Nie przyszła na świat z planem, by pewnego dnia zostać właścicielką jednej z najbardziej cenionych stadnin w okolicach Toronto. W dzieciństwie po prostu kochała konie. Wychowywała się w zamożnym domu, jako środkowe z czworga dzieci, więc od najmłodszych lat musiała znaleźć dla siebie miejsce pomiędzy starszym i młodszym rodzeństwem. Nie była ani tą, na którą zawsze można było zrzucić odpowiedzialność, ani najmłodszym oczkiem w głowie. I chyba właśnie dlatego bardzo wcześnie nauczyła się polegać przede wszystkim na sobie. Jej matka była prawniczką, ojciec prowadził własne przedsiębiorstwo, oboje mieli wysokie wymagania, ale nigdy nie próbowali urządzić dzieciom życia pod linijkę. Clea mogła próbować, popełniać błędy, zmieniać zdanie i zaczynać od początku, pod warunkiem że robiła to z własnej woli i była gotowa ponieść konsekwencje. Jako dziecko była pogodna, bezpośrednia i odrobinę bezczelna. Miała szybki język, jeszcze szybszy umysł i szczególny talent do zadawania pytań dokładnie wtedy, kiedy dorośli najchętniej nie odpowiadaliby na nie wcale. Z końmi było jednak inaczej. Przy nich nie potrzebowała niczego udowadniać. Pierwszy kontakt z jeździectwem szybko przestał być niewinną dziecięcą fascynacją. W wieku jedenastu, może dwunastu lat zaczęła regularnie trenować skoki przez przeszkody, a kiedy odkryła, że ma do tego talent, przepadła na dobre. Im więcej wymagała od siebie, tym więcej chciała osiągnąć. Treningi, zawody, kolejne konie, kolejne cele. Potrafiła wrócić ze stajni zmęczona do granic możliwości, po czym następnego ranka wstać i stwierdzić, że wczoraj po prostu zrobiła za mało. Nie była przy tym idealną, potulną sportsmenką. Jeśli uważała, że trener się mylił, mówiła mu to. Jeśli koń nie reagował tak, jak powinien, szukała przyczyny zamiast obwiniać zwierzę. A jeśli ktoś próbował powiedzieć jej, że czegoś nie da się zrobić, Clea najczęściej traktowała to nie jak ostrzeżenie, lecz jak osobiste wyzwanie. W późnych nastoletnich latach jeździectwo przestało być już tylko pasją. Stało się jej przyszłością. Wszystko wskazywało na to, że może zbudować prawdziwą karierę zawodniczą i przez wiele lat robić dokładnie to, czego pragnęła. Los, jak to ma w zwyczaju, miał jednak własne zdanie. W wieku około dwudziestu jeden lat doznała poważnej kontuzji, która przekreśliła jej dalsze starty na najwyższym poziomie. Nie odebrała jej koni ani możliwości jazdy, ale odebrała coś znacznie trudniejszego do zaakceptowania — poczucie, że przyszłość jest jeszcze dokładnie taka, jaką sobie zaplanowała. Clea długo nie potrafiła się z tym pogodzić. Była przyzwyczajona do tego, że jeśli pracuje wystarczająco ciężko, może osiągnąć cel. Tym razem praca nie wystarczyła. Przez jakiś czas próbowała udawać przed wszystkimi, przede wszystkim przed samą sobą, że nic wielkiego się nie stało. W końcu jednak musiała przyznać, że pewnego rozdziału nie da się już napisać od nowa. I właśnie wtedy życie postanowiło dorzucić jej kolejną odpowiedzialność. Clea i Renoir znali się już wcześniej przez wspólnych znajomych i zdecydowanie nie była to znajomość, którą którekolwiek z nich wspominałoby z rozrzewnieniem. Ona uważała go za impulsywnego awanturnika z irytującą tendencją do traktowania wszystkiego zbyt lekko. On widział w niej chłodną, kontrolującą karierowiczkę, która prawdopodobnie próbowałaby zaplanować nawet spontaniczną kolację. Łączyło ich właściwie tylko jedno — oboje bardzo kochali ludzi, którzy byli ich przyjaciółmi. Dlatego kiedy zostali rodzicami chrzestnymi ich córki, przyjęli tę rolę z pełnym przekonaniem, choć żadne z nich nie przewidywało, że pewnego dnia będzie ona oznaczała coś więcej niż obecność na rodzinnych uroczystościach. Neia miała dwa lata, kiedy jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Wcześniej zdążyli jasno określić, komu chcieliby powierzyć córkę, gdyby kiedykolwiek wydarzyło się najgorsze. Wybór padł właśnie na Cleę i Renoira. Mieli po dwadzieścia kilka lat, nie byli parą, nie byli nawet szczególnie dobrymi znajomymi, a mimo to nagle musieli wspólnie odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wychować małe dziecko, które właśnie straciło oboje rodziców. Clea nie była gotowa zostać matką. Renoir również nie był gotowy zostać ojcem. Neia nie miała jednak czasu czekać, aż dorosną do swoich nowych ról. Pierwsze miesiące były mieszaniną zmęczenia, wzajemnej irytacji i desperackich prób stworzenia dziecku poczucia bezpieczeństwa. Clea potrzebowała planu. Renoir uważał, że trzylatek nie powinien mieć bardziej szczegółowego harmonogramu niż funkcjonariusz prowadzący śledztwo. Ona pilnowała godzin snu, posiłków i wszystkiego, co można było zapisać. On uczył Nei, że naleśniki mogą być całkiem rozsądną kolacją, jeśli odpowiednio długo się nad tym nie zastanawiać. Kłócili się o wychowanie, o granice, o zasady i o to, czy dziecko naprawdę potrzebuje kolejnej maskotki. Ale w jednej kwestii nigdy nie mieli różnicy zdań: Neia była ich odpowiedzialnością i oboje zrobiliby wszystko, żeby była bezpieczna. Z czasem coś zaczęło się zmieniać. Nie nastąpiło żadne spektakularne olśnienie. Nie obudzili się któregoś ranka jako najlepsi przyjaciele. Po prostu coraz częściej odkrywali, że drugie z nich ma rację. Clea dawała Neii stabilność, której potrzebowała. Renoir wnosił do ich domu lekkość, której Clea nie wiedziała, że jej brakuje. Ona nauczyła się odpuszczać drobiazgi. On nauczył się, że pewnych rzeczy jednak nie można załatwić żartem. A pomiędzy kolejnymi kolacjami, przedszkolnymi przedstawieniami, gorączkami, zakupami i nocami, kiedy żadne z nich nie miało już siły się kłócić, zaczęli się poznawać naprawdę. Nie jako dwoje ludzi zmuszonych przez okoliczności do wspólnego działania, ale jako Clea i Renoir. Najpierw pojawił się szacunek. Potem przyjaźń. A później uczucie, którego żadne z nich początkowo nie chciało nazywać po imieniu. W międzyczasie Clea zaczęła budować swoje nowe życie. Skoro nie mogła już być zawodniczką, postanowiła zrobić coś, co od dawna było jej drugim marzeniem — stworzyć miejsce, w którym konie i ludzie będą mogli rozwijać się pod jej opieką. Przy wsparciu finansowym rodziców kupiła pierwszą, znacznie skromniejszą posiadłość. Był dom, kawałek ziemi i niewielka stajnia. Reszta była już jej problemem. I Clea, jak to Clea, potraktowała to określenie dosłownie. Przez kolejne lata rozbudowywała teren, kupowała kolejne konie, zatrudniała ludzi, inwestowała w infrastrukturę i zdobywała reputację osoby wymagającej, ale uczciwej. Z czasem niewielka stajnia zaczęła zmieniać się w Delacroix Equestrian — prestiżową posiadłość jeździecką na obrzeżach Toronto, będącą jednocześnie jej domem, miejscem pracy i całym małym światem. Dzisiaj trudno powiedzieć, gdzie kończy się prywatna część posiadłości, a zaczyna biznes. Są tam stajnie, pastwiska, padoki, kryta hala, place treningowe, zaplecze hodowlane i weterynaryjne, a między tym wszystkim duży rodzinny dom, z którego każdego ranka można wyjść prosto na teren stadniny. Clea prowadzi hodowlę, szkolenia koni i jeźdźców, zajmuje się sprzedażą i całym zapleczem przedsięwzięcia. Ma ludzi, którym ufa, ale nadal chce wiedzieć, co dzieje się w jej stajni. Potrafi prowadzić ważną rozmowę biznesową w perfekcyjnie skrojonym garniturze, a dwadzieścia minut później pojawić się na placu treningowym w zabłoconych butach, bo jeden z koni „postanowił dzisiaj obrazić się na cały świat”. I właśnie wtedy, kiedy życie zaczynało wreszcie układać się w nowy, choć zupełnie nieplanowany sposób, pojawiła się kolejna próba. W 2009 roku Clea zachorowała na nowotwór jajowodu. Miała zaledwie dwadzieścia cztery lata. Choroba była ciosem, którego nie dało się pokonać ambicją ani ciężką pracą. Przeszła leczenie i obustronną salpingektomię. Jajniki i macica zostały zachowane, podobnie jak jej gospodarka hormonalna i życie seksualne, ale naturalne zajście w ciążę zostało jej odebrane. Dla kobiety, która dopiero uczyła się, czym właściwie jest rodzina, była to informacja, która bolała bardziej, niż chciała przyznać. Renoir był wtedy przy niej. Nie próbował udawać, że zna odpowiedzi na pytania, których nie znał. Nie obiecywał jej, że wszystko będzie dobrze. Po prostu został. I być może właśnie to znaczyło dla Clei najwięcej. Kobieta, która przez większość życia uważała samodzielność za rodzaj zbroi, po raz pierwszy pozwoliła komuś zobaczyć, jak bardzo jest przestraszona. Ich związek dojrzewał spokojnie, bez wielkich deklaracji i teatralnych gestów. Neia rosła, Delacroix Equestrian rosło razem z nią, a Clea i Renoir coraz mniej przypominali dwoje ludzi, którzy kiedyś przypadkiem zostali rodzicami chrzestnymi tego samego dziecka. W 2012 roku pobrali się. Neia miała wtedy osiem lat i od dawna nie potrzebowała żadnego dokumentu, żeby wiedzieć, kim dla niej są. Była ich córką. I właściwie od tego momentu zaczęli świadomie budować rodzinę, którą wcześniej stworzyło im życie. Kolejne adopcje nie były więc próbą zastąpienia czegoś, czego Clea nie mogła mieć biologicznie. Nie były też „drugą opcją”. Były wyborem. Drugie dziecko pojawiło się w ich życiu kilka lat później, początkowo jako dziecko potrzebujące bezpiecznego domu, a ostatecznie zostało na zawsze. Trzecie przyszło podobną drogą — początkowo nic nie miało być pewne, ale w domu Delacroix słowo „tymczasowo” miało wyjątkowo krótką datę ważności. Czwarte dziecko trafiło do nich już jako starsze, z własną historią i wspomnieniami, których Clea nigdy nie próbowała wymazać. Zamiast tego dała mu miejsce na wszystko, co było wcześniej, i jeszcze więcej miejsca na to, co miało nadejść. Najmłodsze, piąte dziecko, pojawiło się już wtedy, kiedy cała rodzina była przekonana, że jest kompletna. Najwyraźniej nikt nie poinformował o tym samego życia. Dziś Clea ma czterdzieści jeden lat, Renoir czterdzieści pięć, a ich dzieci mają dwadzieścia dwa, dwadzieścia, dwadzieścia, siedemnaście i pięć lat. Neia jest najstarsza, ale jej wyjątkowość nie polega na tym, że była „pierwszą adopcją”. Jest wyjątkowa, bo była początkiem wszystkiego. To przez nią Clea nauczyła się, że rodzina nie zawsze wygląda tak, jak człowiek ją sobie zaplanował. To dzięki niej Renoir przestał być tylko irytującym facetem, z którym przyszło jej dzielić odpowiedzialność. To z nią po raz pierwszy zrozumieli, że można wybrać siebie nawzajem. A Clea, która kiedyś próbowała kontrolować każdy szczegół własnego życia, dzisiaj mieszka w domu pełnym ludzi, koni, hałasu, cudzych butów pozostawionych dokładnie tam, gdzie nie powinny leżeć, i planów, których nie da się przewidzieć nawet z najlepszym kalendarzem. I chyba właśnie dlatego jest szczęśliwa. Bo pod całą perfekcją, ambicją i wymaganiami zawsze była kobietą, która chciała znaleźć swoje miejsce. Ostatecznie znalazła je nie tam, gdzie planowała — lecz wśród koni, własnej rodziny i osoby, którego kiedyś uważała za najbardziej irytującego człowieka na świecie.
Ciekawostki
- Ma słabość do bardzo dobrej kawy i potrafi być wyjątkowo krytyczna wobec kawiarni, które podają jej coś, co według niej kawą jest tylko z nazwy.
- Nie znosi rodzynek w serniku i uważa, że jest to niepotrzebna próba zniszczenia całkiem dobrego deseru.
- Potrafi zapamiętać imiona koni, ich rodowody i wyniki zawodów sprzed kilkunastu lat, ale czasami zapomina, gdzie położyła własny telefon.
- Ma zwyczaj chodzenia po domu boso, nawet jeśli kilka minut wcześniej wróciła ze stajni.
- Nie cierpi, kiedy ktoś zostawia otwarte szafki. Potrafi zamknąć ją jednym ruchem ręki, przechodząc obok, nawet nie przerywając rozmowy.
- Jest jedną z tych osób, które mówią „nie jestem głodna”, a potem zjadają połowę cudzych frytek.
- Ma kilka eleganckich ubrań, których praktycznie nie nosi, bo większość czasu kończy w bryczesach, swetrze albo ubraniach roboczych.
- W domu ma stary album ze zdjęciami swoich pierwszych koni. Nie pokazuje go każdemu, ale bardzo go pilnuje.
- Ma sentyment do jednego starego konia, który nie był jej najlepszym sportowym koniem, ale był pierwszym, przy którym naprawdę nauczyła się cierpliwości.
- Nie lubi horrorów. Twierdzi, że życie dostarczyło jej wystarczająco dużo powodów do stresu i nie potrzebuje jeszcze oglądać duchów biegających po domu.
- Za to uwielbia kryminały i ma irytujący zwyczaj odgadywania sprawcy zdecydowanie za wcześnie.
- Jest fatalna w udawaniu, że czegoś nie zauważyła. Jeśli ktoś kłamie, Clea zazwyczaj tylko patrzy na niego przez chwilę i mówi: „Spróbuj jeszcze raz”.
- Ma bardzo dobry słuch do muzyki, ale jej gust jest kompletnie nieprzewidywalny. Potrafi jednego dnia słuchać klasycznego rocka, a następnego jakiejś kompletnie absurdalnej piosenki, której później będzie się wypierać.
- Kiedy jest naprawdę zdenerwowana, zaczyna sprzątać. Jeśli Clea nagle zaczyna porządkować szufladę o jedenastej wieczorem, rodzina wie, że coś jest nie tak.
- Nie potrafi dobrze odpoczywać. Jeśli ma wolny dzień, prawdopodobnie znajdzie sobie coś do zrobienia.
- Ma tendencję do kupowania książek szybciej, niż jest w stanie je przeczytać.
- Nie lubi przegrywać nawet w zupełnie nieważnych rzeczach. Gry planszowe w domu Delacroixów potrafią być zaskakująco poważną sprawą.
- Jest bardzo dobra w szachach, ale Renoir twierdzi, że gra z nią jest mniej więcej jak negocjowanie z zarządem dużej korporacji.
- Ma wyjątkowo słabą orientację w kuchni, jeśli chodzi o pieczenie. Gotować potrafi, ale przy pieczeniu traktuje przepis jak sugestię, a nie instrukcję.
- Uwielbia deszcz. Nie przeszkadza jej nawet kanadyjska ulewa, o ile nie musi akurat prowadzić treningu.
- Zdecydowanie bardziej lubi poranki niż późne wieczory. O piątej rano może być już całkiem przytomna, ale po północy jej cierpliwość przestaje być dobrem publicznym.
- Ma zwyczaj poprawiania ludzi, kiedy przekręcają nazwę lub wymowę czegoś związanego z końmi. Czasami robi to bezwiednie.
- Nie jest szczególnie dobra w robieniu zdjęć. Wszystkie fotografie koni wychodzą świetnie, natomiast rodzinne zdjęcia mają podejrzanie dużo uciętych głów.
- Ma jedną rzecz, której absolutnie nie pożycza — swoją ulubioną kurtkę jeździecką. Nikt nie wie dlaczego. Clea również nie zamierza tego tłumaczyć.
- Kiedy jest naprawdę szczęśliwa, zaczyna mówić szybciej i gestykulować. Sama prawdopodobnie nawet tego nie zauważa.
- Jej największym luksusem nie są drogie ubrania czy samochody, tylko święty spokój. Gdyby ktoś dał jej cały dzień bez telefonów, spotkań i obowiązków, byłaby prawdopodobnie zachwycona.
- Ma bardzo suchy humor i często mówi coś zupełnie poważnym tonem, dopiero po chwili pozwalając rozmówcy zorientować się, że właśnie sobie z niego zażartowała.
- Clea potrafi powiedzieć „nic się nie stało” w taki sposób, że absolutnie każdy w promieniu pięciu metrów wie, że właśnie stało się wszystko.