45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Przyjął jej ostrzeżenie – tę nagłą troskę – z chłopięcą wręcz niepokornością. Zacisnął palce na oparciu ponownie i uśmiechnął się przez zaciśnięte zęby, gdy ból na powrót uderzył w zakończenia nerwowe. Było to nierozsądne, zapewne niedojrzałe, nie prowadziło do zupełnie niczego, a jednak trwał na fotelu, zesztywniały i ogarnięty nieprzyjemnym pulsowaniem mięśni, jakby właśnie tego chciał. Robił Joe na przekór, choć jego ciało miotało się i wyrywało, chcąc uciec przed bólem. Nie ucieknie. Może właśnie ten brak pokory i niemal lekceważące podejście do własnego zdrowia sprawiało, że Carlos wciąż żył? Ile razy znajdował się w gorszym stanie, ile razy był postrzelony, pocięty i szyty? Nigdy nie odpuszczał, hartując fizyczną powłokę. Nie pozwalał, by umysł sądził, że jest słabszy niż wcześniej. Grainier była pierwszym z jego medyków, który faktycznie starał się go pouczyć i zadbać o jego dobrostan. Wydawała się martwić – nawet jeśli ta czujność była wyuczona przez jej przyszły fach. Cassandra cały czas strofowała Carlosa, próbowała go uchronić przed (auto)destrukcją, ale to była zupełnie inna dynamika. Była jak jego córka, choć nie krążyła w nich ta sama krew. Chciała się nim opiekować, w pewnym stopniu pozwalał jej więc na to, tylko dlatego, że w ten sposób sam mógł czuwać nad nią. Joe nie była jednak rodziną. Nie była nawet prawowitym lekarzem. Była młoda i choć zapewne miała większą wiedzę na temat zachowań ludzkiego ciała niż Carlos, widziała znacznie mniej niż on. Mniej bólu i mniej złamanych kości. Czy powinien pozwolić jej na troskę i znów odpuścić, schować nonszalancję do kieszeni, tak jak mogłaby oczekiwać?
Uważam. — Zmrużył oczy i napił się whisky. Przez moment wyglądał tak, jakby znów zamierzał przekornie zacisnąć mięśnie i powiedzieć, że to tylko ból. Rany w końcu się zagoją, nawet jeśli potrwa to dłużej. Dawna, miniona sprawność i tak nie powróci. Zbyt wiele próbowano zszyć i załatać, by nie odczuwał skutków tych napraw codziennie. — Nie musisz się martwić, Joe. To nie pierwszy raz, wiem na ile mogę sobie pozwolić. Wiem ile zniesie moje ciało. — Zapewnił ją, odszukując jej spojrzenie. W jego oczach nie było jednak wyzwania, a niepokorny uśmiech tańczący na ustach zniknął. Carlos – tym razem na przekór sobie – rozluźnił zaciśnięte palce, pozwalając ciału się rozluźnić. Przyjęło to z niemałą ulgą, zapadając się głębiej w fotel, a Salazar musiał powstrzymać się przed westchnięciem ulgi. To było przyjemne, poddać się na moment, ale równocześnie niezwykle niebezpieczne. Taki komfort to coś, do czego nie mógł się przyzwyczaić. Czujne oczy Joe obserwowały go w tamtym momencie, jej usta zaciśnięte w wąską linię, stanowczy wyraz twarzy; nie będzie pilnowała go wiecznie. W końcu zamienią się miejscami i znów będzie musiał wrócić do roli protektora. Siły, która nie może się wahać i nie może odpocząć. Nie będzie żadnego powodu, dla którego mógłby odpuścić, żadnej wymówki by zaniechać walki. Ona, choć na te kilka godzin, miała stanowić powód, dla którego nie ruszy się z mieszkania. Pozornie nie zepsuje i nie naprawi zupełnie nic.
Nie musi się bać. Żadna z was. — Słowa te przechodziły przez gardło dużo prościej, gdy nie musiał na nią patrzeć. Wtedy, gdy zmierzał w kierunku kuchni i nalewał do szklanki kolejną porcję whisky. — Próbuję zrobić wszystko, by nikt nie musiał żyć w strachu. Ale nie zmienię tego jakim człowiekiem jestem i co robię. To nie jest coś, z czego po prostu da się wycofać. — Przechylił szkło i odchylił głowę, pozwalając alkoholowi spływać po gardle. Przymknął oczy i odetchnął, zbierając w sobie siły na kolejne słowa i powrót do salonu. — Musicie mi zaufać. Nie jestem Martinem. — Wspomnienie przyjaciela bolało, dużo bardziej niż rana po kuli. I przez moment znów chciał zacisnąć palce na blacie kuchennego stołu, naciągnąć mięśnie i rozerwać ledwo połączone tkanki. Poczuć coś, nad czym miał kontrolę. Nie zrobił tego. Joe nie mogła go zobaczyć, a jednak był pewien, że wiedziałaby wszystko, prześwietlając jego osobę tymi bystrymi oczyma, które wyłapywały każdy subtelny gest. Nalał więc whisky do dwóch szklanek i wrócił. Tym razem jednak nie usiadł w fotelu, czym zapewniłby sobie bezpieczny dystans i doskonałą pozycję do obserwowania Joe. Zajął miejsce obok dziewczyny, na kanapie, w niewielkiej odległości – wystarczającej, by ich ciała się nie dotykały, ale zbyt małej, by mówić o wolnej przestrzeni. Postawił przed nią szklankę z whisky, samemu ponownie łykając alkoholu. Oparł się wygodniej, odchylona głowa spoczęła na zagłówku. Obserwował sufit, po którym tańczyły światła miasta. Ciepłe barwy popołudnia zaczęły ustępować, robiąc miejsce dla wieczornych cieni.
Inny sposób. — Powtórzył jej wcześniejsze słowa i uśmiechnął się słabo, z widoczną goryczą. Podobno zawsze da się znaleźć inne wyjście – tak mówiły wszelkie opowieści, naiwne bajki, które miały przywrócić wiarę w ludzką dobroć – wiedział jednak, że to tylko pobożne życzenie. Joe wydawała się jednak zdeterminowana, by pokazać mu, że się mylił. Obrócił głowę i spojrzał nią, leniwym i łagodnym spojrzeniem, jakby pogodził się z tym, że na chwilę musi odwiesić broń. Ustąpił jej już tyle razy, kolejny nie zrobi różnicy. — Co według ciebie powinienem zrobić? — Wypity alkohol powoli rozchodził się przyjemnym ciepłem po ciele. Głowa stała się lżejsza, a ból w ramieniu zamieniał się w tępe pulsowanie. Nawet fakt, że pytał Joe Grainier o radę, naprawdę rozważając jej wysłuchanie, wydawał się bardziej znośny. M o ż e dobrze się stało, że go powstrzymała, że siedział we własnym mieszkaniu ze szklanką whisky w dłoni, odrobinę mniej samotny i zły. M o ż e, wbrew pozorom, Joe stanowiła najlepszą część minionego dnia. Może łapał się na tej myśli, ale nie pozwalał sobie jej roztrząsać, zrzucając jej źródło na zmęczenie i alkoholowe majaki.


joe grainier
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
27 y/o
For good luck!
179 cm
studentka medycyny university of toronto
Awatar użytkownika
I've been learning about letting go, how to do it without my claws scratching the surfaces
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Był nieznośny. Krnąbrny w sposób, który już teraz skutecznie doprowadzał Joe do szaleństwa (ale który, jednocześnie, szatynka mogła zrozumieć, bo przecież u samej siebie znajdowała często podobną formę uporu), wytrącając jej tym samym wszelkie racjonalne argumenty. Nie dało się w końcu przecież negocjować z człowiekiem upartym jak osioł, i to chyba wyłącznie dla zasady. W reakcji na jego ostentacyjną niesubordynację – naprawdę bardziej niż dorosłego mężczyzny godną raczej zadziornego chłopca – nie pozostało jej zatem nic, niż tylko wymownie przewrócić oczami.
– Guzik, a nie uważasz – Żachnęła się. Musiała być ostrożna, bo nawet jedno, gwałtowniejsze potrząśnięcie głową ponownie sprowadzało na nią vertigo i podążających za nią, lekkich mdłości. Nie musiała jednak wykonywać żadnych większych gestów, by z wyrazu jej twarzy Carlos mógł bez trudu odczytać to, co działo się w jej wnętrzu. – Życzę powodzenia, jeśli tymi wygłupami doprosisz się o poważny stan zapalny.
Carlos zdecydowanie nie był pierwszym mężczyzną w jej życiu, który w chwilach lęku, albo bólu, upierał się przy hipotezie o własnej niezniszczalności. Pierwsi przychodzili jej do głowy właśni krewni, ale nie tylko – w końcu na oddziale dziennym i na nocnych dyżurach pełno było herosów, którzy przecenili panowanie, jakie rzekomo mieli nad własnymi organizmami. To prawda, ciało Carlosa nie miało jeszcze okazji spektakularnie go zawieść – trzymane na krótkim postronku jego silnej woli – ale Grainier była pewna, że to tylko kwestia czasu. Każda, nawet najmocarniejsza istota, miała swoją piętę Achillesa, nawet jeśli nigdy nie chciała się do tego przyznać nawet przed samą sobą.
– A mogę się założyć, że wtedy też się uprzesz, żeby nie szukać pomocy w szpitalu – Wytknęła, mimo osłabienia zadziorna w typowy sobie, nieustępliwy sposób.
Nie, rzeczywiście bynajmniej nie zamierzała pilnować go wiecznie. A mimo to jakąś nieposłuszną rozsądkowi częścią siebie już teraz domyślała się, że gdyby – jakimś cudem – za dwa tygodnie Carlos Salazar stanął w środku nocy na jej progu, z silną gorączką mącącą zmysły i nieznośnym bólem pulsującym w barku, nie potrafiłaby zatrzasnąć mu drzwi przed nosem.

Już za moment jej spojrzenie i cała postawa względem mężczyzny miały nieoczekiwanie stężeć, ale teraz, z ciężkim westchnieniem unoszącym jej pierś, Joe skapitulowała na sekundę w zmaganiach prowadzonych z przekorną naturą Carlosa.
– Chyba będę musiała przeprowadzić jakieś badania – Powiedziała tonem tak poważnym, jakby naprawdę budowała w głowie właśnie zarys akademickiego projektu – Czy u mężczyzn ten rodzaj uporu to coś, co pojawia się z wiekiem? A może to jakiś wirus panoszący się u facetów po czterdziestce… – Dobrze, może dogryzanie rozmówcy na płaszczyźnie tak w gruncie rzeczy niezależnej od niego, jak jego wiek było chwytem godnym kilkulatki, ale Joe nie mogła udawać, że nie była teraz z siebie w jakiś głupi sposób dumna. Już sam fakt, że cała ta nieprzystępna aura Carlosa nie zbiła jej z pantałyku do reszty, był niemałym sukcesem - ”Nie zmienię tego, jaki jestem”, bla, bla, bla – przedrzeźniła, podążając za nim wzrokiem. Igrała z ogniem, tak, ale przynajmniej w procesie tym robiło jej się odrobinę cieplej Brzmisz dokładnie jak mój ojciec. I jego ojciec. I pewnie wszyscy inni ojcowie świata.
Tego typu przytyki były oczywiście kompletnie nieadekwatne do powagi sytuacji, w jakiej się znaleźli. A mimo to dopiero teraz Joe zrozumiała, jak bardzo w ostatnich tygodniach brakowało jej choćby namiastki lekkości, przynoszącej cudowną ulgę w kontraście do wszystkich tych ciężkich, negatywnych emocji, jakie targały nią od ostatniego spotkania z Salazarem. Chwila wytchnienia nie trwała jednak długo.
– Musimy co? Joan prawie zachłysnęła się własną śliną, gdy z ust mężczyzny padły słowa o zaufaniu. Nie chodziło już nawet o to, że Joe nie cierpiała, gdy mówiono jej, co musiała, albo czego nie mogła robić (a już zwłaszcza wówczas, gdy robili to mężczyźni), a bardziej o fakt, co brunet właśnie jej przykazał. – Chyba sobie żartujesz – Parsknęła, sama zaskoczona tym, jak ostro to zabrzmiało.
- Cass też mu ufała, nie sądzisz? Temu człowiekowi, który na świecie sportu znał się o wiele lepiej od niej, miał się nią opiekować, i pewnie też ją zapewniał, że doskonale wie, co robi – Powiedziała powoli, jakby tłumaczyła Carlosowi właśnie najprostsze prawdy o funkcjonowaniu świata. Jako mężczyzna, pewnie nigdy nie musiał martwić się podobnymi kwestiami. Ale Joe nie była mężczyzną – Więc łaskawie nie każ mi sobie ufać pięć minut po tym, jak sam mi właśnie przypomniałeś, ile może kosztować kobietę uwierzenie mężczyźnie.
Jego nagła obecność na kanapie była zaskoczeniem, ale nie wypełniła Joan tym rodzajem lęku, którego dziewczyna mogła się po sobie spodziewać. Zamiast niego, poczuła raczej wdzięczność za whisky – za coś, czym mogła zająć dłonie; za kształt, w który mogła na trochę wbić niespokojny wzrok.

- Podobno zawsze da się znaleźć inne wyjście – Powiedziała, zupełnie jakby jakimś cudem potrafiła odczytać teraz myśli mężczyzny, nieświadoma jedynie, że we własnej głowie Carlos tego typu zapewnienia uważał za naiwne bajdurzenie godne dziecięcych opowiastek. Matematyka była prosta: wystarczyło pomyśleć, że dwudziestopięcioletni Carlos musiał być już całkiem pewnie ustawiony w przestępczych realiach podczas, gdy mała Joan dopiero uczyła się pewnie składać bardziej złożone zdania, i nadal wierzyła we wszystkie długo i szczęśliwie, które wyczytała w swoich ukochanych książkach z ilustracjami, by zrozumieć, że Salazar miał po prostu o wiele więcej czasu niż ona by do reszty zgorzknieć, podczas gdy w Joe nadal tliły się iskierki idealizmu.
Sięgnęła po szklankę, zatapiając wargi w płynnym złocie alkoholu, a potem mniej lub bardziej świadomie, przyjęła pozycję bliźniaczą do zajmowanej przez Carlosa. Zwróciła twarz w kierunku, z którego dobiegała chropowata melodia męskiego głosu.
— Chcesz, żeby się bał. Świetnie. A zastanowiłeś się, co może zrobić przestraszony człowiek? — Pociągnęła – Sam mi przed chwilą zrobiłeś o tym wykład. Walka albo ucieczka, pamiętasz? Więc załóżmy, że rzeczywiście pojedziesz tam dzisiaj i osiągniesz dokładnie to, czego chcesz. Przestraszysz go. Co zrobi potem? Bo ja na jego miejscu zaczęłabym się zastanawiać, skąd wiesz. I kto ci powiedział. – Jeszcze kilkanaście minut temu, prawda o trenerze Cass bya wyłącznie obrzydliwą abstrakcją, ale teraz zaczynała nabierać kształtów: twarzy, których Joe jeszcze nie znała, imion, których być może nigdy nie usłyszy. Dziewcząt ufnie zostających na lodowisku po treningach, dokładnie tak, jak przez lata robiła to jej przyjaciółka.
– Masz rację. Cass wcale nie musiała być jedyna – Zgodziła się, obracając w dłoniach szklankę. Wycieńczona długim monologiem, a jednak niezdolna jeszcze, by urwać go nim dotrze do sedna – Więc zanim zaczniemy się zastanawiać, co z tym wszystkim zrobić, błagam cię, pomyśl też o innych dziewczynach, dla których twój gniew może mieć konsekwencje. Sam wiesz, do czego jesteś zdolny, kiedy ktoś zagraża Cassie. Skąd, do cholery, wiesz, do czego on może się posunąć, kiedy poczuje, że ktoś zagraża jemu?

Carlos Salazar
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Połowę jej słów chciałby puścić mimo uszu, wyłączając na chwilę umysł. Na drugą połowę mógłby po prostu wywrócić oczami, ale ponownie byłoby to niezbyt dojrzałe i zapewne dałoby jej kolejny powód do przytyku. Słuchał więc, z ustami zaciśniętymi w wąską linię, odpuszczając potyczkę. Dokładnie tak, jak zrobiłby pacjent siedzący na kozetce u lekarza, niezbyt zainteresowany mądrościami medyka, ale pewny tego, że każdy sprzeciw wiązałby się z kolejną porcją nieznośnych upomnień. Nie uważał, nie dbał o zdrowie, prosił się o kłopoty, był zbyt dumny żeby poprosić o pomoc. Zapewne miała rację, ale nie zmieniało to zupełnie nic. Był ukształtowany w ten sposób, kultura machismo wpajana od pokoleń, przez ojca i jego ojca, przez całe wieki umierających na wojnach mężczyzn, których zadaniem było bronić i nie pokazywać słabości. Zrobili to sobie sami, krzywdząc głęboko własną wrażliwość, a Carlos był zbyt połamany i uparty, by próbować to zmienić. Jak dotąd ta postawa utrzymała go przy życiu, a miał wiele okazji, by je stracić. Joe nie rozumiała, a on nie miał zamiaru się spierać; oboje z pełną pasją rzucali grochem o ścianę, jakby mieli nadzieję, że trafią w jakąś szczelinę.
Być może Grainier trafiła. Jeśli jednak sądziła, że mur się skruszy, albo chociaż pęknie odrobinę bardziej, była w błędzie. Spojrzenie Carlosa zmieniało się z łagodnego w pobłażliwe, poirytowane, pełne chłodu, odbijała się w nim frustracja, a w końcu i zmęczenie. Patrzył na nią jak na ujadającego szczeniaka, który jest pewny, że coś swoim kłapaniem w końcu ugra. Dogryzała, przesuwała granicę coraz dalej, jakby zapominała gdzie i dlaczego się znajdowała. Cierpliwość Salazara powoli ulatywała, ale zamiast gniewu, odnajdywał w sobie znużenie. Nie potrafił być na nią zły, nawet jeśli próbowała go kąsać i zmusić do autorefleksji. Przeprosin. Przyznania racji. Czegokolwiek mogła chcieć ta młoda kobieta, od takiego starego zgorzknialca jak on.
Twój ojciec musiał być bardzo mądrym człowiekiem — odgryzł się w końcu, gdy wstawał z fotela, z zamiarem udania się do kuchni. — Más sabe el diablo por viejo que por diablo — mruknął pod nosem po hiszpańsku, kręcąc głową z dezaprobatą. Dalsza dyskusja nie miała sensu, wycofał się więc, by nie musieć spoglądać na dumną z siebie Joe. Sprawiała, że krew w jego żyłach wrzała i jeszcze nie potrafił stwierdzić, czy było to męczące, czy jednak przyjemne. Wiedział natomiast, że gdyby ktoś inny niż ona mówił do niego w ten sposób, zapewne rozmowa nie przebiegłaby tak łagodnie. Oboje mieli szczęście, że była bliska dla Cassandry. A może, po prostu miał do niej jakąś niepokojącą słabość.
Jeśli sądził, że monolog Joe dobiegł końca, zdecydowanie się mylił. Mówiła wciąż, tym razem wchodząc na cienki lód i, zgodnie ze swoim temperamentem, nie zamierzała stąpać po nim ostrożnie. Brzmiała ostro, gdy przypominała mu, że zaufanie mężczyźnie, opiekunowi, sprowadziło na Cassandrę tylko i wyłącznie mrok. Była oburzona tym, że Carlos w ogóle kazał sobie zawierzyć, jakby składał propozycję bez pokrycia, albo opowiadał nieśmieszny żart. Ponownie, pozwolił jej dokończyć, siedząc na kanapie i obracając szklankę z whisky w trzęsącej się dłoni. Zaciskał szczękę, zęby przebiły delikatną skórę wewnątrz policzka. Słowa świstały wokół niego jak kule, a on walczył, by jednak się nie złamać. Nie próbować starcia z nią. Odpuść. Po prostu odpuść. Nie chciała umyślnie sprowadzić jego – wszystkich mężczyzn – do poziomu tamtego człowieka. Nie chciała go obrazić, ale chciała żeby zabolało, gdy przypominała o krzywdzie wyrządzonej Cass. I bolało, bolało też dlatego, że być może miała rację. Dlaczego miałaby mu ufać? Był mordercą, przemytnikiem, miał połamany kręgosłup moralny i problemy, do których duma nie pozwalała mu się przyznać. Dlaczego prosił ją o zaufanie, skoro od początku chciał, by czuła wobec niego strach i niechęć? Próbował zmusić ją do zdystansowania się, a kiedy już to robiła, spływała na niego tylko i wyłącznie gorycz. Żołądek zacisnął się nieprzyjemnie, a on po raz kolejny dopił whisky, próbując zagłuszyć wzbierające emocje ostrym uderzeniem alkoholu.

Nie odpowiadał, bo nie potrafił znaleźć dobrych słów. Na wszystko znalazłaby doskonałą ripostę, wbijając kolejną szpilkę. Z jakiegoś powodu każda z nich sięgała głęboko pod grubą skórę Carlosa. Ten ból nie był chciany, nie był kontrolowany, nie stanowił ucieczki. Łagodność spojrzenia, które jej posyłał, powoli ustępowała smutkowi. Patrzył na nią, na jej poruszające się usta i roziskrzone oczy, sparaliżowany i przykuty do kanapy. Bez odpowiedzi, bez dumy i pouczenia. Stary Cordero wisiał na ramieniu, szepcząc do ucha znajome rozwiązania.
Przecież wiesz czym jest strach i jak go ukierunkowywać. Wiesz jak daleko się posunąć, by kogoś złamać. Jeśli to nie pomoże, zawsze można go po prostu zabić, przecież już to robiłeś, a on na to z a s ł u ż y ł. Czy w ogóle obchodzi cię ktokolwiek poza Cassandrą? Możesz współczuć tamtym dziewczynom, ale jeśli chcesz naprawdę im pomóc, spraw by ten mężczyzna zapłacił. Nie bądź naiwny, Carlos. Nie ma innego sposobu. Nie ma sprawiedliwości, jeśli sam jej nie wymierzysz. Joe jest zbyt młoda i idealistyczna, by zrozumieć jak wygląda życie. Możesz mieć tylko nadzieję, że kiedy przyjdzie do niej ta realizacja, nie będzie cierpiała zbyt bardzo.
W porządku. — Skinął głową, usta poruszyły się wolno, jakby wbrew jego woli. Wyglądał na zagubionego, jeszcze bardziej niż tamtego wieczoru, gdy miotał się w gorączce w mieszkaniu Joe. — Obiecuję, że nie zrobię nic lekkomyślnego. Znajdę… inny sposób. — Niechęć w jego głosie wciąż była wyczuwalna, choć próbował ją przełknąć. Wciąż nie wierzył, że dało się załatwić sprawę inaczej, ale jednak przyrzekł. Nie łamał danego słowa. — Starasz się robić dobrze. Zmienić świat na lepsze. Pomagać ludziom. I ja to rozumiem, Joe. Doceniam. Podziwiam twoją siłę i upór. — Chciał sięgnąć po whisky, by rozrzedzić gęstniejącą ślinę i odwrócić na chwilę spojrzenie od oczu Grainier, ale przecież szklanka była już pusta. — Chcę żebyś zrozumiała, że ja taki nie jestem. Próbowałem, ale chyba urodziłem się w złym miejscu i czasie. Tam nie było innego sposobu. — Nie potrafił znaleźć sobie miejsca, w tej niewielkiej przestrzeni między nimi stało się duszno i niebezpiecznie. Powietrze zapachniało dymem i palonym mięsem. Więdnącymi kwiatami i kadzidłami. Rdzawą wonią monet obracanych w spoconych palcach, drogimi importowanymi perfumami. Krwią i uryną. Meksykiem. — Ojo por ojo, diente por diente. Wybór był prosty. Mogłem umrzeć w imię ideałów, tak jak mój ojciec, albo spróbować zapewnić byt sobie i matce. — Nie było w nim żalu. Nie potrzebował współczucia, nie sądził, by otrzymał też zrozumienie. — Zapewne oślepłem, ale to dobrze. Cieszę się, że jestem ślepy Joe. Gdym patrzył na to wszystko, co się działo twoimi oczami, zostałbym złamany. Ale żyję, bo wybrałem życie, bez względu na cenę.


joe grainier
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
27 y/o
For good luck!
179 cm
studentka medycyny university of toronto
Awatar użytkownika
I've been learning about letting go, how to do it without my claws scratching the surfaces
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Joe była przyzwyczajona do mężczyzn traktujących ją mniej więcej tak, jak zazwyczaj traktuje się urocze, ale trochę niezrównoważone domowe zwierzątka. Kotki, pieski, czasem może i jakąś pstrokatą świnkę morską, którą można potrzymać chwilę na podołku, pogłaskać, i odstawić do klatki, gdzie będzie mogła spiłowywać sobie zęby uparcie gryząc metalowe pręty. W taki mniej więcej sposób podchodził do niej jej ojciec, i - choć starał się to czasem ukryć pod płaszczykiem własnej wrażliwości - nawet i Johnny, nie mówiąc już o całej zgrai profesorów i szpitalnych nadzorców, na nadgorliwą studentkę spoglądających z mieszaniną irytacji i pobłażliwości. Nie dziwiło jej więc wcale, że mimika Carlosa przez dłuższą chwilę przypominała cały kalejdoskop frustracji: od zniecierpliwienia i jakby rozbawionego cynizmu, przechodząc płynnie w znużenie i zmęczenie, któremu koniec mógłby przynieść jedynie finał jej monologu. Jak można było się też spodziewać, nie robiła sobie z nich zbyt wiele, fundując mu kolejne rozdziały własnej pogadanki - w podobny sposób, jak zwykła kompletnie ignorować sprzeciw krnąbrnych pacjentów, i mimo ich protestów pouczać ich raz po raz o istotności przestrzegania lekarskich zaleceń. Może naiwnie, ale nadal wychodziła z założenia, że nawet jeśli w ich głowach miało zaczepić się jakimś cudem choćby pięć procent jej porad, i tak stanowiło to niemały sukces. Z Carlosem ewidentnie przyjęła podobną taktykę.
- "Być"? - Powtórzyła po nim dopiero, gdy posilił się na komentarz o jej ojcu. Wbiła weń pytający wzrok, z jedną brwią wymownie wygiętą ku górze. Nie była pewna, co w jej wypowiedzi sprawiło, że Carlos założył, iż stary Grainier, idąc tym samym w ślady własnej żony, już jakiś czas temu pożegnał się z życiem - czy ton, jakim Joe zwykła mówić o swoim rodzicielu, czy nieobecny, jakby wycofany wyraz, jaki na jej twarz wkradał się nieproszenie za każdym razem, gdy choćby na moment wracała do mężczyzny myślą - ale nie bez jakiejś okrutnej satysfakcji miała teraz szansę by wyprowadzić go z błędu. - Mój ojciec żyje, Carlos - Poinformowała go ze wzrokiem wbitym na moment w pozostałość alkoholu na dnie wręczonej jej przez Salazara szklanki - Tylko siedzi w pierdlu. - Było coś brutalnie przyziemnego w sposobie, w jaki Joan informowała ludzi o odbywanym przez jej ojca wyroku - jakby dosłownością tego stwierdzenia samej sobie próbowała przypomnieć, że ten nigdy już nie wróci z aktualnego miejsca swojego pobytu. Niekiedy, rzecz jasna, gryzła się w język, i jakimś ogólnikiem odcinała rozmówcom drogę w stronę jakichkolwiek dodatkowych pytań. W chwilach jak teraz jednak - kiedy tej drugiej stronie konwersacji nie czuła się winną niczego oprócz prawdy - trudno jej było się posilić na białe kłamstwa. - Więc chyba jednak nie takim mądrym...
Pokręciła głową, kolejne słowa Carlosa z lekkim wysiłkiem przepuszczając przez filtr swojego intelektu. W przeciwieństwie do niektórych jej rówieśników, nigdy nie uczyła się w szkole hiszpańskiego, od dziecka mając w planach studia medyczne priorytetyzując jakże przydatną na tym kierunku łacinę, a potem także francuski, którego brzmienie zwyczajnie lubiła, i który ćwiczyć mogła przecież w Toronto przy licznych, codziennych okazjach. Niejeden dyżur w szpitalu, przez który prawdziwymi falami przelewali się niekiedy mniej i bardziej legalni migranci z obszarów hispanofonicznych, niejako przymusiły ją jednakże do liźnięcia podstaw, które wiele pozwalały jej wywnioskować z kontekstu, więc bez trudu pojęła treść hiszpańskiego porzekadła.
- Boże, ty to naprawdę jesteś trochę jak z serialu... - Skwitowała je takim samym półszeptem, jakim Salazar mamrotał teraz do siebie pod nosem, faktycznie przypominając jej teraz czarne charaktery z filmów Tarantino, i innych, podobnych mu reżyserów. Być może ośmielił ją ten nagły wyrzut adrenaliny, który towarzyszyć zwykł niedoszłym omdleniom, albo wpływ alkoholu, coraz zuchwalej panoszącego się teraz w jej ciele, ale faktycznie, lód po którym kroczyła w prowadzonej z brunetem rozmowie z każdym słowem wydawał się coraz cieńszy i cieńszy. Jeszcze chwila, a Joe albo utonie, albo udowodni zarówno Carlosowi, jak i samej sobie, że nawet w lodowatej wodzie potrafi jakimś cudem ujść nie tylko z życiem, ale i z resztkami godności.

Naprawdę nie wiedziała, czego spodziewała się po swoim towarzyszu - czy wybuchu złości, czy może kolejnej próby, żeby ją nastraszyć - ale jego reakcja stała się niespodziewanym policzkiem, który natychmiast wytrącił Joe z jej pensjonarskiego zacietrzewienia. Wszystko: podniesiony głos, i wraz z nim uniesione gniewnie ręce, okrutny przytyk albo nawet pogróżka, byłoby lepsze od zaskakującego Joe nagle smutku i tej nieznośnej ciszy, którymi Carlos zareagował na jej prowokację. Jego milczenie, jego konsternacja, i wyraźny dyskomfort ból, były niczym innym, jak sprawką samej Joe. I zamiast triumfu, poczuła wyłącznie obrzydzenie. Nie wobec niego. Wobec samej siebie.

- W porządku.

Co, do cholery!?
Przecież nic nie było w porządku.


Zupełnie automatycznie, Joe zarejestrowała ledwie dostrzegalną fuzję ruchu i spojrzenia, którymi Carlos desperacko wybiegał w stronę opróżnionej już szklanki whisky. I równie odruchowo, wbrew rozsądkowi, który nakazywał jej nie wstawać, i odpoczywać jeszcze przez dłuższą chwilę, Joe Grainier wyrwała się do pozycji pionowej, choć zachwiała się przy tym lekko na tych swoich smukłych, jakby wypłukanych teraz z energii nogach.
Droga do kuchennego stołu była krótka i prosta. Joe otworzyła butelkę, szklankę Carlosa wypełniając hojną porcją alkoholu. Nie dlatego, że chciała go upić, a raczej w akcie troski, której nie potrafiła skutecznie wyrazić żadnym innym sposobem.
Zamiast usiąść obok, przykucnęła przed nim tak, jak zwykła robić to przy pacjentach, prowadząc dokładne oględziny - bez podtekstu, pragmatycznie, w ciepłym v rozstawionych szeroko nóg mężczyzny. Podała mu alkohol.
- To musiał być okrutnie ciężki wybór - Powiedziała cicho, komentując słowa Carlosa o wyborze między ideałami ojca i śmiercią, a pomocą i odpowiedzialnością za matkę. Może brzmiała głupio, ale miała gdzieś, czy Carlos po raz kolejny uzna ją dziś za naiwną dziewuszkę, albo może za idiotkę, która niewiele wie o prawdziwym życiu. Mówiła przynajmniej szczerze, starając się okazać brunetowi to, co w jego świecie było zapewne dość rzadkim i cennym towarem. Odrobinę empatii. - Przykro mi, że musiałeś go kiedykolwiek podejmować.
Zadarła głowę, spoglądając wprost na niego, i chyba po raz pierwszy pozwalając sobie naprawdę wpatrzeć się choć na chwilę dłużej w surowy, ale jednocześnie niezwykle piękny krajobraz jego twarzy. Wyobrażała sobie, że właśnie tak musi wyglądać tonący w mgle łańcuch Sierra Madre. Jak miejsce, w którym można umrzeć, z zachwytu, albo ze strachu.
- I cieszę się, że jednak żyjesz, okay? - Spróbowała się uśmiechnąć - Nawet jeśli dla ciebie nie ma to żadnego znaczenia. Spróbuj nie dać się zabić w imię rzeczy, którą naprawdę da się załatwić inną drogą. Coś wymyślimy.
Co takiego? Nie miała pojęcia. Ale czuła, że odpowiedź na to pytanie już istnieje. Pozostawało jej im tylko jakimś cudem jej dosięgnąć.

Carlos Salazar
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie zastanawiał się nad tym co powiedział o ojcu Joe, a raczej j a k to powiedział. Jakby założył, że tamten mężczyzna nie żył. Już po prostu nie istniał, tak jak nie istniała jej matka, ani nawet zagubiony brat, który podobno zawsze wracał. Nie zastanawiał się, bo był zmęczony i sfrustrowany, a ona nigdy nie wspomniała słowem o swoim ojcu. Każdy jakiegoś miał, ale nie wszyscy byli warci opowiedzenia. Była też możliwość, że Carlos najzwyczajniej w świecie zapomniał, że Joe znacznie różniła się wiekiem od niego samego. Jego rodzice nie żyli – starszy Salazar popełnił zbyt wiele błędów, dorabiając się kuli, przez którą uciekła dusza, a matkę wykończyła starość i choroby. Wykończył ją Meksyk i winy, które brał na siebie młody Carlos, by próbować ją chronić. Jakże przewrotne bywało życie.
Zapominał więc, może zbyt często, by nie mierzyć innych własną miarą. Dlatego podświadomie uznał Grainiera za postać, która odeszła. W jakiś sposób faktycznie to zrobił, skoro odsiadywał wyrok w więzieniu. Wiedział jak nieobecność ojca wpływa na dziecko. Widział z jakim trudem przechodziła przez to Cassandra – nawet jeśli jej relacje z Martinem nie zawsze były proste i pełne miłości. Świadomość, że tkwił za kratkami, zamiast opiekować się rodziną, była trudna do zniesienia. Czy Joe również miała o to żal? Czy liczyła na powtórne spotkanie z kimś, kogo zapewne jako dziecko ufnie nazywała tatą? Chciał o to spytać, bo może zrozumiałby pewne kwestie lepiej. Był ciekaw jaką winę miał odpokutować ten mężczyzna i jak długo już tkwił odcięty od świata, jak dawno się to stało. Czy Joe czuje się przez to bardziej samotna, z świadomością, że w gruncie rzeczy pozostała sama sobie, bo reszta jej bliskich odeszła lub znalazła się gdzieś na granicy tego stanu. Może powinien się zreflektować – powiedzieć, że faktycznie, jej ojciec nie był zbyt roztropny i odpowiedzialny (dał się w końcu złapać) popełniając przestępstwo. Przeprosić za niedopatrzenie i odgórne założenie, przyznając się do popełnienia błędu. Było jednak coś takiego w twarzy Joe, gdy wspominała o całym zajściu, co kazało mu zamilknąć. Wycofywała się. Może kryła żal za chłodem, a może to po prostu czysta niechęć. Nie rozgrzebywał tego. Nie mówił więcej i nie sprzeczał się. W przeciwieństwie do niej, gdy lód zaczynał się pod nim załamywać, nie próbował iść dalej. Gdyby zrobił choćby krok, zapewne wciągnąłby pod wodę ich oboje.
Kolejne słowa, które Carlos chyba nie do końca zarejestrował i pojął, jedynie podkreślały, że byli z dwóch różnych światów. Podczas gdy hiszpańskie powiedzenia Salazara, jego sposób bycia i wysławiania się, jego blizny, tajemnice, jego zimna broń i żarliwy temperament, stanowiły dla Joe jakiś fenomen, dla niego były trudną codziennością. Faktycznie, gdyby nakręcić o nim film, byłaby to całkiem przyzwoita sensacja. Sensacja, która od lat spędzała Carlosowi sen z powiek. Ekscytujące było słuchać o tym wszystkim, gdy dało się od tego odciąć i oddalić. Kiedy na rękach pojawiała się krew, już nic nie było takie proste. Czy wtedy, gdy zszywała go w swoim domu, a igła ślizgała się w palcach, myślała o sobie jako o bohaterce kolejnej historii?

Słowa Carlosa, a później jego długie milczenie, musiały zmartwić Joe. Faktycznie, było to do niego niepodobne – ta cisza, która jednak nie wiązała się z analizowaniem i świadomym przejmowaniem otoczenia. Wydawał się po prostu odcięty, ledwo zarejestrował jej nagły ruch i wyślizgnięcie się szkła z dłoni, gdy odebrała mu szklankę. Oczywiście, swojego wątpliwego stanu również nie przyjmował. To tylko kilka sekund dziwnego zamyślenia, które minęły od razu, gdy Joe wróciła z dolewką alkoholu. Zamiast jednak usadowić się obok, w bezpieczniej odległości, w taki sposób, by nie musiał patrzeć jej w oczy, uklękła przed nim. Przełknął ślinę i przyjął whisky, od razu maczając w nim wargi. Ukrył się za bursztynowym płynem, wlepiając spojrzenie gdzieś wysoko, ponad głową dziewczyny. Jeden łyk, drugi, paląca woda w przełyku, zaciskające się gardło, buntowniczy odruch organizmu, który mówi dość, ale on nadal nie przestaje, bo ma kontrolę.
Dziękuję. — Wymruczał pod nosem, nadal na nią nie patrząc. Nawet wtedy, gdy poczuł jej dłoń na swoim kolanie w geście pocieszenia – a może szczególnie wtedy? Dopiero kiedy zaczęła mówić, ciepło i spokojnie, że jej przykro, obniżył wzrok. Jej twarz była tak młoda, tak łagodna i tak niewinna. Zupełnie nie rozumiała, ale starała się. Okazywała mu empatię, której nie oczekiwał. Nie należało mu się żadne współczucie. — Był. To nic, to przeszłość. Wybrałem życie i teraz jestem tutaj. — Starał się brzmieć przekonująco. Chciał żeby mu uwierzyła i żeby s a m sobie uwierzył. Zostawił to wszystko za sobą, dawno temu. Niewiele pozostało w nim z tamtego młodego chłopaka, który żył na ostrzy noża, prawda? Nie był istotny. Był w Kanadzie, z Cassandrą. Był w domu, z niepokorną Joe, która z jakiegoś powodu cieszyła się, że wciąż oddychał i próbowała znaleźć inny sposób, nawet jeśli on w niego nie wierzył. — Coś wymyślimy — powtórzył za nią i uśmiechnął się, popijając te słowa whisky. Westchnął, odrywając od dziewczyny swoje spojrzenie i zacisnął palce na szklance. — Zadzwonię po taksówkę, powinnaś wrócić do domu. Obiecuję, że nigdzie się stąd nie ruszę.
To był sprytny unik. Nie chciał mówić nic więcej. Nie potrzebował jej ciepłego spojrzenia i ciepłych dłoni. Potrzebował zimnego whisky i długiego snu.

joe grainier


KONIEC.
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „#27”