Jazz patrzył na nią
inaczej - z zaciekawieniem, z charakterystycznym błyskiem w oku, który pozwalał jej wierzyć, że jego intencje były szczere. Cała jego postawa zachęcała ją do tego, by zaryzykować; by wyjść z własnej strefy komfortu, chociaż było to tak trudne. Im dłużej jednak mu się przyglądała, tym bardziej jego piękne oczy kusiły ją do tego skoku w nieznane - podobało jej się to, co widziała, bo Jasper był przystojnym mężczyzną, z nieco nonszalanckim stylem, który idealnie do niego pasował. Wodziła wzrokiem od jego oczu, po te niesforne kosmyki włosów, które opadały mu na czoło, aż po ten uśmiech, który niemal nie znikał z jego twarzy. Nie wiedziała, czy w swoim życiu spotkała kiedykolwiek kogoś, kto tak szczerze i długo by się uśmiechał - to było niemal uzależniające. A poza tym fizycznym wydźwiękiem, była pewna, że skrywał w sobie wiele emocji, które zobaczyła właśnie wtedy, gdy śpiewał do niej wprost ze sceny - gdy dzielili ten zaskakujący, całkiem intymny moment, chociaż dzieliła ich spora odległość. Było w tym coś na tyle wyjątkowego, że chciała zgłębić to jeszcze chwile dłużej - choćby przez te jedną noc, gdy miała przestać być wreszcie tą sztywną
Solene Rhodes, a zostać po prostu dziewczęcą, pełną pragnień Sol, która niewiele w życiu doświadczyła.
-
Tak, przyznam, że o tym też pomyślałam. Bo czy faceci w ogóle oglądają takie filmy? - zagadnęła, będąc przekonaną, że Ci, których ona znała i którzy otaczali ją na co dzień, byli dziwnym odwzorowaniem męskości, wobec której oglądanie tego typów filmów było powodem do wyśmiewania. Dlatego fakt, że widział „bardziej kobiecy” film, którego ona sama nie oglądała, zdecydowanie ją zaintrygował. Fakt był jednak taki, że nadal targała nią niepewność co do podejmowanych właśnie wyborów, już sam fakt wyjścia z nim baru był jak na nią sporym szaleństwem, ale spędzenie tej nocy we dwoje w parku rozrywki jawiło się jako szczyt jej możliwości. A może nawet przekroczenie już wszelkich granic, jakie miała. -
Jasper - podobnie jak on, powtórzyła jego pełne imię, jakby próbując się do niego przyzwyczaić i również lepiej je zapamiętać. Uśmiechnęła się nieznacznie, bo obie wersje do niego pasowały i brzmiały dobrze, poczuła odrobinę wyrzutów sumienia za to, że nie podała mu nawet nazwiska, a sama wiedziała o nim o wiele więcej niż on o niej, ale… zasada małych kroków. Już i tak rzucała się w przepaść, godząc się na całe to szaleństwo.
Parsknęła niespodziewanie śmiechem, gdy właśnie to padło z jego ust - gdy nazwał ją
trochę szaloną, nie mogła powstrzymać tej spontanicznej reakcji. -
To zdecydowanie ostatnie ze słów, którym można by mnie określić - pokręciła z niedowierzaniem głową. Ale faktycznie dzisiaj podejmowała decyzje, które mieściły się w granicach tylko tego słowa.
Szaleństwo. To szaleństwo, które miał z nią współdzielić. Uniosła więc szklankę na znak niemego toastu i dopiła zawartość, krzywiąc się lekko poprzez mocniejszy smak alkoholu, który palił jej gardło. Gdy sięgnął po butelkę, miała zapytać co ze szklankami, ale zauważyła, że on swoją zostawił na paletach, więc uczyniła to samo - wychodziło na to, że mieli dopić whisky, dzieląc się butelką. Gdy zaczął iść w kierunku ulicy, jeszcze przez sekundę czy dwie się wahała, zerkając na szklanki, które mieli tu zostawić, bo czuła się nieswojo z tym, że tak po prostu zabrali je z baru, ale Jazz się oddalał, oglądając się na nią zachęcająco, więc w końcu ruszyła się z miejsca i podążyła za nim.
Chociaż Solene na co dzień chodziła wyłącznie w szpilkach, to jednak chodzenie w nich po mieście nie było tak proste, nie odczuwała strasznego bólu, ale najpewniej odczuje go jutro. Tak czy inaczej poruszała się w nich sprawnie i bez narzekania. Droga sama w sobie była dla niej wyzwalająca: chociaż początkowo czuła się skrępowana i niepewna co do tego, czy ktoś jej nie zobaczy lub nie rozpozna, bo przecież korzystali z komunikacji miejskiej, a Jasper trzymał butelkę alkoholu, którego nie można było spożywać w miejscach publicznych, a ona przecież znała prawo lepiej niż ktokolwiek inny, ale… w końcu z kolejnym upitym łykiem alkoholu te wątpliwości w niej gasły. Im więcej Jazz się śmiał, tym bardziej udzielała się jej jego radość. W czasie podróży, mimo pojawiających się wątpliwości, zdecydowanie te granice pomiędzy nimi się zacierały, a oni swobodniej czuli się w swoim towarzystwie. A może to
wina zasługa alkoholu. Mimo to nadal z zachwytem obserwowała jego roześmianą twarz, delektując się tym, że ludzie naprawdę potrafią być szczęśliwi, tak jak ona nie była chyba nigdy w swoim życiu i tylko utwierdzała się w przekonaniu, że podjęła dziś dobrą decyzję.
Kiedy w końcu dotarli do parku rozrywki, Solene przez chwilę stała w miejscu, jakby potrzebowała kilku sekund, żeby przyzwyczaić się do tego wszystkiego. Migające światła przyciągały jej wzrok z każdej strony, muzyka mieszała się z odgłosami rozmów i śmiechu, a kolejne atrakcje wyrastały przed nimi - większe i bardziej kolorowe. Zupełnie nie wiedziała, na czym skupić uwagę najpierw. Była zachwycona. Jej oczy błyszczały niemal tak samo mocno jak światła pobliskiej kolejki, kiedy z dziecięcą ciekawością obserwowała ludzi przechodzących obok. Wokół nich byli wszyscy - małe dzieci ciągnięte przez rodziców, nastolatkowie przemieszczający się całymi grupami, starsze pary i dorośli, którzy na kilka godzin najwyraźniej pozwolili sobie zapomnieć o codzienności. Każdy zajęty był własną chwilą, śmiał się, rozmawiał, próbował kolejnych atrakcji i po prostu korzystał z tego, że właśnie tutaj był.
Panujący wokół chaos początkowo trochę ją przytłaczał. Było głośno, jasno i tłoczno, wszystko działo się jednocześnie, a mimo to zamiast chęci ucieczki pojawiała się w niej coraz większa ciekawość. Chciała zobaczyć wszystko. Spróbować wszystkiego. Choć raz nie zastanawiać się, czy wypada, czy jest odpowiednia pora i czy ktoś nie uzna jej zachowania za niewłaściwe. W końcu odnalazła wzrokiem Jaspera. Szedł obok niej spokojnie, nie poganiając jej ani nie zasypując pytaniami. Milczał i pozwalał, żeby sama oswoiła się z nowym miejscem. Raz czy dwa naprawdę miała ochotę odwrócić się i wrócić tam, skąd przyszli, ale za każdym razem wystarczało kilka kolejnych kroków, żeby ciekawość znów okazywała się silniejsza. Miała dość mocną głowę, jednak niemal cała butelka whisky, którą wcześniej wspólnie opróżnili, zaczynała dawać o sobie znać. Czuła przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele, a świat wydawał się odrobinę lżejszy, mniej uporządkowany i zdecydowanie mniej wymagający. Nie była pijana. Jeszcze nie. Była jednak wystarczająco wstawiona, by po raz pierwszy od dawna przestać przejmować się tym, jak powinna się zachowywać.
-
Jest niesamowicie - powiedziała z pełnym przekonaniem. W jej głosie pojawiło się coś więcej niż zwykły zachwyt. Było w nim wzruszenie, którego sama się nie spodziewała. Przez całe życie miała dostęp do miejsc znacznie bardziej eleganckich, drogich i prestiżowych, a jednak dopiero tutaj poczuła tę prostą, niemal dziecięcą radość z bycia gdzieś bez konkretnego powodu. Bo przecież dla wielu osób był to tylko park rozrywki. Zwyczajne miejsce, do którego można było przyjść po pracy, kupić bilet, pośmiać się ze znajomymi i wrócić do domu. Dla niej jednak ta noc miała znaczyć o wiele więcej.
Nagle wyprzedziła Jaspera. Odwróciła się do niego plecami, a potem obróciła wokół własnej osi, odchylając głowę, żeby móc podziwiać ogromne konstrukcje górujące nad nimi. Kolejki z migającymi światłami przesuwały się wysoko nad ziemią, a dochodzące z nich krzyki mieszały się ze śmiechem ludzi. Solene patrzyła na wszystko z zachwytem, a zatrzymała się dopiero po chwili, ponownie stając twarzą do Jaspera. Zaśmiała się cicho. -
Nie wierzę, że to robię. Że tutaj jestem. A trzy godziny to bardzo dużo, chce zobaczyć jak najwięcej - mówiła, wciąż rozglądając się dookoła, jakby bała się, że jeśli choć na moment przestanie patrzeć, coś ważnego ją ominie. I wtedy coś przyciągnęło jej uwagę. -
Tam! Zawsze chciałam wygrać jakąś maskotkę - powiedziała nagle. Kilka metrów dalej znajdowało się niewielkie stoisko z grą, w której wystarczyło wykazać się odrobiną celności, by móc wybrać jedną z pluszowych nagród. Wśród nich znajdowała się ogromna panda, która od razu przykuła jej uwagę. Uśmiechnęła się do Jaspera, ale nawet nie czekała na jego reakcję. Ruszyła w stronę stoiska, tym razem wyprzedzając go bez najmniejszego zawahania. Kiedy dostała do ręki przyrząd do rzucania, cała reszta przestała mieć znaczenie. Skupiła się na grze z niemal absurdalną powagą, choć z każdym kolejnym rzutem coraz trudniej było jej zachować odpowiednią koncentrację. Alkohol nie pomagał, a jej celność pozostawiała wiele do życzenia. Ostatecznie nie trafiła tylko raz, ale właśnie ten jeden brakujący rzut wystarczył, by pozbawić ją upragnionej nagrody. Odstawiła przyrząd i przez chwilę patrzyła na stoisko, jakby próbowała zrozumieć, co właściwie poszło nie tak.
-
Okej, chyba nie jestem w tym najlepsza - westchnęła ciężko. Przystanęła obok Jaspera, ale wcale nie wyglądała na rozczarowaną. Wręcz przeciwnie. Na jej twarzy nadal utrzymywał się uśmiech, a sama przegrana nie miała większego znaczenia. Liczyło się to, że przez kilka ostatnich minut robiła coś zupełnie bezsensownego i sprawiało jej to ogromną przyjemność. -
Ale i tak sama gra jest fajna. Może ćwiczenie czyni mistrza? Kiedyś tutaj wrócę i wygram tą dużą pandę - wtedy będzie moja - wskazała palcem na pluszaka, którego wcześniej wypatrzyła i zaśmiała się, ale gdy zrobiła krok w jego stronę, obcas szpilki niebezpiecznie przesunął się po podłożu. Straciła równowagę i wpadła na niego ramieniem. Skrzywiła się lekko, bardziej z irytacji na własne buty niż z bólu. -
To te szpilki, chyba naprawdę nie są zbyt dobrym wyborem do parku rozrywki.
Jeszcze chwilę temu pewnie przejęłaby się tym bardziej, poprawiła ubranie, sprawdziła, czy ktoś to zauważył, a potem przeprosiła za własną niezdarność. Tym razem tylko się uśmiechała. Nagle przestała być przerażona. Przestała kalkulować każdy krok, zastanawiać się nad konsekwencjami i rozważać, czy jej zachowanie było odpowiednie. Nie myślała o matce, narzeczonym, kancelarii ani o wszystkich zasadach, które przez lata wyznaczały granice jej życia. Nie próbowała być najlepsza, rozsądna ani perfekcyjna. Po prostu była. Śmiała się, rozglądała dookoła i pozwalała sobie cieszyć się chwilą tak bardzo, jak tylko potrafiła. Po raz pierwszy od dawna nie miała poczucia, że musi na coś zasłużyć. A może właśnie dlatego ten wieczór był dla niej tak ważny - bo po raz pierwszy nie musiała być
superdziewczyną. Spojrzała więc jeszcze raz na ogromne kolejki, których światła przesuwały się wysoko ponad ich głowami. W jej oczach znów pojawił się ten sam dziecięcy zachwyt, który pojawił się, gdy przekroczyli bramę parku. -
Teraz kolejka? Ale ostrzegam, że mogę mieć lęk wysokości.
Jasper Porter