. Były mokre, ciemniejsze niż zwykle i posklejane w nierówne pasma. Kilka przykleiło mu się do czoła, inne zawijały się przy uszach. Z końcówek kapała jeszcze woda, spływała po karku i znikała pod koszulką. Przetarł twarz rękawem. Popatrzył na deszcz.
Toronto w deszczu wydawało mu się dziwnie obce. Od kilku miesięcy mieszkał tutaj, znał już restauracje, kilka galerii, skróty między ulicami, wiedział, gdzie kupować papierosy i gdzie robią kawę, której da się napić. To jednak nie wystarczało. Miasto można znać na pamięć i wciąż nie mieć pewności, czy się w nim mieszka, czy tylko przedłuża pobyt.
[akapit]Spojrzał na katalog wystający spod kurtki. Pomyślał o mężczyźnie siedzącym na brzegu łóżka. Właściwie wiedział już, gdzie go powiesi. To komplikowało sprawę. Czyżby zatęsknił?



Dorian Hawthorne
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
45 y/o
For good luck!
183 cm
prawnik i adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
..because the only kind of love I have to offer is stupid and blind and so deep and powerful that I feel like I'm cracking just to hold it in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.

Miał swój określony poranny rytuał, zazwyczaj zaczynał go czarną, mocną kawą i spojrzeniem na komputer czy nie przyszły do niego jakieś nowe wiadomości, na szczęście dzisiejszego dnia nie miał żadnych umówionych spotkań. Mógł poświęcić ten dzień dla samego siebie, na robienie na co tylko miał ochotę. Postanowił zacząć go tak więc od treningu.
Przywdziewając swój strój do biegania czyli dresowe spodnie, koszulkę z krótkimi rękawami czuł się bardzo nieswojo, większość czasu ubierał się w bardziej eleganckie stroje jak koszula, spodnie zawsze wyprasowane idealnie przez jego gosposię. Zerknął na wiszący jego strój na wieszaku, tam gdzie zawsze go zostawiała po praniu i westchnął delikatnie. Wiedział, że jak wróci do domu to będzie musiał sprawdzić swoją skrzynkę mailową bo zapewne dostanie nowe propozycje poprowadzenia sprawy, na szczęście uwielbiał swoją pracę i uwielbiał pracować z ludźmi a do każdego oskarżonego miał swoje indywidualne podejście, bo nie każdy człowiek był taki sam. Wcisnął do uszu swojego bezprzewodowe słuchawki odpalając playlistę nazwaną do biegania i wyszedł z domu kierując się w stronę okolicznych parków.
Zazwyczaj biegał nawet przez dwie czy trzy godziny z małymi przerwami na jakąś wodę czy kawę jak przebiegał koło jakiejś kawiarni, która przyciągała jego spojrzenie. Bieganie było pewnego rodzaju terapią dla niego, głównie to chodziło o oczyszczenie głowy jak i myśli, które ostatnio nawiedzały go bardzo często. Czuł jeszcze zmęczenie w kościach po licho przespanej nocy, ale zmuszał swoje ciało do wysiłku, dążąc do momentu, że mięśnie nóg paliły go żywym ogniem.
W parkdale znalazł się zupełnie przypadkiem, rzadko kiedy zapuszczał się aż tak daleko, ale postanowił obierać nowe trasy, bieganie pomagało mu także poznać ulice Toronto, nawet gdy wychowywał się w tym mieście, ale codziennie go coś zaskakiwało. Niektórzy ludzie już go znali z widzenia, zwłaszcza gdy od paru lat przebiegał przez te same trasy.
Deszcz złapał go gdzieś w połowie ulicy, zaklął cicho pod nosem, na szczęście nie był mu on ani trochę straszny, a krople, które spadały na jego ciało było także pewnego rodzaju orzeźwieniem, nie spodziewał się jednak, że za chwile po prostu lunie i będzie musiał szukać jakiegokolwiek schronienia. Na jego szczęście dostrzegł markizę pod którą chowali się ludzie, przez deszcz nie był w stanie określić ile ich tam stało, ale skierował tam swoje kroki rozpryskując wodę kiedy przebiegał przez stworzone już kałuże.
Zatrzymał się dopiero pod daszkiem opierając ręce o swoje kolana, żeby złapać oddech. Dawał sobie dzisiaj niesamowity wycisk, czuł jak woda miesza się z jego potem, jak koszulka przylepia się do jego wysportowanego ciała (dzięki godzinom spędzonym na siłowni), a ręce jak i nogi drżą lekko od wysiłku. Dopiero po chwili uniósł lekko głowę, żeby spojrzeć na ludzi stojących obok i zamarł na widok jednej znajomej twarzy, tych oczu nie zapomniał by nigdy, czasami nadal nawiedzały go w snach i nie pozwalały mu spać spokojnie, a jego ciało reagowało na jego spojrzenie tak jakby ktoś wbijał mu milion małych szpilek.
Wyciągnął jedną słuchawkę ze swojego ucha przerywając jakiś rockowy kawałek, który w nich leciał i wyprostował się spoglądając w kierunku mężczyzny.
- Edward
Jego imię dziwnie smakowało w jego ustach, pozostawały pewnego rodzaju słodycz, ale i jednocześnie gorycz na języku, gdy zrobił w jego stronę powoli krok, zmuszając swoje nogi do ruchu.
Nie spodziewał się go tutaj w Toronto a po drugie jakie istniało prawdopodobieństwo, że przebywał właśnie pod tym samym daszkiem co on?
Jeden na milion?

Edward Wentworth
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward odwrócił głowę dopiero, kiedy usłyszał swoje imię. Najpierw spojrzał bez większego zainteresowania. Odruchowo. W Toronto zdążył już poznać wystarczająco dużo osób, żeby ktoś wołający go po imieniu nie był szczególnie niezwykłym wydarzeniem. Potem przyjrzał się uważniej.
O, kurwa.
Przez chwilę nic nie powiedział. A raczej miał nadzieję, że siarczyste przekleństwo pozostawało tylko w sferze niewerbalnych myśli. Stał z mokrym katalogiem przyciśniętym do boku i patrzył na Doriana chyba odrobinę zbyt długo. Najpierw na twarz, później niżej. Mokra koszulka, spodnie dresowe, buty do biegania. Znowu twarz. Znał ten widok. Może nawet lepiej niż ten właściwy, oficjalny. Doriana w garniturze znali jego ojciec, matka, partnerzy kancelarii i połowa ludzi pojawiających się przy stole Wentworthów. Edward pamiętał go bez krawata. Z mokrymi po prysznicu włosami. W dresie naciągniętym rano i z kawą wypijaną w jego kuchni, zanim któremukolwiek z nich chciało się zdecydować, czy poprzednia noc była błędem. Zwykle dochodzili do wniosku, że tak. Nigdy specjalnie im to nie przeszkadzało. Najgorsze było to, że Edward chyba zawsze wolał go właśnie takiego. Bez całej tej prawniczej zbroi. Garnitur robił z Doriana człowieka, którego znała jego rodzina. Dres przypominał mu człowieka, którego znał on. I najwyraźniej pamiętał go irytująco dobrze.
Siarczyste krople deszczu stukały w rozpięty materiał markizy. Wybijały jakiś naturalny, uspokajający rytm. Wtedy pociągnął go do siebie. Złapał za przemoczony materiał koszulki i przyciągnął. Tak, aby znaleźć się między Dorianem, a wilgotna, zimną ścianą budynku. Chciał poczuć jego oddech na swojej skórze, chciał znów błagać go o kolejne nieprzyzwoite chwile przyjemności. Teraz, gdy już nie dzieliły ich nawet centymetry, wpił się w jego usta. Zachłannie, napastliwie. Wręcz agresywnie. Przygryzając jego dolną wargę, drażnił go, chciał sprowokować. Agresywny i zniecierpliwiony Dorian zawsze był najlepszą z wersji. Jego dłonie, mimo, że w miejscu publicznym, już zawędrowały do szarego materiału spodni dresowych. Prymitywnie, nonszalancko i bez krzty wstydu wsunął rękę pod materiał, a na jego twarzy błysnął…
- Nie. - Pokręcił głową i odwrócił wzrok w stronę ulicy, jakby deszcz był teraz znacznie pilniejszą sprawą. Ta fantazja musiała znać swój koniec. Czas wrócić do rzeczywistości, w której nic się nie wydarzyło.
- Edward. - Kącik ust drgnął mu zawadiacko, gdy skinięciem głowy potwierdzić najbardziej oczywisty fakt: własne imię.
- Cieszę się, że pamiętasz jak mam na imię. Ale nie nadużywaj go, bo spowszednieje. - Jak zwykle, w niewygodnej chwili Edward sięgał po ironię, sarkazm, uszczypliwości i wręcz dziecinną zajadłość.
- Jesteś chyba ostatnią osobą, której bym się tutaj spodziewał. Szczególnie w takim wydaniu. – skinął głową, mając na myśli jego strój. Powinien teraz szybko wykręcić się brakiem czasu. Uciec. Ale nie miał żadnych planów. Aukcja odbywała się dopiero za kilka dni, a jedynym pilnym obowiązkiem na resztę popołudnia było znalezienie czegoś do jedzenia.
Ponownie na niego spojrzał. Zmienił się. Oczywiście, że się zmienił. Edward też się zmienił. Tylko własnego upływu czasu człowiek nie oglądał stojącego przed sobą, mokrego od deszczu. U Doriana dało się go zauważyć od razu. Może w kilku nowych liniach przy oczach. Może gdzieś przy ustach. Nadal wyglądał dobrze. To akurat było kompletnie niepotrzebne. I niewiarygodnie wkurzające.
- Nadal biegasz - zauważył. Tym razem nie było w tym zaskoczenia. Raczej coś pomiędzy rozbawieniem a wspomnieniem, którego nie zamierzał analizować przy świadkach.
- Myślałem, że z wiekiem człowiek nabiera rozsądku. Albo lenistwa. - chcąc znaleźć jakieś wyjście z tej niewygodnej sytuacji, odruchowo spojrzał na nadgarstek. Na zegarek, który zawsze tam nosił i który nigdy nie wskazywał poprawnej godziny.

Dorian Hawthorne
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
45 y/o
For good luck!
183 cm
prawnik i adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
..because the only kind of love I have to offer is stupid and blind and so deep and powerful that I feel like I'm cracking just to hold it in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie potrafił tak szybko wyrzucić go ze swojej głowy, kiedyś zapewne roześmiałby się na przytyk, że straci dla kogoś głowę. Dorian nie był człowiekiem, który potrafił się zaangażować w relację, zawsze ciężko mu przychodziło oddać całego siebie drugiej osobie a co dopiero jej zaufać, ale w przypadku tego chłopaka było zgoła inaczej. Edward znał go z tej innej strony, mniej oficjalnej, gdy się odsłaniał przed nim pokazując mu swoją codzienność, swoje życie, które tak naprawdę nie było zbyt ciekawe, ale ta relacja spowodowała, że mężczyzna zaczął się odkrywać i zdejmować tę cholerną zbroję prawnika.
A potem… potem przyszły wyrzuty sumienia, przyszły pewnego rodzaju wątpliwości co do ich relacji i do tego, że Dorian nie powinien podcinać mu skrzydeł i skazywać go na samego siebie. Nigdy nie potrafił o tym rozmawiać.

To nie było tak, że mu nie zależało, owszem zależało ale z drugiej strony ta relacja była dla niego… niestosowna. Był synem jego pracodawcy a po wielu latach jego przyjaciela, a Dorian wbrew pozorom miał ich zbyt mało, że mógł policzyć ich na palcach jednej ręki, nie chciał nadwyrężać zaufania, nawet gdy już wpadł po uszy.
Odetchnął lekko spoglądając na niego, doszukując się w nim tamtego młodego mężczyzny, którego nie raz zostawiał rano w swoim łóżku, żeby zrobić im kawy, doskonale wiedział jaką pije - takie właśnie małe rzeczy powodowały, że czuł, że życie ma sens.
Odchrząknął delikatnie na jego przytyk, kącik ust lekko uniósł się w uśmiechu, dobrze było wiedzieć, że Edward nie stracił tego sarkazmu i ironii, która w oczach Doriana była poniekąd urocza.
- Zawsze podobało mi się Twoje imię - przyznał po chwili milczenia, przenosząc spojrzenie na padający deszcz, próbując opanować reakcje swojego ciała, które tak naprawdę tęskniło. Starał się go wyrzucić ze swojej głowy, ale to nie było takie proste jakby się spodziewał, on był obecny w pewien sposób w jego życiu, nawet gdy mogłoby się wydawać inaczej. Bywał w jego snach i myślach, a gdy był w swoim domu i spoglądał na łóżko gdzie spał… wspomnienia były żywe, tak jakby gdzieś tam czaiły się pod jego skórę rozgrzewając ją i powodując, że jego serce w klatce piersiowej biło nieznośnie głośno.
W sumie to bał się, że ten mógłby to usłyszeć, jak dudniło a wystarczył tylko jego widok i parę wspomnień, nadal się tlących.

- Mógłbym powiedzieć to samo - wyrzekł po chwili milczenia, czując jak napięcie rosło między nimi, w ich przypadku zawsze to było proste, wystarczyła tylko mała iskra, żeby obudzić w nich ten cholerny płomień, który nigdy nie chciał zgasnąć.
Nie doszukiwał się zmian w jego wyglądzie, wiedział że ten czas przez który się nie spotykali go zmienił tak samo jak Doriana, czas zawsze był nieubłagalny, zawsze dotykał w najbardziej brutalny sposób, dlatego mężczyzna postanowił zadbać nie tylko o swoją psychikę, ale i także o swoje ciało.
Zaśmiał się delikatnie na jego słowa.

- Właśnie z wiekiem powinno się bardziej dbać o ciało, nie jestem już taki młody - wyrzekł, przenosząc na niego spojrzenie, badawcze.
To właśnie wiek w ich przypadku był przeszkodą i zawsze będzie, nie ważne co by się stało to nie mogli tego zmienić. Nie mógł narazić swojej kariery dla relacji, która wprawdzie powodowała, że czuł się szczęśliwy.
Chociaż przez ten krótki moment gdy coś dla siebie znaczyli.

Edward Wentworth
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Pod sąsiednią markizą schroniły się trzy gołębie. Stały blisko siebie, napuszone i obrażone, z głowami wciągniętymi głęboko między skrzydła, jak trzej starzy mężczyźni zmuszeni przez pogodę do dzielenia zbyt małego przystanku. Od czasu do czasu jeden z nich wychodził na mokry chodnik, robił kilka ostrożnych kroków, po czym najwyraźniej dochodził do wniosku, że świat na zewnątrz wcale się nie poprawił, i wracał pod osłonę. Edward obserwował je przez chwilę z nieproporcjonalnym zainteresowaniem. Zazdrościł im prostoty tego wyboru. Kiedy padało, należało znaleźć suche miejsce i przeczekać. Ludzie natomiast mieli paskudny zwyczaj spotykać pod markizami własną przeszłość.
- Nie jesteś już taki młody - zgodził się, kiwając lekko głową. Przyjrzał mu się raz jeszcze, tym razem ostentacyjnie. Jakby właśnie przedstawiono mu obiekt wymagający fachowej ekspertyzy. Wzrok przesunął się od mokrych włosów Doriana, przez twarz, ramiona, aż po buty do biegania.
- A ja już miałem zapytać, czy nadal masz trzydzieści dziewięć lat. - Kącik jego ust drgnął. Doskonale pamiętał ten osobliwy okres w życiu Doriana, kiedy kolejne urodziny najwyraźniej przestały mieć wpływ na podawaną przez niego metrykę. Sam zresztą kiedyś uważał jego wiek za niezwykle atrakcyjny. Później dowiedział się, że może być również bardzo wygodnym argumentem.
Przesunął katalog pod drugie ramię. Papier zdążył nasiąknąć wilgocią na rogach i Edward bez większego zainteresowania wygładził jeden z nich kciukiem. Czuł pod opuszkiem palca nie katalog wystawy, a jeden z niewysłanych nigdy listów. Dlaczego zostawiłeś mnie samego, w pustym pokoju, w którym pełno jest tylko Twojej nieobecności?. Te słowa wciąż gdzieś tkwiły w jego gardle.
- Chociaż muszę przyznać, że starzejesz się przyzwoicie. - Edward parsknął cicho. Nie był to właściwie śmiech, raczej krótkie wypuszczenie powietrza nosem. Opuścił rękę z zegarkiem. I tak nie miał pojęcia, która była godzina. Zegarek od miesięcy spieszył się o siedemnaście minut, a Edward od miesięcy nie widział żadnego powodu, żeby coś z tym zrobić.
- Nieznośnie przyzwoicie. - - dodał. Nie powinien był tego mówić. Wiedział o tym jeszcze zanim skończył zdanie. Z Dorianem zawsze tak było. Edward najpierw otwierał drzwi, a dopiero później zastanawiał się, czy naprawdę chciał kogokolwiek przez nie wpuszczać.
Na moment odwrócił wzrok. Po drugiej stronie ulicy jakaś kobieta przebiegła przez jezdnię, osłaniając głowę gazetą. Samochód zatrzymał się zbyt gwałtownie, ktoś zatrąbił. Edward obserwował całe to niewielkie przedstawienie z przesadnym zainteresowaniem. Łatwiej było patrzeć na obcych ludzi uciekających przed deszczem niż na człowieka, który kiedyś potrafił zrobić mu kawę dokładnie taką, jaką lubił, a później z równie imponującą precyzją zniknąć z jego życia.
- „Zawsze podobało mi się twoje imię” - powtórzył w końcu, ciszej. - To brzmi prawie sentymentalnie.. Powinienem zacząć się martwić?
Spojrzał na niego z ukosa. Uśmiech nadal miał lekki, niemal zaczepny, ale tym razem nie dotarł on do oczu. Nie zamierzał pytać, dlaczego Dorian nigdy nie zadzwonił. Ani dlaczego sam tego nie zrobił. Istniały pytania, których człowiek nie zadawał nie dlatego, że nie chciał znać odpowiedzi, tylko dlatego, że znał ją aż nazbyt dobrze. Dorian miał swoje powody. Rozsądne, dorosłe, odpowiedzialne powody. Edward zawsze miał wyjątkowy talent do bycia tym nierozsądnym elementem równania.
- Bieganie w taką pogodę świadczy raczej przeciwko twojej teorii o rozsądku przychodzącym z wiekiem. - Przesunął się odrobinę, robiąc mu więcej miejsca pod markizą. Gest był drobny i zupełnie niepotrzebny. Dorian i tak stał pod nią wystarczająco głęboko. Edward zauważył to dopiero po fakcie i natychmiast zirytował się na samego siebie.

Dorian Hawthorne
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
45 y/o
For good luck!
183 cm
prawnik i adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
..because the only kind of love I have to offer is stupid and blind and so deep and powerful that I feel like I'm cracking just to hold it in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiek był wręcz doskonałą wymówką w ich przypadku, która ukazała się tak nagle w ich relacji, Dorian zdał sobie sprawę, że zabrnął w to zbyt daleko, za bardzo się zaangażował w to co kiedyś między nimi było, w pewnym momencie nawet się wystraszył. Relacja z jego rodziną była dla niego także ważna, nie chciał tego schrzanić przeze to, że stracił dla Edwarda w pewnym momencie głowę, odsłonił się przed nim ukazując zgoła inne oblicze, bez tej prawniczej zbroi, którą przywdziewał na co dzień. Pokiwał delikatnie głową na jego słowa, niestety ale czas minął nieubłaganie i chyba Hawthorne zdał sobie sprawę, że spędzi resztę swojego życia samotnie, oprócz Edwarda w jego życiu nie byłoby osoby z którą czuł się tak dobrze i zwyczajnie, jak człowiek, który mógłby być szczęśliwy.
Chociaż na krótki moment.
Niestety, ale nie stanę się młodszy — wyrzekł po chwili milczenia, kręcąc delikatnie głową, zapewne ludzie, którzy byli z nimi pod markizą zastanawiali się nad sensem ich rozmowy, ale czy to ich obchodziło? Mieli ze sobą wspólną przeszłość, która odbiła pewnego rodzaju piętno na nich, Dorian nie był w stanie nikomu innemu zaufać, nie potrafił się już zaangażować i dać z siebie te 200%, w pewien sposób był po prostu zniszczony. A powód jego zniszczenia stał parę kroków od niego.
Nagle wszystko dookoła stawało się bardzo interesujące, na tyle że mężczyzna błądził wzrokiem po ludziach, którzy nie tylko byli pod markizą, ale po przejeżdżających samochodach zastanawiając się nad jego słowami, mimowolnie kącik jego ust drgnął lekko w uśmiechu na przytyk o wieku w którym… nadal te wspomnienia były dla niego jak żywe, nadal miał przed oczami jego twarz gdy budził się rano, potem robił mu kawy zostawiając go samego w jego łóżku.
Potem gdy go zabrakło to ilekroć się kładł miał wrażenie, że jego zapach nadal się tam unosił, że był obok niego, nie namacalnie… żył w jego wspomnieniach i tych chwilach zapomnienia gdy prawnik dawał się ponieść swoim emocjom. Nigdy nic sobie nie zadeklarowali, bo Dorian uważał to za niestosowne, co ich łączyło. Tylko, że podświadomie za tym cholernie tęsknił.
Uznam to za komplement — wyrzekł po chwili na jego uwagę o przyzwoitym starzeniu, lekki uśmiech na moment rozjaśnił jego twarz, ale ta cholerna niezręczność wisiała między nimi i mógłby przysiąc, że powietrze było tak gęste, że można by kroić je nożem, nawet gdy padał deszcz i było raczej rześko, to Dorian czuł się tak, jakby brakowało mu powietrza w płucach ilekroć ich spojrzenia się spotykały, nawet na ten krótki moment.
Może? Sam już nie wiem, to wszystko jest trochę… skomplikowane — przyznał się do tego, co tak naprawdę grało mu w duszy, uważał ich związek za bardzo skomplikowany i chciał go zawsze trzymać w ukryciu, chociażby przez swój zawód i nienaganną opinię dobrego prawnika czy adwokata, ale czy kariera była ważniejsza od tego co ich łączyło?
Dorian zrobił w życiu tę głupotę, że odepchnął chłopaka, a potem zdał sobie sprawę, że to nie była tylko przygoda, ale uczucie, którego nie potrafił określić czy nazwać - przywiązanie na pewno tutaj nie pasowało.
Zaczerpnął mocniej powietrza w płuca i wypuścił go ze świstem przymykając na moment oczy, w pewien sposób odcinając się od tej cholernej fali myśli, będących niczym tsunami.
Jak wychodziłem to pogoda była jeszcze znośna, ale raczej nie wyszło to zbyt źle … bo spotkałem Ciebie, miał te słowa na końcu języka, ale zmielił je w ustach, nie chciał przyznać się do tego, że cieszył się z owego spotkania nawet gdy było niezręczne.
Ktoś wbiegł właśnie pod markizę i Dorian przesunął się lekko w stronę Edwarda, zupełnie przypadkiem ocierając się swoją ręką o jego bok.

Edward Wentworth
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Skomplikowane. - uniósł brwi. Powtórzył to słowo z namysłem, jakby próbował sobie przypomnieć jego definicję. Zawsze podejrzewał, że istnieje cała grupa słów wymyślonych wyłącznie po to, żeby ludzie nie musieli mówić tego, co naprawdę mają na myśli. „Skomplikowane” należało do jego ulubionych. Zaraz obok „rozsądne”, „niestosowne” i „tak będzie lepiej”. Dorian posługiwał się nimi kiedyś z godną prawnika wprawą.
- Oczywiście, że skomplikowane - przytaknął w końcu. - Proste rzeczy nigdy nie były w twoim guście. - Nie spojrzał na niego. Zupełnie jakby jego widok był czymś niesamowicie niewygodnym lub trudnym. ”Tęskniłem do Ciebie przez stół, przy którym siedzieliśmy. Tęskniłem z fotela na fotel obok. Teraz tęsknie w pustym pokoju, czując przytłaczającą pustkę.” Niektóre z niewysłanych listów wręcz wyrył w swojej pamięci.
Woda płynęła wzdłuż krawężnika wąskim, brunatnym strumieniem, zabierając ze sobą wszystko, co jeszcze przed chwilą należało do ulicy: niedopałek papierosa, papierek po gumie, oderwany listek jakiejś ulotki. Przy studzience utworzył się niewielki wir i przez kilka sekund wszystkie te rzeczy krążyły razem, jakby nie mogły się zdecydować, która z nich ma zniknąć pierwsza. Edward pomyślał, że deszcz robi z miast osobliwe miejsca. Wypłukuje z nich kurz, zapachy, ślady butów, cudze niedopałki. Przez kilka godzin można uwierzyć, że wszystko da się zacząć od początku. Potem przestaje padać i okazuje się, że większość rzeczy nadal stoi dokładnie tam, gdzie stała.
Jeden z gołębi opuścił bezpieczne miejsce pod sąsiednią markizą. Wyszedł na chodnik z przesadną pewnością siebie, zrobił może pięć kroków, zatrzymał się i spojrzał w górę. Kropla trafiła go prosto w głowę. Ptak otrząsnął się z wyraźnym oburzeniem i wrócił do pozostałej dwójki. Edward prawie się uśmiechnął. Mądry gołąb.
Kiedy Dorian przesunął się bliżej, zauważył to najpierw jego bok. Dopiero później reszta Edwarda. Mokry materiał otarł się o jego płaszcz, ramię Doriana znalazło się na moment przy jego własnym i było w tym coś absurdalnie znajomego. Ciało miało fatalną pamięć. Albo właśnie przeciwnie — zbyt dobrą. Przechowywało rzeczy, których człowiek dawno postanowił już nie pamiętać: ciężar czyjejś ręki położonej w nocy na brzuchu, ciepło pleców pod dłonią, zapach skóry wymieszany rano z kawą i pastą do zębów.
Edward zesztywniał ledwie zauważalnie. Nie odsunął się. To było chyba najgorsze. Spojrzał przed siebie, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby ten centymetr mokrego materiału nie otworzył nagle całego szeregu drzwi, które przez lata bardzo starannie zamykał.
- Nie wyszło zbyt źle? - podchwycił po chwili. Teraz dopiero odwrócił głowę. Dorian znajdował się bliżej niż wcześniej. Wystarczająco blisko, żeby Edward mógł dostrzec pojedyncze krople wody zaczepione o jego włosy i tę jedną, która zatrzymała się przy skroni, a potem ruszyła powoli w dół policzka. Patrzył na nią sekundę za długo.
- Nie wiem, czy powinienem czuć się urażony, czy wyróżniony. - Uśmiechnął się lekko, ale zaraz spuścił wzrok na swój katalog. Róg okładki rozmiękł już zupełnie. Papier rozwarstwił się pod palcem, odsłaniając białe włókna. Jeszcze trochę i rzecz, po którą specjalnie przyjechał, nie będzie nadawała się do niczego. Było w tym coś zabawnego.
- Wiesz, co jest najgorsze? - odezwał się nagle. Przez moment wyglądało na to, że powie coś poważnego. Może nawet sam Dorian mógł przez tę krótką chwilę pomyśleć, że Edward wreszcie zamierza zapytać o wszystkie te lata. O telefony, których nie było. O poranki, które nagle się skończyły. O to, czy naprawdę chodziło o wiek, o ojca Edwarda, 0 kancelarię, reputację, czy może po prostu łatwiej było odejść, zanim któremukolwiek z nich przyszłoby do głowy nazwać rzecz po imieniu. Zamiast tego, Edward wskazał brodą jego mokrą koszulkę.
- Że nawet wyglądając jak bezdomny chart po wyjątkowo nieudanym spacerze, nadal jesteś irytująco przystojny. - Pokręcił głową, jakby była to kolejna z licznych niesprawiedliwości świata, z którymi przyszło mu się tego dnia zmierzyć.
- To naprawdę świadczy przeciwko istnieniu jakiegokolwiek porządku moralnego. - Dopiero wtedy zrobił pół kroku w bok. Nie dlatego, że chciał zwiększyć odległość między nimi. Ktoś przechodził za jego plecami i Edward musiał zrobić miejsce. W efekcie znalazł się jeszcze bliżej Doriana. Markiza była najwyraźniej po jego stronie.
- Wiedziałeś, że jestem w Toronto? - zapytał w końcu. Tym razem w jego głosie nie było żartu. Pytanie było zwyczajne, niemal banalne, ale Edward nie bez powodu wybrał właśnie je. Nie zapytał, czy Dorian o nim myślał. Nie zapytał, czy kogoś miał. Nie zapytał nawet, czy był szczęśliwy. Na takie pytania człowiek musiał być przygotowany również na odpowiedzi. Wierzch jego dłoni ledwie musnął dłoń Doriana. Ich skóra zetknęła się ze sobą. To było jak wspomnienie. Jak seria obrazów zamknięta w impulsie nerwowym.

Dorian Hawthorne
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
45 y/o
For good luck!
183 cm
prawnik i adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
..because the only kind of love I have to offer is stupid and blind and so deep and powerful that I feel like I'm cracking just to hold it in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W ich przypadku chyba wszystko było skomplikowane, chociaż czasami miał wrażenie, że tak naprawdę tak nie było i sobie to tylko ubzdurał przez różnicę wieku oraz fakt, że nie chciał zszargać swojej opinii. To zawsze było problemem jeśli chodziło o mężczyznę, lubił swoją pracę i nie chciał jej stracić przez jego związek z Edwardem. Wiedział jak to byłoby odbierane przez społeczeństwo, straciłby w pewnym momencie na wiarygodności gdyby publicznie zaczął się obnosić z tym co ich łączyło. Dlatego starał się to trzymać w tajemnicy przed całym światem, byli wtedy tylko oni i nikt nie był w stanie im przeszkodzić.
Istnieli wtedy tylko i wyłącznie dla siebie, dla tych krótkich momentów i chwil pełnych pasji i namiętności.
Nie chciał przyznać się przed samym sobą, że po prostu tęsknił, było to dla niego tak naprawdę nieznane uczucie, ale bardzo znajome, zwłaszcza, że naprawdę cholernie tęsknił za bliskością Edwarda. Wystarczyłaby mu jego obecność w codziennym życiu, nawet znikoma, ale miałby go tylko i wyłącznie dla siebie.
Zaprzepaścił tę szansę i doskonale o tym wiedział, ciężko mu było przyznać się do popełnionego błędu, Dorian zawsze był człowiekiem, któremu przychodziło to z trudem, nawet gdy przegrywał sprawę, a zwłaszcza w tym momencie ciężko mu było pogodzić się z porażką.
Nie miał ich wprawdzie zbyt wiele w swojej karierze, ale na podłożu prywatnym było ich zdecydowanie więcej.
Kącik jego ust lekko drgnął po słowach Edwarda, owszem zawsze brał na siebie te najbardziej skomplikowane sprawy i nigdy nie szedł prostą drogą do osiągnięcia zwycięstwa, pójście na łatwiznę dla niego było jak pójście na skróty, a on wolał te bardziej kręte ścieżki, pełne wybojów i niebezpieczeństw.
Nie planował w żaden sposób go dotykać, jednak sytuacja pod markizą stawała się coraz bardziej… gorąca, tłoczna bo coraz więcej ludzi próbowało się pod nią schować i chcąc czy nie chcąc (a akurat chciał) przysunął się bardziej do Edwarda. Wpatrywał się sam w gołębie, jakby one były zdecydowanie ciekawsze niż ten przelotny dotyk, niby przypadkowy.
Co takiego? — przesunął lekko spojrzenie na jego twarz w oczekiwaniu na odpowiedź, wpatrując się zdecydowanie zbyt długo niż powinien, ale tak naprawdę w tym momencie miał gdzieś co takiego pomyślą o nich ludzie tłoczący się pod markizą, zresztą każdy chyba zajmował się swoimi sprawami, jeden rozmawiał żywo przez telefon z pewnością zagłuszając część rozmowy między nimi.
Uniósł delikatnie brew na jego słowa i zerknął na koszulkę, która przylepiała się od jego ciała, od potu zmieszanego z deszczem, który nagle go złapał, na moment przygryzł lekko dolną wargę.
Uznam to za komplement, chociaż porównanie mnie do charta jest... co najmniej dziwne, raczej wyglądam bardziej na pudla — wydusił po chwili milczenia między nimi, nigdy nie uważał siebie za przystojnego mężczyznę, raczej należał do tych bardziej przeciętnych osób, dbał tylko o swoje ciało chodzeniem na siłownię czy właśnie takimi przebieżkami rano, ale nic więcej. Edward widział go częściej zdecydowanie w garniturze niż w takim zwyczajnym wydaniu w którym nie prezentował się tak dobrze jak pod krawatem, tylko że w wolny dzień mógł sobie pozwolić na zwykłą koszulkę i dresy do biegania, nie był teraz adwokatem, który stawał przed sądem i bronił swojego klienta.
To jedno pytanie…
Zaczerpnął lekko powietrza otwierając usta, w tym momencie czując na skórze swojej dłoni jego dotyk, nigdy nie sądził, że poczuje to znowu, ten dziwny impuls, gorąco, które rozlewało się leniwie po jego ciele, zamknął usta przełykając ślinę. Całą siłą woli walczył z tym, żeby po prostu go nie złapać za rękę przy tych wszystkich ludziach, mieć w dupie to co sobie pomyślą o nich inni.
Nie cofnął ręki gdy nareszcie zmusił się do mówienia.
Wiedziałem — jedno krótkie słowo, które znaczyło w tym momencie wszystko, słowo, które nie chciało wyjść z jego ust, tylko że Dorian nie potrafił kłamać, owszem czasami naginał prawdę, ale w jego obecności nie potrafił tak po prostu skłamać.
Liczył się z tym, że Edward zaraz się odsunie, ale przez ten krótki moment delektował się tym, że jego ręka była przy jego, skóra przy skórze.
Dopóki ta chwila trwała.

Edward Wentworth
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Wiedziałeś. - Nie powtórzył tego jak pytania. Nie było w jego głosie zdziwienia, przynajmniej nie takiego, które można byłoby łatwo rozpoznać. Raczej coś cichszego, nieprzyjemnie spokojnego. Jak wtedy, kiedy człowiek odkrywa, że drzwi, które uważał za zamknięte, przez cały czas były tylko przymknięte.
Spojrzał na Doriana. Przez moment naprawdę chciał zapytać: od kiedy? Czy wiedział od początku, od dnia, w którym Edward wysiadł z samolotu? Czy ktoś mu powiedział? Czy zobaczył jego nazwisko gdzieś przypadkiem? Czy może sam sprawdził? Ta ostatnia możliwość była szczególnie nieznośna, bo oznaczałaby, że Dorian wykonał kiedyś ten drobny, żałosny gest, który Edward znał aż za dobrze: wpisał cudze nazwisko, przeczytał kilka zdań, zamknął stronę i przez resztę dnia udawał przed sobą, że nic się nie wydarzyło. Mógł zapytać również, dlaczego się nie odezwał. Ale nie, nie powinien. Nie zrobił tego. Prawnikowi nie należało zadawać pytania, jeśli nie było się przygotowanym na odpowiedź. Tego nauczył się akurat od Doriana.
- Rozumiem - powiedział tylko. Ich dłonie nadal znajdowały się obok siebie. Edward spojrzał na nie, jakby należały do dwóch zupełnie obcych ludzi, którzy przypadkiem stanęli zbyt blisko pod za małą markizą. Wystarczyłoby przesunąć palce o kilka milimetrów. Tyle dzieliło przypadek od decyzji.
Powoli zabrał rękę i wsunął ją do kieszeni płaszcza. Deszcz tymczasem przybrał na sile. Spadał już nie pojedynczymi kroplami, lecz całymi płachtami, ukośnie niesionymi przez wiatr. Ulica po drugiej stronie niemal zniknęła za szarą zasłoną. Światła samochodów rozpływały się na mokrym asfalcie w długie czerwone i żółte smugi, jak farba przeciągnięta mokrym pędzlem. Ludzie pod markizą przesuwali się coraz ciaśniej, tworząc na kilka minut osobliwą wspólnotę tych, którzy nie mieli parasola. Nikt się nie znał, wszyscy pachnieli mokrą wełną, deszczem i cudzym pośpiechem. Jak grupa pingwinów. Edward pomyślał, że człowiek właściwie przez całe życie robi coś podobnego. Chroni się na chwilę pod przypadkowymi dachami, przy przypadkowych ludziach, a potem deszcz ustaje i każdy odchodzi w swoją stronę. Tylko czasami ktoś zostaje w pamięci znacznie dłużej, niż powinien.
Przy krawężniku zatrzymał się czarny samochód. Chłopak rozpoznał go, zanim jeszcze kierowca zdążył wysiąść. Samochód zatrzymał się dokładnie naprzeciwko nich, koła przecięły brunatną wodę biegnącą rynsztokiem i posłały niewielką falę na chodnik. Kierowca wysiadł niemal natychmiast, rozłożył duży czarny parasol i ruszył w ich stronę.
- Cudownie. Przyjechała moja kareta. - Podniósł katalog i obejrzał jego rozmoczony narożnik.
- Niestety za późno dla pacjenta. - Kierowca zatrzymał się kilka kroków dalej, najwyraźniej uznając, że rozmowy pracodawcy nie należy przerywać. Edward skinął mu tylko głową, po czym spojrzał ponownie na Doriana. Na jego mokre włosy. Koszulkę przyklejoną do ciała. Krople zbierające się na linii szczęki. Wiedziałem. To jedno słowo nadal tkwiło mu gdzieś pod żebrami.
- Jedziesz ze mną. - Powiedział to tonem tak naturalnym, jakby od ich ostatniego wspólnego poranka minęły trzy dni, nie lata. Dopiero po sekundzie zorientował się, jak to zabrzmiało, i uniósł lekko brew.
- To znaczy, podwiozę cię. - Zrobił krótką pauzę. A może zabrakło mu oddechu?
- I nie chcę słyszeć odmowy. Ten deszcz zrobił się nieznośny, a ty wyglądasz, jakbyś zamierzał udowodnić mu coś osobiście. - Przesunął po nim spojrzeniem jeszcze raz. Tym razem uśmiech pojawił się wolniej. Był znajomy, niemal dawny. Tylko gdzieś na jego dnie czaiło się coś ostrzejszego.
- Poza tym w twoim wieku zapalenie płuc przechodzi się podobno wyjątkowo ciężko. - Powiedział to lekko. Prawie czule. I właśnie dlatego zabrzmiało gorzej. Przez sekundę patrzył Dorianowi prosto w oczy. Oczywiście pamiętał. Pamiętał wszystkie rozsądne argumenty, które kiedyś padały między nimi. Różnicę wieku. Reputację. Karierę. Ojca Edwarda. Świat, który miał mieć na ich temat zbyt wiele opinii. Dorian potrafił układać te argumenty jeden obok drugiego z zawodową precyzją, aż przypominały mur, którego nie sposób było przeskoczyć. Edward przez długi czas podejrzewał, że wystarczyłoby kopnąć w niego raz porządnie, żeby rozsypał się na kawałki. Dlaczego więc nie spróbował?
[akapit]- Wybacz - dodał z niewinną miną. - Zapomniałem, że różnica wieku jest poważnym problemem tylko wtedy, kiedy to wygodne. - Uśmiechnął się. Nie szeroko. Nie triumfalnie. Właściwie prawie wcale. Natychmiast pożałował tych słów. Nie dlatego, że były niesprawiedliwe. Przeciwnie. Najgorsze słowa zwykle nie są niesprawiedliwe. Są tylko zbyt precyzyjne. Odwrócił wzrok w stronę ulicy. Kierowca nadal czekał z parasolem, cierpliwy jak człowiek, któremu płacono również za udawanie, że niczego nie słyszy.

- Chodź - powiedział ciszej. Tym razem nie było w tym złośliwości. A może nawet odrobina błagalnej nadziei?
Wyszedł spod markizy pierwszy. Kierowca natychmiast przesunął parasol nad jego głowę, ale Edward zamiast ruszyć do samochodu zatrzymał się po jednym kroku. Odwrócił się do Doriana. Wyciągnął ku niemu rękę. Gest był prosty. Praktyczny nawet. Między krawężnikiem a samochodem zebrała się szeroka kałuża, deszcz zacinał pod kątem, chodnik zrobił się śliski. Można było znaleźć dla niego dziesięć rozsądnych wyjaśnień. Edward nie ufał żadnemu. Patrzył przez chwilę na własną dłoń, potem na Doriana.
- Tylko nie każ mi stać tutaj z wyciągniętą ręką - mruknął. - Mam resztki godności. - Gdzieś ponad dachami przejechał tramwaj. Zadzwonił krótko, metalicznie, a jego dźwięk rozpłynął się w deszczu. Gołąb, którego Edward obserwował wcześniej, wychylił głowę spod markizy, spojrzał na ulicę i tym razem nawet nie próbował wychodzić. Edward zerknął na niego kątem oka. Mądry gołąb. On natomiast, jak zwykle, najwyraźniej nie miał tyle rozsądku.

Dorian Hawthorne
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „Artisans’ Alley”