W sumie to nie wiedział, jak miał się zachować w tej sytuacji przy chłopaku. Ariel był w jego oczach wszystkim, czego mógłby chcieć od chłopaka, zwłaszcza jeśli chodziło o wygląd. Nie chciał wychodzić na płytkiego, niemniej jednak ciężko było udawać, że czyjś wygląd się nie liczył. Być może nie był jeszcze na tyle dojrzały, by pomijać kwestie wizualne i stawiać na piedestale jakieś inne cechy. Niemniej jednak zdążył chłopaka też poznać na tyle, żeby móc uznać go za porządnego i sympatycznego. Był więc przystojny, wysoki i miły, więc zupełnie w typie Tomasha, co po części wydało mu się dziwne, bo nie przypuszczał, że kiedykolwiek pozna kogoś takiego. Jeśli miał być szczery, to zaczynając swoje studia nie zakładał, że pozna tutaj kogokolwiek, kto wzbudziłby jego zainteresowanie. Jeszcze kilka lat temu nie przykładał większej uwagi do romansowania czy też znajdywania osób, z którymi mógłby spróbować stworzyć jakąś relację bliższą niż przyjacielska. Nie żeby tego nie chciał, ale uważał, że na to przyjdzie jeszcze czas. Zaczynając studia był skupiony tylko na nauce, a w liceum nie przykładał większej uwagi do swoich kolegów, którzy nie byli dla niego interesujący. Zresztą on sam nie był na tyle interesujący, by ktoś zwrócił na niego uwagę, więc aby uchronić się przed ewentualnym odrzuceniem, najzwyczajniej w świecie nie angażował się. Zazwyczaj kończył siedząc w swoim pokoju i czytał książki albo grał w gry, wychodząc jedynie z przyjaciółmi, których udało mu się zdobyć. Będąc na studiach niewiele się to zmieniło, poza tym, że teraz wrzucono go w grupę różnych ludzi i ten ciągle zmieniający się kalejdoskop twarzy sprawił, że z jakiegoś powodu zaryzykował i otworzył się.
Nie spodziewał się jednak, że jego obiektem westchnień zostanie baseballista. Sportowcy nigdy nie byli w jego typie, bo z jednej strony wiedział, że nie miał u nich szans, a z drugiej, być może nieco stereotypowo, sądził, że nie będzie mieć z takim typem nic wspólnego. Ariel jednak łączył w sobie nie tylko sportowy vibe, ale również seksowną inteligencję, jako student fizyki jądrowej, o której Tomashek nie wiedział za wiele, ale z radością mógł słuchać.
–
Nie no… pewnie tylko tak się wydaje – powiedział, przykładając dłonie do twarzy. Jego policzki i czoło rzeczywiście były ciepłe. Nie znał się zbyt dobrze na tym, jak słońce oddziałuje na ludzkie ciało, jednak wiedział tyle, że ciało się nagrzewało i że z pewnością czekała go ciężka noc, gdy organizm będzie starał się oddać to nagromadzone ciepło. I trzeba było przyznać, że niczego nie lubił tak bardzo, jak nagrzewanie się w nocy, zwłaszcza w ciągu lata. Nawet w zimie rzadko zakopywał się pod kołdrami. Nie lubił się pocić. Wizja chłodnego prysznica, który z pewnością weźmie, gdy tylko wróci do domu, była niesamowicie kusząca.
Spodobało mu się, że Ariel określił go mianem uroczego pomidora. Słowa te wywołały w jego brzuchy dziwne uczucie uścisku, które nie okazało się nieprzyjemne. Uśmiechnął się prowadząc chłopaka dalej przed siebie. Na moment zapomniał, po co tak właściwie szli w tym kierunku i dopiero gdy jego dłoń zacisnęła się na telefonie, a on spojrzał w dół i przypomniał sobie, że chciał porobić zdjęcia.
–
Och… nie wziąłem ze sobą wody – powiedział, marszcząc się lekko, bo właśnie w tej chwili przypomniał sobie, że rzeczywiście nie miał jej przy sobie. A przecież był pewny, że zabierał ze sobą butelkę zanim tutaj przyszedł. I wtedy go uderzyło, że musiał go upuścić w tym samym momencie, w którym jego dłoń zaciskała się na nadgarstku Ariela. Szczerze to nie przeszkadzało mu to. Jeśli miałby wybierać, to pewnie i tak wolałby trzymać chłopaka, niż butelkę wody.
Uśmiechnął się na jego komentarz. O ile obce mu były tematy związane z odmiennością koloru skóry, bo sam obdarzony był wyjątkowo jasnym odcieniem, to nie mógł uchronić się przed komentarzami związanymi z tym, skąd pochodził. Bo chociaż on sam urodził się w Toronto, to jego rodzice pochodzili z Polski i zajęło im dość sporo czasu na to, by się tutaj odnaleźć i zaaklimatyzować. On pojawił się tu na gotowe i w sumie sam uważał się za Kanadyjczyka z lekkim słowiańskim posmakiem i polskim akcentem, przeplatanym przypadkowymi polskimi przekleństwami. Dzieciaki czasami śmiały się z tego, skąd pochodził i z jego nieco kanciastego akcentu i twardo wymawianego R. Z wiekiem jednak docinki ustały, na szczęście. Oczywiście w dzieciństwie do Tomashka nie docierał prawdziwy wymiar tych docinek i tego, co ze sobą niosły. Nie wiedział bowiem, czym były uprzedzenia i ksenofobia, dopóki nie skończył kilkunastu lat, jednak już wtedy te wymierzane w jego stronę ucichły i nie musiał się już nimi przejmować. Czasami jednak odzywały się w nim wspomnienia, który dziwnie i nieprzyjemnie drapały ranę schowaną gdzieś głęboko.
–
Tak, ale też chcieliśmy pozwiedzać… poza tym mój ojciec ma bzika na punkcie gladiatorów i Pompei… wiedziałeś, że Koloseum miało wysuwany dach, który rozkładano podczas walk gladiatorów, gdy Słońce świeciło zbyt mocno? – zagaił. Nie wiedział, czy Ariel będzie podzielać zainteresowania starszego Novakowskiego, niemniej jednak nie szkodziło zapytać. Kiedyś też czytał, że podobno faceci myślą o starożytnym Rzymie dość często, więc istniała szansa, że było to jedno z zainteresowań jego rozmówcy.
–
A wiesz, że zawsze chciałem się nauczyć hiszpańskiego? – powiedział, chociaż skąd on miałby to wiedzieć? W szkole Tomashek wybrał francuski, który polubił na tyle, by nieco podłapać i zapamiętać. Uważał jednak, że skoro już zna polski, to nie musiał uczyć się innych języków.
–
A skąd tak właściwie pochodzisz? – zapytał.
Ariel Velazquez